Zaznacz stronę

Gdyby komputery osiągnęły kiedyś świadomość (nie wierzę by się to stało) byłyby zdziwione jedną z powszechnie występujących cech naszego oprogramowania.

Większość ludzi, zabierając się za robienie czegoś, co ocenia jako ważne, skupia swoją uwagę przede wszystkim na sobie. To trochę tak, jakby maszyna przełączona w tryb turbo uruchamiała program samokontroli.

Siadam na przykład za komputerem i daję mu znać, że zadanie jest ważne. Załóżmy, że to gadający komputer i mogę mu powiedzieć:

– Słuchaj stary, dawaj mi tryb turbo, bo mam coś ważnego do zrobienia. To zadanie będzie najważniejsze ze wszystkich, jakie od pięciu lat robiłeś!

– Dobra – mówi komputer i natychmiast uruchamia wszystkie programy samotestujące, antywirusowe, wyłapujące błędy i niespójności, optymalizujące itp. Idzie na to 95% jego zasobów, a marne 5% zostaje na zadanie jakie chcę wykonać.

To całe testowanie nie trwa przez chwilę, ale przez cały czas gdy wykonuję zadanie oznaczone kodem „ważne”. W efekcie mój komputer ledwo nadaje się do tego by na nim cokolwiek zrobić.

Podobnie dzieje się z nami. Mam do wykonania ważne zadanie: powiedzmy, przygotowuję prezentację, którą mam wygłosić przez jakąś grupą. Wiem, że od efektów tej prezentacji zależy moja przyszłość zawodowa. Zależy mi na tym ogromnie.

Co robię? Włączam tryb zwiększonej samoświadomości. Większość moich zasobów skupia się na mnie samym: na tym co robię, co czuję, na analizowaniu tego jak wypadnę, na zamartwianiu się czy o czymś nie zapomniałem, na przeżywaniu tego, czy ja w ogóle się do tego nadaję, na zastanawianiu się czy się ośmieszę, na wyrzucaniu sobie, że nie jestem odpowiednio skupiony i skoncentrowany

Im, ważniejsze zadanie z tym większą zaciętością krążę wokół samego siebie i tym mniej zasobów zostaje mi na to by robić moje prawdziwe zadanie.

Jestem jak komputer, który chwilowo zajął się sobą – zawieszam się, zatrzymuję i blokuję. Co gorsza, program antywirusowy nie ogranicza się tylko do spowalniania. Co rusz wysyła mi alarmy:

– Uwaga, niebezpieczeństwo! Odkryto ślad wirusa! Kod wgrany w dzieciństwie jest podejrzany! Uwaga, wspomnienia sprzed roku, bardzo niebezpieczne, trzeba z nimi natychmiast coś zrobić!

Znasz to uczucie? Masz do zrobienia ważną rzecz, zabierasz się za nią i właśnie wtedy dociera do ciebie, że jesteś neurotykiem, człowiekiem, którego zdeformowano w dzieciństwie, osobą która ma za dużo kompleksów i problemów by sobie poradzić z najprostszą rzeczą… Przez cały rok człowiek nie ma takich myśli, ale nagle, w momencie gdy jest coś ważnego do zrobienia, zbiera mu się na refleksję nad sobą samym i życiem. Niewątpliwie doskonały moment by analizować sobie samego i swoje niedoskonałości.

Nie wiem czy to znasz, ale ja znam bardzo dobrze. Im więcej mam ważnych rzeczy do zrobienia tym większe szanse, że zacznę analizować samego siebie i próbować „doprowadzać się do porządku”.

Pewnie warto analizować siebie samego i pracować nad sobą. Refleksja i wyciąganie wniosków na swój temat to cenne rzeczy. Ale czy naprawdę jest na to miejsce, gdy człowiek ma zadanie przed sobą? A nawet gdyby, czy nie wystarczyłoby na to przeznaczyć, zamiast 95%, powiedzmy 5%? No dobra, niech będzie 15%.

Masz przecież ważne zadanie do zrobienia. Paradoks polega na tym, że gdyby nie było ono tak ważne / kluczowe / krytyczne, zrobiłbyś je raz dwa, a tak – agonia.

