Zaznacz stronę

Mam znajomą, nazwijmy ją Mają, która po urodzeniu i odchowaniu dwójki dzieci, stanęła przed dylematem co dalej zrobić ze swoim życiem zawodowym. Zanim urodziła, pracowała w korporacji na dość szeregowym stanowisku. Swoją pracę lubiła średnio (albo jeszcze mniej) i zostawiła ją bez czułych pożegnań. Jednak teraz, gdy chłopiec i dziewczynka sporą część dnia spędzają w szkole, a mąż nie zarabia tyle, by mogła poświęcić się wyłącznie polerowaniu sreber, organizowaniu przyjęć i planowaniu wyjazdów wakacyjnych, Maja stanęła przed wyzwaniem zrobienia czegoś innego. Nie tylko dlatego, by zarobić trochę pieniędzy. Jako wciąż młoda osoba, miała potrzebę aktywności i wykorzystywania swojego potencjału.

– Wrócić do korpo? Można, ale to nie jest najfajniejsza perspektywa.

Tego rodzaju czas niektórzy nazywają przerwą w życiorysie zawodowym. To może tak wyglądać w CV, ale to nie do końca prawda. Maja, przez kilka ostatnich lat miała pracę i to znacznie cięższą i bez porównania bardziej odpowiedzialną niż poprzednia. Jak spóźnisz się z wystawieniem faktury, w najgorszym wypadku szef powie ci kilka niemiłych słów. Gdy spóźnisz się z wymianą pieluch czy karmieniem, twój domowy szef wydziera się od ucha do ucha. Niektórzy nie cierpią takiej pracy, ale tak się złożyło, że Maja lubiła ją bez porównania bardziej niż poprzednią. Być może pod wpływem tych doświadczeń nie chciała wracać do tego samego odcinania kolejnych dni swojego życia w zamian za parę groszy. Zamarzyło jej się zajęcie, które da jej poczucie spełnienia, radości a być może i dobrej zabawy.

– Ale co warto robić? Co będzie dla mnie właściwym zajęciem? Co da mi poczucie tego, że żyję i jestem aktywna?

Wyzwania

By stanąć przed podobnym wyzwaniem nie trzeba być w podobnej sytuacji co Maja.

Możesz mieć pracę, ale możesz być przerażony wizją spędzenia w niej kolejnych kilku lat. Możesz mieć dość tego codziennego siedzenia na open space, użerania się z klientami, brania udział w niekończących się spotkaniach czy objeżdżania sklepów. Możesz obawiać się, że za kilka lat staniesz się zasuszonym, zgrzybiałem staruszkiem, który przekłada papiery z jednej sterty na drugą. Możesz czuć głębokie niezadowolenie z tego, co robisz i w jaki sposób wykorzystujesz, czy też nie wykorzystujesz swoich możliwości.

Możesz szukać odpowiedzi na to pytanie także, wtedy gdy pracujesz na własny rachunek. Nikt ci nie wydaje poleceń, nikt nie każe ci brać udziału w przydługich spotkaniach i gapić się godzinami w monitor, a mimo to możesz mieć poczucie, że nie robisz tego, co naprawdę warto robić. Możesz mieć poczucie, że jest coś jeszcze, czym warto byłoby się zająć.

Maja, gdy zatrudniała się w korporacji, nie zadawała sobie pytania, czy warto. Była praca to ją wzięła, jak mówi, bez hamletyzowania. Pytanie „Za co warto się zabrać” zadała sobie po raz pierwszy. Ale wiele osób zadaje sobie takie pytanie po raz kolejny z rzędu.

Kilka lat temu, moim „warto to robić” było prowadzenie firmy szkoleniowej, która pomaga budować lepsze relacje pomiędzy pracownikami. Dokonałem tego wyboru świadomie i z przekonaniem. Dziś nie czuję do tego specjalnego zapału. Czy kilka lat temu podjąłem złą decyzję? Nic podobnego. Po prostu coś się po drodze zmieniło. Zmieniły się czasy, zmieniły się warunki, zmienili się ludzie i ich potrzeby, zmieniłem się ja sam.

Dawno, dawno temu ludzie wierzyli, że każdy dostaje jedno powołanie na całe życie. Ktoś wierzył, że został stworzony do tego, by być lekarzem, ktoś inny nauczycielem, jeszcze inny murarzem, a inny woźnicą. To były inne czasy. Świat był stabilny i przewidywalny, ludzie uczyli się jednej rzeczy na całe życie, a potem żyli w kastach zawodowych, do których nie sposób było się dostać, jak przez długotrwałe terminowanie w młodym wieku. Pytanie „kim chcesz zostać” zadawano jedynie dzieciom.

