Gdybym tylko wiedział co robić… Gdybym tylko miał jakiś naprawdę dobry, pomysł. Tobie to dobrze, ty wiesz co masz  robić… A ja jestem taki skołowany, muszę kręcić się w kółko…

Albo:

Wiem, że chciałbym napisać książkę / narysować coś dobrego / stworzyć firmę / wypuścić produkt… tylko nie mam inspiracji. Nie wymyśliłem jeszcze czegoś konkretnego, nie mam konkretnego pomysłu, nie umiem ułożyć tego sobie głowie. Brakuje mi klarowności, jasności, brakuje mi wizji, inspiracji…

Powiedzmy: muzy. Brakuje ci muzy. Tak, muza to dobre słowo.

*

Zanim przejdziemy dalej: Muzy (dziewięć czy dziesięć, różnie liczą), kojarzone są ze sztukami pięknymi (poezja, taniec, muzyka itd.) czasem z nauką.

Nie myślę jednak tylko o tych dziedzinach. Ludzie tacy jak Elon Musk, Richard Branson czy Steve Jobs są dla mnie w równym stopniu twórcami jak Pablo Pisacasso, Ernest Hemingway czy Pablo Casalas. Owszem, wartość ich dzieł jest różna. Guernica Picassa czy wykonanie przez Casalasa suit na wiolonczelę Bacha  są bez porównania więcej warte niż wszystkie iPody świata (sory Steve), nie chodzi mi jednak o wartość dzieł, ale o sam proces, który do nich prowadzi.

Nową usługę, nowy produkt, nawet nową firmę – trzeba stworzyć. Sam proces tworzenia zasadniczo nie różni się od tego, co robi malarz czy pisarz: potrzebna jest wizja, tworzywo, umiejętności techniczne, sporo zmagania z oporną wobec pomysłu rzeczywistością i, owszem, potrzebne jest także natchnienie czy inspiracja. Iskra, która nas zapala i która zmienia suche drewno, jakim na co dzień jesteśmy, w ognisko.

Być może kiedyś tworzenie przedsiębiorstw i nowych produktów było działalnością z zakresu księgowości i rachunkowości – powtarzalną, nudną, przewidywalną, dającą się opisać w podręczniku aktualnym co najmniej przez kilka lat. Być może kiedyś najlepsi do tworzenia nowych firm i produktów byli panowie (czasem panie) w szarych garniturach, sumujący bez emocji, ekscytacji i polotu liczby i współczynniki rentowności. Dziś ich rola spadła. To artyści – ludzie z wizją, emocjami pomysłami i inspiracją – stoją na czele najszybciej rozwijających się firm. Księgowi ze swoimi pieniędzmi, gdy tylko wyczują takiego artystę, tłumnie walą, byle tylko dostać kawałek udziału, w tym, co ten człowiek tworzy.

Wiedza szarych panów schowanych za swoimi arkuszami kalkulacyjnymi przestaje mieć zastosowanie. Za to wiedza artystów, jest coraz cenniejsza. Jakiś czas temu współpracowałem z pracownikiem Akademii Sztuk Pięknych. Robił dla nas kilka rzeczy (logo, papier firmowy, projekty okładek itp.). Mimo, że współpraca była dość krótka (jakieś 2-3 tygodnie) obserwując go uważnie, nauczyłem się o biznesie kilka razy więcej niż z serii wykładów różnego rodzaju ekonomistów, specjalizujących się w „przedsiębiorczości”. Jeżeli chcesz nauczyć się czegoś o biznesie, zacznij współpracować z artystą. Jedno ale. Z prawdziwym artystą, a nie człowiekiem, któremu się wydaje, że nim jest.

*

Wróćmy do tematu. Żeby coś stworzyć potrzebna jest muza, natchnienie czy inspiracja.

Wiele osób tkwi na bocznicy – nieważne co chcą stworzyć, nową firmę czy dzieło sztuki – bo brakuje im inspiracji.

