Zaznacz stronę

Gdy w 1997 roku Michael Johnson, mimo wcześniejszej kontuzji, wygrał bieg na Mistrzostwach Świata w Lekkoatletyce, stwierdził:

Jestem dobry, gdy jestem w formie i dobry, gdy  w niej nie jestem.

Czas z jakim wygrał, jak na jego możliwości, nie był rewelacyjny. Gdyby rywale bardziej przycisnęli, mógłby przegrać. Ale wystartował i dał z siebie wszystko.  

Wygrał, ale to nie wygrana jest najważniejsza. Najbardziej istotne jest to, czy możesz na siebie liczyć.

Czy możesz na siebie liczyć, także wtedy gdy jesteś w kiepskim nastroju? Gdy jesteś – jak się przynajmniej wydaje zanim zaczniesz – nie w formie?

Czy możesz na siebie liczyć, gdy jest ryzyko, że się nie uda? Że ktoś będzie silniejszy, szybszy, że ludziom się nie spodoba, że ci nie wyjdzie?

Czy możesz na siebie liczyć tylko wtedy, gdy jesteś pełen motywacji i świeżego zapału, czy także wtedy, gdy pojawiają się wątpliwości, wahania i pytania?

Czy stoisz po swoje stronie także wtedy, gdy nad wszystkim wisi duży znak zapytania?

Czy może jesteś wobec samego siebie jak wyrachowany cwaniak: gdy wygrana w kieszeni, jest kumplem, gdy pojawia się najmniejsze ryzyko, trzy metry z dala od ciebie?

1.

To nic złego, że zależy nam na tym, by wysiłki prowadziły do efektu. By na końcu biegu dostać medal albo przynajmniej zahaczyć o podium, by móc powiedzieć sobie: Warto było, nie zmarnowałem czasu.

Ale źle jest, jeżeli nagroda jest głównym motywem twojego działania.

Jeżeli za bardzo zależy ci na wygranej, pozbawiasz się zręczności. Zhuangzi, taoistyczni mistrz z trzeciego wieku przed naszą erą pisze (tekst w tłumaczeniu Thomasa Mertona):

Kiedy łucznik strzela za darmo
wszystko mu się udaje.
Jeśli strzela dla zapinki z brązu,
robi się niespokojny.
Gdy zaś strzela o sztukę złota,
ślepnie
albo dwoi mu się w oczach.
Całkiem traci głowę!

Nie żeby mniej umiał. Ale nagroda
sprawia, że się rozprasza. Dokłada starań.
Myśli bardziej o wygranej
niż o strzelaniu.
ten głód zwycięstwa
pozbawia go zręczności

Czym jest twoja sztuka złota? Czym jest twoja zapinka z brązu?

Nie chodzi o  to, że pragnienie nagród jest złe. Nagrody są ważne by mieć motywację.

Istotne jednak kiedy o nich myślisz. Jeżeli w trakcie zawodów (w trakcie pisania / malowania / śpiewania / uczenia / prowadzenia firmy / programowania  itp.) – pozbawiasz się zręczności, lub mówiąc innym językiem, osłabiasz swoją pewności siebie.

Jest czas na myślenie o nagrodach – na przykład wtedy gdy podejmujesz strategiczne decyzję, w którą chcesz iść stronę. Umawiasz się wtedy sam z sobą, po co, dlaczego i jaki kierunek. Ale potem, gdy zbliżają się zawody, zapomnij o tym.

Dobry sportowiec nie myśli przed występem zbyt wiele o nagrodach. Tuż przed zawodami nie wizualizuje siebie stojącego na podium i odbierającego gratulacje. Dobry sportowiec myśli o tym, być dać z siebie wszystko, tutaj, teraz, w tym konkretnym występie. Jego wyobraźnia pracuje, ale nie nad tym ile dostanie, jak fajnie będzie na podium czy do ilu reklam go zatrudnią. Jego wyobraźnia jest skupiona na grze, na ruchach, na precyzji, na zagraniach, na oddechu, słowem na samym procesie.

Johnson mógł wygrać, nawet w złej formie, bo nawykł do tego by w każdym biegu dawać z siebie wszystko. Gdyby kalkulował i zastanawiał się czy mu się uda, czy warto, czy to jest dobry moment, na pewno nie byłby tak szybki.

2.

