Zaznacz stronę

Doświadczenie

Wybrałem się na spacer do parku nieopodal. To niewielki park, raczej trochę drzew rosnących wokół starego fortu. Czasem ludzie przysiadają na zielonych, drewnianych ławkach, ale częściej przechodzą śpiesząc się do tramwaju czy autobusu.

Usiadłem na jednej z ławek. Alejka nie była ani zbyt ruchliwa, ani zbyt odludna. Ustawiłem zegarek na 10 minut. Wyprostowałem kręgosłup, prawą rękę położyłem na lewej tworząc coś w rodzaju miseczki, opuściłem nieco powieki, tak jednak by widzieć wybrany punkt na chodniku przede mną i skupiłem się na oddechu. Drzewa szumiały, śpiewały ptaki, słońce prześwitywało przez gałęzie. Poczułem błogość i przez chwilę miałem ochotę zamknąć oczy i zapaść w małą drzemkę. Ale nie po to tu przyszedłem. By nie wpaść w senność otworzyłem nieco szerzej oczy. Po chwili usłyszałem jak ktoś się zbliża. Kątem oka dostrzegłem, że była to grupa ludzi. Poczułem przemożną chęć by zmienić postawę ciała. Założyć ręce na pierś, oprzeć się na ławce, założyć nogę na nogę – zrobić cokolwiek by wyglądać tak jak typowy, znudzony spacerowicz, który na chwilę przysiadł.

– Kurczę, muszę wyglądać jak kretyn – mówiło coś wewnątrz mnie.

– Na pewno na mnie patrzą, jak na jakiegoś dziwaka …zaraz mnie ktoś zaczepi. Przez chwilę zobaczyłem i usłyszałem obraz jakiegoś osiłka, który pochodzi do mnie i mówi: –Te, budda, a w  zęby chcesz?

Poczułem jak wzrasta mi tętno. Czułem szybsze uderzenia w klatce piersiowej. Mój oddech nieco przyśpieszył i stał się bardziej płytki.

– O boże, jak głupio się czuję! – pomyślałem.

Przeszli. Wytrzymałem. Przede mną jeszcze dziewięć i pół minuty – medytację postanowiłem przerwać, gdy po dziesięciu minutach usłyszę piszczenie zegarka.

Obiektywnie, zadanie jakie przed sobą postawiłem zupełnie było pozbawione niesamowitości. Gdybym zobaczył kogoś, kto tak medytuje przeszedłbym nie zwracając na niego większej uwagi. Nie takich wariatów człowiek widuje i przechodzi bez żadnej refleksji. Obiektywnie, patrząc z boku, zadanie jest banalne.

Ale nie jest proste dla mnie. Jestem wrażliwy na to jak mnie widzą ludzie i co o mnie myślą. Irracjonalnie wrażliwy. Źle się czuję, gdy ktoś może pomyśleć sobie o mnie coś złego. Ale dlatego właśnie wybrałem takie, a nie inne zadanie. Na tyle łatwe, bym mógł je wykonać bez zbyt dużego wysiłku i na tyle trudne, bym mógł uważnie obserwować to, co czuje – mój wstyd, wątpliwości i obawy.

Po chwili mój oddech się uspokoił i znowu mogłem poczuć świat wokół mnie. Ale tylko na chwilę. Kolejni ludzie i znowu, podobny zestaw doznań.

Zbierzmy te doznania:

myśli (muszę głupio wyglądać)

doznania fizyczne (wzrost tętna, przyśpieszenie i spłycenie oddechu)

obrazy (e, ty budda, a lewitować umiesz, chłe, chłe, chłe..)

emocje (skrępowanie, obawa)

tendencje do zachowań (przyjąć postawę znudzonego turysty odpoczywającego w parku, wstać i pójść).

To pierwszy, podstawowy poziom każdego ataku wątpliwości pod swoim adresem czy leku. Mieszanka odbieranych, jako nieprzyjemne myśli, doznań, obrazów czy emocji. Naturalną konsekwencją ich pojawienia się jest chęć odsunięcia się od nich, uniknięcia ich lub stłumienia, lub rozproszenia ich w jakiś sposób.