Czekają, albo drepczą w kółko, licząc na to, że w końcu jakaś świetlista muza przypomni sobie o nich i przyleci ze swoim światełkiem albo magicznym proszkiem (w który zaopatrzyła się w sklepiku Disneya) posypie ich delikatnie i sprawi, że zaczną się unosić ponad przeszkodami. Sprawi, że wszystko będzie proste przewidywalne, klarowne.

Nic dziwnego, że ludzie czekają na muzę. Moment w którym muza przychodzi jest wspaniały. Człowiek ma ochotę działać, do głowy cisną mu się pomysły, jest pełny lekkości. Kto tego nie zna i kto za tym nie tęskni? Bez tego rodzaju chwili ciężko jest zrobić cokolwiek sensownego. Bez takiej iskry trudno nawet napisać taki tekst jak ten.

Nic dziwnego, że niektórzy czekają z zabraniem się do pracy aż pojawi się inspiracja.  Tylko to, co ma  w sobie inspirację (dotknięcie muzy) może być czymś wartym stworzenia – czymś prawdziwym, autentycznym, przekonywującym i twoim własnym.

Problem jest tylko jeden: inspiracja, sama z siebie, przychodzi do nas niezmiernie rzadko. Tak rzadko, że jeżeli uzależnisz swoje tworzenie od niej, będziesz w najlepszym wypadku amatorem, którzy tworzy coś raz na sto lat.

Skąd w takim razie brać inspirację, jeżeli chcesz tworzyć regularnie? Czy to w ogóle możliwe by regularnie ją mieć?

Na pewnym blogu traktującym o rozwoju osobistym, przeczytałem: Ja już o wszystkim napisałem, mam w kółko pisać o tym samym? No, jeżeli ludzie, którzy wierzą w nieograniczoną moc wyobraźni skarżą się na brak inspiracji, to może znaczyć, że sprawa jest przegrana. Może trzeba się pogodzić z życiem bez iskry?

Nic podobnego. Każdy z nas ma dostęp do nieograniczonej ilości inspiracji. Człowiek, praktycznie każdy (za wyjątkiem tych, którzy zostali stępieniu przez życie, albo swoje własne decyzje) może doświadczać dotknięcia muzy, niemal przez każdy dzień swojego życia.

*

To nie brak inspiracji nas blokuje, ale nasze błędne mniemania na jej temat.

Blokujący mit mówi:

Tworzenie jest efektem natchnienia czy inspiracji. Możemy tworzyć coś wartościowego, gdy dotknie nas muza.

Jeżeli w to wierzysz, będziesz pasywnie czekać, będziesz mówić: Zacznę coś robić, jak przyjdzie natchnienie, jak poczuję wenę, na razie nie czuję i dlatego czekam, czekam, czekam…

W rzeczywistości jest inaczej:

Inspiracja jest efektem tworzenia. Muza dotyka nas wtedy, gdy tworzymy.

Mówiąc inaczej: żeby muza przyszła musisz zakasać rękawy i zacząć naprawdę solidnie pracować. Jeżeli nie będziesz się oszczędzać, muza przyjdzie.

*

Piszę te teksty zazwyczaj w środę rano. Jakiś czas temu prowadziłem listę pomysłów o czym pisać. Taka lista ma wiele zalet, ale na razie zrezygnowałem z tej metody. Gdy zapisuję pomysły, zaczynam się przygotowywać do pisania. Często jakiś pomysł przyczepia mi się do głowy i przez kilka dni wpadam na co rusz to nowe pomyły. W efekcie, gdy zaczynam pisać, albo sprawę już przepracowałem i nie chce mi się, albo wychodzi mi niekończący esej. Pracując  w ten sposób nie miałbym szans wypuszczać cotygodniowych tekstów. Dlatego nie robię żadnych notatek i nie planuję o czym będę pisać. Efekt jest taki, że gdy przychodzi szósta rano w środę, często mam w głowie pustkę. Nie mam żadnej wizji, pomysłu, inspiracji, przemyśleń…

