Są ludzie, którzy całe życie marzą o robieniu czegoś. Całe życie fantazjują, jak to będzie, gdy zabiorą się za pisanie książek, kręcenie filmów, malowanie, programowanie czy robienie biznesu. Po kryjomu lub całkiem otwarcie wyobrażają sobie ten moment, gdy wreszcie będą na tym właściwym miejscu, gdy będą robić to, do czego zostali stworzeni.

Nie mam na myśli nastolatków. W tym wieku wszyscy fantazjują. Można jednak spotkać całkiem sporo czterdziesto, pięćdziesięciolatków, którzy wciąż żyją marzeniami. Czy to źle? Nie.

Podcięte skrzydła i brak marzeń („Trzeba twardo stąpać po ziemi i być zadowolonym z tego, co się ma”) to nie jest dojrzałość. To raczej nieszczęśliwy wypadek. Zdolność do marzeń tracimy na skutek długotrwałego stresu, niskiej odporności psychicznej, serii poważnych niepowodzeń czy funkcjonowania we wrogim, niedającym wsparcia środowisku.

Stan „mam marzenie” – to nie jest objaw niedojrzałości. To raczej objaw żywotności, psychicznej sprężystości czy nawet psychicznej młodości (która nie ma wiele wspólnego z fizyczną).

1. Powąchać to za mało

Całe życie marzą, jednak na razie nie mają czasu, nie mają okazji, nie mają szansy, by się rozpędzić. Gdzieś tam coś nieśmiało zaczną, ale przecież tyle jest zajęć, tyle spraw do załatwienia… Zostaje marzyć i czekać na właściwy moment.

Stoją przed marzeniami jak dziecko przed gablotą w cukierni. Ponętny widok, słodki zapach, szyba i przełykanie śliny. Marzenia nie służą do tego, by przyglądać im się zza szyby czy czuć ich zapach. Służą do tego, by je próbować. Jeżeli myślisz, że coś jest dla ciebie – spróbuj.

Spróbować nie znaczy powąchać czy nawet wziąć okruchu na koniec języka.

Mam w domu niejadka i często przerabiamy sprawę próbowania nowych rzeczy.

– Może spróbujesz tej pieczonej dyni? Naprawdę jest dobra.

– Muszę?

– Jak spróbujesz, może się okazać, że ci posmakuje.

– No dobrze, ale tylko troszeczkę… nie, tyle za dużo, jeszcze mniej, jeszcze mniej…

Po spróbowaniu malutkiego kawałeczka:

– Tak jak myślałam, nie lubię dyni.

Zapach, wygląd, okruch to za mało, by stwierdzić czy coś lubisz.

Niejadek na podstawie wyglądu i zapachu dochodzi do wniosku, że czegoś nie lubi. Marzyciel odwrotnie, na podstawie wyglądu często dochodzi do wniosku, że to na pewno jest jego powołanie.

Spróbować to znaczy zrobić jakiś projekt od początku do końca. Na przykład napisać kilka opowiadań, namalować kilka obrazów, sprzedać kilka produktów itp.

Stanley Kubrick, jeden z największych reżyserów, zapytany o to, co może poradzić młodym ludziom marzącym o kręceniu filmów:

Być może zabrzmi to absurdalnie, ale najlepszą rzeczą, jaką młody filmowiec powinien zrobić, jest wzięcie do ręki kamery i zrobienie jakiegokolwiek filmu.

Jeżeli zatem ciągle myślisz o tym, że jest coś takiego, co mógłbyś robić ze znacznie większą energią, zapałem i przyjemnością niż to, czym zajmujesz się obecnie – spróbuj.

2. …ale Spróbować nie zawsze znaczy pójść na całość

Są szaleńcy, dla których „spróbować” znaczy zostawić wszystko i rzucić się w przepaść.

Znam człowieka, który przy okazji swoich czterdziestych urodzin doszedł do wniosku, że zawsze marzył o pisaniu i że nie może ani chwili dłużej czekać. Zwolnił się z pracy, zamknął w domu i stwierdził, że nie będzie robił nic innego, póki mu się nie uda zostać poczytnym pisarzem.

– Nie mam wyboru, jak nie teraz, to nigdy – powiedział – zwycięstwo, albo śmierć.

Cortez, by zmotywować swoich ludzi do marszu w głąb imperium Azteków, spalił własne okręty, odcinając drogę odwrotu. W innej wersji tej opowieści mowa jest o paleniu za sobą mostów. Nie ma sensu robić czegoś na próbę, mówi potoczna mądrość sieci, wskakuj w nowe zajęcie z pełną determinacją i bez możliwości odwrotu.

