Dość długo moim głównym problemem był brak stałego rytmu. Na przykład chciałem pisać, ale pisałem co jakiś czas. Prowadziłem bloga, ale teksty ukazywały się co kilka tygodni. Wciąż sobie wyrzucałem nieregularność. Szukałem sposobów, by przestać przeskakiwać z kwiatka na kwiatek.

Codzienny rytm jest podstawą. Niektórzy łudzą się, że wystarczy raz na tydzień, raz na trzy dni. Nie, nie wystarczy. Istnieją ponoć rutyny cotygodniowe albo nawet comiesięczne. U siebie ich nie spotkałem. Jeżeli chcesz coś robić, rób to codziennie.

Na początku jest trudno, jesteś zajęty przechytrzaniem siebie i budowaniem mięśni. Dużo cię kosztuje obniżanie oczekiwań i wszywanie nowego zajęcia w codzienność.

Po pewnym czasie krzepniesz. Codzienne, w moim przypadku pisanie, staje się łatwiejsze (choć zupełnie łatwe zapewne nigdy się nie stanie).

I wtedy, powoli odkrywasz, że twoje oczekiwania były magiczne. Że codzienne pisanie niczego nie zmienia. Reguła rób to codziennie a sukces murowany – okazuje się urojeniem (jak przekonanie o tym, że ślady na niebie to chemikalia).

Magia (przynajmniej ten jej rodzaj) nie działa.

Komentarz pod poprzednim tekstem (bardzo za niego dziękuję):

Zmarnowałem ładnych kilka lat, żeby sobie w ogóle uświadomić, że magiczne myślenie nie działa. Najgorsze jest to, że mimo rozumowej świadomości moimi uczuciami i nawykami dalej kieruje to pragnienie. Już lata próbuję to wykorzenić i mam poczucie, że dalej nic.

W nocy przeszła burza. Sosny skrzypiały. Dobrze się obudzić w takim miejscu i o takiej porze. Wyszedłem na ganek. Chwilę postałem, ale pomyślałem sobie, że lepiej iść spać. Jutro rano trzeba wstać godzinę przed innymi i pisać.

– Niby po co? –  szumiąco pyta mnie sosna (choć brzmi to raczej „posssoooo”).

– Jak to po co? Z tego samego powodu, dla którego ludzie robią codziennie pompki i biegają, po to, żeby utrzymać się w formie.

– Tylko po to? – jęczy druga (w oryginale: tkkk ssss)

– Nie tylko. Liczę, że dzięki temu będę lepiej pisać, wiecie, lepszy warsztat.

– I…? – dobre pytanie sosno. Czas szybko leci. Dla ciebie dziesięć lat to tylko kilka słojów na pniu. Wciąż będziesz tak samo piękna. Mnie, mam nadzieję, nie przybędzie słojów (choć kto wie), ale zmienię się bardziej niż ty.

Przenoszę się o dziesięć lat do przodu.

Przez poprzednie lata pracowałem regularnie. Pisałem codziennie, co dwa dni publikowałem tekst. Sto osiemdziesiąt tekstów rocznie razy dziesięć, licząc po jakieś dwie i pół strony, daje cztery ryzy papieru – ponad cztery tysiące stron. Na to mam wpływ. Przyjmijmy, że oprócz tej sterty tekstów, nic innego się nie wydarzyło.

Nikt mnie nie odkrył. Nikt mnie nie pokazał w telewizji. Nikt nie sprawił, że stałem się popularny. Nikt nie sprzedaje moich książek we wielkich nakładach. W filmie „Pole marzeń” bohater słyszy „Jeśli zbudujesz, przyjdą”, buduje zatem na polu kukurydzy stadion baseballowy i ludzie przychodzą. Przez te dziesięć lat zbudowałem stadion i nikt nie przyszedł. Dlaczego by miał? Nie usłyszałem żadnego głosu. Magia mnie ominęła.

No to może mam lepszy warsztat? W pewnym stopniu tak. Ale po tych dziesięciu latach, jedyne co na pewno się stało to większa sprawność pisania postów. Zbyt długo się tym jednak zajmuję, by wierzyć, że pisanie jednego rodzaju tekstów przekłada się w jakimś istotnym stopniu na pisanie tekstów innego rodzaju (książek czy artykułów).

