Zaznacz stronę

Siedzę za komputerem. Za oknem słońce. Wokół cisza. Nie czuję się najgorzej, w każdym razie nie od strony fizycznej. Nic mnie nie boli, nic mi nie dokucza. Dobre warunki do tego, by coś napisać. Tak, trzeba coś napisać. W końcu zadeklarowałem, że co tydzień będzie się coś pojawiać. No to do pisania! Ale w głowie pustka. Nie mam pomysłu. Nie wiem, o czym napisać, nie wiem jak się za to zabrać. Nie, nie ma się czym przejmować, zaraz wpadnę na jakiś pomysł, tyle razy przecież wpadałem. Zaraz coś wymyślę, zaraz się coś pojawi… Czas mija, ale jedyną rzeczą, która się pojawia, jest coraz większe rozdrażnienie. Co się ze mną dzieje? Co jest nie tak?

Skoro niczego nie mogę wymyślić, może zajmę się przez chwilę czymś innym. Może posłucham nowej płyty, może zrobię herbatę, może coś zjem, może uporządkuję papiery, może rzucę okiem na wiadomości, może poćwiczę klawiaturę… Zaraz się coś pojawi. Zajmuję się czymś innym, ale wciąż nic się nie pojawia. Do rozdrażnienia dołącza się przerażenie: A może się wypaliłem? A może jestem za stary? A może to wszystko, co dobrego udało mi się napisać do tej pory to tylko przypadek? Jakimś cudem mi wyszło, ale nigdy nie będę w stanie tego powtórzyć?

Czas płynie, a ton przerażenia jest coraz głośniejszy. Im wyraźniej go słyszę, tym bardziej gorączkowo pragnę znaleźć sposób na to, by się uwolnić. Im bardziej gorączkowo szukam, tym głośniejsze przerażenie.

To dość typowy przebieg zjawiska, które nazywane jest czasem blokiem pisarskim. Na początku nie wiesz, o czym masz napisać. Jesteś trochę zniecierpliwiony i rozdrażniony, ale przecież to nic wielkiego. Potem rozdrażnienie zmienia się w prawdziwe napięcie, stres czy cierpienie. Mówisz sobie: Muszę czym prędzej się odblokować, nie stać mnie na coś takiego. Napięcie rośnie i rośnie, a praca nie posuwa się do przodu.

Blokada

Tego rodzaju blok występuje nie tylko w przypadku pisania. Można go spotkać we wielu innych dziedzinach życia. Chcę z kimś porozmawiać, ale nie mogę otworzyć ust. Chcę przedstawić swój projekt, ale czuję pustkę w głowie. Chcę zacząć robić coś nowego, znaleźć jakąś nową pasję, ale mimo że tak bardzo mi na tym zależy, nie jestem w stanie zdecydować się na żaden konkretny krok.

Jak sobie z czymś takim poradzić? Gdy zapytasz wujka Googla, znajdziesz wiele recept: trzydzieści siedem sposobów na pokonanie blokady twórczej (w tym „polej sobie drinka”); recepty na pozbycie się blokad w kontaktach z ludźmi (bądź asertywny i powtarzaj, że wszyscy cię uwielbiają); recepty na pozbycie się blokad emocjonalnych (przypomnij sobie stan, w którym czułeś się pełny mocy) czy recepty na stagnacją zawodową (zapisz się na nowe szkolenie).

Jeżeli tego rodzaju recepty są dla ciebie pomocne, korzystaj z nich. Problem jednak polega na tym, że gdy tego rodzaju rozwiązanie jest skuteczne, to znak, że nie mieliśmy do czynienia z prawdziwą blokadą. Jeżeli mamy do czynienia z prawdziwą blokadą, żaden przepis, podpowiedź czy recepta nie działa. Prawdziwa blokada to taka sytuacja, w której im bardziej próbuję, tym bardziej się zapętlam.

Blokada na korcie Wimbledonu

Nie wspomniałem o jednej dziedzinie, w której blokada pojawia się dość często, mianowicie o sporcie.

