Zaznacz stronę

Mam dowody na prawo przyciągania...

Nic mi nie stanie na przeszkodzie?

Gdyby nasze przedsięwzięcia przebiegały tak, jak sobie tego życzymy, żylibyśmy w bajkowym świecie. Każdy miałby to, o czym by tylko zamarzył. Zarabialibyśmy tyle ile nam tylko potrzeba (a nawet ile nam nie potrzeba), podróżowaliśmy tam, gdzie tylko byśmy chcieli. Nasze obrazy, książki, zdjęcia czy muzyka docierałby do ludzi na całym świecie i wzbudzały powszechny podziw. Mielibyśmy wokół siebie samych kochających i rozumiejących bliźnich. Żylibyśmy jak we śnie. Nie spotkałem ludzi, którzy nie chcieliby lepszego życia, którzy nie nosiliby gdzieś w środku planów, że kiedyś to zmienią, że coś zrobią, że się za to wezmą. Jeżeli myślisz, że twoje wielkie marzenia, plany czy aspiracje wyróżniają cię spośród innych ludzi, masz chyba zbyt negatywną koncepcję człowieka. Nie różnią cię. Każdy chce żyć lepiej. Każdy przynajmniej raz próbuje. Gdyby tylko wszystko było tak, jak to sobie wyobrażamy …

Niedawno dostałem list od oburzonego czytelnika Efektu jojo, któremu bardzo nie podobało się, że naśmiewam się z tzw. prawa przyciągania (tzn. z twierdzenie, że nasze wyobrażenia i przekonania mają moc sprawczą). Jak to – napisał – przecież ja mam dowody, że to działa! Wyobraziłem sobie, że będę mieć same piątki na świadectwie i miałem pod koniec roku same piątki!

Byłem w kropce, gdy to przeczytałem. Chciałem mu odpisać:

Chłopcze, to miłe, że masz piątki na świadectwie. Ja rzadko miałem takie dobre świadectwo. Gdy przypominam sobie czasy, gdy jeszcze ktoś mi wystawiał oceny, nigdy posiadanie piątek nie było najważniejszą rzeczą. Owszem, to było miłe. Ale ten cel nie mieścił się nawet w pierwszej dziesiątce moich marzeń. Pamiętam, że najważniejsze było np. zostać aktorem i wystawić wspólnie z kolegą sztukę Becketa (ćwiczyliśmy do upadłego jedną ze sztuk ledwie rozumiejąc, o co chodzi); zdobyć dziewczynę, która mi się podoba (średnio wyszło, bo mojemu przyjacielowi również się podobała, w końcu obydwaj, po wielu dramatycznych zwrotach akcji daliśmy sobie z nią spokój); zagrać na gitarze kilka standardów jazzowych (bolały paluszki, oj bolały…); napisać powieść (coś tam napisałem, ale całe szczęście zgubiłem zeszyt); a nawet – to marzenie trwało bardzo długo – uciec z kolegą przez zieloną granicę i zacząć podróż wokół świata (niestety nie udało się, choć przygotowania były zaawansowane).

Zgodzisz się chyba, że oceny na świadectwie to pierdoła w porównaniu z rzeczami, które są naprawdę ważne. Spróbuj osiągnąć coś naprawdę ważnego i wtedy będziemy rozmawiać. Nie piszę książek dla ludzi, którzy mają tak głupie cele jak piątki na świadectwie czy znalezienie piórka na ulicy (to jeden z przykładów z książki o prawie przyciągania). Piszę dla ludzi, którzy mają jaja, by chcieć czegoś, co naprawdę się liczy, by chcieć czegoś, co wprowadza w życie istotną różnicę. Gdy odważysz się na to i naprawdę postanowisz po to sięgnąć, gdy przestaniesz próbować czy działa czy nie działa, być może zobaczysz coś dziwnego. Problem z twoim prawem przyciągania jest taki, że gdy go stosujesz na próbę – często ci się „sprawdza”. Wszystko się zmienia, gdy chcesz czegoś naprawdę istotnego.