Dziś, większość z nas nie ma wyboru, jak zajmować się w toku życia kilkoma różnymi profesjami i co pewien czas zostawać kimś innym (przynajmniej od strony zawodowej). To nic niezwykłego, gdy człowiek w wieku trzydziestu, czterdziestu czy nawet pięćdziesięciu lat życia zastanawia się, kim chce zostać.

To dziś norma, nawet jeżeli wiele osób marzy o powrocie do starych, dobrych czasów i mówi: Moi rodzice pracowali całe życie w jednej fabryce i to było wspaniałe! Dla mnie wspaniałe jest to, że możemy wiele razy zmieniać swoje zajęcie. I to nie tylko dlatego, że tego wymaga rzeczywistość ekonomiczna (bo w fabrykach zamiast ludzi coraz częściej pracują komputery).

Także dlatego, że tkwienie w jednym miejscu przez całe życie nie jest zgodne z naszą naturą. Jedną z podstawowych potrzeb człowieka jest potrzeba odnawiania się, poszerzania swojego świata i wchodzenia z nim w nowe relacje. Człowiek to istota dwunożna, nieopierzona, która robi nowe rzeczy. To nie jest tak, że od Boga, czy natury dostaliśmy jedno powołanie na całe życie. Jedynym rodzajem trwałego, na całe życie danego powołania jest bycie dobrym, pełnym życia człowiekiem, który potrafi aktywnie odpowiadać na potrzeby własne i świata.

Ale w jaki sposób mam odpowiedzieć na pytanie o to, co powinienem w życiu robić / co jest moim powołaniem na najbliższe kilka lat / co jest pasją, za którą warto iść?

Masz pomysły?

Na początek banalnie prosta rzecz: spisz pomysły. Od jakiegoś czasu przecież rozglądasz się po świecie i być może pewne zajęcia bardziej ci się podobają.

Czasem ludzie ci mówią, w czym cię widzą (jeżeli nie mówią, możesz ich o to zapytać).  To też zapisz.

Niektóre pomysły siedzą ci w głowie od dawna, inne pojawiają się, gdy zaczynasz się na tym zastanawiać. Czasem masz takich pomysłów więcej, czasem mniej.

Maja miała akurat jeden konkretny pomysł (tym lepiej dla niej, łatwiej wybrać), ale nie jest ważne, czy masz kilka, czy jeden pomysł, podstawowe pytanie brzmi: Jak sprawdzić, czy pomysł jest dobry?

Podczas oceny każdego z pomysłów ważne są trzy rzeczy:

  • Pierwsze pytanie dotyczy motywacji wewnętrznej. To wielka wartość, robić coś, co jest nagrodą samą w sobie: Czy lubisz się tym zajmować? Czy jest to coś, co daje ci energię?
  • Drugie pytanie również dotyczy ciebie, ale wiąże się z możliwościami: Czy jesteś w tym (albo możesz być) na tyle dobry, na ile to potrzebne?
  • Trzecie pytanie nie dotyczy ciebie, ale tego, co poza tobą: Czy ktoś tego potrzebuje? Czy ktoś tego potrzebuje na tyle, by ci za to zapłacić?

Przyjrzyjmy się tym pytaniom po kolei.

Czy to mi daje energię?

Austin Kleon, w książce Show your work, pisze:

Gdy malarz mówi o swojej „pracy”, może mieć na myśli dwie różne rzeczy: z jednej strony dzieło sztuki, skończoną pracę, oprawioną i powieszoną na ścianie galerii; z drugiej pracę artystyczną, wszystkie te codzienne rzeczy, które rozgrywają się za kurtyną jego studia: szukanie inspiracji, chwytanie pomysłu, pokrywanie farbami olejnymi płótna itp.

Jeżeli twoją pasją jest wyłącznie „malarstwo” (jako to, co wisi na ścianie), nie jest dobrym pomysłem kupowanie palet, farby, sztalug i wynajmowanie studia, nie zostaniesz dobrym malarzem. Jeżeli twoją pasją jest tylko praca, która wisi na ścianie (napisana książka, zarobione pieniądze, podróże, które odbędziesz dzięki zarobionym pieniądzom, brawa po koncercie itp.) będzie ci ciężko ją wykonywać. Wybieraj raczej rzeczy, które wiążą się z wewnętrzną motywacją, takie które same w sobie, są nagrodą. Kupuj sztalugi wtedy, gdy kochasz smarować farbami po płótnie.