Siadam wtedy szybko za biurkiem i zaczynam pisać. Oto pierwsze słowa, jakie dziś napisałem:

Szczerze mówiąc nie mam zielonego pojęcia o czym dziś napisać. Czasami człowiek ma w głowie mnóstwo pomysłów. Cisną się na klawiaturę, aż trzeba je upominać jak rozwrzeszczane dzieci. Ale nie wtedy, gdy pracujesz regularnie. Może jeszcze na początku, gdy regularność dopiero wyszła z bloków startowych, ale potem, gdy wykorzystasz stare zapasy, masz pustkę w głowie. Wiesz, że musisz coś wypuścić. Wiesz, że musi to wypływać z ciebie, wiesz, że to musi poruszyć przede wszystkim ciebie – przecież, jeżeli ciebie nie poruszy, inni też zostaną niewzruszeni, ale nie masz za bardzo pomysłu co to takiego ma być. I co w takiej sytuacji zrobić? Skąd brać pomysły?

Następna myśl było oczywista. Przecież to ważny temat! Nie tylko ja mam problemy z tym, skąd czerpać inspirację. Nie tylko ja mam chwile, w których myślę: No dobra, pora teraz coś stworzyć… hm… tylko co?

Tajemnica polega na tym by usiąść i zacząć pisać, nawet wtedy, gdy nie masz pomysłu o czym to ma być. Gdy najpierw starasz się znaleźć inspirację, zazwyczaj tracisz tylko czas.

Gdy zabierasz się za działanie, inspiracja przychodzi – czasem od razu, czasem musisz się nieco spocić – ale zawsze przychodzi.

Inspiracja jest stanem człowieka, który działa, a nie człowieka, który rozmyśla i teoretyzuje.

*

 

Obrazowo opisał to Stephen King w swoim „Pamiętniku rzemieślnika”:

Istnieje muza, ale nie sfruwa, trzepocząc skrzydłami do pokoju, w którym piszesz i nie rozsypuje po klawiaturze magicznego pyłu. Żyje pod ziemią. To gość mieszkający w piwnicy (według tradycji muzy to kobiety, ale mój jest mężczyzną, niestety musisz się z tym pogodzić). To ty masz zejść do niego. Kiedy tam trafisz, pozostaje ci umeblować mu wygodnie mieszkanie. Innymi słowy, musisz wykonać całą harówkę, podczas gdy muza będzie siedział z boku, palił cygara, podziwiał swoje nagrody z zawodów kręglarskich i udawał, że cię nie dostrzega. Myślisz, że to sprawiedliwe? Ja uważam, że tak. Może ten gość nie wygląda zbyt imponująco i nie jest zbyt rozmowny, ale ma inspirację. To w porządku, że musisz odwalać całą robotę i zarywać noce, ponieważ ten gostek z cygarem i skrzydełkami ma ze sobą torbę pełną magii. Jest w niej coś, co może zmienić twoje życie. Uwierz mi, wiem coś o tym.

Zgadzam się z Kingiem. Muza to nie dziewczyna, która trzepocząc rzęsami podejdzie do twojego stolika, gdy pojawisz się ubrany w Starbucks i wyciągniesz swój sexi laptop z jabłuszkiem na grzebiecie (och… właśnię ę tworzę … wiesz, piszę, ę… swoją .. ą, powieść… no, powaga). Muza nie leci na gadżety, modne marki i bycie na czasie. Efemerydy, wymuskane osobniki, nie są muzie do niczego potrzebni. Muza potrzebuje tragarzy. Gości (i gościówy) o przekrwionych oczach, będących w stanie, na swoich plecach, o północy, przytargać ciężką kanapę, albo którzy potrafią przewalić parę ton węgla przed śniadaniem.