Nie napisałem mu tego jednak. Dawno temu przyjąłem zasadę by nie mówić ludziom rzeczy, na które absolutnie nie są gotowi. Po co sprawiać przykrość? Niech będzie, że jestem, jak napisał, typowo polskim autorem, który tylko narzeka. Wiem, że któregoś dnia – mam nadzieję, niedługo – ten człowiek postawi przed sobą cel, który jest naprawdę warty zachodu. I nagle okaże się, że samo życzenie to zbyt mało. Okaże się, że Norman Vincet Peale i Napoleon Hill, ojcowie pozytywnego myślenia, którzy od kilkudziesięciu lat ciągle przekonują, że wystarczy mocno chcieć, nie mają racji. Nie wystarczy chcieć. Nie wystarczy pragnąć. Nie wystarczy marzyć.

Regułą jest to, że nic nie przebiega tak, jak to sobie wymarzymy czy wyobrazimy. Czasem zdarzają się wyjątki i zbiegi okoliczności. Ale tylko głupiec liczy na przepadek. Czy ten człowiek będzie miał odwagę przyznać, że się mylił? Tego nie wiem. Teraz, póki nie odniósł porażki nie da się przekonać. Zafundowałem mu małą porażkę – skasowałem jego maila bez odpowiedzi. Pewnie wyobrażał sobie, że odpiszę. Boję się jednak, że to zbyt mało by się obudził i zaczął walczyć o coś ważnego.
Zupełnie inne prawo

Zupełnie inne prawo

Sukces nie jest kwestią tego, czy dobrze sobie coś wyobrażę czy nie. Nie jest kwestią tego czy obraz jest dość żywy i zmysłowy, czy też, jak mocno w niego wierzę. To nie jest kwestia tego czy opowiem o tym komuś innemu czy nie. Oczywiście życzenie, pragnienie, wizualizacja to cenne rzeczy . Ale dopiero wtedy, gdy pogodzimy się z tym, że nie istnieje żadna droga na skróty. Że nasze wyobrażenia nie przyciągają żadnych metafizycznych, kwantowych czy jakichkolwiek innych sił, które mają za zadanie nam służyć. Wiara w sprawczą moc wyobrażeń jest cechą psychicznych słabeuszy. Jest efektem z jednej strony bezmyślności, bezwładności myślowej, dziecięcego myślenie magicznego i tendencji do podążania za stadem. Z drugiej natomiast strony, efektem cwaniactwa i sprawności marketingowej ludzi, którzy „przyciągają” bogactwo każąc sobie słono płacić za książki i występy.

Nie ma żadnych magicznych praw. Jeżeli jednak bardzo potrzebujesz jakiegoś prawa, mam coś dla ciebie. Aby brzmiało dość poważnie i naukowo sięgnę do fizyki. To prawo, sformułował najpierw Galileusz a później Newton. Brzmi ono (dla tych, którzy lubią zadać nieco szyku cytuję w oryginalne):

Corpus omne perseverare in statu suo… nisi quatenus illud a viribus impressis cogitur statum suum mutare.

To pierwsza zasada dynamiki, która mówi, że ciało pozostaje w swoim stanie dopóki przyłożone siły nie zmuszą go do zmiany. Jeżeli na podłodze mojego pokoju stoi paczka z książkami, nie przesunie się sama w róg pokoju. Będzie trwała w swoim stanie, póki się nie schylę i nie przyłożę do niej siły większej od jej oporu (bezwładności i tarcia). Bez siły nie ma zmiany. Bez siły corpus omne perseverare in statu suo – każde ciało pozostaje w swoim stanie. Pierwsza zasada dynamiki Newtona jest zasadą oporu i siły. Nie wiemy dlaczego obowiązuje, ale wiemy, że z dziwnych powodów jakakolwiek zmiana wymaga pokonania oporu. Tym, co pokonuje opór jest siła.

