Zaznacz stronę

Usłyszałem dzisiaj: Pamiętaj, żeby pod żadnym pozorem nie być perfekcjonistą. Jeżeli pozwolisz  sobie na perfekcjonizm, stracisz  bezowocnie mnóstwo czasu.

Rzeczywiście tak jest, perfekcjonizm sprawia, że marnujemy sporo  energii. Nie tylko marnujemy, ale skreślamy ze swojego życia mnóstwo okazji.

Co by było, gdybyś nie pracował tak długo nad tym sklepem internetowym?  Miałbyś siłę go promować i odniósłbyś sukces.

Co by było, gdybyś nie musiał tak wiele razy sprawdzać każdego akapitu? Nie zgubiłbyś po drodze wątku i wreszcie byś skończył ten tekst.

Co by było, gdybyś odważył się przedstawić swój niedopracowany, niedoskonały pomysł? Ktoś by za nim poszedł.

Co by było, gdybym, nie zmuszał się do tak ciągłego poprawiania każdej książki, którą piszę? Miałbym na koncie trzydzieści pozycji, a nie trzy.

Dobrze, ale w jaki sposób mam „nie pozwolić sobie na perfekcjonizm”? Łatwo się mówi, jednak efekty takich rad są często dokładnie przeciwne. Im bardziej staram się nie pozwalać sobie, tym więcej tego we mnie. Im bardziej staram się nie być perfekcjonistą, tym mocniej czuję się zmuszony do tego by wciąż i wciąż coś poprawiać, dopieszczać i rozwlekać.

Co jest przeciwieństwem perfekcjonizmu?

Dla większości z nas perfekcjonizm jest dążeniem do ulepszeń, poprawek, do – jak mówi sama nazwa – perfekcji. Co prawda jest to dążenie przesadzone, czasem nawet bardzo, ale na końcu jest jakaś forma doskonałości. Perfekcjonista to dla nas ten, kto dba o każdy szczegół, kto nie pozwala sobie na wypuszczenie żadnej niedoróbki, kto  troszczy się o wszystkie aspekty tego, co robi.

Jeżeli tak rozumieć perfekcjonizm, to jego przeciwieństwem jest bylejakość, robienie wszystkiego na łapu-capu, na aby było. Tu się chlapnie farbą, tam się zamiecie pod dywan, tam się chwyci klejem i wszystko cacy, po co tracić czas?

Jeżeli chcesz coś w życiu osiągnąć, przekonują, musisz pogodzić się z tym, że na porządną robotę szkoda czasu. Rób jak leci i nie przejmuj się jakością. Arcydzieła i tak nie stworzysz, po co się więc szarpać? Zero stresu człowieku! Jak będziesz za bardzo kombinować, zmarnujesz życie. Rób to, przepraszam za wyrażenie, na odpierdol, bo i tak nie ma różnicy. Niektórzy właśnie to mają na myśli, mówiąc: nie bądź takim perfekcjonistą.

Czy jestem osobą, która może się zgodzić z takim podejściem? Nie ma mowy. Jeżeli mam coś zrobić na odczepnego, to nie zrobię tego wcale. Pieprzę, za dużo jest na świecie bylejakości, pozoranctwa i ściemy. Mam być następnym, który ścina zakręty i wciska kit, bo ciemna masa się nie połapie? Nie wiem, czy się połapie czy nie, ale wystarczy, że ja sam się połapię.

Gdyby przeciwieństwem perfekcjonizmu rzeczywiście była bylejakość, byłbym za perfekcjonizmem, nawet jeżeli w jego efekcie traciłbym mniejsze czy większe okazje.

Czy perfekcjonista naprawdę jest taki doskonały?

Jednak przeciwieństwem perfekcjonizmu nie jest bylejakość. Warunkiem poradzenia sobie z nim nie jest pozbycie się pragnienia, by coś robić dobrze, by zbliżyć się, na tyle na ile to możliwe, do doskonałości.

Jest nawet przeciwnie. To perfekcjonizm często wiąże się z bylejakością.

Niżej są rysunki wykonane przez dwójkę dzieci przedszkolnych w tym samym wieku (niecałe 6 lat). Rysunki zaczerpnięte są z jednego z artykułów [1]naukowych poświęconych diagnozie perfekcjonizmu u dzieci. Jeden jest wykonany przez dziecko o wysokim poziomie perfekcjonizmu, drugi o niskim. Czy potrafisz odgadnąć, który obrazek został pokolorowany przez które dziecko?