Nie masz natchnienia?

Przestań czekać na magiczny pył,  zabierz się do roboty.

 

*

Możemy mówić muza. W rzeczywistości nie ma żadnych muz (nieważne  czy w spodniach czy sukienkach). Natchnienia, inspiracje, genialne pomysły – to wszystko jest efektem pracy naszego własnego umysłu. To, co nazywamy muzą, jest w rzeczywistości podświadomością czy lepiej nieświadomością– częścią umysłu, znajdującą się poza naszym świadomym myśleniem. Tą częścią, z której nagle coś nam „wpada do głowy”, z której „przychodzi na nas olśnienie”, w której „wszystko nagle nam się układa”.

Najbardziej niesamowitą rzeczą w odniesieniu twórczości jest to, że gdy zabieramy się za coś z całą energią i na poważnie, gdy pakujemy w coś cały swój wysiłek, zaczynają pracować dwie osoby. Jedna, to ta z którą najczęściej się utożsamiamy – moje codzienne, logiczne ja.

Druga to moja nieświadoma część, procesy przetwarzania informacji (łączenia, zestawiania, porównywania itp.) które zachodzą poza progiem doświadczenia, które nagle – gdy już odpowiednio się połączą i zestawią –ujawniają się jako olśnienia, genialne pomysły, momenty iluminacji czy natchnienia.

Jeżeli chcemy korzystać z pracy tej części umysłu, musimy pamiętać o dwóch rzeczach.

Po pierwsze, nieświadomy umysł, nie jest skory do zajmowania się każdą sprawą. Jest raczej leniwy. Jak nie musi, to nie robi.

By zaczął nad czymś pracować, musi poczuć, że nam na czymś bardzo zależy. Wbrew temu co mówią różnego rodzaju magicy od rozwoju osobistego, jest tylko jeden sposób zmuszenia go by zaczął się czymś zajmować – nie są to ani afirmacje, ani inwokacje ani wizualizacje (ani żadne inne acje). Jest to solidna harówka. Tylko wtedy gdy nad czymś pracujesz z dużym zaangażowaniem, twoja nieświadomość również zabiera się do pracy.

Rolo May (którego już cytowałem kilka tekstów temu) pisze:

Aby nastąpił przełom [czyli nasz nieświadomy umysł podsunął nam genialny pomysł], nie wystarczy jedyne „nie przejmować się” i „pozwolić nieświadomości robić swoje”. Rodzący się na poziomie nieświadomości wgląd dotyczy jedynie tych rzeczy, w której jesteśmy świadomie zaangażowani.

Póki się za coś intensywnie nie zabierzesz, twoja nieświadomość nie podejmie tematu.

*

Druga sprawa, o której warto pamiętać: żeby skorzystać z pracy nieświadomego umysłu, musimy dać sobie okazje usłyszenia tego, co wypracował.

Pracuj solidnie i z zawziętością. Bądź jednak wrażliwy na wewnętrzny głos.

Niektórzy od zbyt ciężkiej pracy głuchną na głos natchnienia. Tak bardzo zapominają się w szale działania, że muza mogłaby krzyczeć przez megafon a oni i tak niczego by nie usłyszeli. Twórcze działanie wymaga przeplatania aktywności i pasywności, mówienia i słuchania. Robisz coś, ale także dajesz sobie okazję na to, by coś nowego usłyszeć. Nie możesz tylko napierać i zmagać się, bo nie dotrze do ciebie to, co muza ma do powiedzenia.

Gdy zaczniesz pracować, czasem twój nieświadomy umysł podrzuca ci inspirację od razu (tak jak wrzucił mi dzisiejszy temat). Czasem jednak – i niestety nie jest to takie rzadkie – pracujesz przez parę godzin i nic. Zmagasz się, dajesz z siebie wszystko co możesz, ale ciągle czujesz, się jałowy. Gość zwany muzą nie pojawia się. Nic nie staje się bardziej jasne, bardziej ostre, bardzie intensywne, nie czuć, nawet z daleka, zapachu jego cygara.