To prawo obowiązuje na wszystkich możliwych płaszczyznach. Jeżeli nie użyjesz siły, wszystko zostanie tak jak zwykle. Skąd bierze się siła? Z naszej energii wewnętrznej. Sama nazwa tego bloga jest obietnicą pojawienie się oporu. Po co by ci była energia, gdybyś nie musiał napotykać na opór? Im więcej chcesz osiągnąć, tym większy opór. Oporu nie pokonasz przez marzenie. Opór pokonuje siła. Aby coś zmienić, musisz działać totis viribus – ze wszystkich sił (zwróć uwagę, że słówko viribus – siły, to zarówno nasze siły, jak i siły fizyczne).

 

Marzenie nadaje kierunek i nic poza tym nie załatwia

Tak, marzenie też się liczy

To, że tylko przyłożona siła może pokonać tarcie i bezwładność, nie znaczy, że cel czy marzenie zupełnie się nie liczy. Trzeba wiedzieć, czego się chce, trzeba znać swoje potrzeby. Trzeba umieć zajrzeć do swojego środka. Często takie spojrzenie wymaga wiele wysiłku. Trzeba się przebić przez grube pokłady złudzeń i samooszukiwań.

Osobą, która jako jedna z pierwszych zaczęła o tym mówić był Freud. Kład ludzi na kozetce i ułatwiał im dotarcie do własnych potrzeb ukrytych pod wierzchnimi warstwami psychiki. Ponieważ najczęściej były to potrzeby seksualne, Freud doszedł do wniosku, że źródłem naszej energii jest pociąg płciowy, a źródłem problemów jest sposób, w jaki tłumimy w sobie tą energię.

Miał rację w tym, że chodzi o energię. Nie miał racji, że chodzi tylko o seks. Takie były czasy i z tym ludzie (albo przynajmniej ci, którzy przychodzili do Pana Zygmunta) mieli problemy. Dziś wiemy, że nasza wewnętrzna energia znacznie wykracza poza libido (pociąg płciowy).

Jest jednak jeszcze jedna kluczowa różnica. Freud i pierwsi psychoanalitycy pracowali w totalnie innych warunkach, nie tylko ze wzglądu na rodzaj ukrytych wewnątrz nas potrzeb.
To naprawdę było nieco inne czasy

Grzejniki w środku Afryki

Ludzie epoki wiktoriańskiej rzadko mieli kontakt ze swoim wnętrzem. Nie wiedzieli czego naprawdę pragną. Trudno im było przebić się przez własne skorupy ochronne. Gdy jednak udawało im się to wreszcie zrobić, gdy (jak mówią w żargonie psychoanalitycznym) osiągali wgląd, wiele w ich życiu się zmieniało (przynajmniej w przypadku niektórych z nich, bo od początku terapia Freuda nie była zbyt skuteczna). Obserwując ich z boku moglibyśmy pomyśleć, że przyczyną zmiany był właśnie wgląd – tzn. wyciągniecie na wierzch i wyklarowanie ukrytych wewnątrz pragnień. Miej odwagę pragnąć, a będziesz zdrowy – tak moglibyśmy to skwitować.

Trzeba jednak pamiętać o jednym. To byli zupełnie inni ludzie. Epoka wiktoriańska była epoką silnej woli – ustawicznego treningu, samodyscypliny i samokontroli. Oczywiście ten nacisk na samokontrolę prowadził często do parodii – schorzeń psychicznych, braku naturalności czy fałszu – tego wszystkiego za co nie lubimy czasów królowej Wiktorii. Nie mniej jednak, ci ludzie dysponowali na skutek wychowania w określonych warunkach innymi możliwościami niż my.