                

Pierwszy obrazek jest dziełem dziecka z perfekcjonizmem. Tak, ten mało kolorowy, mało ekspresyjny, niedokładnie pokolorowany. Zdziwienie, co? Spodziewamy się przecież, że perfekcjoniści robią piękne rzeczy, tyle że zajmuje im to nieco za dużo czasu i wysiłku. W rzeczywistości jest inaczej.

Dlaczego rysunek dziecka nastawionego perfekcjonistycznie jest bez porównania gorszy? Kilka, pierwszych z rzędu przyczyn: brak przyjemności podczas wykonywania rysunku, szybkie nudzenie się zadaniem, brak odwagi przy wyborze kolorów, skupienie na tym, by nie popełnić błędu, wątpliwości i wahania, brak spontaniczności, brak pomysłów, blokada zdolności twórczych.

Może i dziecko się stara, może mu i zależy, ale lęk przed błędami i negatywną oceną sprawia, że nie umie wejść w zadanie, nie umie się nim bawić, nie potrafi w spontaniczny sposób podejmować decyzji. Jak komentuje autor tych badań, im wyżej dziecko znajduje się na skali perfekcjonizmu, tym mniej ekspresji w jego rysunkach.

Czy właśnie nie tak jest i w naszym życiu? Większość z nas co jakiś czas wpada w szpony perfekcjonizmu. Pamiętasz co się wtedy dzieje?

W moim przypadku dzieje się jedna z trzech rzeczy:

– albo spędzam mnóstwo czasu na jakimś szczególe, zapominając o całej reszcie, która z konieczności jest badziewiasta;

– albo próbuję pracować nad każdym możliwym szczegółem i trwa to tak długo, że po drodze gubię wątek i nie wiem, o co mi chodziło na początku (znowu, zrobiłem byle co);

– albo przez jakiś czas przerzucam się od jednej do drugiej rzeczy, by w końcu stracić zapał i poddać.

Tak czy inaczej, tworzę wtedy (jeżeli w ogóle mi się udaje coś dokończyć) nudziarstwa w stylu pierwszego rysunku.

Czym naprawdę jest perfekcjonizm?

Czym w takim razie jest perfekcjonizm? Nie zrozumiemy tego, jeżeli będziemy patrzeć na niego z perspektywy jednej osoby. Perfekcjonizm to zjawisko, którego istotna część dzieje się pomiędzy ludźmi.

Problem z nie polega na tym, że ciągle coś doskonalisz i że starasz się za wszelką cenę zrobić coś lepszego. Problem polega na tym, że starasz się upewnić, że nikt ci nic nie zrobi i że w żaden sposób nie ucierpisz, gdy inni dostaną możliwość oceny ciebie i twojego dzieła.

Perfekcjonizm jest nam potrzebny po to, by się zabezpieczyć przed krytyką i brakiem zadowolenia innych.

— Co będzie, jak komuś się to nie spodoba? Co będzie, gdy ktoś nie będzie w pełni zadowolony? Co będzie, gdy ktoś powie, że nie mam talentu, że się nie znam, że się nie nadaję, że jestem głupi itd.?

— To będzie straszne, nie mogę sobie na to pozwolić! Muszę znaleźć jakąś ochronę.

A co mnie najlepiej zabezpieczy? Poprawianie, douczanie, dopracowywanie, obejmowanie kontrolą wszystkiego, co się da.

Perfekcjonizm to zbroja, w którą się chowamy przed odrzuceniem. Im lepiej się przygotuję, im lepiej wszystko zaplanuję, im większą liczbę spraw obejmę swoją kontrolą, tym jestem bezpieczniejszy.

Jednak gdy już poprawię, ciągle czuję obawę. Przecież wciąż ktoś może mnie skrytykować!  Obawa jest tak samo mocna, jak wcześniej.

Trzeba poprawić jeszcze raz. Na pewno są tam  błędy.

Znowu poprawiam.

Czy obawa znika? Nic podobnego. Wciąż jest taka sama.

No to poprawiam kolejny i kolejny raz. W którymś momencie  wszystko się miesza i już naprawdę nie wiem, co chciałem zrobić.

