Pozwolić sobie czerpać przyjemność z tego, co się tworzy

Dlaczego tworzę ten blog? Z dwóch powodów.

Po pierwsze dla Ciebie. Chcę się z tobą podzielić tym, co wiem. Nie sądzę, by moje artykuły miały jakieś niezwykłe oddziaływanie, ale wierzę, że mogą być pomocne, gdy dołączysz je do swoich doświadczeń, swojej wiedzy i tego wszystkiego, co stworzyli inni, mądrzejsi ode mnie.

Po drugie dla siebie. By przemyśleć pewne sprawy (w końcu pisanie to myślenie), by zmusić siebie samego do tworzenia, by rozwijać swoje umiejętności. Piszę, bo jest to jak jogging.

Ktoś mógłby powiedzieć, że bieganie to wysiłek bez sensu. Przecież nie ma powodu, by człowiek latał po parku i się pocił. Nikt cię nie goni, nikt ci nie ucieka. Nigdzie ci się nie śpieszy. Nikt ci za to nie płaci. Nikt cię nawet za to nie podziwia. Ale to nie jest bez sensu. Biegasz, bo dzięki temu lepiej się czujesz i jesteś zdrowszy.

Tak samo jest z pisaniem. Nawet gdy nikt ci za to nie płaci, nawet gdy to, co napiszesz, w żaden sposób nie wpływa na twój los – warto pisać. Warto publikować, nawet gdy nikt nie przeczyta tego, co napiszesz. Dla ciebie samego. Dla wysiłku szarych komórek, dla poczucia, że nie odpuściłeś, że coś skończyłeś, że zmusiłeś siebie samego, by ująć rozbiegane myśli w zdania i akapity.

Zazwyczaj obydwa te cele (pisanie dla ciebie i pisanie dla siebie) są obecne we wszystkim, co publikuję na tej stronie. Dość często jednak pierwszy z nich, w którymś momencie zaczyna przeważać. Zaczynam, bo coś mnie poruszyło, zainteresowało, domagało się ułożenia, ale potem pojawia się myśl: Jak to ująć, by czytelnik jak najbardziej  z tego skorzystał? O jakie informacje, przykłady czy eksperymenty, trzeba to uzupełnić? Jak dopracować ten tekst? Jak sprawić, by się spodobał czytelnikom? Czasem dopada mnie nawet myśl, jak to napisać, by stało się to popularne, by ludzie polecali moje teksty, by mogli je łatwiej znaleźć?

To potrzebna perspektywa, ale gdy przeważa, pisanie przestaje być przyjemnością. Stajesz się jak biegacz amator, który przeszedł na zawodowstwo i zgubił przyjemność z biegania. Pojawia się stres: Czy dam radę? Czy nie zawiodę tych, którzy mi zaufali? Czy mnie z tego nie wyrzucą? Czy dobrze zrobiłem, zabierając się za to?

Ostatnio zbyt często przejmowałem się tym, czy moje teksty są dobrze napisane, a zbyt rzadko czerpałem przyjemność z samego ich pisania.

Nie chcę rezygnować z pisania dla ciebie. Potrzebuję jednak także miejsca, w którym piszę, nie przejmując się tym, jak ktoś to odbiera. Potrzebuję czegoś w rodzaju parku, w którym można pobiegać dla przyjemności, bez przejmowania się czasem, osiągami, poprawnością itp.

Miałem kilka pomysłów jak to zrobić. Przez jakiś czas prowadziłem dziennik, przechowywany w szufladzie. Fajne, ale to nie to samo. Za łatwo o skróty, żal niektórych pomysłów.  Myślałem też o założeniu nowego bloga. Prowadzę jednak kilka stron i naprawdę nie chce mi się zajmować projektowaniem i zarządzaniem kolejnej. Przez jakiś czas publikowałem posty na Facebooku. Ale nie za bardzo lubię to miejsce. Publikując tam, mam wrażenie, że próbuję rozmawiać na peronie, na który wjeżdża lokomotywa ciągnąca sto piszczących wagonów, z megafonów słychać niekończące się zapowiedzi a każdy z tłumu pasażerów wyśpiewuje swoją piosenkę.

W końcu zrozumiałem, że problem leży głównie w mojej głowie. Czasem, coś napisane tylko dla siebie, jest dla innej osoby bez porównania bardziej pomocne niż to, co zostało napisane z myślą o innych.

Jest bardzo interesująca książka Johna Kaya, zatytułowana Obliquity. Why our goals are best achieved indirectly. (Z ukosa. Dlaczego nasze cele najlepiej osiągać nie wprost). Często, najlepszym rozwiązaniem jest przestać dążyć wprost do swoich celów i zacząć je osiągać z ukosa. Robisz swoje i pozwalasz, by ukryte, wewnętrzne, niezrozumiałe i niekontrolowalne procesy same zatroszczyły się o to, na co patrzysz tylko kątem oka.

Problem nie polega na tym, że wszystko, co napiszę dla siebie, jest nieprzydatne dla innych (bo często jest inaczej). Problem polega na tym, że nie daję sobie pozwolenia, by tworzyć bez kurczowego trzymania się wizji surowego czytelnika.

Jak dać sobie takie pozwolenie? Nie zawsze łatwo jest powiedzieć:

– Dobra stary, nie przejmuj się, znajdź w tym, co robisz więcej przyjemności!

Nie jest łatwo, bo stare nawyki włączają się niepostrzeżenie.  Zaczynam pracować na luzie, ale ani się spostrzegam, zamiast radosnego biegania po parku, odbywam bieg przed pełnymi trybunami.

Wpadłem na proste rozwiązanie: wprowadzić nowy rodzaj publikacji, który z założenia jest mniej rozbudowany, przepracowany i dopieszczony.

By to zrobić, podzieliłem teksty na tej stronie na dwa rodzaje: Artykuły i Posty.

Artykuły liczą więcej niż tysiąc słów, są rozbudowane i przemyślane. Zazwyczaj są formą szkolenia. Są (przynajmniej w zamiarze) dogłębne, praktyczne i skupione na jakimś celu.

Posty to krótkie teksty bez większych pretensji. Notatki związane z moimi pomysłami, przeżyciami, lekturami czy refleksjami. Podczas ich pisania zabroniłem sobie sięgania do źródeł (książek, wyników badań, innych moich tekstów). Zabroniłem sobie także ich dopracowywania – albo tekst jest skończony w trakcie jednego posiedzenia, albo go kasuję. Podczas ich pisania zupełnie, ale to zupełnie nie interesuje mnie SEO, pozycjonowanie, obecność kluczowych słów w treści i tytule i innego rodzaju marketingowe sztuczki. Umówiłem się z sobą, że mogę być zadowolony z samego zamieszczenia takiego tekstu, nieważne czy ktoś mnie pochwalił, nieważne nawet, czy ktoś to przeczytał. Ważne, że tekst został opublikowany. Bardzo minimalny cel.

To mój dziennik (choć niepisany codziennie) na tematy, które kojarzą mi się z rozwojem osobistym.

Owszem, kątem oka będę patrzeć na twoje reakcje. Nie ma co się oszukiwać. Fajnie byłoby zyskać większą popularność. Jednak mój główny punkt skupienia przy pisaniu tego, co nazwałem postem to przyjemność czerpana z samego pisania.