Agonia, bezradność, nieumiejętność, sztywność. Nagle tracisz całą swoją zdolność działania i to wszystko co jest ci najbardziej potrzebne.

Łucznik

Był kiedyś młody łucznik. Bardzo sprawny i pewny siebie. Gdy wygrał wszystkie możliwe zawody usłyszał, że gdzieś tam żyje stary mistrz, który nie ma równych w posługiwaniu się łukiem.

Po wielu poszukiwaniach znalazł go. Gdy stanął przed nim, bez słowa wyciągnął łuk, napiął cięciwę i wypuścił strzałę, trafiając dokładnie w środek stojącej daleko tarczy, Strzała jeszcze nie doleciała do celu, gdy on wypuścił następną strzałę i trafił w ogon pierwszej, rozpłatując ją na pół.

Popatrzył na starca i powiedział:

–Potrafisz tak?

Mistrz pokiwał z uznaniem głową ale nie wyciągnął łuku, tylko zaproponował by udali się w góry. Młodzieniec, ciekawy zamiarów starca, zgodził się.

Doszli do głębokiej rozpadliny, o której brzegi, niczym kładka, oparta była chybotliwa kłoda. Starzec wyszedł na jej środek, wybrał jako swój cel dalekie drzewo i wypuścił celną strzałę.

– Teraz twoja kolej – powiedział schodząc z kłody.

Młodzieniec wszedł i z przerażeniem popatrzył w przepaść.

Nie potrafił nawet założyć strzały na cięciwę. Był pokonany.

To jest właśnie źródło naszej niemocy: lęk, że spadnę. Zadanie jest tak ważne, porażka będzie tak bolesna! Patrzę pod nogi i zaczynam się trząść. Nie ma mowy o strzelaniu, ciężko jest nawet utrzymać równowagi. Im ważniejsze zadanie, tym wyżej zawieszona kładka i tym bardziej paraliżujący lęk.

Mój umysł przerażony wizją porażki, przejmuję ręczną kontrolę. Zaczyna sprawdzać, analizować, badać, upewniać się…

Czy przepaść jest realna? Do pewnego stopnia tak. Może nie roztrzaskam się tak zupełnie, ale upadek przynajmniej zaboli. Nie będzie dobrze, jak sobie nie poradzę. Nie ma co sobie mówić, że kładka wisi pięć centymetrów nad ziemią.

Walka z napięciem

Niektóre osoby mają odwagę znieść tę agonię i mimo wszystko iść do przodu: – Wiele mnie to kosztuje, ale nie mam wyjścia, muszę to znieść… To odważni ludzie i należy im się szacunek.

Stoją na kłodzie, palce mają sztywne, ale mimo wszystko starają się nałożyć strzałę na cięciwę. To też mój sposób: nie poddawać się, nieważne, że jestem przerażony i spięty, trzeba próbować.

Czasem jednak stosuję inny sposób. Ponieważ nie jestem w stanie znieść napięcia, staram się zapomnieć o tym, co mam do zrobienia. Jest tyle rzeczy za pomocą których można rozproszyć uwagę. Pojawia się odwlekanie i prokrastynacja. W końcu przychodzi moment, w którym nie ma już czasu i można jedynie w pośpiechu zrobić cokolwiek. Mam wtedy poczucie, że zmarnowałem czas, ale mimo wszystko mogę sobie pomyśleć: Ach, gdybym tylko zabrał się na za to wcześniej, dałbym czadu!

Są jeszcze inne sposoby radzenia sobie z napięciem. Możemy na przykład, wzorem stoików, z góry przygotować się na porażkę. Możemy zapytać sami siebie:

–Co najgorszego może się stać, jaki jest najgorszy możliwy scenariusz?

Gdy człowiek zobaczy, że ta najgorsza rzecz wcale nie jest aż takim końcem świata, napięcie nieco słabnie (Nie, przecież nie roztrzaskasz się na miazgę, tylko połamiesz sobie nogi – ulga, co?).

Możemy także potraktować wszystko w kategoriach eksperymentu:

– Kto powiedział, że musi mi wyjść za pierwszym razem? Ważniejsze jest dla mnie zebranie informacji i nauka, porażka nie będzie niczym strasznym, będzie tylko kolejną próbą.

Te dwa rozwiązania są cenne.

