Zaznacz stronę

Czasem człowiek ma poczucie, że jest go coraz mniej. Tak, jakby każdego dnia się rozpuszczał, albo wietrzał, jakby blakł i stawał się coraz bardziej przezroczysty.

Nie, nie bawmy się w święte, przez nikogo nierozumiane kawałki o nirwanie czy zatracaniu ego. Mówię o takim rozpuszczaniu i traceniu barw, które boli i w wyniku którego nic wspaniałego nie powstaje. Najwyżej sucha, szara skorupa. Sztywne, pozbawione gracji ruchy. To samo narzekanie na drożyznę, rząd i obyczaje. Czasem tylko, jakiś nie do końca zesztywniały fragment budzi się w środku nocy i przewraca z boku na bok. Ale zamiast wstać i popatrzeć w lustro, zobaczyć wszystkie swoje zdrętwienia, zamiast dotrzeć do źródła niepokoju, robi melisę, wykonuje głębokie oddechy, rozluźnia mięśnie i jakoś tam w końcu usypia.

Nie ma mnie, są potrzeby innych. Ciągle coś trzeba zrobić, ciągle trzeba przestawiać swój harmonogram, ciągle trzeba być rozsądnym, ciągle trzeba pomagać, ciągle trzeba się usuwać w cień.

Tyle jest ważniejszych spraw. Kim w końcu jestem by troszczyć się o siebie?

Przecież nie o mnie chodzi. Dzieci są ważniejsze. Moja druga połowa jest ważniejsza –  mąż jest przecież tak pełny nowych pomysłów i takie ma przed sobą możliwości – muszę się poświęcić. Przecież są starzy, schorowani rodzice, kto im pomoże, jak nie ja? Przecież nie mogę zostawić tej firmy, tych wspólników, tego zespołu —  byliby zawiedzeni.

Może kiedyś uda mi się znaleźć wolną chwilę dla siebie. Może kiedyś wezmę urlop, i ruszę w jakąś długą, szaloną wędrówkę.  Będę robił tylko to, na co mam ochotę, będę wydawał pieniądze zupełnie bez sensu, jak tylko mi będzie pasowało. Będę szedł, tam gdzie będę miał ochotę. Albo będę leżał bez ruchu jak mi się tylko zechcę. Przestanę na chwilę myśleć o tym, co rozsądne i co trzeba zrobić, przestanę aż tak bardzo przejmować się tym, czego oczekują ode mnie inni.

Ale póki co, rano do pracy. Trzeba przecież być odpowiedzialnym. Ktoś musi zarobić, ktoś musi utrzymać, ktoś musi ugotować, ktoś musi kupić. Liczą na mnie. Oczekują. Są przyzwyczajeni. Jestem ich ktosiem.

Dzień za dniem jest mnie coraz mniej. Już zapomniałem co mnie cieszy. Już nie wiem co lubię. Nie pamiętam o co mi kiedyś chodziło.

Rozpuściłem się. Zwietrzałem. Straciłem swoje barwy.

Dawać innym?

Jakiś czas temu pisałem: chcesz lepiej żyć – dawaj siebie innym. Gdy dasz ludziom to, co masz w sobie najlepszego, poczujesz się znacznie lepiej.

Ale jak to z tym jest tak naprawdę? Czy naprawdę dawanie siebie innym jest sposobem na to by byś szczęśliwym?

Czy doświadczają szczęścia te wszystkie kobiety, które poświęciły swoje pasje i kariery po to, by ich mąż mógł, niczym nieskrępowany podlotek brylować na konferencjach naukowych? Czy doświadczają szczęścia te wszystkie kobiety, które zajęły się gotowaniem obiadów, dopytywaniem dzieci o to, co było w szkole i zbieraniem porozrzucanej po domu bielizny, podczas gdy mąż realizuje swoje pasje, siedząc z piwem w ręku i oglądając mecze?

Czy są szczęśliwe te wszystkie skorupy, pozbawione własnego zdania, swoich emocji, swoich szaleństw? Ci wszyscy rozsądni, obliczalni, odpowiadający na potrzeby innych?

Nie, nie sądzę.

Czy w takim razie cała ta gadka o dawaniu była zwykłą ściemą?

Nie.

Dwie oddzielne sprawy

Słuchaj, to naprawdę jest tak, że dawanie siebie innym daje szczęście. Problem w tym, że często mylimy dawanie siebie innym z negowaniem siebie. Wydaje nam się, że dać coś innym jest równoznaczne z zabraniem czegoś sobie. Jeżeli tylko czegoś chcesz dla siebie, jeżeli tylko troszczysz się o siebie, jesteś egoistą, którego inni nie obchodzą.

A to nie tak. Jest troska o innych, ale jest i troska o siebie. To nie jest ten sam, wymiar w który możesz być albo po lewej, albo po prawej stronie.

Troska o innych i troska o siebie to dwa niezależne wymiary.

Możesz być człowiekiem, który troszczy się tylko o innych i nie troszczy o siebie. To właśnie te wszystkie utalentowane kobiety zagryzające wargi, schowane za koszami z praniem i kuchennymi szafkami, byle tylko facet mógł być zadowolony.

