Budda mówił:

Kiedy spotka go ból, zwykły człowiek lamentuje, wpada w rozpacz, cały się kurczy i dlatego czuje podwójny ból, tak jakby trafiono go strzałą i od razu potem następną strzałą i musiałby odczuwać ból obu zranień (cytat zaczerpnięty z książki Peter A. Levine i Maggie Phillips Uwolnić się od bólu).

Ból wywołany drugą strzałą jest bez porównania gorszy od spowodowanego przez pierwszą.

Weźmy coś tak prostego, jak ból głowy. Coś cię kłuje albo uciska. Nieprzyjemna sprawa. Czy jesteś w stanie funkcjonować? Da się. Robisz swoje, po jakimś czasie zapominasz o doznaniu. Chyba że ten początkowy ból, wywoła reakcję, o jakiej mówił Budda:

– O nie, dlaczego znowu mi się to dzieje! Kiedy wreszcie wszystko będzie tak, jak powinno?!  To mnie coraz bardziej niepokoi! Nie dam sobie z tym rady…

Lęk i związane z nim lamentowanie, kurczenie się, złorzeczenie, stawianie oporu sprawiają, że ból głowy staje się nieznośny.

Mechanizm drugiej strzały jest jeszcze bardziej widoczny w przypadku różnego rodzaju bólów psychicznych.

Weźmy tremę. Powiedziałem komuś, że jestem osobą, która wolno się rozkręca w grupie ludzi i że przed każdym szkoleniem czuję tremę.

– Człowieku, co ty wiesz o tremie? Ja dopiero mam tremę. Nie jestem w stanie wyjść na środek. A jak już jakimś cudem wyjdę, to jestem sparaliżowana. Miesza mi się w głowie, nie mogę zebrać myśli, czuję się słabo, głos mi grzęźnie.  Zdarzyło mi się stać na środku i nic nie powiedzieć przez kilka minut. Nie byłam w stanie!

Kochana, jest zupełnie odwrotnie. To ty nie wiesz, czym jest trema. To, czego doświadczasz – paraliżujący lęk, niemożność wyjścia na środek, nudności, całkowita blokada – to nie jest trema.

Trema to nieprzyjemne doznanie – dyskomfort, któremu towarzyszą różne odczucia fizyczne (walące serce, pocenie się,  napięcie, sztywność itp.). Jednak trema nigdy nie wywołuje paraliżu. Jeżeli to, co czujesz to trema, możesz wyjść na środek i mówić.

Paraliż jest efektem drugiej strzały.

Gdy tylko trafia cię pierwsza, gdy czujesz tremę, zaczynasz komentować:

– Nie mogę tak się czuć, to koszmarne, wszyscy mnie wyśmieją, jestem beznadziejny…

Kurczysz się, lamentujesz, walczysz z sobą. Nic dziwnego, że masz pustkę w głowie. Nie zostaje wiele zasobów na żadne działanie.

Weźmy inny ból: brak pewności siebie.

Nie mam nadmiernej pewności siebie. Co jakiś czas dopadają mnie różne wątpliwości.

– Czy to się uda? Czy tym razem mi wyjdzie? Czy wytrwam?

Bywały czasy, gdy najmniejszy powiew wątpliwości paraliżował mnie. Lamentowałem:

– Nie mogę być niepewny! Nie mogę mieć wątpliwości!  To tragedia się tak czuć! Wszyscy od razu zobaczą co się ze mną dzieje i stwierdzą, że jestem beznadziejny! To będzie koszmar!

Lamentowanie, kurczenie się, gorączkowe szukanie poprawy. Efektem drugiej strzały może być paraliż albo ucieczka – odkładam zadanie albo je całkiem porzucam, byle tylko nie czuć tego koszmarnego braku pewności.

Czy to brak pewności siebie jest winien? Nie. Większość inteligentnych ludzie go czuje. Tylko idiota, który nie jest w stanie zrozumieć, jak wiele może się nie udać i jak ograniczone są jego siły, zawsze jest siebie pewny. Taki człowiek jest jak głuchy ślepiec, który przechodzi przez ruchliwą ulicę. Zero spinki. Czego się bać? Przecież nie widać i nie słychać nadjeżdżających samochodów. Tacy ludzie czasem docierają żywi na drugą stronę jezdni. Mimo tego wolę jednak wiedzieć zagrożenia.