Chyba jej najbardziej znanym przypadkiem jest przegrany przez Janę Novotną finał turnieju wimbledońskiego w 1993 roku. Novotna, sklasyfikowana na dziewiątym miejscu światowego rankingu grała ze Steffi Graf (pierwsze miejsce światowego rankingu). Novotna, mimo że mniej utytułowana, grała świetnie. Była silna, energiczna, opanowana i pewna siebie. Zaczęła dominować. W którymś momencie prowadziła 4:1, a do wygranej brakowało jej tylko kilku punktów. By wygrać gema, wystarczył jeden, dobry serwis. Niestety trafiła w siatkę. Kolejny serwis i jeszcze gorzej. Nagle cała pewność siebie i zaawansowane umiejętności zniknęły. Zaczęła grać jak początkująca tenisistka. Straciła całą przewagę, aż wreszcie przegrała. Podczas ceremonii wręczania nagród, rozpłakała się na ramieniu księżnej Kentu. Co się stało?

Mechanizm blokowania się

Gdy wykonujemy jakiekolwiek zadanie, dysponujemy dwoma trybami działania.

Pierwszy można nazwać trybem jawnym lub świadomym. W tym trybie pracuje nasza kora mózgowa – działamy z namysłem i ostrożnością. Posługujemy się pamięcią, czasem nawet powtarzamy, co mamy robić. Ten tryb jest niezbędny, gdy uczymy się coś robić. Na przykład, gdy uczymy się jeździć samochodem, grać w tenisa czy żonglować. Z konieczności działanie w tym trybie jest powolne, mało elastyczne i mało płynne.

Z czasem, w miarę zdobywania sprawności, ośrodek sterowania działaniami przenosi się z kory mózgowej do jąder podstawnych mózgu. Po jakimś czasie przestajemy myśleć o ruchach – nie potrzebujemy przypominać sobie jak coś robić, bo robimy to automatycznie. Włącza się ukryty tryb działania. Działanie staje się płynne, szybkie i elastyczne. Możemy przestać myśleć o tym, co robimy i pogrążyć się w śnie na jawie (jak dzieje się to czasem z niektórymi kierowcami), ale możemy też, jeżeli wciąż jesteśmy skupieni na celu naszego działania, znacznie przekraczać możliwości, jakimi dysponuje nasz jawny system.

Gdy korzystamy z tego systemu działania, a równocześnie skupiamy się na celu, czasem pojawia się coś, co określa się mianem przepływu. Nie jestem sportowcem, ale kilka razy udało mi się osiągnąć tego rodzaju przepływ, na przykład podczas prowadzenia szkoleń. Człowiek nie myśli o tym, jak zadawać pytania, w jaki sposób się poruszać na środku, jak klarownie wyjaśnić ćwiczenia itp. To wszystko dzieje się samo. Ma się wrażenie, że jest tylko sala szkoleniowa i ludzie obecni na niej. Tam, gdzie znajduję się ja sam, jest pusta przestrzeń.

Tym systemem posługiwała się Novotna w pierwszej części meczu. Grała płynnie i lekko. Kora mózgowa była uzupełnieniem do tego, co działo się w głębokich strukturach podkorowych.

Nie jesteśmy w stanie działać płynnie, gdy brakuje nam umiejętności. Ale to, że mamy wprawę nie znaczy, że w każdej sytuacji będziemy mieli do niej dostęp. Czymś, co na powrót uruchamia tryb jawny (w którym musisz się namyślać nad kolejnymi ruchami i ręcznie podejmować wszystkie decyzje) jest presja psychiczna. By działać twórczo, elastycznie i skutecznie, potrzebujesz być rozluźniony. Novotna, zbliżając się do wygranej, zaczęła odczuwać coraz większą presję. Być może myślała:

Jestem już tak blisko, wystarczy nie zmarnować serwisu!

Zaczęło jej potwornie zależeć. Gdy ci na czymś zależy staje się to sygnałem do tego by system jawy przejął kontrolę nad działaniem.

Muszę się skupić, nie wolno mi się pomylić, muszę wszystko w pełni kontrolować, muszę myśleć o tym, co robię! – kontrola wydaje nam się receptą na możliwość pomyłki.