Sportowcy to szczęściarze. Po pierwsze mają wyniki. Jeżeli jesteś na dole tabeli wiadomo, że albo coś trzeba zmienić, albo dać sobie spokój. Po drugie sportowiec ma trenera, który pomaga mu spojrzeć na siebie z boku, zmodyfikować sposób pracy, zmienić coś itp.

Gdy piszesz książki, prowadzisz biznes, pracujesz naukowo, zarządzasz zespołem, uczysz dzieci, tworzysz muzykę, tańczysz… gdy robisz cokolwiek, co wymaga wysiłku i umiejętności nie mniejszych niż rozegranie meczu czy przebiegnięcie bieżni, często nie masz ani trenera, ani nawet wyników, na podstawie których mógłbyś od razu poczuć, że coś trzeba zmienić.

W efekcie, wykonując swoją wymagającą pracę, wpadasz w różnego rodzaju pułapki psychiczne, które sprawiają, że zamiast być zawodnikiem światowej klasy (do czego masz możliwości), zatrzymujesz się na długie lata na poziomie ligi nawet-nie-okręgowej.

Pułapek psychologicznych jest sporo, ale nadmierne skupianie na nagrodzie, zamiast na procesie (na tym, by zagrać tak dobrze, jak tylko możesz) jest szczególnie niebezpieczne.

3.

Różnie było z moim pisaniem tekstów na ten blog. Czasem milczenie było celowe, czasem miałem zbyt wiele rzeczy do zrobienia, czasem były ważniejsze sprawy. Od jakiegoś czasu jednak, muszę to przyznać, teksty przestały się pojawiać, bo zaczęło mi zależeć na tym, by pisać wspaniale, cudownie, dogłębnie itp.

Mechanizm jest prosty. Ktoś mówi:

– Stary, dobry tekst napisałeś…

Człowiekowi robi się miło, czuje że jest coś warty i w ogóle… przyjemne odczucie. Natrudziłeś się, ale dostałeś za swój trud, spinka z brązu pasuje.

Wszystko fajnie, do chwili gdy nie zbliża się termin napisania kolejnego tekstu.

– Hm… fajnie by było znowu wygrać. No dobra, zabierzmy się za napisanie tego kolejnego dobrego, może nawet jeszcze lepszego tekstu.

Piszesz pierwsze zdanie i myślisz:

— Nie, to nie to. Musisz się bardziej postarać…

Próbujesz jeszcze raz.

– Znowu nie to. Tak, czuję, że nie jestem dziś w formie. Ewidentnie, nie jestem w formie.

Logiczne: jeżeli widzisz, że szansa na nagrodę jest nieco mniejsza,  redukujesz dopływ energii (po co się starać, skoro niekoniecznie coś z tego wyjdzie), im mniej energii, tym większe poczucie, że jesteś nie w formie, im większe poczucie, że jesteś nie w formie, tym mniejsze wydają się szanse na nagrodę… Błędna pętla.

4.

Można by powiedzieć, że to brak wiary we własne siły – w końcu, gdybym bardziej wierzył w siebie, nie miałbym wątpliwości, że ile razy zabiorę się za pisanie, musi mi wyjść coś dobrego.

To tak nie działa. Wiara we własne siły, która jest źródłem pewności siebie, nie jest wiarą w rzeczy poza twoją kontrolą.

Sportowiec, który wierzy niezachwianie, że po każdym występie stanie na podium (niezależnie od tego kto jest jego przeciwnikiem, w jakich warunkach odbywają się zawody i w jakiej jest formie) jest fantastą a nie osobą odporną psychicznie.

Nie masz bezpośredniej kontroli nad tym, czy znajdziesz się na podium. Masz kontrolę nad czymś innym (choć równie dobrym): nad tym, co z siebie dasz podczas zawodów. W twoim zasięgu jest tylko to, czy dasz z siebie wszystko,  czy będziesz w pełni zaangażowany, czy podejmiesz ryzyko, czy się poświęcisz, czy nie będziesz się oszczędzał.

Nie chodzi o deklarację. Ostatnio często słyszę zwrot:

– Dam z siebie wszystko!

Łatwo się mówi. To takie podniosłe. Tyle tylko, że w praktyce oznacza to kurczowe trzymanie się wizji wygranej.

Dam z siebie wszystko nie znaczy :

– Będę ustawicznie powtarzał sobie, że muszę wygrać.

