Zaznacz stronę

Czasem przyzwyczajamy się do pewnych rzeczy, które wcale nie są konieczne. Na przykład do tego, że na blogu Energia Wewnętrzna są teksty tylko Zbyszka Ryżaka. Najwyższy czas, by pojawiło się więcej głosów. Taniec solo może i jest fajny, ale jeszcze fajniejszy jest taniec w kilka osób. Dlaczego taniec? Bo dzisiejszy tekst jest napisany przez kogoś kto się nim zawodowo zajmuje. Joanna napisała komentarz pod moim wpisem. Gdy tylko go przeczytałem, poprosiłem by pozwoliła mi go umieścić jako samodzielny tekst. Dla mnie to bardzo cenne słowa. Niepewność, wątpliwości i wahania dla nikogo nie są przyjemne. Ale to część naszej drogi. Gdy ich co pewien czas nie doświadczasz, istnieje duże ryzyko, że tkwisz w miejscu. A gdy masz odwagę się z nimi zmagać, masz duże szanse na to, że w końcu odkryjesz formułę powalającej ci na autentyczne, pełne spełnienia życie. Bardzo dziękuję Joanno!

Autorką tekstu jest Joanna Łukaszewicz-Bernady, certyfikowana trenerka tańca metodą Dance Alive. Metoda ta polega na integracji umysłu, duszy i ciała poprzez ruch w tańcu, szanując swoje tempo, swój wewnętrzny rytm. Od kilu lat prowadzi warsztaty rozwoju osobistego i pracy z ciałem, tworząc własną szkołę Living Dance Form.

Ha, znajoma mi powiedziała o tym blogu, dlatego zajrzałam. Artykuł o tym, co w życiu robić miałam otwarty od kilku dni, ale dopiero dzisiaj go przeczytałam, jak i kilka innych. No i trafiłam też na ten o możliwości zamknięcia bloga. Już teraz sam napisałeś, że nie zamkniesz, fajnie, natomiast dla mnie to co napisałeś w artykule wcale nie jest związane z brakiem odwagi czy nie dawaniem sobie rady. Zresztą już wiele osób skomentowało to na wiele sposobów, więc pewnie moja odpowiedź nie będzie oryginalna. Ale i nie musi być.

Dla mnie to element życia, że pojawiają się wątpliwości i że co jakiś czas warto się zatrzymać i zadać sobie pytanie, czy jesteśmy na właściwej ścieżce. Czasem dla osoby, która jest generalnie niezadowolona ze swojego życia jest to paradoksalnie łatwiejsze. Bo wie, że jest niezadowolona, czuje, że trzeba by coś zmienić. Ale jeśli już ktoś kiedyś zadawał sobie takie pytania i lubi swoje życie, to wcale nie znaczy, że już tak do końca swoich dni uda się na tym pojechać. Bo przecież życie się zmienia, my się zmieniamy, nasze otoczenie się zmienia i droga, która była nasza, która była przez jakiś czas ścieżką serca, dawała moc – może przestać spełniać te warunki. Właściwie można być pewnym, że po jakimś czasie przestanie. Nawet jeśli nasze wartości się nie zmienią i nasze działania będą te wartości wypełniać, to może się okazać, że już właśnie nie w takim stopniu czy nie w taki sposób, jak tego potrzebujemy.

Sama przez kilka lat zajmowałam się tańcem rozwojowym, co mi dawało radość i satysfakcję. A potem pojawiły się dzieci, ja się zmieniłam, sytuacja się zmieniła, rynek się zmienił. Na ścieżce tańca pojawiły się wyzwania i brak wizji, albo raczej sytuacja, gdy snute przez kilka lat wizje jakoś nie miały mocy, nie chciały się zrealizować. Mnie jakoś brakowało energii, coś się nie zgadzało, coś w tym wszystkim nie grało i dalej nie gra. I dalej, chociaż gdzieś głęboko wartości się może nie zmieniły, to poszukuję nowej drogi, właśnie takiego sposobu, gdzie samorealizacja i pomaganie pogodzi się z rodziną i sprawami finansowymi.

Ja lubię myśleć, że można czasem mieć wszystko, że nie zawsze musi być coś za coś i że warto włożyć wysiłek aby tego szukać. Ale to wiąże się z porzuceniem własnych wizji tego jak ma czy może wyglądać nasze życie, pomysłów na temat tego co jest możliwe. Często nie mamy nowych wizji i przez jakiś czas trzeba pożyć w niepewności. Ha, przecież życie i tak jest tajemnicą, więc można by się do tej niepewności przyzwyczaić, przecież zawsze jest obecna. Poza tym właśnie nowa droga, nowe wyzwania, nowa nauka… nie zawsze da się pojechać na tym, co już umiemy i co nam wychodzi.

I jeśli byś zamknął tego bloga, bo tak by Cię poprowadziła ścieżka serca, to dla mnie wcale nie byłaby porażka ale sukces. Sukces jasności i świadomości dla samego siebie.

A czasem nie tyle kierunek ile sposoby podążania jakoś nie grają i wymagają zmiany.

Tak czy inaczej powodzenia. Dla mnie to bardzo inspirujące, co piszesz, takie podejście nie tylko z Tima Ferrisa (chociaż książka mi się też podobała), ale też takie że nie zawsze trzeba dążyć, a już jeśli – to warto wiedzieć po co.

Sama naczytałam się o marketingu internetowym, coś tam wiem, ale też z niewiadomych względów nie zastosowałam tego jeszcze. Wszystko brzmi tak łatwo i prosto, jak się to czyta, niby tylko zastosować i powinno działaś. Ale to co napisałeś, szkoda ci czasu na naukę tego. Ja to rozumiem. Mam wrażenie, że dla niektórych osób sam marketing jest pasjonujący, dla nich to ścieżka serca, dlatego im to wychodzi, mają do tego wytrwałość. Ale jak nie ma w tym serca, to można się dwoić i troić i nic nie wyjdzie. No może przesadzam, są osoby wyjątkowo uparte i zdyscyplinowane, które są w stanie działać skutecznie, nawet wbrew sobie. Ale na szczęście duża część z nas ma taki wewnętrzny system zabezpieczeń, który chroni przed pchaniem się tam, gdzie coś jest nie dla nas.

Tak więc jeśli chodzi o mnie, to kontynuuj blog, bo jesteś bardzo świeżym, tu i teraz głosem w tej zróżnicowanej rzeczywistości. I chętnie zapiszę się na najbliższy kurs, żeby właśnie jakiś swój projekt doprecyzować i pchnąć do przodu, ale też trochę dlatego, żeby zobaczyć jak to technicznie zrealizujesz i się czegoś nauczyć. Poza tym za taką cenę to aż grzech nie skorzystać 🙂