Profesor Martin Seligman, jeden z najbardziej cenionych współczesnych psychologów, pisze:

Wierzę, że współczesny świat w końcu wszedł w erę, w której możemy bardziej liczyć na sukces, gdy stawiamy nacisk raczej na kreatywne myślenie i cieszenie się życiem, niż na uczenie się na pamięć i wykonywanie poleceń.

Przez wiele lat na sukces mogli liczyć głównie ci, którzy byli lepsi w przyswajaniu, zapamiętywaniu i dopasowywaniu się. Zaczynało się od szkoły.

Gdy Pippi Langstrump po raz pierwszy pojawiła się w szkole, nauczycielka zapytała ją:

– No Pippi, czy możesz mi powiedzieć, ile to będzie razem 7 i 5?

Pippi spojrzała na panią ze zdumioną i niezadowoloną miną, po czym odpowiedziała:

– No, jeżeli sama tego nie wiesz, to nie wyobrażaj sobie, że ja ci to powiem!

Wszystkie dzieci patrzyły przerażone na Pippi. Pani zaś wytłumaczyła, że w ten sposób nie wolno odpowiadać w szkole.

– A poza tym chcę ci powiedzieć, że 7 i 5 jest 12.

– No proszę! – oburzyła się Pippi – Sama wiedziałaś, więc po co mnie pytasz?

Pani zwątpiła, czy warto uczyć Pippi rachunków. Zaczęła więc przepytywać inne dzieci.

– Chodź Tommy i odpowiedz mi: jeżeli Lisa ma 7 jabłek, a Axel ma 9 jabłek, to ile jabłek mają razem?

– No, odpowiedz, Tommy – wtrąciła Pippi – I możesz od razu odpowiedzieć mi na następujące pytanie: Jeżeli Lisę rozboli brzuch, a Axela jeszcze więcej rozboli brzuch, to czyja to wina i skąd gwizdnęli jabłka?

Pippi była w szkole przez jeden dzień, większość z nas kilkanaście lat,

Owszem, uczyli cię w szkole, jak się dodaje, odejmuje i pisze rozprawki. Ale przede wszystkim ćwiczyli w tym, byś wykonywał polecenia; znosił nudę; nie zadawał pytań, które są dla ciebie naprawdę ważne; stresował się pozbawionymi sensu rzeczami (takimi jak egzaminy czy odpytywanie), tolerował głupotę i kaprysy tych, którzy mają nad tobą władzę.

Te umiejętności były bardzo przydatne, gdy szło się do pracy. Wysyłali cię na szkolenie zawodowe i słyszałeś:

– Tak się to robi drogie dzieci (przepraszam, szanowni pracownicy). Takie są formułki i takie zasady. Gdy klient zgłasza reklamację, mówisz mu tak – teraz, uwaga, uwaga – powtarzamy wszyscy za mną …

Tak było przez wiele lat i ciągle tak jest we wielu miejscach. Uczenie się na pamięć, wykonywanie poleceń, trzymanie języka za zębami jest we wielu firmach, przynajmniej na pewnych stanowiskach, podstawą.

Ale czy może być inaczej, skoro wielu pracowników nie jest zdolnych do niczego innego? Trzydziestoparolatek ma za sobą co najmniej dwadzieścia pięć lat treningu ograniczającego samodzielność, kreatywność i blokującego cieszenie się życiem. Wydaje mu się, że profesjonalizm polega właśnie na bezosobowym, pozbawionym radości trzymaniu się tak się to robi.

Pamiętam, jak kiedyś przyszła do nas na staż dziewczyna z ostatniego roku studiów. Byliśmy małą, kilkuosobową firmą szkoleniową. Każdy biegał po biurze z obłędem w oczach, improwizując i starając się dać z siebie wszystko. Pierwsze firmy szkoleniowe powstały zaledwie kilka lat wcześniej. Nawet gdybyśmy bardzo chcieli, nie było nikogo, kto mógłby powiedzieć: tak się to robi, powtarzajcie za mną.

Dziewczyna przyszła, usiadła na krześle, założyła nogę na nogę, wyciągnęła elegancki zeszyt i wieczne pióro, uśmiechnęła się i powiedziała:

– Jestem gotowa.