Czterdziestolatkowi się nie udało. Po roku musiał wrócić do nielubianej pracy. Czymś trzeba było zapłacić za rachunki, a wizja stania się drugim Remigiuszem Mrozem była wciąż odległa. Nie sądzę, by szybko doszedł do siebie i znów spróbował  zrealizować jakieś ze swoich marzeń.

Są pewne sytuacje, w których strategia Corteza może się sprawdzić.

Wiele lat temu pracowałem w banku. Któregoś dnia, wpuścili w radio muzykę z Peru. Była tak inna, tak kolorowa, tak odstawała od smętnej szarości wokół, że wstałem od biurka, poszedłem do dyrektora, zwolniłem się z pracy, a potem złożyłem podanie na studia (byłem wtedy po technikum). Miałem jakieś dwa miesiące, by przygotować się do egzaminów. Zamknąłem się w pokoju i uczyłem po dwanaście godzin non stop. Mimo że to było prawie niemożliwe (zdawałem na psychologię, gdzie na jedno miejsce było trzydziestu chętnych) dostałem się i całkowicie zmieniłem swoje życie.

Czy moje zwolnienie z pracy było „zatopieniem okrętu”? Nie, nie było żadnego okrętu. To, co miałem pracując w banku na stanowisku technika elektronika, to była tonąca łódeczka, która ledwo, ledwo trzymała się na powierzchni.  Byłem tak rozczarowany tym zajęciem, że nawet gdyby mi się nie udało dostać na psychologię, byłbym zadowolony z tego, że go rzuciłem.

Jeżeli masz taką pracę, jak ja wtedy, jeżeli każdego dnia zastanawiasz się „co ja tu właściwie robię”; jeżeli nie dostajesz takich pieniędzy, byś mógł sobie powiedzieć „no dobra, przemęczę jeszcze dwa, trzy lata, a potem będę mógł robić, co chcę”, wtedy „spróbuj” oznacza: „od razu zwolnij się i zacznij coś nowego”. Po co trzymać się czegoś, co i tak utonie? Póki ta dziurawa łódka jeszcze się unosi na powierzchni, wykorzystaj ją jako punkt odbicia.

Jeżeli jednak masz pracę, w której w miarę funkcjonujesz, w której masz nie najgorsze pieniądze, to niekoniecznie najlepszym pomysłem jest spalenie za sobą mostów i pójście za marzeniami.

Spróbuj, nie oznacza wtedy „rzuć w cholerę to, co sobie wypracowałeś i idź za wewnętrznym głosem” (czymkolwiek on jest). Spróbuj, znaczy „przeprowadź eksperyment” – rób coś na boku, po godzinach, albo przeznacz na to miesięczny urlop. W każdym razie nie stawiaj wszystkiego na jedną kartę.

Cortez, wbrew temu, co opowiadają w różnego rodzaju mowach motywacyjnych, nie do końca odciął sobie drogę odwrotu. Zanim okręty zostały spalone i zatopione, wymontowano z nich wszystkie metalowe części. Cieśle okrętowi w razie potrzeby mogli je zbudować od nowa (takie sztuczki czasem robiono w tamtych czasach). Nawet w moim przypadku sprawa nie była tak jednoznaczna. Tak, bardzo nie chciałem wrócić do banku, pamiętałem jednak, co powiedział mi dyrektor na odchodnym: „Wie pan, jak nie zda, to zapraszam…”

3. A może to nie jest dla mnie?

Gdy spróbujesz robić to, o czym marzysz, może się okazać, że twoje wymarzone zajęcie nie jest dla ciebie – że nie przychodzi ci łatwo, że nie daje poczucia sensu, nie doładowuje, nie bawi, nie wzbudza energii itp.

W końcu nie każda marząca o karierze piosenkarki dziewczynka nadaje się na wokalistkę. Nie każdy marzący o zostaniu wielkim piłkarzem chłopak, nadaje się na sportowca. Być może nie nadajesz się do tego, o czym marzysz.

Nie mam na myśli tego, że brakuje ci zdolności.

Są marzenia, które rzeczywiście wymagają czegoś, czego nie można wypracować (np. wzrostu, płci czy wieku). Jednak we większości przypadków, niemal wszystkiego można się nauczyć. Jeżeli coś cię naprawdę kręci, jeżeli znajdziesz dobrego nauczyciela, jesteś w stanie opanować niemal wszystko (choć owszem, niektóre rzeczy są trudne i czasochłonne).