Niektórzy psychoanalitycy zaczęli sobie to uświadamiać już w latach pięćdziesiątych. Roy Baumester, w nowiutkiej książce Willpower: Rediscovering the Greatest Human Strength, tak relacjonuje poglądy jednego z nich:

Allen Wheelis i jego koledzy odkryli, że ludzie osiągali wglądy szybciej niż w czasach Freuda. Potem jednak terapia grzęzła i kończyła się porażką. Bez twardego charakteru z epoki wiktoriańskiej, ludzie nie mieli siły by wykorzystać wgląd i zmienić swoje życie.

Cały kierunek zwany pozytywnym myśleniem jest niczym innym niż formą psychoanalizy. Jest to jednak technika totalnie nietrafiona do naszych potrzeb. To tak, jakby ktoś chciał montować grzejniki w Afryce. Owszem grzejniki to ważna rzecz, przydają się gdy jest chłodno. Ale po co montować kaloryfery, gdy temperatura nigdy nie spada poniżej dwudziestu pięciu stopni?

Dziś po serii kolejnych generacji skupionych tylko na swoich potrzebach i na robieniu sobie dobrze, po wielkim, marketingowym praniu mózgu, mówiącym, że życie musi być lekkie, łatwe i przyjemne, to stare podejście staje się jeszcze bardziej nieaktualne.

Owszem, wiemy czego pragniemy. Łatwo nam odkryć czego nam w życiu potrzeba. To dobrze. Ale twój problem polega na tym, że nie masz siły by wdrożyć to w życie. Jesteś bezradny. Osiągnąłeś wgląd i czekasz by wszystko się zmieniło. Tymczasem świat stawia opór. Taka jest jego natura.

Znasz siebie znacznie lepiej niż twoi pradziadkowie i prababki. Znasz tysiąc razy więcej przyjemności niż oni. Wiesz, co ci w duszy gra. Ale co z tego, skoro nie znasz swoje siły? Co z tego, skoro nie umiesz jej użyć?. Zamiast się jej uczyć ćwiczysz się w czymś, w czym i tak jesteś aż zanadto dobry: w fantazjowaniu i rozbudzaniu pragnień.

Nie mówię, że ślepa, wiktoriańska siła była czymś mądrym. Była tak samo głupia (a może nawet bardziej) jak dzisiejsze dogadzanie sobie bez opamiętania.

Mądrość polega na po łączeniu tych dwóch rzeczy: odwagi do tego by mieć pragnienia i siły do tego by je realizować.

Gdyby nasze przedsięwzięcia przebiegały tak, jak sobie planujemy, żylibyśmy w bajkowym świecie. A ponieważ zawsze napotykamy opór, tylko ci żyją jak w bajce, którzy mają dość siły bo go pokonać.

Sorry, to nic osobistego, ale mam zamiar obić ci gębę... nazywam się Opór. Twój Opór..

Doceń przeciwnika

Opór to poważny przeciwnik. Jeżeli chcesz go pokonać, zacznij od tego by nabrać przed nim respektu. Nie ma lepszego prezentu dla przeciwnika niż jego niedocenianie.

– E… taki przeciwnik… jednym palcem go pokonam, nie ma co się przejmować – mówi do siebie piłkarz albo bokser i zbiera cięgi. Przeciwnik nie został doceniony. Okazał się silniejszy. To najgłupszy rodzaj przegranej. Taki rodzaj klęski, który nie wzbudza współczucia. Jeżeli aż tak jesteś pyszny, jeżeli aż tak wierzysz w swoją wielkość i szczęśliwą gwiazdę – należy ci się przegrana. Ci, którzy odnoszą sukcesy nigdy nie pozwalają sobie na to by nie doceniać przeciwnika. Są na to zbyt mądrzy.

A co powiedzieć o kimś, kto jest przekonany, że w ogóle nie ma żadnego przeciwnika? Mam swoje marzenie i ono jakoś się zrealizuje. Nic nie stanie na przeszkodzie. Po prostu będzie tak jak chcę, wystarczy, że uwierzę.