Wiem, trochę melodramatycznie przedstawiłem to ćwiczenie, ale  mam nadzieję, że wiesz, o co chodzi.

Wyobraź sobie, że robisz swoje przez pięć, dziesięć lat. W wyobraźni obedrzyj efekt działania z tego, na co nie masz wpływu. Masz wpływ na to, ile napiszesz, skomponujesz, namalujesz, zaprogramujesz, ale nie masz wpływu na to, czy ktoś cię znajdzie, doceni i pochwali (jeżeli jedyne co robisz to pisanie, komponowanie itd.).

Wyobraź sobie, że przez ten czas nie zdarza się nic magicznego czy niezwykłego. Zgodnie z prawami statystyki działo się tylko to, co najbardziej prawdopodobne. Nie wygrałeś głównego losu, nikt cię nie odkrył i nie wypromował, nikt nie zaproponował ci wydania płyty ani udziału w programie telewizyjnym.  Nikt za ciebie nie wypromował książek.

I teraz zastanów się, czy ci to pasuje.

Jeżeli chodzi tylko o fitness albo dobrze spędzony czas, świetnie. To, że się nie zdarzy nic magicznego, nie ma znaczenie. Nawet lepiej. Po co masz tracić czas na radzenie sobie z popularnością?

Ale jeżeli czujesz ukłucie żalu, jeżeli czujesz, że to nie tak miało być, że przecież powinno się było coś wydarzyć, że przecież to nie do końca sprawiedliwe – zatrzymaj w sobie to uczucie. Ten żal, rozczarowanie, złość czy zawód z przyszłości może stać się punktem wyjścia. Skup się na nim, poczuj go wyraźnie, rozbudź go w sobie.

Bo wiesz co? Jeszcze nie minęło dziesięć lat. Jeszcze nie masz przed sobą rozczarowującej cię sterty papieru.

Jeszcze możesz znaleźć sposób, w którym nie ma magii i nieprawdopodobnych wydarzeń, a którego efektem będzie zadowolenie z siebie.

Co ci jest potrzebne, aby być zadowolonym?

Po co wstajesz przed innymi i poświęcasz godzinę na pisanie?

Co chciałbyś, aby się wydarzyło dzięki temu?

Tak szczerze. Przed samym sobą.

Może trzeba skorygować własne, wygórowane oczekiwania, może te cztery tysiące stron to jednak coś satysfakcjonującego.

A może trzeba zacząć robić coś jeszcze.

Piszesz regularnie – świetnie. Będziesz mieć wiele tekstów. Co jeszcze jest ci potrzebne, by poczuć za dziesięć lat zadowolenie?

Czy to, ile osób będzie cię czytać, jest zupełnie bez znaczenia? Nie mów o tym nikomu, ale chyba jednak nie. Milion czytelników? O nie, za dużo. Nie potrzebuję aż tylu. Pięć tysięcy? Wystarczy w zupełności. Może nawet mniej. Tysiąc? Muszę to przemyśleć.

Skoro nie potknie się o mnie żaden promotor, skoro nie zadziała magiczna różdżka, w jaki sposób mogę dotrzeć do ludzi? Czy bycie odkrytym i wypromowanym to jedyny sposób?

Być może jest coś, co oprócz pisania mogę robić regularnie, co sprawi, na tej samej zasadzie co zapisywanie kolejnych stron, że będę bardziej znany? Na przykład rozdawanie wizytówek, rozdawanie ebooków, pisanie do jakiejś gazety, robienie szkoleń, pisanie tekstów na inne blogi, współpraca z kimś, zlecenie promocji jakiemuś specjaliście…

Podsumujmy:

Nie tyle chodzi o to, by pozbyć się magicznych oczekiwań, ile je przepracować.

Wyobraź  sobie, że robisz przez dziesięć lat, to co robisz, ale nie wydarza się nic, co jest mało prawdopodobne. Jedynym efektem jest to, co zależy wyłącznie od twojego wysiłku.

Jeżeli czujesz ukłucie, że zmarnowałeś czas, nie uciekaj od tego. Niech to ukłucie będzie impulsem do tego, by zadać sobie dwa pytania:

– Co miałoby się stać, żebym był zadowolony?

– Czy jest coś, co mogę robić, by to osiągnąć bez interwencji magicznej różdżki?