Oczywiście, ktoś, kto kocha malarstwo (jako smarowanie farbami po płótnie), nie zawsze uprawia je z błogim uśmiechem na twarzy. Nie chodzi o to, że „Gdy maluję, czuję się bosko, jakbym leżał na ciepłym piasku i popijał chłodnego drinka”.  Nie chodzi tylko o przyjemność, błogość czy jakąś formę psychicznej sytości. Gdy robisz to, co kochasz, czujesz się bardziej pozbierany, bardziej sensowny. Tak, jakby robienie tego było magnesem, porządkującym chaotycznie porozrzucane opiłki.

Czy w moim pomyśle jest coś, co kocham robić, nawet gdyby nie wiązało się to z żadnymi zewnętrznymi nagrodami?

Czy jestem (mogę być) w tym dość dobry?

To, że coś lubię robić to cenna rzecz, ale ważne jest także, w jakim stopniu jestem w stanie sobie z tym poradzić.

Możesz kochać NBA, ale jeżeli masz metr pięćdziesiąt, być może lepiej odłożyć marzenia o karierze zawodowego koszykarza. Możesz kochać salta i szpagaty, ale jeżeli masz ponad dwadzieścia lat, może lepiej darować sobie marzenia o występie na Olimpiadzie. Zazwyczaj nie warto kopać się z rzeczywistością. Człowiek jest wielki, marzenia są cenne, świat należy do odważnych i tak dalej, ale są ograniczenia, których nie przeskoczymy. Pewna dawka realizmu jest przydatną rzeczą, szczególnie wtedy, gdy zastanawiasz się nad tym, co by ci pozwoliło zarabiać pieniądze.

Nie wszystkie ograniczenia są fizyczne, wiele z nich to kwestia przekonań. Ponieważ jest to blog na tematy rozwojowe, powinienem z automatu napisać: Ale nie przejmuj się, możesz zmienić swoje przekonania. Tak, tyle że bywa to bardzo trudne. Ograniczenia psychiczne bywają trwalsze niż fizyczne. Mam czasem wrażenie, że łatwiej półtorametrowemu facetowi zagrać w NBA, niż zmienić ludzkie przekonania dotyczące np. zdolności matematycznych (Nie mam głowy do liczb) czy zdolności do zarabiania pieniędzy (Nie nadaję się do działalności na własną rękę). Czasem lepiej odpuścić sobie pomysły, który łączą się z robieniem czegoś, w czym czujemy się upośledzeni.

Przekonanie mówiące o tym, czy jestem w stanie coś zrobić na zadowalającym poziomie, nazywane jest poczuciem własnej skuteczności. Niektóre osoby próbują robić rzeczy, co do których brakuje im takiego poczucia. Na przykład zakładają firmę szkoleniową, mimo że gdzieś wewnątrz nie wierzą, że są w stanie nauczyć czegoś innych ludzi, albo zakładają startup, czując, że są kimś, kto „Nie radzi sobie samodzielnie i nie ma ręki do pieniędzy”.

Jeżeli zabiorę się za coś, w odniesieniu do czego zasadniczo brakuje mi poczucia skuteczności, efektem będzie ciągłe szarpanie się. Będę sobie ciągle podstawiał nogi. Jeżeli na przykład nie wierzę, że jestem w stanie dobrze pisać, a mimo tego porwę się na pisanie książki, bardzo prawdopodobne, że będę wciąż zwalniał, walczył z sobą i zatrzymywał się, gdy tylko napotkam jakieś trudności.

Nie musisz w tym momencie mieć potrzebnych umiejętności – np. nie musisz umieć grać na gitarze, by zacząć realizować marzenie stania się gitarzystą rockowym, potrzebujesz jednak wiary w to, że jesteś w stanie się tego nauczyć. Jeżeli gdzieś głęboko siebie masz poczucie, że jesteś osobą pozbawioną słuchu i wyczucia rytmu, twoja ścieżka „stać się gitarzystą” nigdzie cię nie zaprowadzi. Będzie tak nawet wtedy, gdy twoje przekonanie jest całkowicie niesłuszne.

