Dawno temu, chiński cesarz miał harfę. Nie byle jaką. Dostał ją od wielkiego czarnoksiężnika, który zamknął w niej całe piękno przyrody. Cesarz był dumny ze swojej harfy, miał z nią tylko jeden problem. Zagrać na harfie mógł jedynie wyjątkowy muzyk. Próbowali wszyscy nadworni harfiści, ale żaden z nich nie wydobył z niej nawet najmniejszego dźwięku.

Cesarz ogłosił konkurs: kto zagra na jego czarodziejskiej harfie i wydobędzie z niej zaklęte piękno, dostanie medal cesarski, wóz wyładowany złotem i możność bywania w pałacu do końca życia (tak się akurat złożyło, że cesarz nie miał córki na wydaniu). Gdy ogłoszono wieść, z całych Chin zaczęli zjeżdżać się muzycy. Niektórzy nie byli w stanie wydobyć z harfy dźwięku. Harfa nic nie robiła sobie z tego, że trącali jej struny. Inni byli w stanie wydobyć z niej zaledwie krótkie, kakofoniczne nuty.

Gdy tłum harfistów się przetoczył i wydawało się, że w całych Chinach nie ma nikogo, kto by mógł zmierzyć się z harfą, na dworze pojawił się młody wirtuoz.

– Tak myślałem – powiedział, wchodząc lekkim krokiem – nikt nie ma takiej biegłości, jaka jest potrzebna, by zagrać na tym instrumencie. Wasza wysokość wybaczy – tu skłonił się w stronę cesarza –  że kazałem czekać na siebie tak długo, chciałem jednak pokazać, że tylko mój talent zasługuje na nagrodę i że nie ma nikogo, nikogo, takiego jak ja.

– Tak, tak – szeptali dworzanie – jeżeli nie on, nikt inny nie zagra na tej cudownej harfie. To przecież ten, który potrafi zagrać wszystko na wszystkim, to ten, dla którego nie ma melodii ani zbyt szybkiej, ani zbyt subtelnej. Och, trzeba było go od razu ściągnąć…

Pewny siebie wirtuoz, z zadowoleniem, słuchał szmeru uznania. Gdy Cesarz skinął głową, zapanowała cisza, a wirtuoz usiadł za harfą.

Dotknął jej strun z wielką pewnością siebie. Harfa jednak milczała. Dotknął jeszcze raz, harfa wydała tylko kilka dźwięków. Wirtuoz nie poddał się, wziął głęboki wdech, przywołał wszystkie swoje talenty, zamknął oczy i zaczął grać.

Harfa zagrała. Ale jej dźwięk nie był ani piękny, ani przyjemny, ani głęboki. Nie było w nim nic, co by zasługiwało na zachwyt. Gdy wirtuoz skończył, cesarz siedział zadumany.

– Panie – powiedział jego doradca, gdy cesarz popatrzył w jego stronę, unosząc pytająco brwi – lepszego i bardziej wyjątkowego muzyka nie znajdziemy. Skoro on nie potrafi zagrać lepiej, być może to wszystko, co jest w tej harfie?

Tej nocy Cesarz miał sen. Śniło mu się, że jest na leśnej polanie, na które ustawiono harfę. Drzewa rosnące na obrzeżach pochylają się w stronę harfy i grają na niej swoimi liśćmi i gałęziami. Dźwięk harfy, tym razem wyraża piękno całego świata.

Gdy tylko się obudził, wezwał swoich doradców.

– Zacznijcie jeszcze raz. Odwiedźcie każdą, najodleglejszą prowincję, przeszukajcie wszystkie odległe góry i leśne ostępy!

Dworzanie trzy lata przeszukiwali całe państwo. W końcu, gdy już byli solidnie wkurzeni na niekończące się poszukiwania, jeden z nich jadąc przez odległy las, usłyszał dźwięk harfy. Podążył za nim i znalazł starego Mistrza, siedzącego na polanie i grającego na harfie.

Posłaniec cesarski poprosił go, by udał się z nim na dwór, nęcąc nagrodami.

– Nie zależy mi na orderze ani worach złota, ani na tym, by znaleźć się na dworze – powiedział stary Mistrz.

– Głupcze, czy nie rozumiesz, że mogę cię zakuć w kajdany i przyprowadzić jak psa przed oblicze cesarza?! – warknął solidnie już zmęczony poszukiwaniami posłaniec.

– Tak, rozumiem, na tym mi jednak też nie zależy – odpowiedział stary mistrz. Ani kolejne obietnice, ani groźby nie zmieniły jego postawy.