Jednak nie zawsze grzęznę. Czasem kończy się czas i nie mam wyjścia, muszę pokazać to, co mam. Robię to z duszą na ramieniu. Mimo tylu godzin pracy, jakie włożyłem w projekt, oczyma wyobraźni wciąż widzę atak rozszalałych krytyków. Czasem taki atak rzeczywiście może mieć miejsce. Dostaję po uszach i myślę sobie:

– No tak, powinienem poświęcić temu więcej pracy. Gdybym to dopracował, nie musiałbym teraz przez to przechodzić. Następnym razem (jeżeli jeszcze będzie jakiś raz) będę  poprawiał i dopracowywał wszystko jeszcze  intensywniej.

A gdy obawy okazują się niepotrzebne?

Jednak często okazuje się, że nie ma negatywnych reakcji. Przedstawiłem coś z duszą na ramieniu, pewny, że usłyszę krytykę, tymczasem słyszę: To jest w porządku. Czasem zadowolenie innych jest mniejsze, czasem większe, ale całe to katastrofizowanie okazało się bezpodstawne.

Powinienem zatem powiedzieć sobie:

– Stary, to całe trzęsienie portkami było bez sensu. Więcej tego nie będę robić.

Gdyby człowiek był istotą o prostolinijnej logice, wróciłby do swoich zajęć i następnym razem nie byłoby problemu.

Niestety. Tak łatwo nie jest. Gdy ludzie cię chwalą, wcale nie pozbywasz się obaw. Przeciwnie, one rosną.

 

Dlaczego tak trudno się z tego wyleczyć?

Dlaczego? Wyobraź sobie, że jest jakiś człowiek (nazwijmy go Romkiem). Jego droga biegnie przez las obok stawu. Nie lubi tego stawu, bo ktoś mu powiedział, że grasują tam krwiożercze topielice. Absurdalna obawa, ale z obawami się nie dyskutuje. Gdy tylko może unika tych okolic, szczególnie po zmierzchu. Woli nadłożyć drogi niż przejść tamtędy. Gdy jednak musi, używa specjalnych zabezpieczeń: chwyta się za amulet, szepcze zaklęcia odstraszające i porusza się na palcach.

Romek właśnie przeszedł obok jeziorka. Nic się nie stało. Mówisz mu:

– Widzisz? Nic tam nie ma. Nie było powody się bać!

– Jak to nic tam nie ma?! Oczywiście, że są tam topielice! Nie zaatakowały mnie tylko dlatego, że miałem amulet, użyłem zaklęcia i poruszałem się ostrożnie!

To, że nic strasznego się nie wydarza, nie będzie dla niego dowodem, że nic tam nie ma, ale dowodem, że metody jakie stosuje są skuteczne.

Co by musiał zrobić, by się przekonać, że w stawie nie ma nic groźnego?

Musiałby przejść obok stawu bez amuletu, zaklęć i środków ostrożności. To wymagałoby od niego wiele, wiele odwagi. Przecież, jeżeli coś jest w tych obawach, zostanie wciągnięty pod wodę i pożarty!

Podobnie jest z perfekcjonizmem. Gdy okazuje się, że nikt na nie zjadł, nie skrytykował i nie wyśmiał, zamiast zrewidować założenia, utwierdzamy się w nich:

– Nie zjedli mnie żywcem, bo tyle czasu nad tym pracowałem i tak solidnie się przygotowałem.

Perfekcjonizm jest zachowaniem obronnym, jest zaklęciem, które ma nas chronić przed czymś, co śmiertelnie zagraża poczuciu naszej wartości i jak każde zachowanie obronne, strasznie trudno go zdemontować.

Potrzeba akceptacji

Zgadza się, czasem perfekcjonista nie boi się tego, że go wyśmieją. Za wiele razy to robił, jest zbyt dumny, aby się bać całkowitego odrzucenia, gruntownej krytyki i potraktowania go jako nowicjusza. Czasem perfekcjonista boi się tego, że nie wzbudzi całkowitego zachwytu i podziwu. Czy to takie ważne czego się boisz? I to, i to jest lękiem. Tego rodzaju człowiek nie może sobie pozwolić na cokolwiek mniejszego niż zachwyt i podziw innych. Gdyby ludzie byli jedynie zadowoleni (a nie zachwyceni na 19 punktów w skali dziesięciopunktowej) mogliby szybko dojść do wniosku, że jest kimś, kto nie ma prawa istnieć.

