Czasem ciężej wrócić do czegoś niż się za coś zabrać. Kiedy ostatni raz coś napisałem? Sporo czasu. Dostałem kilka maili z pytaniem, czy żyję. Zbierałem się od dawna, by na nie odpowiedzieć. Nie chcę opowiadać o trudnościach i perypetiach. Ani to nic za bardzo ciekawego, ani wyjątkowego. Chcę jednak opowiedzieć o tym, co z nich dla mnie wynika. Może ktoś jest w podobnej sytuacji. Może tych kilka myśli, które mnie ostatnio odnalazły, okażą się dla niego czymś przydatnym. Po przeczytaniu tego, co napisałem, pomyślałem, że chyba jednak nie opłaca się tego publikować. Trudno. Muszę to zrobić. Choćby dla siebie samego.

1.

Wyobraźmy sobie, że wyprodukowała mnie fabryka. Jestem, powiedzmy, komputerem, niech będzie laptopem. Może nie jest to najbardziej wypasiony model, ale nie jest też najbardziej podstawowy. Jest takie zadanie psychologiczne na twórcze myślenie: „wymyśl najwięcej zastosowań”. Na przykład ile znajdziesz zastosowań, w ciągu dwóch minut dla cegły czy grzebienia (najlepsi są w stanie wyrzucić z siebie z pięćdziesiąt odpowiedzi).

Dla komputera również można znaleźć co najmniej kilkanaście. Przy wielu z nich nie trzeba nawet wkładać wtyczki do kontaktu. Np. podstawka pod doniczkę z kwiatkiem, podpórka pod książkę, sztaluga do obrazów, przycisk do papieru, element wystroju wnętrz, album do naklejek, cel do rzucania piłeczkami, element perkusyjny, parawanik przeciwsłoneczny, domek dla lalek, dziadek do orzechów… można by było nawet próbować wbijać nim gwoździe. Wiem, wyliczanka jest absurdalna, ale żeby zupełnie taka nie była – mam dwa stare komputery. Jeden jest magazynem z nieużywanymi plikami – pełni rolę dysku zewnętrznego. Drugi jest podstawką pod doniczkę. Kiedyś postawiłem i tak zostało. Już dawno chciałem to zmienić, ale jakoś tak trwa. Ale nie chodzi o komputery. Nie jestem przecież laptopem. Nie jestem nawet stworzony w fabryce, ani nawet manufakturze.  

Chodzi mi o to, by uświadomić sobie, jak wiele jest różnych wersji mnie samego.

Każde zastosowanie cegły, grzebienia czy laptopa to inna wersja tego przedmiotu. Czymś innym jest komputer w roli narzędzia do pisania książek, czymś innym w roli archiwum do przechowywania plików, a jeszcze czymś innym jako podstawki pod otwartą książkę czy przycisk do papieru.

Ja również mogę mieć wiele wersji. Mogę być maszyną do wklepywania cyfr; mogę być pionkiem biorącym udział w spotkaniach; mogę być wyrobnikiem spełniającym bez szemrania polecenia innych; mogę być sfrustrowanym życiem looserem, który nie wie jak związać koniec z końcem; mogę być wykonawcą poleceń, który robi, co mu się powie, a po robocie relaksuje się z piwem w ręku przed telewizorem; mogę być żerem dla cwaniaków, urabiającym moje opinie po to bym na nich zagłosował albo coś u nich kupił… Jest tak dużo różnych wersji mnie samego i tak wiele z nich, jest nie mniej absurdalnych jak użycie komputera w roli przycisku do papieru albo dziadka do orzechów.  

O ile w przypadku codziennych przedmiotów podstawowe zastosowanie, dla którego przedmiot został zrobiony, narzuca się tak, że trudno wymyślić inne wersje, o tyle w przypadku człowieka jest odwrotnie. Trudno jest dostrzec to najważniejsze, podstawowe zastosowanie. Trudno dostrzec powód, dla którego zostaliśmy stworzeni.  

I często jest tak, że dysponując ogromnymi możliwościami, z mniejszym czy większym zadowoleniem tkwimy w roli przycisku do papieru. Co więcej, z zapałem staramy się udoskonalić swoje zdolności do przyciskania papieru. Z dumą powtarzamy jakie to wspaniałe, że mamy takie ważne zajęcie,  udowadniamy sobie, jakie to by było straszne, gdyby wiatr rozwiał kartki i jak cudownie, że dzięki nam to się nie dzieje.

Czy naprawdę do tego zostałeś stworzony?

Czy jesteś swoją najlepszą wersją?

Czy jesteś tą wersją siebie, która wykorzystuje w pełni twoje najcenniejsze możliwości?

Czy rozwijasz to, co w tobie najważniejsze?

2.

Chciałbym napisać, że bycie swoją najlepszą wersją to recepta na sukces. Robisz to, co ci w duszy gra, ludzie się na tym poznają i żyjesz długo i szczęśliwie.

Czasem tak jest. I to cieszy. Ale bardzo często rzeczywistość jest mniej słoneczna. Często bycie swoją najlepszą wersją sporo kosztuje. Przynajmniej przez jakiś czas.