Im większa presja, im większe oczekiwanie, by dobrze wypaść, tym większe ryzyko, że zaczniemy za dużo myśleć, włączymy świadomy system działania i zaczniemy się dławić.

Zhuangzi, Chiński mędrzec z 4 w.p.n.e. pisał:

Kiedy łucznik strzela za darmo, wszystko mu się udaje.
Jeśli strzela dla zapinki z brązu, robi się niespokojny.
Gdy zaś strzela o sztukę złota, ślepnie albo dwoi mu się w oczach. Całkiem traci głowę! Nie żeby mniej umiał. Ale nagroda sprawia, że się rozprasza. Dokłada starań. Myśli bardziej o wygranej niż o strzelaniu. I ten głód zwycięstwa pozbawia go zręczności.

Gdy bardzo nam na czymś zależy, gdy chcemy zrobić coś naprawdę dobrze, gdy przeraża nas myśl o tym, że moglibyśmy zrobić coś nie tak – zaczynamy za dużo myśleć.

Jeżeli łucznik nie potrafi dobrze strzelać, nie ma wielkiej różnicy. Gdy jednak łucznik ma doskonałe umiejętności, dokładanie starań, staje się źródłem jego problemów.

Blokada twórcza nachodzi mnie ile razy uda mi się coś dobrze zrobić. Napisałem kilka tekstów, z których jestem zadowolony, ktoś wydrukował moją książkę, ktoś mnie pochwalił itp. – od razu zaczynam myśleć, że nie mogę zawieść. Nie tylko nie mogę zawieść, muszę się rozwijać. Kolejna rzecz powinna być lepsza! Pojawia się presja by napisać coś naprawdę dobrego.

Czasem taka presja bierze się z nieco mniej egoistycznych powodów. Czyjaś sytuacja mnie poruszyła i bardzo bym chciał mu pomóc. Zależy mi na tym, by tekst pozwolił przebić się tej osobie na drugą stronę, by w jakiś sposób zmienił jej los. Nie ważne z jakich powodów powstaje presja, jej efekt jest taki sam – blokada. Ile razy mam wymyślić coś genialnego, tyle razy nie mam żadnych pomysłów. Nie, żebym był jakimś niezwykle sprawnym łucznikiem, ale wewnętrzna presja zrobienia czegoś niezwykłego (albo przynajmniej bardzo dobrego), pozbawia mnie jakichkolwiek umiejętności — staję się praktycznie niepiśmienny.

Jednak ten tekst nie dotyczy tego, jak sobie radzić z blokiem pisarskim (ani z blokiem sportowym czy interpersonalnym). To, mimo, że dość nieprzyjemne, da się jakoś zrobić. Znacznie gorzej jest, gdy człowiek wpada w blok życiowy. Co mam robić? W którą iść stronę? Strasznie chcę się ruszyć, ale nie mogę. Zbieram się i zbiera, ale nie wiem jak wystartować. Blok pisarski jest ubogim krewnym tego dużego, życiowego bloku. Całe szczęście, do obydwu da się zastosować w miarę podobne rozwiązania. Sposoby, które pozawalają poradzić sobie z blokiem pisarskim, we większości przypadków  przydają się podczas radzenia sobie z tym drugim blokiem.

Co możemy w takim razie zrobić?

Gdy potrzebujesz, odpocznij

Czasem, człowiek jest po prostu przemęczony. Niby nic takiego nie robisz, niby wszystko jest takie jak zwykle, ale od tak dawna zmagasz się z sobą, że straciłeś świeżość, potrzebną do tego, by zobaczyć coś nowego. Wszystko jest szare i bezosobowe. Naprawdę takie jest? Zmagania z samym sobą są męczące. Czasem, by pójść dalej, trzeba się zregenerować.