Można troszczyć się tylko o siebie. Mieć gdzieś potrzeby innych. Dawać im ochłapy i brać co tylko da się wziąć. To ci wszyscy szefowie firm, wykorzystujący pracowników.  To ci bezczelni naciągacze, którzy gdy robią interesy muszą mieć pewność, że z każdego zainwestowanego grosza dostaną tysiąc złotych.

Można jednak troszczyć się równocześnie o innych i o siebie. Nie ma w tym  sprzeczności. Przeciwnie, ci którzy troszczą się o innych, nie zwracając uwagi na siebie, nie troszczą się o nich szczerze. Czy ta poświęcająca się żona, rezygnująca ze swoich pasji, daje najbliższym naprawdę coś cennego? Czy jej dzieci naprawdę bardziej potrzebują wysprzątanego domu niż żywej, śmiejącej się radosnej matki? Czy ten wredny bankier, bez zmrużenia oka wciskający klientom nieuczciwe umowy, tak naprawdę troszczy się o siebie? Owszem jest bogaty, ale czy bogactwo sprawia, że jest bardziej szczęśliwy, zdrowy czy zadowolony z życia niż tysiące innych ludzi mających bez porównania mniej niż on?

Wielu z nas przerzuca się wciąż z jednej postawy w drugą. Przez połowę życia troszczymy się o swój interes, przez drugą połowę o interes innych. Częsty scenariusz: młody idealista, który chce zmieniać świat i który spala się w pragnieniu pomagania –> rozczarowanie, poczucie bycie wykorzystanym –> stary cynik, który wie, że nie warto, że ludzie są jak wilki, że każdy musi się troszczyć o siebie. Czasem takich wolt jest więcej. Czasem dotyczą całego życia, czasem jednej dziedziny (np. tylko pracy zawodowej lub tylko życia prywatnego). Ale wielu z nas doświadcza takiego momentu „zmądrzenia”.  Zmądrzałem, nie dam się więcej wykorzystać. Teraz ja jestem najważniejszy. Zmądrzałem, więcej nie będę głupcem, który daje coś za darmo.

To nie jest żadne „zmądrzenie” to tkwienie w tej samej głupocie, tyle że po drugiej stronie.

Mądrość polega na umiejętnym połączeniu troski o innych z troską o siebie.

Owszem, czasem wymaga to podejścia „przysługa za przysługę, wet za wet” – jeżeli ty mi coś dasz, ja ci również dam.

Ale równoczesna troska o siebie i o innych nie sprowadza się do rewanżyzmu. Nie chodzi o to by wymieniać się przysługami, nie chodzi o to by dawać tylko wtedy, gdy  ktoś może ci się odpłacić.

Równocześnie

Sztuka, jak nazywa to jeden z psychologów, dwuinteresowności jest bardziej skomplikowana.

Chodzi o to, by znaleźć taki sposób dawania, który równocześnie jest źródłem twoje własnej radości.

Czy jest coś, co przynosi innym wielką korzyść, a równocześnie daje ci energię i zapał?

Czy jest coś, co kochasz robić przynajmniej w takim samym stopniu w jakim inni lubią to dostawać?

Jeżeli czujesz, że wietrzejesz, rozpuszczasz się, tracisz blask — to znak, że ciągle tego nie znalazłeś.

Asertywność

Sztuka dwunteresowności jest trudna bo wymaga asertywności.

Czasem trzeba zawieść oczekiwania innych. Trzeba powiedzieć:

– Nie, nie zrobię tego bo mam swoje plany.

— Nie zrobię tego, bo czuję, że muszę zrobić coś ważnego dla mnie.

Albo:

– Zrobię to w zupełnie innych sposób.

— Sposób, jaki mi proponujesz nie jest dla mnie dobry.

Czasem nawet trzeba mieć odwagę pożegnać się z kimś, mimo poczucia winy a  nawet oskarżeń o egoizm.

Zdarzyło mi się przez kilka lat pracować z osobą, która mnie męczyła. To była całkiem uprzejma i ugodowa osoba. Nie krzyczała, nie wściekała się, nie oszukiwała. Problem polegał tylko na tym, że wysysała energię i zabierała rozmach. Z jednej strony wiedziałem, że trzeba skończyć współpracę, z drugiej czułem się winny. Każda próba rozmówienia się kończyła się tak samo: brałem na siebie kolejne wspólne przedsięwzięcia. Tak, jakbym chciał odkupić winę polegającą na tym, że nie chcę bezwarunkowo angażować się w coś, co mi nie przyności radości.

Teraz, gdy w końcu zakończyłem współpracę, patrzę na te lata ze zdziwieniem. Jak mogłem aż tak bardzo marnować szanse i możliwości, jakie wtedy miałem (i pewnie nie szybko będę znowu miał)?