Dość dobrze

Zanim odpowiesz sobie na pytanie o własne możliwości, jeszcze jeden, bardzo, ale to bardzo ważny element: dość dobrze. Pytanie brzmi: Czy jesteś w stanie nauczyć się tego, by wykonywać zadania dość dobrze, to znaczy w takim stopniu, w jakim jest to wystarczające potrzebne?

Czasem zakładamy, że aby wykonywać jakąś pracę musimy mieć do tego specjalny talent. Na przykład, żeby zostać informatykiem trzeba mieć niesamowitą głowę do matematyki, by zostać muzykiem trzeba mieć słuch absolutnym i łapać najtrudniejszą melodię po pierwszym wysłuchaniu, by zostać właścicielem firmy, trzeba być niezwykle przedsiębiorczym.

To nie tak. By wykonywać coś na profesjonalnym poziomie, nie musisz być genialny. Wystarczy być przeciętnym. Najwyżej nie osiągniesz światowej sławy, czy to cię aż tak bardzo zniechęca? Czasem nawet ludzie, którzy odnoszą wielkie sukcesy, mają talentu ledwo, ledwo. W poprzednim tekście wspominałem o Mozarcie. Gość cholernie ciężko pracował, a do tego miał wielki talent. Ale weźmy kogoś innego z branży muzycznej – osobę, która znajduje się na czwartym miejscu  najlepiej sprzedających się artystów wszech czasów (za Beatlesami, Elvisem Presleyem i Michaelem Jacksonem). Zdolności muzyczne Madonny, czasem przyznają to nawet jej fani, nie są jakoś szczególnie wygórowane. Specjaliści od muzyki, oceniają je ostrzej: kobieta ma przeciętne zdolności muzyczne. No i co z tego? Tyle wystarczy. Nie potrzebujesz niebotycznego talentu i uzdolnień, by się z czegoś utrzymywać, a nawet, by odnieść ogromny sukces.

Gdy to sobie uświadomisz, możesz inaczej popatrzeć na zakres rzeczy, które są w twoim zasięgu. Mój przykład, choć średnio zawodowy. Kilkanaście lat temu nie miałem prawa jazdy. Powodem było moje przekonanie, że nie nadaję się do tego, by kierować samochodem. Ile razy próbowałem zrobić kurs jazdy, grzązłem gdzieś po drodze.

Pomogła mi koleżanka. Ponieważ prowadzenie szkoleń w sporej części składa się z podróży, a przez jakiś czas dużo z nią pracowałem, sporo czasu spędzałem w jej samochodzie. Dziewczyna była przekonana, że jest znakomitym kierowcą (zresztą jak większość ludzi). To przekonanie nie miało jednak żadnego związku z rzeczywistością. Była tak złym kierowcą, że przez jakiś czas podejrzewałem nawet jakieś mikrouszkodzenia neurologiczne, które nie pozwalały jej w pełni znaleźć się na drodze. Po przejechaniu kilkudziesięciu kilometrów wychodziłem z jej samochodu na chwiejnych nogach i z siwymi włosami na głowie. – Ona mnie prędzej czy później zabije – myślałem, ale nie było wyboru, musiałem z nią jeździć, bo nie miałem prawa jazdy. Byłem jednak coraz bardziej zły na siebie. Skoro osoba o tak niskich umiejętnościach jeździ, dlaczego ja nie mogę? Dlatego, że nie będę w tym dobry? Przecież wystarczy być średnim kierowcą, by jeździć bezpieczniej niż ona.

Żeby jeździć samochodem, nie musisz być Robertem Kubicą. Żeby napisać książkę, nie musisz być J.R. Tolkienem. Żeby skomponować piosenkę, nie musisz być Bobem Dylanem. Żeby stworzyć dochodową firmę, nie musisz być Stevem Jobsem. Wystarczy, że poradzisz sobie dość dobrze.

Czy ktoś tego potrzebuje?

Czy, jeżeli kocham coś robić i na dodatek jestem w tym dość dobry, powinienem się tym zająć? Niekoniecznie. Widzisz tylko połowę obrazu. By poznać całość, potrzebujesz oświetlić go także z drugiej strony.

Można to sobie wyobrazić jako określanie współrzędnych geograficznych. Gdy masz szerokość geograficzną (np. 50.06 N), dysponujesz linią, która biegnie wokół kuli ziemskiej. Coś wiesz, ale nie znasz miejsca, którego szukasz. 50.06 E równie dobrze może być w Kanadzie, Kazachstanie, Mongolii czy Polsce. Dopiero wtedy, gdy znasz długość geograficzną (powiedzmy 19.94 E) jesteś w stanie trafić tam, gdzie chcesz (te współrzędne określają akurat okolice Rynku Głównego w Krakowie).