Ale jak? Żyjemy w czasach aktywnego wypoczynku. By się zregenerować, trzeba wypaść za miasto, kupić tydzień pod palmami, wyskoczyć na narty, albo przynajmniej pójść do kina, poczytać dobrą książkę czy posłuchać muzyki…

To dobre rzeczy. Aktywny wypoczynek jest cenny. Zazwyczaj. Zdarza się jednak, że jest on tylko dalszą częścią zmagania się. Przeskakujemy od jednego zajęcia do drugiego, kolejne wyjazdy, kolejne spotkania, kolejne seanse, kolejne szkolenia… a wewnątrz ta sama zmęczona osoba. Czasem, by się zregenerować, trzeba na jakiś czas przestać być aktywnym.

Shoma Morita, japoński psychiatra, który żył sto lat temu, zajmował się ludźmi z różnego rodzaju nerwicami i blokami (jak łatwo się domyślić miał dużo pracy, przynajmniej z zewnątrz wydaje się, że Japończycy to dość znerwicowany naród). Bardzo często trafiali do niego ludzie sparaliżowani przez walkę z samymi sobą, Początkowo Morita próbował leczyć swoich pacjentów różnymi, znanymi na zachodzie sposobami: hipnozą, psychoanalizą, afirmacjami, zachętami czy perswazją. Żadna z tych metod nie była skuteczna. Zamiast pomagać pacjentom, sprawiały, że ci coraz bardziej się blokowali. W końcu Morita wynalazł swój własny sposób. Jednym z ważnych elementów tej terapii była jej pierwsza faza – izolacji i odpoczynku. Pacjent dostawał odosobniony pokój z materacem i miał się z niego nie ruszać przez kilka dni (oprócz wyjść do toalety czy łazienki). Zakazane były jakiekolwiek działania wiążące się z rozproszeniem (spotkania, rozmowy, czytanie, palenie itp.).

Czasem warto zaserwować sobie taki okres izolacji i odpoczynku. Znajdź jakieś spokojne miejsce, usiądź i spędź w nim, powiedzmy, piętnaście minut bez jakiegokolwiek zajęcia, które by ci pozwoliło być zainteresowanym, podekscytowanym czy rozproszonym. Nie siedź za komputerem, nie czytaj książek, nie słuchaj muzyki, nie sprzątaj, nie obmyślaj planów, nie śledź tego, co dzieje się za oknem, nie rozwiązuj łamigłówek, nie licz oddechów. Pozostań bierny. Bądź z tym, co czujesz w danej chwili.

Wydaje się interesujące? Nie, wydaje się strasznie nudne. I dobrze. O to chodzi. W którymś momencie poczujesz znudzenie i chęć działania. Nuda i potrzeba zrobienia czegoś jest objawem zdrowia. Gdy nuda narasta, coraz bardziej chcemy się ruszyć i coś zrobić. Znudzone dzieci podskakują, biegają, krzyczą, płaczą – robią coś, co usunie nudę. Zdrowy organizm nie toleruje nudy. Mówią, że głód jest najlepszym kucharzem. Czasem nuda jest najlepszym motywatorem. Gdy pojawi się nuda i związane z nią pragnienie działania, można skończyć okres izolacji. Ale nie tak szybko. Moment, czy to naprawdę głód działania?

Czy czasem nie jest to tylko potrzeba ucieczki, potrzeba zajęcia się czymś, co odsunie na dalszy plan cały ten ból życia, który na mnie spłynął, gdy przestałem mieć zajmujące zajęcia?

Tym, co często pojawia się w okresie bezczynności nie jest głód działania, ale ból życia. Zaczynasz myśleć o tym, jakie to wszystko bez sensu, jak nie radzisz sobie z tym, co masz do zrobienia, jak mało w życiu zrobiłeś, jakie to wszystko jest głupie, ile czasu zmarnowałeś itp.

Jeżeli w chwili bierności pojawiają się takie odczucia, to znak, że wiele z tego, co robisz, może być sposobem unikania negatywnych doznań. Twoim zadaniem nie jest uciekać od tego, ale w pełni tego doświadczyć. Prawdziwy głód działania pojawi się dopiero wtedy, gdy w pełni doświadczysz bólu.