– Będę sobie powtarzał, że musi mi się udać.

– Będę ciągle rozmyślał o tym, czy zostanę uznanym / dostrzeżony / nagrodzony.

Dać coś z siebie, tak naprawdę  znaczy zapomnieć o miejscu na podium (zachwycie ludzi, tym jak cię będą oceniać i tysiącach innych rzeczy, które być może staną się efektami twojego wysiłku) i skupić się na samym wysiłku.

To jest źródło prawdziwej pewności siebie: skupienie na tym, co robisz, bez uganiania się za wizją nagrody i pozytywnych konsekwencji.  

Pewność siebie to nie jest pewność tego, że zawsze wygram. To nie jest pewność tego, że inni, gdy tylko zobaczą co zrobiłem zemdleją z wrażenia.

Pewność siebie, ty tylko (aż?) pewność, że nie zawiodę samego siebie, że będę skupiony na tym, co mam do zrobienia, nawet wtedy, gdy moje szanse będą się wydawać niewielkie. To pewność, że nie zostawię siebie samego, jak cwaniak, który stoi tylko przy pewniakach, a tych którzy nie mają wygranej  w kieszeni obśmiewa lub w najlepszym razie z daleka omija.

Ten drugi rodzaj pewności (nie ważne co, będę robił swoje, tak dobrze jak tylko będę mógł, bez rozglądania się na boki) jest trudny do zbudowania. To nie jest tak, że wystarczy tylko przestawić swoje myślenie / przeprogramować mózg czy wykonać jakiegoś rodzaju sztuczkę. Jednak w odróżnieniu od tego pierwszego rodzaju, tą pewność można w sobie wybudować nie idiociejąc przy tym.

5.

Jaki to ma związek z Tobą?

Pomyśl, czy są w Twoim życiu sytuacje, w których tracisz pewność siebie dlatego, że twoja uwaga jest skupiona na spince albo sztabce złota?

Jak często pojawiają się wtedy wątpliwości i wahania? Jak często wtedy myślisz: Nie, to może mi nie wyjść… I tak pewnie nie warto  się starać. Lepiej robić to ostrożnie.

Czy zdarza ci się zatrzymać w pół kroku i zastanawiać, czy warto, czy sprostam, czy to się spodoba, czy dorównasz, czy efekt będzie taki jak trzeba?  

Jeżeli uda ci się zidentyfikować takie sytuacje, wyobraź sobie, że jesteś skupiony tylko na procesie. Jak byś pracował, gdyby wygrana obchodziła cię znacznie mniej? Jak byś się czuł?

Pomyśl: Jesteś skupiony tylko na grze. Wygrasz, czy nie; wystarczy twojego wysiłku czy będzie go za mało; uda się, czy nie uda – zostawiasz te pytania bez odpowiedzi.

Zamiast tego, zadajesz sobie pytanie: Czy przez te dwie, trzy godziny, jestem w stanie dać z siebie wszystko?

Może i jestem nie w formie, może i wiele mi brakuje, może efekty nie będą oszałamiające, ale mogę przez te dwie godziny dotrzymywać kroku temu, co robię. Mogę się nie oszczędzać. Mogę pracować tak ciężko, jak tylko się da. Jestem w stanie, przez te dwie godziny, gdy moja uwaga ciągle i ciągle powraca do pytań:

– Czy mi się uda?
– Czy się nie zbłaźnię?
– Czy nie zrobię czegoś głupiego?

…spokojnie wracać do tego co robię (biegania, strzelania, pisania, zarządzania, programowania…).

Pewność siebie nie polega na tym, że jest się pewnym sukcesów i braw. Pewność siebie jest pewnością, że mogę liczyć na siebie także wtedy, gdy jestem w złej formie.

Pewność siebie nie jest pewnością, tego jak zareagują inni. Pewność siebie, jest pewnością… siebie.

Nie od razu ją się buduje. Na początku twoja pewność siebie może liczyć jakieś marne 20% – 30%. Ale jeżeli nauczysz się robić swoje (może i nie mam dziś szansy na wygraną, może i nie uda mi się tego tekstu napisać tak, jak bym chciał, ale nie o to chodzi), będzie rosnąć.

A nawet jak nie wyjdzie, gdy okaże się, że spadek formy był jednak rzeczywisty, przynajmniej przerwiesz milczenie, co i mnie udało się za pomocą tego tekstu 🙂