Tak czy inaczej, perfekcjonista przeżywa katusze, gdy myśli o tym, jak na efekty jego pracy zareagują inni.

To podobny lęk do tego, który czuje Romek, gdy zbliża się do leśnego jeziorka. Jest wieczór, bezlistne drzewa skrzypią na wietrze, czarna tafla rozciąga się tuż obok. Romek powtarza, że to nie ma sensu, ale z każdym krokiem napełnia go coraz mocniejsza, irracjonalna, ale niemożliwa do powstrzymania obawa. Czy to jest obawa, że mnie wyśmieją i powiedzą, że jestem dyletantem, czy też obawa, że ktoś nie będzie w pełni zachwycony stanowi taką samą różnicę, jak to czy topielice wciągają do wody i zagryzają, czy zagryzają i wciągają do wody. Romek, chcąc nie chcąc, chwyta za amulet, szepcze zaklęcia i robi swoje ciche kroki, byle tylko nie obudzić licha.

Co jest potrzebne, by się pozbyć perfekcjonizmu?

Nie da się pozbyć perfekcjonizmu, powtarzając sobie: szkoda czasu,  nie ma sensu aż tak bardzo się starać, nikt z tego nie będzie strzelał, nikt nie potrzebuje aż takiej dokładności. Każdy perfekcjonista tego próbował i niewiele mu z tego wyszło.

To nie brak świadomości marnowania czasu trzyma mnie przy perfekcjonizmie, ale obawa przed odrzuceniem. 

By pozbyć się perfekcjonizmu nie wystarczą pełne rozsądku zachęty i lekcje o tym, że przecież nikt aż tak bardzo nie będzie zwracał uwagi na to, czy tamto. Pozbycie się perfekcjonizmu wymaga czegoś trudniejszego. Wymaga odwagi odsłonięcia się, obnażenia, puszczenia zachowań obronnych.

Perfekcjonista, gdy ma przejść przez górski strumień, wkłada buty o grubych i ciężkich podeszwach. Buty są niewygodne, ale dzięki nim nie czujesz ostrych kamieni pod stopami. Każdy krok męczy i wymaga wiele siły. Po małym spacerku jesteś wycięty i gdy  masz w perspektywie następny spacer, wolisz udawać, że cię nie ma w domu.

Pozbyć się perfekcjonizmu jest jak zdjąć buty i pójść  boso. Jesteś lekki, nie musisz pocić się przy każdym kroku, ale ryzykujesz, że twoja bosa stopa trafi na ostry kamień. Jeżeli tak bardzo ci zależy, żeby ci się nic nie stało, zostaniesz przy perfekcjonizmie. Jeżeli chcesz się go pozbyć, musisz być gotowy na zranienie. Tak, ktoś może powiedzieć, że jesteś dyletantem. Auć! Nie wszystkim się spodoba to, co przygotowałeś. Auć! Niektórzy będą kręcić nosem. Auć!

Weź głęboki oddech i naraź się na zranienie. To znacznie trudniejsze niż powtarzanie sobie: nie ma się co tak przejmować.

Na początku to trudne, nie oczekuj łatwizny.

Na początku ciągle masz wrażenie, że musisz to zrobić lepiej, że gdybyś jeszcze to dopracował, to byłoby fajniej, że nie możesz stracić kontroli, że jeszcze tyle rzeczy trzeba uwzględnić itp.

Weź głęboki oddech.

Próbujesz wszystko kontrolować. Próbujesz wszystko opanować.

Puść to.

Co się dzieje potem?

Nie planowałem opowieści o Romanie. Kolega sam się wprosił, ale jeżeli już go mamy, wykorzystamy go w jeszcze jednym celu.

Roman z duszą na ramieniu zbliża się do ciemnego jeziora. Pech, że atmosfera jest dziś wyjątkowo upiorna. Wiatr jęczy bezlistnymi gałęziami, mroczne chmury pożarły słońce. Decyzja została jednak podjęta. Żadnych zaklęć, amuletów i rytuałów zabezpieczających. I oto jeziorko. Roman zatrzymuje się i patrzy. Przez chwilę wydaje mu się puste. Nie ma w nim przecież żadnych topielic ani jakichkolwiek innych strasznych stworzeń. Nie, na pewno nie ma tu tych strasznych istot odgryzających głowy. Zaraz, zaraz, coś tam jednak jest… Coś, czego nie było, gdy Roman przemykał, szepcząc zaklęcia i ściskając gorączkowo amulet. A może to zawsze tam było, tylko Roman nie miał szansy tego dostrzec. Co takiego?