Doświadcz bólu bez manipulowania przy nim

Najgorszą rzeczą jest zmagać się z przeciwnikiem, nie wiedząc, że się z nim zmagam. Wiele osób (także ja) osiąga mistrzostwo w unikaniu własnych, negatywnych odczuć.

– Nie, nie czuję presji, potrzebuję się tylko przez chwilę zrelaksować. Nie czuję się przerażony, tylko dziś mam gorszy dzień. Nie to nie jest napięcie, to inni ludzie, którzy mnie blokują… i tak dalej.

W twoim wnętrzu grasuje jakiś zżerający świat potwór, a ty robisz wszystko by nie popatrzeć mu w oczy. Zatrzymaj się, nie zamykaj oczu, nie udawaj, że cię nie ma w domu. Zazwyczaj to nie jest łatwe, pełne odczucie tego, co czujemy, wiąże się ze sporym  wysiłkiem emocjonalnym.

Dla mnie to ważny moment odblokowywania się. Staram się na chwilę usiąść, zamknąć oczy lub skupić je na jednym puncie i zbliżyć się do całego stresu, napięcia czy bólu, jaki odczuwam. To nie jest żadna medytacja, kontemplacja, psychoanaliza czy cokolwiek w tym stylu. To trochę tak, jakbyś chciał lepiej poznać jakiś niewyraźny smak lub zapach — przymykasz oczy, skupiasz się na doznaniach, ustawiasz się tak, by w miarę najsilniej wszystko poczuć.  Z tą różnicą, że starasz się poczuć coś nieprzyjemnego i wyczuwalnego w wewnętrznej, poza-sensorycznej płaszczyźnie.

Shoma Morita pisze:

Mówię moim klientom „Mimo że źródłem twojego cierpienia są iluzje i lęki, nie staraj się odwracać od nich umysłu, czy w jakikolwiek sposób uciekać od cierpienia. Mówię im, by pozwolili swoim iluzjom lub cierpieniu mieć swój naturalny przebieg oraz by postawili przed sobą wyzwanie doświadczania bólu, nawet gdy ból wydaje się nie do zniesienia, Mówię im by go wytrzymali, tak jak się wytrzymuje ból zęba czy ból żołądka. Aby uwolnić się od cierpienia, lepiej jest wytrzymać dyskomfort niż tłumić go za pomocą  siły argumentów czy myśli. […] W trakcie terapii, im bardziej klient cierpi, w tym większy stopniu osiąga cele. Gdy męczarnia osiąga punkt kulminacyjny, cierpienie w sposób naturalny i kompletny, w krótkim czasie znika – tak jak zwycięstwo w walce może być osiągnięte w ciągu ostatnich pięciu minut zaciekłego ataku. Umysł klienta nagle staje się odświeżony, a intensywny ból znika. Nazywam to „natychmiastowym uwolnieniem poprzez konfrontację z własnym cierpieniem bez majstrowania przy nim”.

Nie zawsze pojawia się gwałtowne i wielkie uwolnienie. Ale nawet mała ulga jest cenna.

Obniż standardy (i wywal z trybun księżną Kentu)

William Stafford to jeden z poetów amerykański. Był laureatem wielu nagród, w tym prestiżowej National Book Award, wykładowcą uniwersyteckim oraz konsultantem poezji w Bibliotece Kongresu. Napisał dwadzieścia dwa tysiące wierszy, z czego sześć tysięcy zostało opublikowanych.

Pracował w dość niezwykły, jak na poetę, sposób: wstawał codziennie o czwartej rano i każdego dnia zapisywał w swoim dzienniku wiersz. Robił tak przez sześćdziesiąt lat. Gdy prowadził zajęcia z poezji dla studentów, wymagał od nich tego samego: codziennie masz napisać jeden wiersz. Wielu protestowało, wymawiając się brakiem natchnienia oraz pojawiającymi się co rusz blokadami twórczymi. Na te wymówki Stafford miał tę samą odpowiedź:

– Jeżeli utkniesz, obniż swoje standardy i idź dalej.