Czasem można spotkać w sieci zażartą dyskusję na temat tego, czy wybierając swoje zajęcie, należy kierować się pasją, czy potrzebami rynku. Jedni mówią, że kierowanie się pasją prowadzi do biedy, inni utrzymują, że kierowanie się potrzebami rynku prowadzi do wypalenia. Jedni i drudzy mają rację. To nie jest albo – albo, ale i to, i to.

Twoje obecne powołanie znajduje się na przecięciu tego, co cenne dla ciebie oraz cenne dla świata.

Wiesz, że twój pomysł jest cenny dla ciebie. Teraz zastanów się, czy jest on cenny dla świata.

– Czy to wprowadzi jakąś zmianę dla innych ludzi?

– Czy, gdy będziesz to robić, świat zmieni się choć trochę na lepsze?

Nie chodzi tylko o szukanie pomysłu na biznes, ale gdy o nim myślisz, pytanie brzmi jeszcze prościej:

– Czy ktoś za to zapłaci? Czy to jest na tyle ważne dla kogoś, że zechce wydać swoje pieniądze?

Owszem, ludzie wydają pieniądze z różnych powodów, czasem dlatego, że ktoś im coś wmówi, zakładam jednak, że wolisz, by płacili, bo twoja praca zmienia ich życie na lepsze.

Jak znajdować odpowiedzi na te pytania?

Często mamy pokusę, by usiąść w ciszy, skupić się i wpaść na pomysł. Mamy w końcu wyobraźnię, umiemy wyciągać wnioski i jesteśmy sprawni w rozumowaniu.

Kiedyś na kilka dni wpadł do Krakowa mój znajomy. Zapytałem go, czy ma ochotę wyskoczyć w sobotę gdzieś na miasto (raczej chodziło o muzeum niż pub).

– W sobotę nie, bo postanowiłem poświęcić ten dzień na przemyślenie swojego życia i tego, co powinienem w nim dalej robić. W Krakowie jest na to dobra atmosfera.

Beznadziejny pomysł, jeżeli liczysz na to, że dzięki atmosferze miejsca coś wymyślisz. Doskonały, jeżeli atmosfera pomoże ci zebrać w całość informacje, jakie gromadziłeś przez jakiś czas.

Nie opieraj się na samych pomysłach, marzeniach czy fantazjach. Szukaj odpowiedzi w praktyce. Zanim podejmiesz decyzję, przeprowadź eksperyment. Spróbuj się tym zająć w mniejszej skali. Hasła tego rodzaju, że trzeba sobie określić cel w życiu, zaplanować jego osiągnięcie, a następnie dążyć uparcie, to ściemy serwowane przez niedouczonych, leniwych pseudoekspertów.

Mamy w głowie mnóstwo platońskiego śmiecia: genialne pomysły, które można odkryć w ciszy własnego umysłu; świat zmysłów i doświadczeń to tylko zniekształcone cienie na ścianie jaskini i nie ma się co nimi sugerować. To Arystoteles miał rację: poznanie pochodzi z doświadczenia – z tego, co widzimy, czujemy, co jesteśmy w stanie spróbować. Dotyczy to także poznania samego siebie.

Wymyślanie odpowiedzi na pytanie o to, co warto robić, jest receptą na porażkę. Ludzie, którzy znajdują swoją drogę, działają na zasadzie eksperymentów. Robią coś na próbę, sprawdzają jak się z tym czują, jak im to wychodzi, jak reagują inni, a dopiero potem podejmują decyzje – modyfikują swoje pomysły, wycofują się, albo angażują bardziej.

Małe kroczki, próbowanie na boku bez palenia mostów za sobą, pozwala im trafić we właściwe miejsce. Ich historia nie jest tak efektowna jak opowieść: Wymarzyłem sobie, postanowiłem,  zaplanowałem i osiągnąłem. Ich ścieżka jest znacznie bardziej poplątana, chaotyczna i niekonsekwentna, ale to jedyna ścieżka, którą można gdzieś dojść.

Traktuj swoje pierwsze odpowiedzi jak hipotezy, a nie pewniki. Hipotezy mogą zostać potwierdzone albo odrzucone, jednak nie na zasadzie „wydaje mi się”, ale „spróbowałem i dowiedziałem się”.

Eksperyment: czy będzie mi się to podobać?