Perfekcyjny pianista dwupośladkowy

Dyrygent Ben Zander mówi, że są pianiści, którzy grają na jednym pośladku oraz tacy, którzy grają na dwóch. Pianista dwupośladkowy to według niego człowiek stabilny, który próbuje kontrolować każdy aspekt gry. Dobry pianista dwupośladkowy gra poprawnie i starannie. Potrafi doskonale odtworzyć najtrudniejszy nawet utwór.

Na czym polega jego problem? Mimo że wszystko robi dobrze, jego gra nikogo nie porusza. Tak mocno wszystko kontroluje, że jest jak automat do odtwarzania nut.

Inaczej jest z pianistami jednopośladkowymi. Ci grając, omal nie zlatują z krzesła, kołyszą się na boki, mruczą, są pełni emocji. Zdarza im się czasem gdzieś pomylić. Tak, walą czasem byki i ściągają na siebie gromy surowych purystów, ale muzyka, w odróżnieniu od tych pierwszych, hipnotyzuje. Nie odtwarzają muzyki. To muzyka ich odtwarza. Ulegają jej, a za nimi ulegają jej słuchacze.

Niektórym perfekcjonistom udaje się wszystko kontrolować. I wtedy dopiero widać cały dramat. Okazuje się, że perfekcjonista jest suchy i niepociągający. Jury nie przyczepiło się niczego. Nie znalazło żadnych słabych punktów. I co z tego? Ziew… Okazuje się, że ci ludzie (których wziął za surowych krytyków i którym starał się nie dać żadnego pretekstu do uwag), wcale nie szukali tego, by „mucha nie siadała”. Szukali czegoś zupełnie innego. Szukali, by ktoś ich porwał, uwiódł, by ktoś ich poruszył, szukali kogoś komu można ulec. A co dostali? Równą drogę bez dziur, automatyczne wykonanie bez błędów, plastikową twarz bez zmarszczek.

Jeżeli starasz się kontrolować wszystko, jeżeli starasz się wszystko robić doskonale, jeżeli usiłujesz grać na dwóch pośladkach, nudzisz.

Zander pisze, że aby stać się pianistę jednopośladkowym trzeba:

…rozluźnić własne bariery, które utrzymują nas w pozycji kontrolującej; niech przepłynie przez nas witalna energia namiętności łącząca nas ze wszystkim, co jest poza nami.

Gdy rozluźnisz swoje bariery, gdy przyjmiesz postawę gotowości na zranienie, gdy się odsłonisz, pojawia się szansa na spontaniczność.

Dla mnie to jest właśnie przeciwieństwo perfekcjonizmu. Dymensja: perfekcjonizm — bylejakość jest błędna. Tym, co przeciwne perfekcjonizmowi jest spontaniczność. Z jednej strony jest szukanie gwarancji bezpieczeństwa, z drugiej odsłonięcie się. Z jednej kontrolować wszystko, z drugiej dać się ponieść. Z jednej  przerażenie tym, co nie dość dobre, z drugiej zachwyt tym, co dobrego się wyłania.

Naprawdę doskonałe dzieło nigdy nie jest efektem perfekcjonistycznego zmagania się z sobą. Rzadko jest także efektem żmudnego planowania i kontroli. Częściej pojawia się jako efekt puszczenia kontroli i pełnego wejścia w to, co się robi. Człowiek ma wtedy wrażenie unoszenia się, przepływu czy bycia przezroczystym wobec czegoś większego.

Prawdziwa perfekcja nie jest efektem kontroli, czyli jak nagrano największą płytę w historii jazzu

Na stronie jednego ze studiów nagraniowych znalazłem informację, że nagranie 3-minutowego utworu zajmuje od sześciu do ośmiu godzin, często zdarza się jednak, że potrzeba aż dziesięciu. Wiele zespołów nagrywa swoje kilkudziesięciominutowe płyty tygodniami albo nawet miesiącami. Mimo tego, ich dzieła przechodzą niezauważone, a nawet gdy ktoś je dostrzeże, po kilku latach idą w niepamięć. Mało jest płyt, które wciąż są świeże po pięćdziesięciu, sześćdziesięciu latach. Kind of Blue Milesa Davisa to jedna z takich płyt. Najważniejsza, najlepsza płyta w historii jazzu. Numer jeden na absolutnie wszystkich zestawieniach najlepszy albumów jazzowych. Do dziś sprzedało się jakieś 6 milionów egzemplarzy (a ludzie wciąż kupują). Trzy kwadranse muzyki, które zmieniły historię jazzu.

