Gdy myślisz, że się marnujesz, że nie wykorzystujesz swoich prawdziwych talentów, że jest coś innego, co powinnaś robić – spróbuj. Zrób jakiś projekt – nagraj film, napisz książkę, namaluj obraz, stwórz aplikację itp. Gdy będziesz pracować, przekonasz się, czy to zajęcie ciebie dobre. To może być właśnie to. Możesz poczuć, że żyjesz. Bądź jednak otwarta na inne możliwości. Może się okaże, że aż tak bardzo cię to nie bawi. O tym była mowa poprzednio. Pod koniec  wspomniałem, że jest jeszcze jedna, ważna sprawa.

To, że w czymś nie czuję się najlepiej, nie oznacza, że się do tego nie nadaję

Pod tekstem Czy cieszy cię, to czym się zajmujesz? pojawiło się pytanie (bardzo za nie dziękuję):

Jak odróżnić:

– to nie jest zajęcie dla mnie,

– to jest zajęcie dla mnie, ale: jestem leniwy, nie mam samodyscypliny, pewności siebie, odkładam je, wykonuję bez odpowiedniego zaangażowania, cierpię na perfekcjonizm.

To pytanie osoby, która spróbowała. Nie ograniczyła się tylko do fantazjowania i zrobiła krok do przodu. Niestety, coś poszło nie tak. Zabrakło poczucia: Wreszcie! To jest to! Kocham tę grę!.

Możliwości są dwie. Pierwsza – wydawało mi się, że to dla mnie, ale to były tylko puste fantazje. Druga – coś jest nie tak, w sposobie, w jaki to robię.

Weźmy jakiś przykład. Całe życie marzyłeś o zostaniu pisarzem, w końcu udało ci się usiąść i zacząć pisać. I nagle okazuje się, że to jest trudne, że nie jesteś w stanie przebić się przez opór, że pisząc, czujesz ataki paniki, że nie jesteś w stanie się rozkręcić, że wciąż myślisz o tym, co powiedzą inni, że wciąż poprawiasz i cyzelujesz, że ani przez chwilę nie jesteś zadowolony, że… szczerze mówiąc, całe to pisanie to breja. Zamiast poczucia przyjemności, spełnienia (w końcu się przecież odważyłeś), satysfakcji itp., czujesz, jakbyś wpadł z deszczu pod rynnę.

Zaczynasz się zastanawiać: Czy to była tylko fantazja? Może jednak nie nadaję się do tego?

Owszem, pisanie może nie być zajęciem dla ciebie. Jednak z tego, co opisano wyżej, nic na to nie wskazuje.  Te wszystkie objawy i zachowania, mówią o czymś innym: o lęku. Prokrastynacja, lenistwo, perfekcjonizm, brak wytrwałości, kłopoty ze skupieniem, brak pewności siebie –  to wszystko są objawy lęku.

Być może negatywne doświadczenia nie są spowodowane tym, że zajęcie nie jest dla ciebie, ale efektem tego, że nie radzisz sobie z lękiem.

Żeby się przekonać, czy coś jest dla ciebie, potrzebujesz działania pozbawionego lęku. Jeżeli nie poradzisz sobie z lękiem, każde działanie, nawet w największym stopniu dopasowane do ciebie, okaże się nieporozumieniem. To lęk sprawia, że sobie nie radzimy, dławimy się i nie czujemy przyjemności z gry.

Ale o co ten lęk? Przede wszystkim o wyobrażenia na swój temat. O to, że mogłoby się okazać, że jednak nie nadaję się do czegoś albo że nie jestem aż tak dobry, jak bym chciał. Jeden czynnik szczególnie podbija tego rodzaju lęk – zwlekanie.

Im więcej czekania, tym więcej lęku

Lęk jest tym mocniejszy, im dłużej zwlekałeś z pójściem za swoim impulsem.

Wyobraź sobie dwie osoby. Pierwsza nigdy nie marzyła o pisaniu. Właśnie przeczytała jakiś wywiad albo odbyła inspirującą rozmowę i wpadł jej do głowy pomysł:

– Hej, przecież ja też mogłabym coś napisać! Dlaczego nie spróbować? Siada za komputerem i uruchamia edytor tekstu.

Druga od zawsze marzyła o napisaniu książki. Od zawsze czytała podręczniki pisania, wywiady z pisarzami, śledziła debiuty (doświadczając ataków zazdrości), gromadziła materiały (np. książki historyczne, które mogą się przydać, podczas pisania), zawsze wyobrażała sobie siebie na spotkaniu autorskim itp. Długo to trwało, ale dziś udało jej się wreszcie usiąść za komputerem i uruchomić edytor tekstu.

Czy te osoby są w podobnej sytuacji? Czy czują się tak samo?  Oczywiście, że nie. Która z nich będzie bardziej narażona na lęk?

