Zaznacz stronę

Wracam na parking do samochodu. Wsiadam, przekręcam kluczyk, a tu nic. Jeszcze raz. Coś zarzęziło i zgasło. Silnik nie rusza. Odpukać, mój samochód jeszcze czegoś takiego nie zrobił, ale takie sytuacje się zdarzają. Jeżeli nie w odniesieniu do samochodów, to w odniesieniu do naszych przedsięwzięć.

Tydzień temu zabrałem się za pracę nad nowym szkoleniem:

– Ach, to będzie rewelacja, dreszcze mnie przechodzą, jakie to będzie świetne. Podoba mi się!

Praca idzie do przodu, czuję się, jakbym wdusił gaz do podłogi. Ale nowego szkolenia nie da się zrobić w ciągu tygodnia, w każdym razie nie wtedy, gdy trzeba odbierać dzieci ze szkoły, zmywać talerze, rozmawiać z bliskimi, płacić rachunki, przygotowywać oferty i załatwiać dziesiątki innych, dopominających się uwagi i czasu spraw. Jeżeli projekt jest nieco bardziej skomplikowany, nie zrobię wszystkiego, co trzeba w trakcie jednego posiedzenia. Nie zrobię wszystkiego nawet w trakcie dziesięciu posiedzeń. Przez wiele dni muszę zostawiać swój projekt na parkingu, by następnego dnia wrócić do niego i znów włączyć silnik.

Przez kolejne dni nie było z tym żadnego problemu. Rano nie mogłem się doczekać, aż wrócę do pracy.

Do dziś. Dziś siadam za komputerem i czuję, że zapał się ulotnił. Jest nawet gorzej:

– Nie chce mi się… Kurcze, no nie, nie mam energii, motywacji ani zapału, kurcze, strasznie mi się nie chce…

Dobre projekty zdychają najczęściej rano

Projekty porzucamy w różnych momentach.

Czasem jest to wieczór, gdy po całym dniu wspinania się, nie czujemy już nóg i dochodzimy do wniosku, że wszystko za dużo kosztuje.

Czasem w trakcie dnia, gdy staje przed nami wielka góra, na którą nie potrafimy się wspiąć, albo z której raz za razem spadamy.

Najczęściej jednak wycofujemy się rano, gdy nie mamy siły spakować plecaka i znowu wyruszyć na szlak. Przez poprzednie dni marsz był frajdą, startował z energią, ale dziś nie mogę się wygrzebać. Co się dzieje? Czyżby brakowało mi motywacji?

Motywacja to nie emocja

Motywacja jest ważna i trudno coś zrobić bez niej. Tyle że motywacja to nie to samo co zapał, egzaltacja czy poczucie chęci działania.

Niemal wszystko sprowadzamy dziś do pobudzenia emocjonalnego. Miłość jest mylona z pożądaniem, wiara z infantylnym rozczuleniem albo transem, odwaga z wkurzeniem i tak dalej. Emocje są ważne, ale z racji ich dynamiki, nie da się oprzeć o nie konsekwentnego działania. Emocje pojawiają się, osiągają swój szczyt, potem słabną. Czasem ich wierzchołki rozciągają się na długi okres i można mieć wrażenie, że będą trwać wiecznie. To tylko wrażenie, prędzej czy później emocja słabnie.

Zapał, egzaltacja, poczucie świeżości – to emocje.

Jeżeli projekt jest prosty a emocja silna, może uda ci się doprowadzić go do końca, zanim pobudzenie osłabnie. Ale większość przedsięwzięć wymaga dłuższego czasu niż okres trwania pozytywnych emocji. To znaczy, że gdy się zabierasz za trudny projekt, skazujesz się na konieczność działania, także w warunkach niskiego, albo ujemnego zapału.

Wczoraj pracowałem z zapałem i ochotą, dziś mam poczucie, że wpadłem w kisiel. Co zrobić?

Pierwszą rzeczą jest zrozumieć, że to normalne zjawisko. To, że ci się czegoś nie chce, że nie czujesz przebiegających po grzbiecie ciarek – jest ok.

To, że tak się czujesz, wcale nie oznacza, że masz się zatrzymać i czekać aż zapał wróci, albo szukać sposobu na jego  odbudowę (np. poprzez wyjazd na szkolenie motywacyjne, skorzystanie z usług inspirującego coacha czy oglądanie filmów motywacyjnych).

Jeżeli zaczynając przedsięwzięcie miałeś motywację, prawdopodobnie wciąż ją masz

Motywacja opiera się na oczekiwaniu pozytywnych konsekwencji. Jeżeli oczekujesz, że twoje działania doprowadzą cię do wartościowych efektów, masz motywację, nawet gdy nie czujesz zapału.