Współpraca z innymi polega na obowiązkowej synergii. Jest wiele osób, z którymi „w zasadzie dobrze mi się współpracuje”. Ale to za mało. Współpraca ma sens tylko wtedy, gdy jej efektem jest coś nieporównanie większego niż suma tego, co każdy z  nas mógłby osiągnąć samodzielnie. Dziś zadaję sobie dwa proste pytania:

— Czy w tym układzie daję z siebie wszystko, co mogę?

— Czy to, co dostaję w zamian jest warte w moim odczucieu przynamniej tyle samo co daję?

Troszczysz się o innych, bo dajesz bez oglądania tak wiele, jak tylko jesteś w stanie. Troszczysz się o sobie, bo czujesz, że dostajesz jeszcze więcej.

Jeżeli te warunki nie są spełnione, nie ma nic złego gdy powiesz komuś: wystarczy.

Owszem, ktoś ci może powiedzieć:

– Stary, ale jesteś egoistą, tylko sobie dogadzasz

Dla mnie egoizmem jest raczej tkwienie w przekonaniu, że jest się niezastąpionym. Szukać dla siebie warunków, w których możemy naprawdę zabłysnąć, nie jest egoizmem, jest dwuinteresownością – równoczesną troską o siebie i o innych.

Czasem asertywność polega na odwadze robienia rzeczy, za które nikt ci nie zapłaci.

Gdy zacząłem pisać regularnie na tym blogu, ktoś mnie zapytał: Fajnie, ale jaki masz plan? Czym się skończy ten cykl? Przygotowujesz jakiś produkt?

Poczułem się głupio. Kurcze, rzeczywiście, powinienem mieć jakiś plan. Powinienem pracowicie zbierać maile, regularnie wysyłać oferty i próbować sprzedawać jakieś sklecone naprędce ebooki czy koślawe nagrania wideo (nazwane nie wiadomo dlaczego „szkoleniami”). Wtedy moje pisanie miałoby jakieś uzasadnienie. A tak jest tylko zabawą.

Nie, nie miałem żadnego planu oprócz tego by uratować tą część mnie, która potrzebuje co jakiś czas zebrać myśli i wyjść z nimi do ludzi. I mimo, że  potrzebuję pieniędzy, ta potrzeba jest jeszcze ważniejsza. Nie czuję się winny poświęcając czas na coś, co nie rozwiązuje moich codziennych problemów.

Jest jeszcze asertywność wobec siebie. Nie lubisz czegoś robić? Miej odwagę się przyznać.

Może da się coś zmienić i znaleźć jakiś sposób na polubienie? Może warto zająć się czymś innym? Nie ma nic szlachetnego w robieniu czegoś z zagryzionymi wargami i wymówką, że „ktoś to zrobić musi”. Skąd wiesz, że tuż obok nie czeka zajęcie, które będziesz wykonywać z radością i które będzie dla innych nieporównanie większym darem niż to, co robisz teraz?

Nie zawsze łatwo jest znaleźć takie zajęcie. Ale warto próbować. Wkurza mnie jak ktoś narzeka, że nie ma żadnych możliwości bo bezrobocie, bo mało ofert, bo konkurencja. Zacznij od woluntariatu. Pracuj w zamian za energię jaką czujesz robiąc to, co kochasz. A że ktoś się na tym wzbogaci? Ty też się przecież wzbogacasz. To, co dajesz prędzej czy później do ciebie wróci. Już wraca w postaci doświadczeń, umiejętności czy kontaktów.

Podsumowując

Umiejętność bycia dwuinteresownym zamiast tylko interesownym czy bezinteresownym to jedna z najistotniejszych umiejętności życiowych.

Ludzie całkowicie bezinteresowni szybko się wypalają i albo zmieniają się w zgorzkniałe, narzekające na niesprawiedliwość świata skorupy, alby w egoistów, trzęsących się nad tym, by ich nikt więcej nie okradł.

Ludzie całkowicie interesowni, może i zdobywają pieniądze, ale oprócz pieniędzy w ich życiu mało jest innego bogactwa. Są samotni, mało twórczy i puści w środku. Często jednak, jeżeli nie są wybitni, nie osiągają nawet pieniędzy – do końca życia zostają małymi gnojami, którzy tylko patrzą jak by tu wydrzeć coś od kogoś.

Dwuinteresowność nie jest tym samym co strategia ustawicznego szukania rewanżu. Tak, trzeba mieć odwagę stawiać ludziom warunki, ale ważniejsza jest umiejętność znajdowania takich zajęć, które same w sobie niosą nam korzyści. Gdy robisz coś, co kochasz, nie muszą ci za to płacić, samo robienie tego jest nagrodą.

Bycie osobą interesowną podwójnie wymaga asertywności: musisz umieć mówić ludziom nie. Nie, nie będę z tobą współpracował. Nie, nie poświęcę ci czasu. Nie, nie chcę więcej się tym zajmować bo to mnie dławi.

Tylko wtedy, gdy umiesz odmówić dania czegoś innym, twoje dawanie staje się autentyczne. To żadne dar, gdy dajesz bo czujesz się przymuszony.

Jeżeli twoje życie to ustawiczna troska o innych i spełnianie ich oczekiwań, zatroszcz się dziś o siebie bo inaczej zwietrzejesz.