Gdzieś wyczytałem, że zawodowi podrywacze (tzw. pickup artist), podczas podrywania stosują zasadę trzech sekund. Gdy widzą dziewczynę, którą chcą zagadać, dają sobie trzy sekundy na to, by ruszyć w jej stronę. Po trzech sekundach jest już za późno, bo w człowieku uruchamia się zbyt mocny strach przed dostaniem kosza i zbłaźnieniem się. Lepiej, według mistrzów podrywu,  darować sobie takie opóźnione podejście i wykorzystać, tym razem na czas, kolejny impuls. Nie znam się na uwodzeniu, ale zasada wydaje się dobra. Gdy pomiędzy impulsem a działaniem mija zbyt wiele czasu, umysł zaczyna kombinować. Pojawia się w nim zbyt wiele obrazów odrzucenia, porażki, własnej nieadekwatności. Z każdą sekundą jest gorzej. Zaczyna działać błędna pętla. Więcej czasu to nowe negatywne obrazy. Więcej negatywnych obrazów, to więcej lęku i oporu. To z kolei wyciąga z pamięci wspomnienia związane z odrzuceniem. Lęk wzrasta i tak w kółko.

Tak samo może być z realizacją naszych pomysłów na siebie. Czymś innym jest zabrać się za coś z marszu, a czymś innym, zabrać się za realizację marzeń, jakie ma się od dawna.

Tak długo myślałeś o pisaniu, kręceniu filmów, programowaniu, robieniu biznesu, że zacząłeś się potwornie bać tego, co będzie, gdy nie dasz rady. Im dłuższe oczekiwanie, tym większy lęk przed porażką. Im większy lęk, przed porażką, tym więcej odkładania.

Dziś mógłbyś usiąść i coś napisać. Ale działanie wiąże się z ryzykiem. Może się przecież okazać, że nic twórczego, wielkiego czy pasjonującego nie jestem w stanie zrobić. Opłaca się ryzykować? Można przecież sobie powiedzieć:

– Potencjalnie jestem dobrym pisarzem, tylko nie mam czasu. Ale kiedyś na pewno…

W którymś momencie lęk może się okazać tak duży, że lepiej zrobić to, co radzą uwodziciele – machnąć ręką, poczekać na następny impuls i za tym pójść już bez wahania.

Czasem trzeba sobie odpuścić także dlatego, że mimo całego szarpania (a może w jego efekcie) cała mięta, jaką czujemy do pomysłu, przechodzi. Idea staje się „przechodzonym marzeniem”. Chemia się wypaliła, zostało przyzwyczajenie. Tak jak w przypadku „przechodzonego związku”, trzeba sobie odpowiedzieć: Czy mi jeszcze na tym zależy? Czy to wciąż jest dla mnie ważne?  

Jeżeli tak, spróbuj jeszcze raz. Tym razem obniżając poziom lęku, a przynajmniej go nie podbijając.

Bez pistoletu przy głowie

Pierwsza sprawa to odpuścić sobie pomysły w rodzaju „wezmę siebie za pysk i to zrobię”. Tego rodzaju rozwiązania proponuje cały legion guru internetowych. Zmuś się do działania, mówią, powiedz sobie, że albo to zrobisz, albo… i tutaj jakiś rodzaj palnięcia sobie w łeb.

Tym, co ma nam ułatwić realizację marzeń, jest strach.

Gdy żołnierz jest przestraszony (kto by nie był, mając naprzeciw ludzi chcących cię zabić) może zrobić jedną z trzech rzeczy: uciec, wpaść w stupor, zaatakować. Gdy spalisz za nim mosty (odetniesz odwrót) nie ucieknie. Gdy wrzaśniesz za uchem i dasz kopa w pewną część ciała, nie wpadnie w stupor. Zostanie mu paniczny atak. W pewnych sytuacjach to może zadziałać. Jednak nawet na wojnie, mało jest walk, które można wygrać w ten sposób. We większości przypadków wygrywa się dzięki opanowaniu, myśleniu, elastyczności, kojarzeniu, niekonwencjonalnemu podejściu – temu wszystkiemu, co jest blokowane przez strach. Współcześni dowódcy rzadko, jeżeli w ogóle posługują się strachem. Przeciwnie, najlepsi raczej dbają o to, by ich podwładni nie musieli bać się ponad to, co absolutnie konieczne.

Jeżeli powiększanie strachu nie działa podczas walki, o ile bardziej nie sprawdza się tam, gdzie miękkie umiejętności są podstawą. Kilka dni temu wybuchła afera związana ze stylem zarządzania w stowarzyszeniu Wiosna. Jeden z byłych pracowników krótko streścił podejście jej szefa:

Kiedyś powiedział mi wprost: „Ludzie mają się mnie bać”. Chwalił się, że odkąd wszyscy się go boją, ma spokój.

Okazało się, że szef Wiosny był niedojrzałym bufonem, który nie miał pojęcia o ludziach. Nie, strach nie rozwija, nie tworzy atmosfery, nie pomaga utrzymać wysokich standardów.