Gdyby stosować przelicznik ze studia nagraniowego (jakieś 3 godziny na minutę), jej nagranie powinno zająć około 135 godzin. Zajęło niecałe dziesięć. O 14:30, 2 marca 1959 roku, Miles Davis wszedł do studia z sześcioma muzykami i do wieczora nagrał trzy utwory. Kilka tygodni później, pod koniec kwietnia, muzycy wrócili na kilka krótkich godzin do studia i nagrali dwa dodatkowe utwory. I to wszystko

Jednak nie czas, a sposób pracy był najbardziej zaskakujący. Muzycy zaproszeniu przez Milesa nie mieli pojęcia co będą nagrywać. Dostali szkice melodii, układów harmonicznych i ogólne wskazówki. Jak to było w zwyczaju Milesa, zaczęli grać bez prób. Legenda głosi, że cały album został nagrany za pierwszym razem, od początku do końca. Aż tak dobrze nie było. Na zachowanych taśmach studyjnych jest kilka nieudanych i przerwanych ścieżek. Na jednej z nich Davis mówi do basisty: „Otwórz oczy Paul”, zachęcając, by zwracał uwagę na ręce pianisty i podążał ze swoją muzyką za nimi. Jednak po kilku podejściach, muzycy nagrali kompletne utwory bez potrzeby sklejania ich całości z różnych fragmentów.

Istotą tej płyty była improwizacja — otwartość na to, co się dzieje, uważność („otwórz oczy Paul”) i zgoda na to, by dać się ponieść dziejącej się muzyce.

Czy to znaczy, że najlepsze podejście do życia to:

— Machnij ręką na przygotowania, improwizuj, a wszystko  wyjdzie cudownie.

Nic podobnego. To, że Davis nagrał nieziemską płytę z marszu, nie znaczy, że każdy może zrobić to samo. Nie każdy ma tyle umiejętności, wrażliwości oraz intuicji. Trzeba wiele w sobie mieć, by muzyka zaniosła cię w takie wyżyny.

Piszę o tym, nie dlatego by mówić, że życie jest łatwe, gdy przestaniesz się kontrolować. Piszę o tym, by pokazać inny obraz doskonałości, niż ten, który siedzi w głowie poprawnego, wszystko kontrolującego perfekcjonisty.  Prawdziwa wielkość nie jest w dokładności, kontroli i braku wad. Jest w ekspresji, przepływie i otwartości.

Jeżeli naprawdę zależy ci na doskonałości, nie ucz się tego, jak wszystko trzymać w garści. Ucz się tego, jak puszczać kontrolę, wchodzić w pełni, poddawać się, a potem doceniać to, co się pojawia.

Być może masz w sobie za mało, by wyimprowizować coś wielkiego. Być może brakuje ci trochę wiedzy, umiejętności czy praktyki. Być może jednak masz w sobie dość, by zrobić coś większego niż rzeczy, które robisz teraz?

Być może tym, co cię najbardziej ogranicza, jest obawa, że gdy przestaniesz wszystko kontrolować, zrobisz coś żenującego. Gdyby Miles Davis starał się wszystko kontrolować — nikt by o nim dziś nie słyszał.  Czy miał pewność, że mu wyjdzie? Wątpię. Miał jednak odwagę, by dać się ponieść. Może warto sprawdzić, gdzie ciebie zaniesie spontaniczne działanie?

Często mamy w sobie mieszankę — trochę perfekcjonizmu (czytaj kontroli wypływającej z lęku) i trochę spontaniczności. Przeplatamy te rzeczy ze sobą. To naturalne. Czasem choćby mała dawka spontaniczności niesie sporą różnicę.

A co ty zobaczysz?

Właśnie to było w stawie, którego tak bardzo bał się Roman. Coś mieniącego się wszystkimi kolorami, ożywczego, porywającego. Co konkretnie? Nie wiesz? Idź i zobacz sam.

 

[1] http://www.educationalrev.us.edu.pl/e46/a20.pdf