Zatrzymując się na chwilę w biegu, zapytałem:

– Do czego?

– No, żeby przyswoić wszystko, co potrzebne.

– To znaczy, oczekujesz, że zrobię ci wykład na temat tej pracy, a potem powiem, co dokładnie masz robić?

Profesjonalny uśmiech zza eleganckich okularków.

– Oczywiście.

– Mam dla ciebie inną propozycję. Odłóż ten kajecik, podnieś się z krzesła i sama zorientuj się, co możesz zrobić i jak najlepiej to zrobić. Gdy będziesz miała jakieś pytanie, zatrzymaj kogoś i mu je zadaj. Nie ma głupich pytań. Nie gwarantuję jednak, że będziemy znać odpowiedź.

Dziewczyna się obraziła. Była zbyt ograniczona, by sobie poradzić w naszych realiach. Nie, nie brakowało jej inteligencji. Nawet przeciwnie. Ale ponieważ przez ostatnie kilkanaście lat uczyła się zapamiętywania i słuchania poleceń, wydawało jej się, że ją lekceważymy. Obrażona trzasnęła drzwiami, mówiąc:

– Jak to, ja tutaj przyszłam, poświęcając swój czas, a nikt nie chciał pokierować moim rozwojem?

Co dziś robi? Ha, jest dyrektorem personalnym dużej firmy. Nie wątpię, że programy orientacji zawodowej w jej firmie, wprawiłyby w zachwyt nauczycielkę Pippi.

Nie wiem, czy tak zupełnie weszliśmy w nową erę. Seligman pisze o Ameryce. W Polsce jeszcze pewnie przez co najmniej kilkanaście lat chłonni jak gąbka i znudzeniu uczniowie będą robić kariery.

Ale ta era dobiega końca. Prędzej czy później wszystko się zmieni. Okaże się, że kluczem do sukcesu nie jest posłuszeństwo czy przyswajanie procedur. Choćbyś nie wiadomo jak się starał, w konkurencji „postępuj zgodnie z instrukcją” nie pokonasz maszyny. W nowej erze, tym co pozwoli ci iść do przodu, będzie: samodzielność, kreatywność i wymyślanie własnych dróg. To Pippi będzie przykładem dobrego przystosowania, a nie potulnie odpowiadający na pytania Tommy.

Skąd wziąć kreatywność, samodzielność, zaradność i otwartość na świat, której tak pełna jest Pippi?

Z wewnętrznej radości i umiejętności cieszenia się życiem. Życiem, bo zajęcie, za pomocą którego zarabiasz pieniądze, jest także jego częścią.

Bez pozytywnych emocji nie da się być kreatywnym. Gdy robisz coś, co cię nie bawi (np. zostałeś lekarzem, bo tato miał takie marzenie), albo prawnikiem (bo tak sobie wymarzyła mamusia), małe szanse byś był kreatywny, samodzielny czy twórczy. Badania psychologów  pokazują, że negatywny nastrój i znudzenie zawęża uwagę, blokuje kreatywność, blokuje całościowy ogląd sytuacji, kieruje uwagę na to, co złe, uruchamia krytykanctwo.

Nie da się być twórczym, jeżeli coś cię nie bawi, a jeszcze bardziej, gdy czegoś nie cierpisz i w głębi duszy jesteś nieszczęśliwy, że musisz to robić.

Jeżeli profesjonalista to znudzony człowiek, który niewolniczo trzyma się sprawdzonych, opisanych w kodeksach i kanonach sposobów postępowania, to w nowych czasach znacznie lepiej być amatorem – człowiekiem, którego cieszy to, czym się zajmuje.

Oczywiście, nie wystarczy czegoś lubić, czy nawet kochać.  Potrzebna jest jeszcze odwaga, wiara w siebie, samodyscyplina, empatia,  umiejętność obserwacji, wyciągania wniosków czy eksperymentowania.  Podstawą są jednak pozytywne emocje. Bez nich nie tylko nie będziesz twórczy, ale także utkniesz w miejscu.

