Zaznacz stronę

Wyśmiejemy cię, wykpimy, ośmieszymy, wytkniemy palcami. Jesteś taki żałosny, taki trywialny. Brakuje ci głębi, brakuje ci stylu, brakuje ci talentu, brakuje ci wprawy, brakuje ci wszystkiego co potrzebne…  Z czym pchasz się do ludzi? Nigdy nie uda ci się zrobić czegokolwiek cennego. Zawsze zawalasz. Ośmieszysz się. Dobrze o tym wiesz. Nie uda ci się napisać, nie uda ci się stworzyć, nie uda ci się narysować, nie uda ci się zaśpiewać, nie uda ci się skomponować, nie uda ci się… Jesteś niczym, nawet nie próbuj.  

Chór wyśmiewaczy stoi tuż przede mną. Gromadziłem go przez całe życie. Ta starsza pani z drugiego rzędu to moja nauczycielka matematyki ze szkoły podstawowej:

– Jesteś głupi, możesz co najwyżej iść do zawodówki i zostać tokarzem! Dobrze ci radzę, oszczędź sobie rozczarowania.

Nic o mnie nie wiedziała, ale miała na tyle nauczycielskiej pasji by powtarzać, jesteś głupi. Nie tylko mnie. Oprócz kilku wybrańców tego rodzaju szczere rady dostali prawie wszyscy. To pociecha, ale i tak boli.

Ten pan w trzecim rzędzie to nauczyciel ze szkoły średniej. Ma nieco inną technikę. Wyśmiewa długie włosy, czepia się czerwonego golfa, który noszę prawię codziennie, zadaje upokarzające zadania w stylu przepisać dwa tysiące razy „Nie będę się spóźniać do szkoły”.

Tłum jest zbyt duży by wszystkich opisać. Począwszy od rodziców i bliskich, przez kolegów,  do przygodnych widzów – bezinteresownych, gotowych  do obdarzenia lekceważącym spojrzeniem czy kąśliwą uwagą.

Czasem stoją cicho. Stają się jakby przezroczyści. Dzieje się tak wtedy, gdy postępuję zgodnie z ich radami. Nie wychylam się, nie próbuję niczego nowego, chowam efekty mojej pracy do szuflady. Mówię: Tak, tak, macie rację, nie ma co próbować, jestem na to za słaby.

Ale to nie trwa długo. Wystarczy mały pomysł, małe wyjście przed ludzi, by cały chór zaczął drzeć się w niebogłosy. Jeżeli od razu się nie wycofam, ich jazgot rośnie. Napięcie w żołądku, ramiona napinają się, plecy się garbią, zaczynam się pocić, boli mnie głowa.

Długo byłem bezradny wobec tego chóru.

Wstydziłem się. Nie tym banalnym wstydem: Podoba mi się, ale nie wiem jak mam do niej podejść”, ale tym zasadniczym: Wstydzę się siebie, wstydzę się tego, kim jestem, wstydzę się tego, co mam do powiedzenia, wstydzę się nawet tego, jak się ruszam.

Próbowałem przypodobać się chórowi: Może macie rację. Może nie ma co kombinować. Trochę głupiec ze mnie. Trzeba żyć jak ludzie. Znać swoje miejsce. Tokarz to dobry zawód. Na tokarza nie poszedłem (choć przez jakiś czas pracowałem w fabryce), ale zrobiłem następną, równie dobrą, z perspektywy chóru rzecz: zostałem technikiem elektronikiem.

Pani z matematyki ciągle była nieusatysfakcjonowana (Nie nadajesz się, za głupi jesteś!). Wielu innych też narzekało. Ale mimo wszystko było łatwiej.

Marcowy dzień, jakaś szósta rano, jest jeszcze ciemno. Żeliwna brama. Bank, w którym pracuję jako elektronik i dorabiam jako poranny cieć. Nie pilnuję banku, ale wydaję portfele – parciane aktówki, do których pracownicy sklepów, wieczorem włożą utarg i wrzucą przez specjalny otwór, nie musząc wchodzić do środka. Podaję je bez otwierania bramy, tą otwieram tylko dla pracowników. Pierwszy przychodzi jeden z dyrektorów, pan Janeczek. O  tej porze zazwyczaj trzeźwy.

– Dzień dobry panie Zbysiu, co pan tam czyta?

– Nic takiego.

– Niech pan pokaże!

– Niekoniecznie bym chciał.

– Coś fikuśnego? He, he. Pan pokaże – wyciąga mi z ręki książkę i patrzy na tekst

– A to co, w jakim to w ogóle języku?

– Po tej stronie łacina, po drugiej po polsku. Horacy.

Bez słowa oddaje książkę, uśmiecha się drwiąco i nic nie mówiąc odchodzi. Chór wzrósł o jedną osobę.

Gdy kilka miesięcy później zwalniam się z pracy, by móc przygotować się do egzaminów wstępnych na psychologię, chór zyskuje następny cenny głos. Tenor mojego szefa wyśpiewuje:

– Idź do psychologa, a nie na psychologię.

Ale mam już dość. Tym razem nie zamierzam się przyłączać. Nie zamierzam wycofywać się.

Przez pewien czas próbuję zniszczyć swój chór wyśmiewaczy.

Przecież to kretyni! Ludzie, którzy sami nic w życiu nie zrobili! Niech zamkną swoje gęby! Kastraci na własne życzenie, dla których jedyną przyjemnością jest wzbudzanie poczucia wstydu u innych.