Eksperymenty warto prowadzić zarówno po to, by przekonać się, czy ktoś tego potrzebuje, jak i po to, by przekonać się, czy coś jest naprawdę dla mnie dobre.

Czasem mamy mnóstwo fantastycznych wyobrażeń dotyczących jakiegoś zajęcia. Wydaje nam się na przykład, że prowadzenie kawiarni będzie cudowną sprawą (bo przecież kocham sączyć małą czarną, siedząc za stolikiem). Gdy człowiek już zainwestuje wszystkie oszczędności i założy kawiarnię, okazuje się, że praktycznie nie ma czasu na to, by wysączyć w spokoju choćby jedną filiżankę na tydzień. Trudno założyć kawiarnię na próbę, ale to nie znaczy, że nie można zebrać informacji pochodzących z doświadczenia. Można np. zatrudnić się na kilka miesięcy u kogoś innego albo porozmawiać z kimś, kto kawiarnię prowadzi. To namiastki eksperymentów, ale są one znacznie lepsze niż samo poleganie na wyobrażeniach.

Kiedyś, na jednym z forów internatowych znalazłem wypowiedź:

Od dziecka marzyłam, żeby zostać bibliotekarką. I, do cholery jasnej, zostałam nią! Nie cierpię tej pracy!

Też kocham książki, też kocham atmosferę biblioteki, pobyt wśród książek mnie regeneruje. Też mi to groziło. Tyle tylko, że kilka razy zdarzyło mi się być w bibliotece dłużej niż kwadrans i odkryłem, że po takim czasie sprawa przestaje być przyjemna.

Eksperyment Mai: czy ktoś za to zapłaci?

Maja, gdy stanęła przed swoim dylematem, nie musiała prowadzić eksperymentu dotyczącego tego, co ją bawi. Dobrze wiedziała co dałoby jej więcej życia niż siedzenie na ołpen spejsie i sprawdzanie, czy cyferki się zgadzają.

Maja kochała szycie. Byliśmy jednymi z jej znajomych, którzy zostali przez nią obdarowani niezwykłą, patchworkową poduszką. Maja nie fantazjowała, ale rzeczywiście szyła. Wymyślanie projektów, krojenie materiałów, zszywanie – to wszystko pozwalało jej się zregenerować. Wciąż była spragniona tego zajęcia. Gdyby tylko mogła, robiłaby to przez dwanaście godzin na dobę.

Wiedziała, że to lubi i wiedziała, że jest w tym dobra. Jej prace były pomysłowe, stylowe, urocze i inne niż to, co można znaleźć w tej branży.

Nie wiedziała tylko, czy jest w stanie w ten sposób zarobić jakiekolwiek pieniądze. Zgadywanie, szukanie odpowiedzi poprzez dedukcję (np. jest wiele osób, które szukają elementów wyposażenia wnętrz i dysponują odpowiednim poziomem dochodów, zatem na pewno się uda) albo poprzez analogię (jest taka Kowalska, która się z tego utrzymuje, więc i mnie się uda) bywa cenne, ale zdecydowanie nie wystarcza. Potrzebny był eksperyment.

Maja założyła konto na allegro, wystawiła kilka poduszek i czekała. Nikt niczego nie kupił, a Maja stwierdziła, że hipoteza „Jestem w stanie zarabiać za pomocą szycia” została obalona. Skoro tak, nie ma co się łudzić, trzeba wracać do korporacji. Gdy proponowałem jej, by jeszcze powalczyła, by przynajmniej założyła konto na Etsy, albo jakiś blog o szyciu, który pomógłby jej nawiązać kontakty z potencjalnymi klientami, pokręciła głową i powiedziała:

– Próbowałam, nie wyszło, trudno.

Spróbowanie czegoś nie daje gwarancji, że poznasz odpowiedź

Zaraz, zaraz… Czy na takiej zasadzie nie można odrzucić każdego, najlepszego nawet pomysłu?

Niestety, samo przeprowadzenie eksperymentu nie jest gwarantem tego, że poznamy odpowiedź.

Eksperymentujemy, próbujemy, testujemy… super. Ale oprócz próbowania trzeba jeszcze umieć wyciągnąć trafne wnioski.

Pamiętam z zajęć z metodologii, że każdy eksperymentator staje przed dwoma podstawowymi błędami.

Pierwszy rodzaj błędu: nie napalaj się aż tak bardzo

Zacznijmy od błędu beta, który polega na przyjęciu nieprawdziwej hipotezy (dokładniej mówiąc na nieodrzuceniu hipotezy, która jest w rzeczywistości fałszywa).