Te wszystkie myśli i doznania są jak dotknięcie rozgrzanego pieca. Automatycznie cofamy rękę, chcąc uniknąć źródła bólu. I dziesiątki razy w ciągu dnia taki manewr nam się udaje. Sprawnie unikamy sytuacji, w których pojawiałyby się w nas nieprzyjemne myśli, emocje czy doznania. Ale bycie człowiekiem między innymi polega na tym, że od czasu do czasu zmuszeni jesteśmy do tego, by takie doznania wytrzymać bez unikania. Mam ochotę siedzieć sobie spokojnie z tyłu sali, ale co zrobić – to ja prowadzę to szkolenie, muszę wyjść na środek i narazić się na serię tych nieprzyjemnych doznań. Mam ochotę pójść spać, ale wiem, że na jutro muszę mieć raport. Siadam za biurkiem i czuję zmęczenie, po głowie przetaczają się myśli, że to bez sensu i że to niesprawiedliwe.

W każdej z tych sytuacji pojawia się pokusa by zastosować unik, a my zostawiamy ją bez odpowiedzi. Dołącza ona do tych nieprzyjemnych doznań, ale na razie wszystko jest jeszcze do zniesienia. Szybko jednak, czasem tak szybko, że wydaje się równolegle, pojawia się coś jeszcze. Coś, co nie pochodzi z tej pierwszej, reagującej warstwy, z naszego umysłu emocjonalnego.

Coś jeszcze

Szybko poczułem to coś. Zbliżało się szybciej niż jakikolwiek przechodzień.

Rozczarowanie, zniechęcenie, niemal rozpacz w odniesieniu do siebie.

– To beznadziejne – pomyślałem – kto, jak kto, ale ja przecież nie powinienem się czuć w taki sposób! Powinienem być spokojny, opanowany, powinienem raz dwa ze wszystkimi doznaniami sobie poradzić. Jaki ze mnie psycholog? Jak niby mogę kogokolwiek czy czegokolwiek nauczyć? Jestem beznadziejny. To takie przytłaczające…

Być może, gdy będziesz obserwował sam siebie, uda ci się dostrzec ten moment. Moment, w którym nie tylko boisz się, ale także jesteś rozczarowany tym, że się boisz. Rozczarowany, osłabiony, zniechęcony, przerażony… Nie zawsze łatwo tą chwilę dostrzec, bo pojawia się z szybkością światła. Ale to właśnie jest ona – najciemniejsze miejsce przepaści, najgorętsze miejsce wulkanu.

– Siedzę na ławce i jestem na skraju załamania sobą. To komiczne i żałosne. W takiej sytuacji być na krawędzi załamania sobą? Mieć myśli, że jesteś nic nie wartym tylko, dlatego że ktoś przez chwilę może pomyśleć: ale świr! I to ktoś zupełnie dla mnie nieistotny. Ktoś, kogo nigdy pewnie nie spotkam. Nie zobaczę nawet jak wygląda! To komiczne…

Czy te wszystkie nasze wątpliwości, jakich doświadczamy na swój temat nie są komiczne? Tak samo jak moje obawy, że ktoś popatrzy na mnie złym okiem, albo popuka się za moimi plecami w czoło?

Czy osoba, która ma zrobić prezentację obiektywnie ma się czego, aż tak bardzo bać? Przecież najwyżej komuś się nie spodoba. Wielka mi rzecz. Czy zaczęcie i napisanie książki to coś takiego niebezpiecznego? Najwyżej nikt nie będzie chciał czytać. Czy założenie firmy to takie ryzyko? Dziesiątki firm plajtuje każdego dnia i ludzie jakoś żyją dalej! Czy rozmowa kwalifikacyjna to takie krwawe niebezpieczeństwo? Czy cię zabiją, jak im się nie spodobasz?

Gdy stoisz z boku to wszystko może wydawać się śmieszne. Ale problem polega na tym, że nie jesteś z boku. Siedzisz dokładnie w samym środku. To, że ktoś życzliwy powie ci – nie ma się, czym przejmować – niewiele zmieni. A nawet pogorszy sprawę.

– A więc jestem aż tak beznadziejny?! A więc nie dość, że się boję, to jeszcze moja reakcja nie ma żadnego uzasadnienia?! Tragedia!

Teraz dopiero pojawia się prawdziwy ból. Ból nieokreślony, trudny do zniesienia, rozpływający się po całym ciele, jak zarazki jakiejś nieznanej choroby, odłączającej wolę od ciała.