To bardzo, bardzo na rękę dla Oporu. Pan Opór się cieszy. Im łatwiejszych sukcesów oczekujesz, tym łatwiej pokonają cię choćby niewielkie trudności. Im mniejszej ilości problemów się spodziewasz, tym mniejszy problem cię wytrąci z równowagi.

Lepiej przyjmij z góry, że po drodze spotkają cię trudności. Że wiele razy okaże się, że wszystko i wszyscy są przeciw tobie. Że nie będziesz mieć siły. Że będziesz mieć ochotę się wycofać. Że będziesz mieć ochotę machnąć na to wszystko ręką. Że zaczną ci wpadać do głowy inne pomysły na to czym by się zająć. Że raz po raz będziesz kuszony, często ponad swoje siły.

Zamiast fantazjować o świecie pozbawionym oporu, w którym marzenia realizują się tylko dzięki temu, że mocno chcesz, załóż z góry, że będziesz musiał się zmierzyć z bardzo mocnym przeciwnikiem. Owszem, ciesz się początkową energią, motywacją i radością. Jeżeli je czujesz, nie psuj ich, ale pamiętaj, że ścieżka nie zawsze będzie wiodła w słońcu.

Przygotuj się na to, bo najgorszym sposobem korzystania z siły jest dziwienie się, że nie jest tak jak chciałeś. Zamiast użyć swojej siły do tego by przebić się na drugą strony, marnujemy ją na trwanie w szoku, że przeszkody są tak wielkie.

– O nie, jak tak można, to niesprawiedliwe, dlaczego mi się to przydarza, dlaczego jestem tak poszkodowany, dlaczego inni maja łatwiej – nawet nie zdajesz sobie sprawy jak wiele energii ulatnia się podczas narzekania na coś, co jest oczywiste i naturalne. Człowieku, wyobrażasz sobie, że mistrzem świata zostaje się wychodząc na pusty ring? Bądź pewny, że gdy wyjdziesz na ten ring, znajdzie się tam ktoś, kto obije ci twarz. Jeżeli uważasz, że to niesprawiedliwe, może lepiej nie wychodź na środek.

Samo zdziwienie przeciwnościami i protesty można by było jeszcze jakoś znieść. Najbardziej energochłonne jest udawanie, że nic się nie dzieje. Leją cię po gębie, a ty uśmiechasz się i mówisz: hm.. jaki miły wiatr… to chwilowe problemy, nic wielkiego, będzie lepiej…

Tak, tak, oczywiście, że chwilowe. Zaraz padniesz na deski i tyle z ciebie zostanie. Znam człowieka, który miał salon kosmetyczny. W biznesplanie wszystko było super. Człowiek był optymistą. Niestety klienci widocznie nie czytali biznesplanu, bo się nie zastosowali. Optymista był ciągle dobrej myśli. Będzie lepiej! To tylko lekki przeciwny wiaterek. Bach, bach, bach… nokaut. Nawet nie trzeba było liczyć.

Czy wiesz jak mocnym przeciwnikiem jest opór, z którym przyjdzie ci się zmierzyć? Tak mocnym, że nie raz będzie ci się wydawało, że nie dasz rady. Nawet, gdy będziesz walczył z pełnym zaangażowaniem, co rusz znajdziesz się na deskach. Pozbawiony sił, pełny smutku, poczucia samotności, oszołomiony, czujący się jak w więzieniu…

Ale gdy znajdziesz się w takim momencie pamiętaj proszę o czymś, co napisał Steven Pressfield w książce o oporze (The War Of Art: Winning the Inner Creative Battle) :

Pokonywanie oporu jest jak rodzenie. Wydaje się absolutnie niemożliwe, dopóki nie przypomnisz sobie, że kobiety robią to z pomocą lub bez od pięćdziesięciu milionów lat.

Tak, opór jest możliwy do pokonania. I tobie też to się uda. Nie trać czasu na rozpaczanie, zaprzeczanie czy fantazjowanie. Użyj wszystkich swoich sił, by przebić się wprost na drugą stroną. Totis viribus.