Według Stafforda nie ma czegoś takiego jak blokada twórcza. Są tylko zawyżone oczekiwania, które sprawiają, że coś, co może być łatwe, staje się nieziemsko trudne. W swoim dzienniku zanotował:

Nie musisz czekać bardzo długo, jeżeli twoje standardy są niskie.

Ta zasada nie dotyczy tylko twórczości. W swoim dzienniku zapisał:

Uświadomiłem sobie: mój slogan pisarski – obniż swoje standardy i idź dalej – odnosi się także do życia, do starzenia się.

Obniżyć standardy? Na pierwszy rzut oka, to hasło kojarzy się z podupadającą restauracją, która, by przetrwać, zmniejsza dania, przygotowuje je z coraz tańszych składników, oszczędza na środkach czystości i personelu. Ścinają zakręty, mało się starają, wciskają byle co. Owszem, tak może być, są ludzie, którzy praktykują obniżanie standardów jako zlewanie wszystkiego, jak leci. Jednak takie osoby nigdy nie doświadczają bloków twórczych ani nie dławią się pod presją. Takich rzeczy doświadczają tylko ludzie, którym zależy. Pod presją dławią się tylko ci, którym bardzo zależy. Mówiąc dokładniej, za bardzo.

Gdy grasz na głównym korcie Wimbledonu, gdy trybuny są pełne ludzi wpatrujących się z napięciem w każdy twój ruch, gdy przed sobą masz księżną Kentu, gdy twoim tropem podążają kamery telewizyjne – presja jest prawdziwa. Gdy twoją przeciwniczką jest najlepsza zawodniczka na świecie, która bezwzględnie wykorzysta twój najmniejszy błąd, obniżenie standardów jest poddaniem się. Rada Stafforda nie za bardzo da się zastosować. Malcolm Gladwell, od którego zaczerpnąłem historię zmagań Jany Novotnej, pisze:

Novotna nie mogła zrobić niczego, co zapobiegłoby porażce w meczu z Graf.  W tamtej krytycznej chwili trzeciego seta mogło ją uratować tylko wyłączenie kamer telewizyjnych i wyproszenie z trybun księcia i księżnej Kentu oraz reszty widzów.

Ale czy to jest moja sytuacja? Czy wokół mnie są trybuny pełne patrzących na mnie ludzi? Czy księżna Kentu wręczy mi nagrodę, gdy napisze perfekcyjny tekst?  Czy każda moja decyzja zostanie natychmiast przetransmitowana na miliardy ekranów? Czy stoi przede mną przeciwnik, który bezwzględnie wykorzysta każdy słabszy ruch, każde wahanie?

Pozwól, że będę zgadywać, nie tylko nie znajdujesz się w takiej sytuacji, nie tylko nigdy w takiej nie byłeś, ale prawdopodobnie nigdy w takiej się nie znajdziesz.

Większość naszych wysokich standardów bierze się z fikcji na własny temat i sytuacji, w jakiej się znajdujemy. Obniżyć standardy oznacza odrzucić fikcję i zacząć żyć w bardziej prawdziwym świecie.

Rozejrzyj się, widzisz jakąś księżną Kentu? Widzisz potwory, które rzucą się na ciebie, gdy tylko popełnisz błąd?

Stafford twierdzi, że obniżenie standardów nie jest, przepraszam za wyrażenie, zlewaniem sprawy, ale otwarciem się na nowe rzeczy. Obniżenie standardów jest otwarciem się, puszczeniem swojego umysłu, porzuceniem kolein (lepiej jednak nie nazywać tego w tak wydumany sposób, bo zamiast odpuścić, zaczniemy kombinować, podkręcać i starać się jeszcze bardziej zadowolić naszą księżną).

Czy na twoich trybunach jest jeszcze księżna? Jest? No to słuchaj księżna, wypad!. Przecież wiesz, że nie istniejesz. A tak przy okazji. Trybuny też są fikcją.

W przypadku blokady życiowej, obniżenie standardów znaczy także odpuszczenie sobie dotychczasowych wyobrażeń. Może nie musisz być najsławniejszym pisarzem, najlepszym trenerem czy największym przedsiębiorcą? Może to są tylko fantazje, których niepotrzebnie się trzymasz. Może wystarczy zająć się czymś, co daje proste poczucie radości i zadowolenia z pracy?