Wątpliwości są do zniesienia. Nie jestem pewny siebie, ale co z tego? Po pierwsze nigdy nie masz całkowitej pewności, po drugie zawsze możesz coś zrobić – bardziej się przyłożyć, lepiej się przygotować, poprosić kogoś o pomoc itp. Wątpliwości są dobre, bo dodają energii, by bardziej się postarać.

Nie do zniesienia jest ból drugiej strzały. Gdy zaczynasz lamentować, gdy mówisz sobie, że nie może tak być – nie masz wyjścia. Albo sparaliżowany stajesz w miejscu, albo uciekasz, nie mogąc znieść więcej cierpień.

Jak sobie z tym poradzić?

O ile często nie mamy wpływu na to, czy trafi w nas pierwsza strzała, drugą strzałę posyłamy sobie sami. Możemy od tego się powstrzymać, wysyłając zamiast niej kwiat łagodnego współczucia, akceptacji i rozluźnienia. Ten kwiat nie zlikwiduje bólu pierwszej strzały (choć zazwyczaj go złagodzi), sprawi jednak, że unikniemy paraliżu i będziemy mogli robić swoje.

Łatwo powiedzieć, ale jeżeli masz nawyk posyłania drugiej strzały, jej zamiana na kwiat może być na początku trudna.

Jak się tego nauczyć?

Po pierwsze naucz się obserwować to, co się w tobie dzieje. Zacznij od prostego ćwiczenia. Usiądź w spokojnym miejscu, wyprostuj kręgosłup, weź kilka głębokich oddechów przez nos. Wypuszczając nosem powietrze, rozluźnij mięśnie.  Przyjrzyj się, bez żadnych założeń i oczekiwań (z tzw. umysłem początkującego) temu, co się w tobie pojawia.

Jakie myśli, emocje, doznania czy odczucia fizyczne przepływają przez ciebie?

Po drugie naucz się akceptacji. Wypuszczając powietrze nosem, zgódź się na to wszystko, co czujesz. Nawet na nieprzyjemne doznania czy myśli. Są, jakie są. Nie musisz z nimi walczyć. Nie jesteś swoimi myślami, emocjami czy doznaniami. Jesteś przestrzenią, w której się pojawiają.  Zaakceptować nie znaczy cieszyć się z czegoś. To znaczy tylko pogodzić się z tym, że coś istnieje, przestać ukrywać to pod dywanem. Dlaczego jakaś myśl czy odczucie pojawia się w tobie? To nie jest istotne. Nie poradzisz sobie z nią, udając, że jej nie ma. Jest, jaka jest.

Po trzecie przypomnij sobie współczucie. Współczucie jest naturalną zdolnością człowieka. Wiem, tak mało jest współczucia na świecie, że to nie może być prawda. Mimo tego uważam, że każdy (oprócz ludzi chorych, np. socjopatów) rodzi się ze zdolnością do współczucia. Gubimy ją, zbyt często zastępując współczucie jego przeciwieństwem – agresją i arogancją. Dotyczy to stosunku do innych osób, dotyczy to stosunku do nas samych. Już jako dzieci dowiadujemy się, że trzeba być twardym, trzeba się zmuszać, trzeba być zaciętym. Nie można sobie pozwolić na słabość, wahanie i mazgajstwo. Baczność, krokiem defiladowym naprzód! Naprawdę? Nie bój się łagodności. Nie staniesz się od niej zafajdanym flejtuchem.

Gdy poczujesz, że coś cię boli, pomyśl o sobie ze współczuciem. Wyślij w stronę tego doznania dawkę łagodności.

Wiem, nie jest to zbyt konkretna rada. Pokombinuj sama. Poszukaj swojego sposobu. To może być obraz, słowo, myśl. Nikt nie musi uczyć się współczucia. Wystarczy, że je sobie przypomni.

Gdy nauczysz się tego na sucho (ćwicząc w spokojnych warunkach), spróbuj zastosować te umiejętności. Gdy dopadną cię wątpliwości, trema, obawy czy jakiekolwiek inne negatywne doznania.

Dostrzeż, co się dzieje i z łagodnością to zaakceptuj. Druga strzała zmieni się w kwiat, a ty będziesz mógł skupić się na zadaniu, które masz do zrobienia.