Proste pytanie, gdy ci się nie chce:

Czy coś się zmieniło od wczoraj?

Czy to, za co się zabrałem, wciąż jest ważne?

Nic się nie zmieniło. Wciąż mi zależy na tym, by skończyć szkolenie i pokazać je ludziom. Mam motywację taką samą jak wczoraj.

Brakuje mi jedynie czegoś, co można nazwać zapałem, egzaltacją, energią, dobrem nastrojem czy natchnieniem.

Co zrobić, gdy brakuje natchnienia? Dość długo, odpuszczałem, zajmowałem się czymś innym i czekałem aż wróci. Przecież, żeby coś sensownego napisać potrzebujesz natchnienia, czy nie tak? I tak i nie. Wszystko zależy od tego, jak je sobie wyobrazimy.

Czy muza jest uczynną wróżką?

O natchnieniu, często myślimy jak o uczynnej wróżce, która z ochotą posypuje nas srebrnym pyłem, wywołującym uczucie lekkości, klarowności i twórczości. Stephen King, jeden z najbardziej płodnych pisarzy maluje inny obraz:

Muza to gość mieszkający w piwnicy. Żyje pod ziemią. To wy musicie zejść do niego. A kiedy tam traficie, pozostaje wam urządzić mu wygodne mieszkanie. Innymi słowy, nie unikniecie ciężkiej pracy, podczas gdy muza będzie siedział z boku, palił cygara, podziwiał swoje nagrody z zawodów kręglarskich i udawał, że was nie dostrzega [1].

Natchnienie jest efektem ciężkiej pracy. Muza jest wybredny i kapryśny. Gdy w pocie czoła umeblujesz mu mieszkanie, może dostrzeże twoje wysiłki i może na nie zareaguje. Czasem zrobi to po dziesięciu minutach, czasem po dwudziestu, czasem po godzinie, czasem dopiero następnego dnia. Ale bądź pewny, że nic nie zrobi, gdy będziesz bezczynnie czekać, albo – co gorsza – w ramach oczekiwania zajmiesz się czymś (np. oglądaniem śmiesznych filmików na youtubie).

Rozruch na korbę

Dziś, by uruchomić silnik samochodu trzeba przekręcić kluczyk lub nacisnąć guzik. Pięćdziesiąt lat temu to nie wystarczało. Samochody uruchamiane były za pomocą korby. Wyciągało się ją ze schowka, wkładało z przodu, pluło w dłonie i zaczynało  kręcić. Silnik stawiał opór. Jeżeli jednak nie odpuszczałeś, wał silnika zaczynał się obrać z coraz większą szybkością. Gdy osiągała ona odpowiednią wartość, silnik zaczynał pracować.  Można było odłożyć korbę, wsiąść za kierownicę i jechać.

Uruchamianie samochodu za pomocą korby wydaje się dziś czymś niesamowicie kłopotliwym. Wszystkie pojazdy dysponują przecież elektrycznymi rozrusznikami, które za nas kręcą wałem korbowym. Jednak sto lat temu korba była czymś zupełnie normalnym i nikt nie myślał o niej jak o kłopocie.

Podobnie, jak przyzwyczailiśmy się do elektrycznych rozruszników, wielu z nas przyzwyczaiło się do tego, że zabierając się za coś, czujemy ochotę i zapał. Jeżeli jej brakuje, dochodzimy do wniosku, że coś jest nie tak i trzeba naprawić samochód (albo przynajmniej doładować akumulator).

Zapomnieliśmy, że każdy z nas ma miejsce na korbę. Gdy wysiądzie ci akumulator, możesz czekać, aż ktoś przyjedzie i ci go podładuje, ale możesz użyć starego sposobu odpalania.

Ruszyć na korbę oznacza w tym przypadku zabrać się za pracę i działać intensywnie, wtedy gdy nie czujesz zapału, ochoty czy natchnienia.

Umów się z sobą na przynajmniej 10 minut takiego działania. Gdy to zrobisz, często okazuje się, że reszta przychodzi sama – silnik zaczyna działać.

Takie odpalanie na korbę bywa trudne, ale właśnie dlatego warto się w nim ćwiczyć. Z czasem staniesz się zahartowany niczym właściciel Forda T (którego nie dało się zapalić bez użycia korby).

Jeżeli masz w sobie motywację, także i zapał, z dużym prawdopodobieństwem, pojawi się po drodze.

Ale czy rzeczywiście masz w sobie motywację?

Kolejną ważną umiejętnością, która pozwala doprowadzać przedsięwzięcia do końca, jest umiejętność wycofywania się z przedsięwzięć, do których brakuje nam motywacji. Tym zajmiemy się jednak w następnym odcinku.

[1] Stephen King, Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika (Warszawa: Prószyński i S-ka, 2001), 114