Pięćdziesięcioletni Michael Jordan, w jednym z telewizyjnych wywiadów, gdy został poproszony o to, by dokończyć zdanie: „Największą rzeczą w koszykówce jest dla mnie…” powiedział:

…pasja i miłość, jaką mam do niej. Bo kiedy coś kochasz, dojdziesz do ekstremum, żeby być tego blisko. Gdybym nie miał miłości do koszykówki, nigdy bym nie osiągnął tego wszystkiego, czym zapisała się moja kariera. Moja miłość do gry ciągle popychała mnie do tego, by stawać się najlepszym graczem, jakim mogłem być. Aby być w czymkolwiek najlepszym, musisz mieć do tego miłość, dzięki której możesz pokonać wszystkie przeszkody, jakie ci staną na drodze. Koszykówka była dla mnie taką miłością.

Nie każdy ma w swoim życiu aż tak wielką miłość. Wystarczy jednak choćby trochę sympatii, dzięki której będziesz się dobrze czuć ze swoim zajęciem.

Jeżeli nie cierpisz swojego zajęcia, jeżeli czujesz obrzydzenie – zmień go. Poszukaj czegoś, co cię nie dobija.

Natknąłem się dziś na tekst jakiegoś mentora, który twierdzi, że pracuje się tylko dla pieniędzy, a nie dla przyjemności. Dla przyjemności czy poczucia sensu może sobie pracować taka Martyna Wojciechowska, pisał, ale ona ma kasę i stać ją na to. My, normalni ludzie tyramy, by mieć czym opłacić rachunki. Myślenie z ubiegłego wieku, zgodnie z którym pieniądze i przyjemność to dwie rzeczy, których nie da się bezkarnie łączyć. Coś w rodzaju mleka i śliwek, pomidorów i ogórków czy wódki i piwa. Może tak było kiedyś. Ale mam wrażenie, że Martyna Wojciechowska nie robi pasjonujących rzeczy dlatego, że ma kasę. Ona zarabia kasę, robiąc to, co ją bawi. Nie każdy ma szanse zarabiać tyle, co ona, ale rzadko to, czego nie cierpisz, jest jedyną opcją. Nawet gdy przyjemniejsza praca wiąże się z nieco mniejszymi pieniędzmi, możesz w sumie lepiej na niej wyjść. Wystarczy uwzględnić krótko i długoterminowe koszty stresu (leki, alkohol, lekarze, terapeuci itp.).

Negatywne emocje są w życiu konieczne, ale skazywanie się na nie w zamian za złudne poczucie bezpieczeństwa (naprawdę, jesteś taki bezpieczny, dzięki tym nudziarstwom?) to raczej nierozsądna rzecz.

Jeżeli twoja praca jest pół na pół – czasem jej nienawidzisz, czasem kochasz –  usiądź i zastanów się, co możesz zmienić, by więcej było tego, co wywołuje w tobie pozytywne doznania.

Uczucie „I love this game!” nie jest tylko kwestią hedonizmu. Nie chodzi tylko o to, że fajnie czuć się fajnie.

Pozytywne doznania to warunek prawdziwego profesjonalizmu (wbrew potocznemu rozumieniu tego słowa). Jeżeli coś cię bawi, masz większą odporność na przeszkody, jesteś bardziej zaangażowany, bardziej twórczo myślisz, masz szersze pole uwagi. Bez radości, jesteś dyletantem, który umie jedynie wykonywać polecenia nauczyciela (nie łódź się, roboty są w tym lepsze).

Chcesz być lepszy w tym, co robisz? Zadbaj o to, by czuć więcej przyjemności.

Pippi machnęła w powietrzu swoim wielkim kapeluszem.

– Hej, żegnajcie dzieciaki! – krzyknęła wesoło. – Nie zobaczycie mnie tu w najbliższym czasie. Ale pamiętajcie zawsze, ile jabłek miał Axel, bowiem w przeciwnym razie będziecie nieszczęśliwi! Cha! Cha! Cha!

Śmiech Pippi dźwięczał w powietrzu, gdy wyjeżdżała przez bramę z takim pędem, że żwir pryskał spod kopyt konia, a szyby w oknach szkoły drżały. (Oczywiście Astrid Lindgren Pippi Pończoszanka, w tłumaczeniu Ireny Szuch-Wyszomirskiej).