Zaznacz stronę

Chciałbym złożyć publiczną deklarację. Nie ważne czy będę miał dużo czasu czy też będzie mi go brakowało; czy wiatry ułożą się pomyślnie czy będą wiały prosto w twarz; czy będę miał dużo szczęścia czy za każdym rogiem będzie dopadał mnie pech… Dokładnie za dwa tygodnie, 20 kwietnia 2012 podejmę decyzję o zamknięciu lub kontynuacji bloga Energia Wewnętrzna.

Wiele razy byłem już blisko emocjonalnej decyzji by dać sobie z tym spokój. Ale potem wiele razy z poczucia obowiązku czy w poszukiwaniu ulgi wracałem do pisania. Dzisiejsza decyzja jest inna.

Chodzi o chłodne stwierdzenie faktu: Jestem w stanie to rozwijać czy nie? Jestem w stanie przyciągać nowych ludzi czy nie? Jestem w stanie wnosić wartość w ich życie czy nie? I wreszcie: jestem w stanie utrzymywać się z pisania czy nie?

Jeżeli 20 kwietnie będę dokładnie w tym samym miejscu co teraz, blog zostanie zamknięty. Co znaczy, dokładnie w tym samym miejscu? Trzy wskaźniki: (1) ta sama ilość czytelników  (w rss-ie jest  teraz ok. 400 osób, mimo, że nie wszyscy z tego korzystają, ten wskaźnik dość dobrze koreluje z ilością odwiedzin); (2) czas potrzebny na obsługę bloga przekraczający 30 godzin tygodniowo (teraz to nawet  40 godzin); (3) wartość sprzedaży nie większa niż ok. 250 zł/ miesiąc.

Nie chodzi o to, że to wszystko jest dla mnie jakoś strasznie ważne, że muszę od razu mieć tysiące czytelników, pracować cztery godziny w tygodniu i zarabiać pięć tysięcy na tydzień. Chodzi o rozwój. O to że jestem w stanie zarządzać tym blogiem. Oczywiście to mogłoby być przedsięwzięcie hobbystyczne, coś co robię po godzinach. Próbowałem, ale nie umiem. Wada czy zaleta – nie wiem. Ale nie umiem tego zmienić.

Czuję, że jestem za bardzo zaplątany w to wszystko. Stres i napięcie sprawiają, że wkładam w to przedsięwzięcie wiele, wiele pracy, bez refleksji czy ma to jakąś wartość i czy mnie na to stać. A to z kolei wywołuje jeszcze większy stres, a to sprawia, że dystans jest jeszcze mniejszy, a to wywołuje jeszcze większy stres…. i tak w kółko. Jeżeli postawię przed sobą jasnych kryteriów, będę pisał, wymyślał, próbował, dopieszczał i planował do momentu aż komornik wyrwie mi klawiaturę z ręki. Znasz , to uczucie, że za zakrętem  wszystko będzie już jasne i proste? A tam widać tylko następny zakręt. Mam to już pod paru lat. Tak można spędzić całe życie. Wszystko po to, by się nie przyznać do pobłądzenia. Kręci się człowiek w kółko powtarzają pod nosem: Tak, tak, wszystko jest jak na mapie!

Mam wiele wad, ale jedną z najbardziej dokuczliwych jest nieco chore poczucie odpowiedzialności (jestem najstarszym dzieckiem, to trochę tłumaczy) i ośli upór. Już raz w życiu spieprzyłem coś ważnego przez swoją nieumiejętność rozczarowywania ludzi. Tylko dlatego by nie zawieść kilku osób, z uporem maniaka robiłem coś, co nie miało szans powodzenia. W końcu wszyscy stracili, także ci, których nie chciałem rozczarować. Wniosek: nigdy więcej nie przejmuj się tym, czy ktoś poczuje się rozczarowany twoją decyzją czy nie.

Ludzie są ważni. Ich potrzeby się liczą. Słuchaj ich. Ale nie udawaj boga. I tak przecież nie jesteś wieczny. I tak prędzej czy później na to, co robisz przyjdzie koniec. Na wszystko. Jeżeli coś nie ma sensu, zostaw to i idź dalej. Jeżeli na coś cię nie stać, nie bierz na to kredytu (tak, czasem nie stać nas na wymarzoną pracę). Odpowiedzialnie używaj swojego czasu i czasu swoich bliskich. Wtedy, gdy ostatni raz spieprzyłem projekt, nie umiałem twardo zwolnić kilku osób. Wylać ich na zbity pysk, dla mojego dobra, dobra klientów i dobra ich samych. Dziś, być  może, nie umiem zwolnić siebie. Wylać się na zbity ryj, dla dobra projektów o których jeszcze nic nie wiem. Być może. Jeszcze tego nie wiem. 20 kwietnia będę.

Owszem, często  najlepszą metodą by wyjść z zaplątania jest zagryźć zęby i wytrzymać. Ale czasem lepiej zostawić wszystko co masz, wyrzucić to do śmietnika i zacząć od nowa. Kiedy która metoda jest lepsza? Właśnie z tego powodu życie jest sztuką a nie pieczeniem bułeczek na podstawie prostego przepisu.

Ale bez obaw. To, co naprawdę ważne i tak gdzieś w tobie zostanie. I nie chodzi tu o żaden pieprzony minimalizm (nowa moda: kolega sprząta w swoim pokoju u mamuśki i udaje Leo Babuatę).  Nie, bez minimalizmu proszę. Nawet, gdy naprawdę żyjesz minimalnie nie robisz nic wielkiego. To żadna sztuka nie mieć nic. Prawdziwa sztuka to mieć wiele i umieć zostawić to w ciągu sekundy.

I  wcale nie przedmioty są najgorsze. Większość z nas umiałaby zostawić bez oglądania się za siebie te wszystkie durne meble, samochody a nawet mieszkania (naprawdę nic ci się nie  znudziło? założę się, że gdybyś wygrał parę milionów, większość bez żalu byś wyrzucił). Czymś co wleczemy za sobą jak wielką kulę u nogi są te wszystkie bzdurne wizje siebie samego, dziesiątki planów, dziesiątki zaczętych projektów, dziesiątki pomysłów… Tak trudno mi zostawić te wszystkie zaczęte i nie wydane książki. Tak trudno wyrzucić   te wszystkie notatki, te wszystkie kolejne wersje, te wszystkie któregoś dnia o tym napiszę…  Te wszystkie wizje siebie siedzącego. Gość pucujący co dwa dni swój błyszczący samochodzik naszpikowany gadżetami jest przy mnie super minimalistą. Czuję, że jestem strasznym tchórzem. Nie mam odwagi zostawić za sobą przeszłości i nierealnych fantazji… Dlatego stawiam się w takiej sytuacji jak ta: publicznie, z datą i kryteriami. Tak lub nie. Albo to ma sens, albo nie ma.

Niech to jednak nie brzmi, jakbym o niczym innym nie marzył jak tylko o nowym początku (to też jest ryzyko – jak turysta szukać wciąż nowych ekscytacji). Nie, uczciwie przez te dni będę się starać. Ale albo mi się uda, albo nie. Jeżeli się nie uda, bo zbyt mało czasu, bo zbyt dużo pechowych zbiegów okoliczności, bo za późno, bo za wcześnie, bo cokolwiek… to się nie uda. Kropka. Wiggle room – no more.

20 kwietnia napiszę: udało się, rozwijam się, idę we właściwym kierunku, ta droga ma sens, to wzbudza rezonans i oto dowody…, albo napiszę: dziękuję za kawałek drogi, który pokonaliśmy razem, musiało być tak jak było, trawiaste bezdroża czekają.