Bez paniki. Jeżeli intensywnie usiłowałeś coś stworzyć, nawet robiąc to w sposób chaotyczny i bezsensowny, on również zaczął się tym zajmować. Musisz go jednak ośmielić do tego, by ci coś podpowiedział. Najlepszym sposobem jest zrobienie przerwy i zajęcie czymś banalnym.

Doskonale to opisał Henri Poincaré, jeden z najwybitniejszych matematyków wszechczasów (według niektórych, prawdziwy twórca teorii względności spopularyzowanej jedynie przez Einsteina). Poincaré pisze (cytat za Rollo Mayem):

Na temat okoliczności nieświadomej pracy możemy poczynić uwagę: jest ona możliwa, a z pewnością jest owocna, tylko wtedy, gdy z jednej strony poprzedza ją, a z drugiej następują po niej okresy świadomej pracy. Nagła inspiracja przychodzi tylko wówczas, gdy poprzedzało ją kilka dni dobrowolnego wysiłku, który sprawiał wrażanie całkowicie bezowocnego i nie zapowiadał uzyskania niczego wartościowego, a obrana droga zdawała się prowadzić na manowce. Jednakże wysiłki nie były tak jałowe, jak można było sądzić; puściły one w ruch maszynę nieświadomości, która bez nich by nie ruszyła i niczego nie wyprodukowała.

Poincaré daje praktyczną radę jak wykorzystać to zjawisko. Po pierwsze pracujesz intensywnie nad zagadnieniem, tak dobrze, jak tylko możesz, nawet, jeżeli czujesz, że to bezowocne.  Potem:

robi się przerwę, dłuższą lub krótszą, po czym z powrotem siada do pracy. Przez pierwsze pół godziny, tak jak poprzednio, nic nie można wymyślić, aż raptem pojawia się w umyśle rozstrzygająca koncepcja. Można powiedzieć, że świadoma praca dlatego była owocne, że przerywana chwilami odpoczynku, który przywracał umysłowi jego siłę i świeżość.

To dlatego nowe, doskonałe pomysły przychodzą do nas podczas brania prysznica, po przebudzeniu się, podczas golenia (Albert Einstein pytał: Dlaczego jest tak, że najlepsze pomysły nachodzą mnie z rana, podczas golenia?) czy niedzielnego poranka.

 

*

Jeżeli brakuje ci inspiracji czy dobrego pomysłu, pierwszą przyczyną może być to, że nie dość intensywnie nad czymś pracujesz.

Może w ogóle się nie zabrałeś za pracę, tylko biernie czekasz na olśnienie i jasność. Nie przyjdzie. Zacznij pracować, godząc się na brak poczucia klarowności, nie przejmuj się poczuciem bezowocności wysiłków.

Jeżeli intensywnie pracujesz i mimo tego, muza się nie pojawiła, zrób przerwę. Intensywna praca jest ważna, ale tak samo ważne jest zdystansowanie się od niej na jakiś czas.

Być może wystarczy krótka przerwa (gdy coś mnie blokuje w trakcie pisania, wychodzę do łazienki, zajęcie się czymś w rodzaju umycia rąk, sprawia, że nagle pojawi się pomysł a ja biegiem wracam do pisania). Czasem potrzebne jest dłuższa przerwa – trzeba iść na spacer albo wybrać się do kina. Czasem warto nawet zrobić sobie 2 – 3 dni przerwy (wtedy jednak pierwszy, bezowocny wysiłek musi być bardzo intensywny). Bardzo prawdopodobne, że gdy będziesz robić te banalne rzeczy coś ci wskoczy do głowy. Jeżeli nie, nie przejmuj się. Usiądź i znowu zacznij pracować. Twoja nieświadoma machina (vel muza) w końcu się przyłączy do działania.