Każda droga biegnie przez słoneczne zbocza i ciemne, ponure doliny. Czasem idziemy w pełnym słońcu. Jest fajnie, mamy pieniądze, znajomych, podróże, tytuły, uznanie itp. Ale czasem trafiamy na cieniste doliny. Nie ma pracy, nie ma pieniędzy, znajomi jakby zapomnieli, podróże tylko palcem po mapie, nikt nie uważa cię za kogoś, kto ma coś do powiedzenia.

Lubię być w słońcu. Ale czy to jest najważniejsze? Wiele osób wybiera tylko te ścieżki, które biegną w słońcu. Nie ważne co robię, liczy się, że dobrze płacą, że mogę co dwa lata zmienić samochód, i dwa razy w roku jechać do ośrodka wypoczynkowego (Alpy w zimie, słoneczne wysepki w lecie). Super, że jesteś w słońcu, ale czy ścieżka, na której jesteś, biegnie w dobrym kierunku? Czy idąc nią, jesteś swoją najlepszą wersją?

Czasem jest tak, że w dobrym kierunku biegnie tylko jedna ścieżka – ta w cieniu.

Idziesz w tym cieniu i myślisz:

– Spieprzyłem życie. Gdybym był mądrzejszy, gdybym został w korpo, gdybym zamiast mieć swoje pomysły przyczepił się do kogoś, gdybym tak nie dyskutował…, nie musiałbym się teraz bać, nie musiałbym nikogo o nic prosić…

Pieprzę to. I tak bym się nie zamienił. I tak bym nie zamienił tych kilku lat zmagań na bycie przyciskiem do papieru.

Czasem przegrywasz. I nie ma  w tym nic wstydliwego. Przyciski do papieru tego nie zrozumieją. Jak miałbym im to wytłumaczyć?

– Gdzie pan był zatrudniony w ciągu ostatnich kilku lat?

–E…. no to, prowadziłem działalność na własny rachunek i w jej ramach pisałem książki,  kilka z nich zostało wydanych, niestety wiele nie, opracowywałem szkolenia, raz na jakiś czas robiłem projekty dla firm takich jak pani firma, opowiadając ludziom o tym, że nie warto zapominać o tym, kim się jest i czego naprawdę się chce, no ale przede wszystkim szukałem siebie samego, zmagałem się z tym, żeby stać się swoją najlepszą wersją, rozumie pani?

– Yhm.., dziękuję skontaktujemy się.

Rozmowa fikcyjna, bo przecież takich jak ja, maszynowe uczenie odrzuca w fazie wstępnego przeglądania dokumentów.

I dupa. Nie zostanę przyciskiem do papieru, nawet gdybym chciał. Dobra, bądź szczery: mimo że chcę. Bo jestem kiepskim przyciskiem do papieru. Bo wokół jest wiele bardziej doświadczonych przycisków. Bo nie mam referencji, bo nie mam odpowiedniego cv, bo nikomu się nie opłaca mnie zatrudnić, bo za późno się zorientowałem, jak wysoka jest cena moich zmagań dla bliskich.

O drugiej w nocy obudzili mnie sąsiedzi (włosi, pracują w korporacji, codziennie wracają z imprez grubo po północy, rano nieprzytomni człapią do biurowców ze swoimi nieodłącznymi smyczami na szyjach).  W nocy mózg inaczej funkcjonuje. Jest bezradny wobec smutku, depresji i lęku. Włożyłem zatyczki do uszu, skuliłem się  i zacząłem pytać, wszystkich, którzy mogli mnie usłyszeć:

– I co ja mam teraz zrobić ze swoim życiem?

Nie sądziłem, żeby do kogokolwiek dotarło moje pytanie. Nie sądziłem, by ktokolwiek raczył odpowiedzieć.

A jednak odpowiedź przyszła. Bardzo wyraźna:

– Bądź swoją najlepszą wersją. Stworzyłem cię po to, byś był swoją najlepszą wersją.

To, że jest ciężko, to nie dowód na to, że spieprzyłeś życie. To, że kogoś stać na wypasione wakacje, dom z ogrodem i nowy samochód nie znaczy automatycznie, że może być z siebie dumny.

Spokojnie.

Kierunek był i jest dobry. Nie musisz rzucać wszystkiego, nie musisz przekreślać całego życia. Nie musisz dyskwalifikować wszystkiego, co ci się udało. Nie musisz dyskwalifikować swojej odwagi i samodzielności.

Wybrałeś dobrą drogę. Ale zatrzymałeś się na niej. Wlazłeś w tę dolinę i siedzisz w niej, jakby to był cel twoje podróży. Oswoiłeś się z dołem, mrokiem i zimnem, jakby o to w życiu chodziło. Dolina była konieczna, ale nie ma sensu siedzieć tu dłużej. Rusz się!

Idź dalej i naucz się, jeszcze lepiej, jeszcze odważniej, jeszcze mocniej być swoją najlepszą wersją. Być tym, do czego zostałeś stworzony.  

Co miałem odpowiedzieć?

Amen!