Przenieść uwagę

Jest jednak jeszcze jedno, bardzo proste, ale rzadko przychodzące nam na myśl: skupić się na zewnętrznym świecie.

Jaką zmianę chcę wprowadzić w świecie? Co moje działanie ma zmienić? W czym i komu chcę pomóc?

Zadanie przed jakim stoisz, to nie jest zdanie typu: Być doskonałym.

Gdy na przykład masz do wygłoszenia prezentację, wcale nie jest takie istotne czy zrobisz to w sposób doskonały. Wcale nie jest istotne czy będziesz mieć wspaniałe slajdy, czy będziesz mieć doskonale opracowane materiały czy będziesz umiał odpowiedzieć bez zajęknięcia na każde pytanie.

Popatrz jak często sukces odnoszą osoby, które ledwo dukają, które technicznie nie radzą sobie z mówieniem. Gdyby doskonałość była tak ważna, każdy z menedżerów byłby doskonałym mówcą.

Nie chodzi o twoją doskonałość. Nie chodzi także o to, jak gorliwie się przygotowujesz. W ogóle nie chodzi o ciebie.

Chodzi o to, co dasz ludziom, którzy  będą się słuchać (podstaw sobie jakąkolwiek czynność, przy której czujesz się spięty, np. co dasz ludziom, którzy odwiedzą twój sklep; co dasz ludziom, którzy zamówią twoją usługę; co dasz ludziom,  którzy odwiedzą twój blog itd.).

Jak możesz im dać coś cennego, skoro oni cię nie interesują? Skoro jesteś zajęty tylko sobą?

Zdefiniowałeś swoje zadanie: Być doskonałym! Czy to dziwne, że twój wewnętrzny komputer skupił uwagę na sobie? Przecież właśnie to mu poleciłeś.

Zatrzymaj się na chwilę i zastanów, co naprawdę jest twoim zadaniem. Być doskonałym? Nie. Twoim zadaniem jest dać ludziom coś cennego. Zmienić coś w ich życiu. Pomóc im w jakiś sposób.

Owszem, trudno jest przenieść swoją uwagę z przepaści pod nogami na drzewo. Gdybyśmy umieli całkowicie skupić się na tym, co poza nami, nigdy nie czulibyśmy napięcia. Pisalibyśmy tak lekko, jak się pisze list do znajomego. Występowalibyśmy przed największym audytorium, tak swobodnie, jak swobodnie tłumaczymy coś znajomym. Tworzylibyśmy firmy, z taką fantazją z jaką organizujemy imprezę dla bliskich znajomych.

To nie takie łatwe być skupionym na tym, co na zewnątrz. Nasz umysł co rusz przeskakuje i zaczyna zajmować się samym sobą. To niestety jego nawyk.

Możemy jednak choć trochę zainteresować się tym, co wokół.

Możemy przerywać, choćby co jakiś czas, zaaferowanie sobą i zamiast tego rozglądać się wokół.

Mistrz, który zobaczył jak młodzieńcowi drążą ze strachu nogi, powiedział:

– Masz dużo biegłości we władaniu łukiem, ale mało we władaniu umysłem.

Sformułowanie  „władać umysłem”  brzmi tajemniczo i górnolotnie. Myślę jednak, że sprawa jest dość prosta. Umysł idzie w tą stronę, w którą patrzymy.

Wystarczy przystanąć na chwilę i zadać sobie kilka prostych pytań:

– Czy naprawdę chodzi tylko o mnie? Czy naprawdę chodzi o moją doskonałość?

Jeżeli nie o mnie, to o kogo chodzi?

Jeżeli nie moja doskonałość jest najważniejsza, to co jest najważniejsze?

Jak brzmi moje prawdziwe zadanie?

Jeżeli nie możesz znaleźć ważniejszego zadania niż własna doskonałość, daj sobie trochę czasu na to, by go poszukać. Twój umysł zbyt długo zajmował się sobą samym, teraz potrzebuje nauczyć się dostrzegania świat wokół siebie.

Ciągle nie możesz, mimo czasu jaki sobie dałeś, znaleźć zadania poza sobą? Być może lepiej odpuścić sobie zadanie przed jakim teraz stoisz i poszukać innego – takiego, w którym będzie o to łatwiej.