Mówiąc, że może się okazać, iż do czegoś się nie nadajesz, mam na myśli to, że może ci do czegoś zabraknąć zapału.  Może się okazać, że aż tak bardzo to wszystko cię nie kręci. Nie kręci cię, bo nie masz odpowiedniej wrażliwości, konstrukcji psychicznej, czy czegokolwiek.

Wiele lat temu, ucząc się w technikum elektronicznym, odkryłem, że nie nadaję się do programowania. To było jedno z moich marzeń, jeszcze zanim Bill Gates zarobił miliony. Wychodząc całkowicie poza zakres edukacji szkolnej, znaleźliśmy z kolegą miejsce, w którym był ktoś, kto pozwolił nam się uczyć programowania. To było jeszcze trudniejsze od asemblera. Program mógł wyglądać np. tak: b8  21 0a 00 00  a3   0c 10 00 06 … i tak przez kilka stron. Zrobiliśmy kilka prostych gierek, zacząłem pracować nad ambitniejszym programem. Problem jednak polegał na moim samopoczuciu w trakcie programowania. Gdy zaczynałem nad czymś pracować, nie mogłem uwolnić się od ciągłego myślenia o programie. Trwało to dniami. Nie widziałem obłoków, trawy, ludzi. Byłem w transie. To brzmi, jak opis czegoś pozytywnego, ale to nie było fajne. To było raczej jakieś mamrotanie i kręcenie się w kółko. Bolała mnie głowa, nie mogłem spać, czułem się z tym źle. Dla porównania, gdy pisałem (wiersze czy teksty), doświadczałem czegoś innego. Po spędzeniu godziny za kartką czułem się doładowany energetycznie. Nie czułem się, jakbym pracował, ale jakbym odpoczywał.

4. Zrezygnować to nic strasznego

Zabranie się za coś wymarzonego jest zawsze eksperymentem. Wynik może być taki lub inny. Nic strasznego, jeżeli dojdziesz do wniosku „nie nadaję się”. Nie ma się czego bać. Trzeba być otwartym także na taki wynik.

To nie jest negatywna ocena ciebie. To jest jedynie ocena dopasowania ciebie i zajęcia. W tym miejscu twojego czasu i historii być może to nie jest zajęcie, które daje ci poczucie sensu, przyjemności czy przepływu. Może, gdy spróbujesz za jakiś czas, będzie inaczej. Dziś jest jednak tak, jak jest i nie ma nic złego w odpuszczeniu sobie.

Problem w tym, że często mamy opory przed samym odpuszczaniem. Mam wrażenie, że szczególnie wśród mężczyzn jest coś takiego jak tyrania „niezłomności”. Im bardziej stresujące czasy, tym więcej kolesi nastroszonych jak koguty z wiejskiego podwórka, burczących o byciu twardym, zasadniczym i męskim:

– Tylko miernoty się wycofują. Jak już się za coś zabrałeś, musisz skończyć! Nie bądź cieniarzem, nigdy się nie wycofuj!

Być może niezłomność jest przydatna w pewnych aspektach życia. Tutaj nie do końca.

Gdy przynosisz do domu nowe buty i stwierdzasz, że jednak cię uwierają, lepiej jest zagryźć zęby i „rozciągać” je przez kilka kolejnych miesięcy,  czy wrócić do sklepu i wymienić na większe? Gdy włączysz film i po kwadransie czujesz, że to nadęte nudy, lepiej jest wytrwać do końca czy przełączyć się na coś innego? Czy gdy weźmiesz z biblioteki książkę, która cię usypia, lepiej przeczytać ją do końca, czy pożyczyć inną?

Twardzielstwo, upór, niezłomność – to często przykrywka dla lęków. Tylko miernoty się wycofują? Niekoniecznie. Natomiast człowiek rzeczywiście dojrzały jest w stanie szczerze i z otwartością przyjrzeć się temu, co się dzieje. Dojrzałość nie polega na kurczowym trzymaniu się jakieś wizji, ale na otwartości na świat i siebie.

5. Jeszcze jedna ważna rzecz

Gdy już się za coś zabierzesz i masz w sobie dość otwartości, by ocenić swoje doświadczenia, zostaje jeszcze, ważna sprawa. Gdy jej nie uwzględnisz, możesz dość do wniosku, że się nie nadajesz, mimo że doskonale pasujesz.

Chodzi o strach, który towarzyszy twojej próbie. By ocenić czy coś jest dla nas, potrzebujemy próbować bez strachu (a przynajmniej bez nadmiernego).

Niestety, marzenia bardzo często wiążą się z lękiem i w efekcie nasza próba nie tyle pokazuje, że coś nie jest dla mnie, ile że nie radzę sobie z napięciem. Tym zajmiemy się jednak w następnym tekście.