W końcu Cesarz postanowił sam go odwiedzić. Gdy stary Mistrz zobaczył harfę, zgodził się na niej zagrać. Usiadł i delikatnie dotknął jej strun. Te od razu zabrzmiały. Popłynęła muzyka, jakiej nikt, nigdy nie słyszał. Muzyka, w której słychać było szum wodospadu i dźwięk kropli rosy spadającej z płatka stokrotki, światło księżyca trącające sosnowe igły i smyczki mgły wprawiające w wibracje wilgotne pnie drzew, pierwsze promienie słońca dzwoniące na grzbietach morskich fal i pieśni górskich kamieni wyśpiewane w lodowatym wietrze. Gdy skończył, wszyscy byli oniemiali. Nikt, nigdy czegoś takiego nie słyszał. Przez długi czas panowała cisza.

W końcu Cesarza zapytał:

– Jak to się stało, że zagrałeś na harfie z taką łatwością, podczas gdy nikomu innemu, nawet największemu wirtuozowi to się nie udało?

– Panie – odrzekł stary Mistrz –  ci wszyscy, którzy próbowali na niej zagrać, chcieli pokazać swoją wielkość. Tych, którzy niewiele potrafili, harfa ignorowała. Z tymi, którzy mieli wiele umiejętności, harfa musiała walczyć. Gdy byli przeciętni, udawało im się wydobyć tylko kilka przypadkowych dźwięków, gdy byli mocni, musiała ulec, grała jednak bez serca i brzmiała jak przeciętny instrument.

– A ty?

– Ja pozwoliłem harfie zagrać to, co ona chciała. Zapomniałem o sobie i pozwoliłem jej wybrać pieśń. Pozwoliłem jej użyć siebie. Trudno powiedzieć czy to ja grałem na harfie, czy harfa grała, posługując się moimi rękoma.

*

Anthony Bloom (prawosławny biskup Londynu) mówił, że jeżeli pracujesz, powinieneś być w pełni pochłonięty pracą, nie będąc w nią wplątanym.

Być wplątanym oznacza szukać w tym, co robisz swojej chwały. Chcesz pokazać, jaki jesteś dobry. Chcesz udowodnić własną wielkość, sprawność, wspaniałość czy pomysłowość. Zależy ci, by dokonać czegoś niezwykłego, zapierającego dech w piersiach.

Jesteśmy wplątani we większość tego, czym się zajmujemy. Nasze działania wciąż są obciążone wielkimi oczekiwaniami. Chcemy, by nas dostrzegli, pochwalili, nagrodzili. A nawet, gdy nam nie zależy na innych, chcemy wypaść dobrze w swoich oczach, chcemy potwierdzić własne pomysły na siebie samego.

Wplątanie może polegać na tym, że czekamy na nagrodę, ale może także polegać na tym, że obawiamy się kary:

– Gdy napiszę bajkę, zamiast poważnego, przemyślanego tekstu, ludzie pomyślą, że to kicz. Gdy w tekście nie będzie dość mądrych cytatów, ktoś pomyśli, że jestem niedouczony. Gdy popełnię jakiś błąd, wyjdzie na to, że jestem nie dość inteligentny.

Nie jest ważne, z którym sposobem wplątania masz do czynienia. Czy obawiasz się, że ktoś cię wyśmieje, czy też liczysz, że ktoś cię ozłoci – efekt jest ten sam.

Gdy jesteś wplątany i bardzo się starasz, czasem odnosisz sukcesy. Czasem, dzięki twojej wirtuozerii, coś ci wychodzi (choć częściej, mimo usiłowań, efekty są przeciętne). Zawsze jednak praca, w którą jesteś wplątany, jest męcząca. Kończysz wypruty, pozbawiony energii, rozedrgany. Nawet gdy ci wyjdzie, czujesz się niepewnie.

Gdy nie zależy ci na efekcie, wcale od razu wszystko nie staje się lekkie. Gdy ci nie zależy i nie angażujesz się, czujesz się znudzony. Nie możesz doczekać się, aż pójdziesz do domu i będziesz miał wszystko z głowy.

Cuda zaczynają się wtedy, gdy jesteś w pełni zaangażowany, nie będąc wplątanym.

Być w pełni zaangażowany znaczy poddać się temu, co robisz, być w pełni obudzonym i skupionym, niemal stać się instrumentem.

Jednak samo zaangażowanie, bez wyplątania się z efektów, zmienia się w gorączkowe, nic niewnoszące napięcie.

Gdy zaczynasz zastanawiać się nad efektami, gdy starasz się, przez swoją pracę pokazywać swoją wielkość (albo unikać krytyki) – znika lekkość działania.

Pomyśl, czy to takie ważne, że ktoś cię pochwali? Czy to takie ważne, że ktoś powie o tym, co zrobiłeś  to „nieporozumienie”?

Lekkość może pojawić się dopiero wtedy, gdy odważysz się odpuścić. Owszem, to nie jest łatwe. Ale czy łatwiejsza jest ciągła walka o wykazanie swojej wielkości albo o to, by nikomu się nie podłożyć do krytyki?