Połóż ręce na klawiaturze albo zacznij się spotykać

Gdy wpadam w blok pisarski, najprostszym sposobem, by zacząć, jest pisanie czegokolwiek. Kładę ręce na klawiaturze i zaczynam naciskać klawisze. Piszę cokolwiek, na przykład: „Siedzę za komputerem. Za oknem słońce. Wokół cisza. Nie czuję się najgorzej, w każdym razie nie od strony fizycznej. Nic mnie nie boli, nic mi nie dokucza. Dobre warunki do tego, by coś napisać”. Mogę zacząć opisywać pustkę w głowie, opisać czego się boję, co widzę za oknem, co się wydarzyło chwilę wcześniej…  nie jest istotne co piszę, istotne jest to, że pracują moje palce.

To, że przez kilka pierwszych minut piszę całkowite głupoty nie jest istotne. I tak potem to skasuję. W końcu pojawia się temat, w końcu, myśli się zbierają i znajduję coś ważnego, co koniecznie chcę doprowadzić do końca (nie jest to oczywiście jedyny sposób na przełamanie blokady twórczej, czasem lepsze jest zajrzenie do dziennika pomysłów, czasem wystarczy z kimś porozmawiać, czasem przeczytać coś, co napisał ktoś inny).

Własny rozwój jest formą twórczości. Realizując siebie, jesteś w nie mniejszym stopniu twórcą co malarz, pisarz czy muzyk. Jednym z kluczowych elementów każdego procesu twórczego jest spotkanie. Rollo May pisze w książce Odwaga tworzenia:

Pierwsze, co zauważamy w akcie twórczym to fakt, że jest ono spotkaniem. Artysta spotyka pejzaż, który chce namalować — przygląda mu się, patrzy na niego z tej, czy tamtej strony […] twórczość jest spotkaniem głęboko świadomego człowieka z jego światem.

Czasem wyobrażamy sobie twórczość jako wyciąganie czegoś z nicości. Idzie sobie człowiek ulicą i ni stąd, ni zowąd, wpada mu coś do głowy. Nawet jeżeli tak się dzieje, pomysł jest efektem jakiegoś wcześniejszego spotkania. Jakiś czas temu coś usłyszałem czy zobaczyłem, mój mózg to przetrawił i teraz mi to podrzucił. By coś stworzyć, wcześniej muszę spotkać się ze światem (dziełami innych ludzie, pięknem przyrody, nastrojem chwili itp.). Coś mnie w tym świecie musi poruszyć, z czymś muszę się zetknąć. Człowiek, który coś tworzy, jest jak dzwon –  by wydać z siebie dźwięk, potrzebuje, by coś go uderzyło czy rozhuśtało.

Blokada twórcza jest zabójcza, bo ogranicza nasze możliwości spotkania się ze światem. Siedzę w kucki, przejmuję się, że nie mam pomysłów, skupiam się na sobie samym, gryzę się i  męczę… Jestem tak zajęty sobą i moimi problemami, że nic z zewnątrz do mnie nie dociera. Rozpoczęcie pracy bez żadnego planu, położenie rąk na klawiaturze i pisanie czegokolwiek, pozwala rozbić to skupienie na sobie, przerywa rozmyślanie i tworzy okazję, że coś spotkam.

To samo dotyczy twórczości, jaką jest rozwój samego siebie. W próżni nie wymyślisz swojej pasji, powołania czy tego, co warto zrobić. Ujmując to inaczej: jeżeli chcesz się w kimś zakochać, nie czekasz w swojej wieży, aż odnajdzie cię książę na białym koniu. Efektem takiego podejścia do relacji jest samotność. Co zamiast tego robią ludzie, którym udaje się znaleźć miłość? Spotykają się z różnymi osobami. Od niektórych natychmiast uciekają , od niektórych po pierwszej randce, niektórzy są frapujący, niektórzy fascynują, ale w końcu, ktoś okazuje się tą właściwą osobą.