Zaznacz stronę

Czy nie skupiamy się zbytnio na konsekwencjach, zamiast zająć się tą jedyną, najważniejszą rzeczą? Czy pamiętasz kiedy ostatni stanąłeś przed swoim wewnętrznym lustrem i zapytałeś się „kim jestem?”

Wyjechałem na urolp. Siedzę za stolikiem przy piwie. Lepiej pisze mi się przy kawie, ale jest upalne popołudnie, a wiatr wieje niemrawo.

* * *

Miejscowość uzdrowiskowa. Starsze panie wystawiają pomarszczone dekolty do słońca. Starsi panowie przechadzają się wyprostowani, z rękoma założonymi na plecy. Nad morzem leżą osłonięci od wiatru. Z ich nieruchomych, zwróconych do słońca min trudno wyczytać co myślą. W sobotę wieczorem, z okolicznych sanatoriów dobiegają dźwięki dancingów. Przez okna widać, jak tańczy kilka par. O 22 wszystko cichnie. Cisza nocna. W niedzielę pewnie nie ma zabiegów. Dzień przerwy od masaży, kąpieli błotnych czy inhalacji.

Jest za to wizyta w kościele. Kościół jest mały. W zasadzie kaplica. Przed wejściem rozkopany chodnik, trzeb iść gęsiego, po płytkach rozłożonych na piachu. W środku chropawa posadzka, w kolana wbijają się małe kamyczki. Mam poczucie, że wcześniej tu byłem. Siadam na ostatnim wolnym krześle i zadzierając głowę patrzę na ołtarz. Już wiem. Kino, do którego chodziłem ponad dwadzieścia lat temu. Tam gdzie ołtarz był ekran, tu gdzie siedzę były składające się z hukiem fotele. Tu pewnie też kilka lat temu było kino.

Wokół mnie kuracjusze. Schowali swoje brązowe ciała w jasne, wyprasowane garsonki, sztywne koszule i spodnie z kantami. Z plaży zostały im tylko miny.

Ksiądz wychodzi na ambonę. Ma do omówienia tekst o zdrowych, którzy nie potrzebują lekarza. Zaczyna od pytania:

– Jak się pan czuje panie Zbyszku? – mówi i patrzy na mnie.

Przez chwilę robi mi się gorąco. Cholera, skąd on zna moje imię? Nie, to przypadek. Ksiądz rozgląda się po kościele i powtarza pytanie: „Jak się pani czuje pani Basiu? Jak się pani czuje pani Krysiu?” Sam odpowiada:

– Pewnie nie najlepiej. Inaczej by to was nie było. Są powody by narzekać. Przyjechaliście się kurować. Przyjechaliście poprawić swoje wyniki. Martwi was poziom cukru we krwi, cholesterol i tysiące innych rzeczy. Robicie sobie badania, oddajecie materiał do analizy i przejmujecie się tym, co wyjdzie. To zaprząta waszą głowę. To jest wasze zmartwienie. Bardziej przejmujecie się tym, co z siebie wydalacie niż, tym jacy jesteście dla innych. Bardziej przejmujecie się swoim gównem niż tym, kim jesteście.

Kątem oka rozglądam się wokół. Kuracjusze nieporuszeni. Pani obok przesuwa paciorki różańca. Tylko dzieciaki z przodu nagle się ożywiają i szepczą coś do siebie. Po mszy ksiądz szybko schodzi z ołtarza. Idzie wielkimi krokami w stronę głównego wyjścia. Wychodzi z kościoła jako jeden z pierwszych, ale tylko dlatego, że ma coś wspólnego z Robertem Kubicą. Wstaję i zbieram się do wyjścia. Trudno wyjść. Dlaczego ludzie tak powoli wychodzą? To ksiądz, już bez ornatu stoi przy wyjściu, podaje każdemu rękę i dziękuje za to, że przyszedł. Mówię mu: „dziękuję za kazanie”. Rzuca spojrzenie i zajmuje się tłumem przepychających się dzieciaków.

„Bardziej przejmujemy się swoim gównem, niż tym kim jesteśmy”. Biedni kuracjusze nie potrafią zrozumieć, że to nie z ich krwią, ciśnieniem czy moczem jest problem. To tylko objawy tego kim są. Nie tyle powinni co tydzień się badać, brać leki i przechodzić zabiegi lecznicze, ile zmienić sposób w jaki żyją. Zmienić dietę, więcej się ruszać, rzadziej siadać przed telewizorem, przestać zadręczać się, tym, że inni mają lepiej niż oni, znaleźć sobie jakieś pasjonujące zajęcie. Kiedyś, gdy byłem w szpitalu, na sali obok leżał człowiek po zawale, który przeszedł operację wszczepienia bypassów. To nie jest przyjemna rzecz. Dostaje się w kość. Ale on, tydzień później urwał się na papierosa. Oczywiście przejmował się swoim zdrowiem (czy inaczej zgodziłby się na operację?) tylko nie widział związku między nim a swoimi decyzjami. Albo tak bardzo spodobał mu się zawał, że postanowił jak najszybciej zafundować sobie następny.

Efektem tego, że ci kuracjusze zajmują się nie tym, co najważniejsze jest brak efektów leczenia. Przez lata, w kółko narzekają na to samo. Jest im gorzej, mimo kolejnych wizyt w sanatoriach i porcji leków, stawianych codziennie rano obok śniadania, obiadu i kolecji.

Ale nie chodzi o kuracjuszy. Czy my wszyscy czasem nie cierpimy na coś podobnego? Czy nie skupiamy się zbytnio na objawach, konsekwencjach i rezultatach? Na stanie konta, na ilości awansów, zawartości cv, ilości napisanych artykułów, opublikowanych książek, przebytych i przeprowadzonych szkoleń, ilości tytułów naukowych, wielkości mieszkania, ilości posiadanych sprzętów…. i tysiącach ton innego – za przeproszeniem, jak to określił ksiądz – gówna.
Czy, jak oni, nie skupimy się na zabiegach, leczeniu i terapiach, zamiast zająć się tą jedyną, najważniejszą rzeczą. Tym kim jesteś. Tu nie chodzi o to, by całkiem przestać się tym wszystkim interesować. Badania od czasu do czasu warto zrobić. Ale znacznie ważniejsze jest to, kim jesteś.
Czy pamiętasz kiedy ostatni stanąłeś przed swoim wewnętrznym lustrem i zapytałeś się „kim jestem?”

***
Skończyło się piwo, w międzyczasie zamówiłem też kawę. Pora wracać. Nie mam czasu na redakcję tego tekstu. Wybacz, że przez najbliższe dni moje teksty będą czasami nieco koślawe i bardzo nieregularne.

[ratings]