Maja popełniłaby taki błąd, gdyby na przykład, jakimś trafem udało jej się sprzedać trzy poduszki i uznałaby to za rozstrzygający argument za tym, że „da się w ten sposób zarabiać”. Mogłaby wtedy zainwestować pieniądze w lepsze maszyny i surowce, uszyć pięćdziesiąt nowych poduszek, a następnie bez powodzenia próbować je komuś sprzedać.

Maja tego błędu nie popełniła, ale ja go popełniłem, gdy wydana została moja pierwsza książka.

Nie tylko zostałem wydany przez wydawnictwo, które wśród swoich autorów miało takie sławy jak Tony Robbins, Dale Carnagie czy Jack Welch, ale w ciągu kilku tygodniu sprzedał się prawie cały nakład, a ja zarobiłem nie takie najgorsze pieniądze (żeby kogoś nie zwiodła ich wielkość, autor dostaje niecałe pięć złotych od książki, a cały nakład to zazwyczaj nie więcej niż tysiąc, dwa tysiące egzemplarzy).

Po takim sukcesie doszedłem do wniosku, że mogę zarabiać na pisaniu książek.  Skoro po napisaniu czegoś na boku, w wolnym czasie, odniosłem taki sukces, co będzie, gdy poświęcę na to cały swój czas?

Zwolniłem się z dotychczasowej pracy (w moim przypadku polegało to na przekazaniu zarządzania firmą wspólniczce) i pełny energii zabrałem się za pisanie.

To był błąd. Mimo sukcesu powinienem odrzucić hipotezę „mogę zawodowo zajmować się pisaniem książek”. Mój pierwszy sukces okazał się szczęściem żółtodzioba i lepiej bym zrobił, gdybym wciąż traktował pisanie jak hobby. Popełniłem błąd beta – nie odrzuciłem hipotezy, która była fałszywa. Przez następne lata sporo za to zapłaciłem.

Warto być ostrożnym interpretując pozytywne wyniki eksperymentu. To nie znaczy, że nie warto się cieszyć sukcesami, nie znaczy, że należy podchodzić podejrzliwie do wszystkiego, co się uda. To znaczy tylko tyle, że warto na chłodno przyglądać się temu, co się wydarzyło.

W moim przypadku zignorowałem dwie ważne informacje. Po pierwsze wydawnictwo podjęło decyzję o wydaniu książki, bo moja propozycja została zrecenzowana przez inną autorkę współpracującą z tym wydawnictwem, osobę, która kończyła tę samą uczelnię co ja, w tym samym mniej więcej czasie. To bardzo miłe, że zostałem przez nią doceniony, ale to nie znajomość potrzeb rynku stała za przyjęciem książki do druku. Po drugie, sporą partię książek (kilkaset egzemplarzy) kupił hurtem jakiegoś rodzaju klub książki. Nie poznałem szczegółów, ale łatwo było się domyślić, że tego rodzaju sukces będzie trudny do powtórzenia.

Drugi błąd: nie załamuj się tak szybko

Drugi błąd jest chyba częściej popełniany. Niektórzy popełniają go notorycznie. Ten błąd, zwany błędem alfa, polega na odrzuceniu hipotezy, która w rzeczywistości jest prawdziwa.

Myślę, że mógł to być przypadek Mai. To, że nie udało jej się sprzedać na allegro ani jednej poduszki, nie znaczyło, że nie ma ludzi, którzy zechcieliby za nie zapłacić. To znaczyło tylko tyle, że trudno takich ludzie znaleźć wśród osób przeglądających oferty na tym portalu.

W życiowych eksperymentach mechanizm błędu alfa najczęściej opiera sią na obawach, niskim poczuciu własnej wartości i zniecierpliwieniu. Na początku mam nadzieję, że mi się uda, poświęcam projektowi czas i wysiłek, a potem, gdy nic nie wychodzi, czuję rozczarowanie i cały zestaw negatywnych emocji. W efekcie generalizuję te odczucia na cały projekt: To wszystko jest bez sensu! Sparzyłem się, więc cofam się do mysiej dziury. Wracam pokornie do tego, co sprawdzone i bezpieczne.

Zanim odpuścisz, zastanów się:

– Czy porażka dotyczy całego pomysłu, czy jakiejś elementu?

– Czy nie warto powtórzyć próby, zmieniając po drodze ten element?