Łatwo się mówi.  Ciężej wygrać walkę. Im bardziej staram się pozbyć chóru, tym staje się mocniejszy. Zdaje się największą przyjemność sprawia mu uwaga jaką mu poświęcam.

Z czasem odkryłem inną metodę. Spokojnie. Czy muszę walczyć?

Czy naprawdę nie mogę wytrzymać tego jazgotu? Czy to wszystko co robi chór jest aż tak zabójcze?

Skoro potrafię pisać mając na uszach Chemical Brothers, Beastie Boys i Boba Dylana, to dlaczego nie miałbym wytrzymać ich piosenek?! Nigdy nie będą przyjemne, ale to nie znaczy, że muszę kurczyć się i napinać.

To przecież nie są ludzie. To tylko głosy w moje głowie. Nawet nie głosy, to tylko strzępy wspomnień, okruchy emocji, zebrane w wielką gulę, wyzwalaną przez różnego rodzaju sytuacje.

No, kochany chórze wszystkich moich wyśmiewaczy, może byś coś zaśpiewał? Popatrz, piszę tekst, który za chwilę pojawi się na blogu i wiele osób będzie mogło go przeczytać. Nie skomentujesz tego? Czy nie powinienem się wstydzić? Czy nie powonieniem nad nim jeszcze dużo pracować, żeby nie wyjść na głupka, którym według ciebie jestem?

Cisza. Chyba wygrałem. W tej sprawie.

*

Najgorszą rzeczą jest przyłączyć się do chóru.

Gdy podnosi się jazgot, człowiek ma pokusę przestać trzymać swoją stronę i stanąć po tej głośniejszej.  Tak jesteśmy skonstruowani – potrzebujemy być z innymi, nawet, gdy w nas nie wierzą i wyśmiewają nas.

Nie przyłączaj się do nich. To boli, ale nie szukaj ulgi.

W ogóle nie szukaj ulgi. Nie rozglądaj się szukając choć jednego słodkiego głosu, który by złagodził jazgot. Wiem, to duża pokusa- znaleźć tych, którzy w nas wierzą, otoczyć się nimi, słuchać tylko ich śpiewów.

Zbyt wiele czasu zmarnowałem pracując  z ludźmi, których jedyną zaletą było to, że we mnie wierzyli. Byłbym w zupełnie innym miejscu, gdybym wciąż nie szukał kogoś, kto będzie mnie trzymał za rękę, gdy chór się rozkręci.

To nie ma sensu. Naucz się słuchać zawodzenia stojąc naprzeciw niego na własnych nogach, bez żadnego trzymania za rękę, klepania po plecach i zapewnień „Myślę, że ci się jednak uda”.

Z czasem odkryjesz, że można z tym jazgotem żyć. To najprzyjemniejsza rzecz na świecie, ale można robić swoje.

Z czasem chór przycichnie, a nawet rozwieje się, jak zapach spalenizny, gdy zestawisz z ognia garnek, z którego wykipiało całe mleko.

*

I wtedy odkryjesz zaskakującą rzecz. Ten chór jest ci potrzebny.

Wiele tekstów kończyłem, naciskając „publikuj” drżącą ręką.

Ale jak długo może ci drżeć ręka? Dwadzieścia razy, pięćdziesiąt, sto? W którymś momencie, prędzej  czy później, najtrudniejsza rzecz staje się codziennością. Przebiłeś się na drugą stronę. Świetnie.

Problem polega na tym, że nowy obszar jest tak wygodny, że zaczynasz się powielać. Tkwisz w miejscu.

Jest ci dobrze, nie słyszysz wewnętrznej krytyki, bo nie robisz nowych, ryzykownych rzeczy. Nie robisz rzeczy, których jeszcze nie próbowałeś. Nie robisz rzeczy, które mogą ci nie wyjść. Nie rozwijasz się, nie przebijasz przez kolejne warstwy do twojej głębi i prawdy.

Powielasz te same słowa, te same sposoby, te same techniki, nawet te same gesty. Miło, ciepło i wygodnie. Jesteś zadowolony? O to ci chodziło?

Ja nie jestem.

I tutaj przydaje się chór. Wstań i zacznij szukać rzeczy, przy których znowu się pojawia. Poszukaj rzeczy, których się boisz. Rzeczy, przy których słyszysz:

– Przecież nie nadaję się do tego, przecież nigdy tego nie robiłam, przecież mnie wyśmieją, przecież to nie ja powinnam to robić, przecież…

Gdy to słyszysz zabierając się za coś, prawdopodobnie właśnie to powinnaś robić.

Ten chór, który próbuje cię zawstydzić, jest trochę jak wykrywacz metalu. Piszczy, ile razy w ziemi jest coś, co może być skarbem. Być może to nie jest skarb. Nie każda wstydliwa rzecz jest warta tego by ją robić. Ale pewne jest, że to, co masz najcenniejszego do zrobienia będzie połączone ze wstydem, lękiem i obawami, że się do tego nie nadajesz i że na pewno ci się nie uda.

Jeżeli chcesz coś zrobić, ale czujesz się z tym naprawdę komfortowo, nie czujesz żadnych obaw, nie obawiasz się, że ktoś mógłby cię skrytykować – prawdopodobnie nie zabierasz się za to, co powinnaś się zabrać.