Małe, głupie problemy, które zabijają

Większość naszych wyzwań to takie małe, obiektywnie głupie problemy. Taki głupi lęk przed napisaniem, wyjściem, powiedzeniem, spróbowaniem…

Szczęśliwi ci, którzy mogą stawać przed wielkimi wyzwaniami. W czasie wojny, gdy ludzie, na co dzień muszą walczyć o życie, prawie nikt ni popełnia samobójstw. To w trakcie pokoju i stabilizacji poziom samobójstw wzrasta. To nie jest tak, że ludzie, którzy żyli w czasie wojny byli jakimś pokoleniem herosów, a my jesteśmy wymoczki bez charakteru. Jestem pewien, że większość z nas, gdyby któregoś dnia stanęła przed wielkim, trudnym i niebezpiecznym zadaniem, doskonale by sobie z nim poradziła. Nie raz widziałem zakompleksionych ludzi, którzy nagle zmieniali się w lwy, bo na przykład stawką było zdrowie i przyszłość ich dzieci. Taka dramatyczna sytuacja często wzbudza w nas lęk, ale ten lęk traktujemy, jako coś naturalnego. Każdy przecież się boi. Przecież to jest straszne. Nie musisz przed sobą udawać, że się boisz. Nie musisz się tego wstydzić. Pozbawiony lęku przed własnym lękiem, odrazy przed własną niedoskonałością idziesz i robisz to, co potrzeba.

Prawdziwa trudność nie polega na lęku. Trudność polega na naszym przekonaniu, że nie powinniśmy go mieć. Na naszym przekonaniu mówiącym, że powinniśmy być spokojni i opanowany. Że to komiczne, śmieszne i godne pożałowania być takim, jakim jestem.

I być może, dlatego tyle osób ciągle szuka ekstremalnych sytuacji. By wreszcie móc bać się czegoś, czego nie wstyd się bać. By przestać być takim beznadziejnym przypadkiem bojącym się najprostszej rzeczy.

Rozwiązanie

Siedziałem wyprostowany z rękoma złożonymi do medytacji, obok mnie przechodzi ludzie. Nie wiem czy na mnie patrzyli, ale to nie przeszkadzało w tym, bym czuł się głupio. Miałem ochotę uciec. Wstać i zapomnieć o tym wszystkim. Albo zamknąć oczy i uciec w fantazję. Albo wprowadzić się w jakiś stan lekkiej hipnozy, w której nie zwracałbym uwagi na chodzących wokół mnie ludzi.

Ale dobrze wiem, że tego typu techniki na dłuższą metę się nie opłacają. Dają ulgę, ale sprawiają, że lęk i rozczarowanie wraca jeszcze mocniejsze.

Dlatego będąc na skraju załamania się sobą wyciągnąłem – chciałem napisać broń, ale nie ma nic bardziej odległego od broni – wciągnąłem radykalną akceptację.

Odpuściłem sobie jakiekolwiek życzenie by moje rozczarowanie czy zdenerwowanie zelżało. Zamiast walczyć, zamiast dążyć do bycia takim, jakim muszę być, odpuściłem sobie intencje zmiany. Westchnąłem w myśli:

– Jak dobrze, że tak się czuję. Dziękuję mój umyśle, że tak wspaniale troszczysz się o mnie. Że tak bardzo chcesz mnie ochronić przed tymi wszystkimi gburami, którzy mogliby mnie zaczepić i wyśmiać. To dobrze.

Zero walki. Zero zmagania się. Zero przemocy. Ahinsa. Mahatma Ghandi i te sprawy.

Czy to trudne? Owszem. Ale to wcale nie trudniejsze niż to, czego doświadczałem do tej pory. Nie trudniejsze niż zmagania się o to, by być kimś innym niż jestem. Jeżeli twój umysł umie martwić się tym, że ktoś cię wyśmieje, skrytykuje i jeżeli umie szukać gorączkowo sposobu by z tego wszystkiego się jak najszybciej wywinąć, umie też otworzyć ręce w geście akceptacji.

Nie twierdzę, że to wszystko jest beznadziejnie łatwe i nic nie kosztuje. Nie twierdzę, że zawsze musi się to udać i że zawsze na tym skorzystasz.

Ale wiesz co? I tak już płacisz. I to płacisz dużo. Czasem nawet nie wiesz jak wiele. Wolisz unikać rzeczy, które wiążą się z całym tym bólem. Twój umysł dobrze wie, co wzbudza ból i przerażenie. Dobrze wie, czego unikać. Unika większych i mniejszych rzeczy. Odwodzi cię od występowania przed ludźmi, odwodzi cię od wypróbowywania nowych pomysłów, odwodzi cię od zawierania nowych znajomości…

Cena akceptacji nie jest większa niż ta, którą teraz ponosisz.

I co się dalej stało? Nie przestałem medytować. Medytację skończyłem tak jak zaplonowałem – gdy usłyszałem piszczenie zegarka, podniosłem się i poszedłem. Czułem się lekki i spokojny. To paradoks. Przed chwilą zgodziłem się na lęk a teraz wstaję spokojny.