Czasem warto zweryfikować swoje początkowe oczekiwania i popatrzeć w innym świetle na to, co osiągnęliśmy. Łapię się co jakiś czas, że dołują mnie wyniki różnego rodzaju eksperymentów ze szkoleniami. Na przykład dochodzę do wniosku, że jakieś szkolenie sprzedało się tak słabo, że nie ma co myśleć o następnej edycji. Przecież to takie świetne szkolenie, tyle nad nim pracowałem, a tutaj tylko kilka osób zainteresowanych tematem! Czyli ludzie tego nie potrzebują.

Dopiero gdy stanę z boku, widzę, że problemem są moje początkowe oczekiwania i brak cierpliwości, a nie brak zapotrzebowania. Jestem rozczarowany, bo liczyłem na więcej. Czy gdybym jednak miał mniejsze oczekiwania, nie okazałoby się, że wyniki eksperymentu są jednak pozytywne? Ktoś tego przecież potrzebuje, trzeba tylko znaleźć sposób dotarcia do niego.

Błąd tego rodzaju jest często popełniany także wtedy, gdy  testujemy hipotezy dotyczące siebie samych (To zajęcie daje mi energię; Jestem w stanie to opanować). Na przykład zawsze chciałem grać na gitarze, kilka razy wziąłem ją do ręki, po czym stwierdzam, że bolą mnie palce, nic mi nie wychodzi, nie mam słuchu i poczucia rytmu i w ogóle wszystko jest dla mnie zbyt trudne.

Powoli. Może to nie jest dla ciebie, a może problemem są twoje oczekiwania. Jesteś rozczarowany, bo założyłeś, że opanowanie czegoś będzie łatwiejsze i szybsze niż to w ogóle możliwe.

– Czy dałeś sobie dość czasu?

– Ile czasu zajmuje to innym ludziom?

– Czy inni od razu byli w tym doskonali?

Opanowanie rzeczy, które są coś warte, wymaga zazwyczaj sporo czasu i wysiłku. Być może to zajęcie nie jest dla ciebie, ale być może to tylko sprawa zrewidowania wygórowanych oczekiwań.

Podsumujmy

Kilka najważniejszych wniosków:

1. Jeżeli chcesz się dowiedzieć za co warto się zabrać, szukaj czegoś, co równocześnie:
– Daje ci energię;
– Jesteś w tym wystarczająco dobry (albo możesz takim się stać);
Ktoś tego potrzebuje, na tyle by ci za to zapłacić (chyba, że nie zależy ci na pieniądzach, wtedy szukaj tylko czegoś, co jest dla kogoś cenne).

2. Nie szukaj odpowiedzi siedząc i myśląc, zamiast tego przeprowadź eksperyment – nie wkładając w to wielkich pieniędzy / czasu / zasobów. Spróbuj zebrać informacje z pierwszej ręki, najlepiej robiąc coś praktycznego.

3. Gdy chcesz przekonać się, czy ktoś tego potrzebuje, pamiętaj o błędzie polegającym na zbyt pochopnym odrzucaniu pomysłu.

Gdy mówisz sobie: Nikt tego nie potrzebuje zadaj pytania:

– Czy ten wynik dotyczy całego pomysłu, czy jego elementu (np. reklamy, wyboru grupy docelowej, oferty, pozycjonowania itp.)?

– Co mógłbyś zmienić, gdybyś miał jeszcze raz przeprowadzić eksperyment?

Ogólnie, nie jest dobrym pomysłem wycofywanie się po pierwszym eksperymencie, lepiej z góry umówić się z sobą na trzy próby.

4. Gdy chcesz przekonać się, czy ktoś tego potrzebuje, pamiętaj o błędzie polegającym na zbyt pochopnym potraktowaniu hipotezy, jako potwierdzonej. Gdy mówisz sobie: To będzie murowany sukces, warto zadać pytania:

– Czy jestem w stanie to powtórzyć?

– Czy sukces zależał od mojego działania?

– Czy powtórzenie tego leży w mojej gestii?

5. Gdy sprawdzasz, czy coś jest dobre dla ciebie i dochodzisz do wniosku, że to za trudne albo, że nie za bardzo cię to bawi, sprawdź czy:

– Dobrze się za to zabrałeś?

– Dałeś sobie dość czasu?

– Inni od razu byli w tym doskonali?

– Czy nie oczekujesz od siebie zbyt szybkiego i wielkiego sukcesu. Czy musisz być aż tak dobry?