Strach nie przydaje się, gdy zarządzamy ludźmi, ale nie przydaje się także, gdy zarządzamy sobą.

Jeżeli komuś przystawisz pistolet do głowy, będzie w stanie wykonać tylko najprostsze polecenia. Nie przystawiaj sobie pistoletu do głowy, jeżeli oczekujesz od siebie twórczego działania.

Strach bierze się z dwóch rzeczy. Pierwszą są warunki, w jakich działamy. Napinam się, gdy wiem, że brak umiejętności może sporo kosztować mnie i moją rodzinę. Gdy rzucę dotychczasową pracę i postanowię utrzymywać się z pisania, może będę mieć motywację, by codziennie rano wstawać i walczyć, ale moje twórcze myślenie będzie zblokowane (wiem coś na ten temat). Zanim postawisz na jedną kartę i rzucisz się na głęboką wodę, stwórz sobie warunki, w których porażka nie będzie aż tak kosztowna. Nie ryzykuj tym, czy będziesz mieć za co żyć, ryzykuj tym, że stracisz oszczędności, albo czas wolny.

Nie opowiadaj też o swoich planach ludziom, o których wiesz, że są w stanie cię wyśmiać, gdy coś nie wyjdzie. Poszukaj wsparcia u ludzi, którzy są życzliwi i którzy będą cię cenić za to, że próbowałeś, a nie za to, że odniosłeś sukces (np. stałeś się sławny czy zarobiłeś wór pieniędzy).

Przystawianie sobie pistoletu do głowy to jednak nie tylko kwestia warunków, w jakich próbujemy coś zrobić. To przede wszystkim kwestia oczekiwań, jakie formułujemy pod własnym adresem.

Wypisz się z konkursu o złoto

Gdy zabieramy się za coś, o czym marzyliśmy, największą przyczyną lęku, są nasze wygórowane oczekiwania.

– Tak długo o tym marzyłem…, że za pierwszym razem musi mi wyjść doskonale!

Nie napisałeś jeszcze żadnej książki, skąd taki pomysł, że twój debiut musi być genialny? Pozwól sobie, żeby był gniotem! Genialny debiut? Daj spokój, to przereklamowane. Wiesz, która z kolei kompozycja Mozarta jest uznawana za pierwszą prawdziwie  Mozartowską? Dwieście siedemdziesiąta pierwsza (KV 271, koncert fortepianowy Jeunehomme). Poprzednich dwieście siedemdziesiąt dzieł to według muzykologów rzeczy wtórne i gdyby Mozart na nich tylko poprzestał, nikt by dziś nie wiedziałby kim był. Mozart był geniuszem a prawie trzysta jego pierwszych dzieł to rzeczy co najwyżej średnie. Dlaczego twoje pierwsze dzieło musi być genialne?

Nic się nie stanie, gdy to, co stworzysz w ciągu pierwszych miesięcy czy nawet lat będzie słabe. Pozwól sobie robić słabe rzeczy i nie wymagaj od siebie bycia natychmiastowym geniuszem. Jesteś na początku drogi. Uczysz się. Wielkie rzeczy? Kiedyś. Ale teraz, dziś?

Zhuangzi, chiński mędrzec sprzed 25 wieków pisał:

Kiedy łucznik strzela za darmo, wszystko mu się udaje. Jeśli strzela dla zapinki z brązu, robi się niespokojny. Gdy zaś strzela o sztukę złota, ślepnie albo dwoi mu się w oczach. Całkiem traci głowę. Nie żeby mniej umiał. Ale nagroda sprawia, że się rozprasza. Dokłada starań. Bardziej myśli o wygranej niż o strzelaniu. I ten głód zwycięstwa pozbawia go zręczności (Prawdziwa księga południowego kwiatu, Rozdział XIX,4 w przekładzie Thomasa Mertona)

Wypisz się z konkursu o sztukę złota.

Pewnie nigdy nie uda ci się całkowicie pozbyć strachu. Pewnie zawsze jakaś tam spinka z brązu będzie. Ale to nie szkodzi. Nie do końca zgadzam się z Zhuangzi. Nie zawsze strzelanie za darmo uruchamia w nas wszystkie umiejętności. Czasem potrzebujemy właśnie jakiegoś niewielkiego pobudzenia, jakiejś marnej spinki, która sprawia, że ma się dreszczyk. Nie ma się co martwić, jeżeli czujesz pewien poziom napięcia. Kłopot jest wtedy, gdy napięcie jest tak duże, jak podczas konkursu o złotą, albo nawet o życie.

W głąb oczekiwań – perfekcjonizm

Nie jest łatwo poradzić sobie z wygórowanymi oczekiwaniami pod własnym adresem. Często sięgają one korzeniami dość głęboko. Mogą się wiązać np. z tym, co przyswoiliśmy sobie w dzieciństwie.

Mnie na przykład dość gruntownie maglowano, że nie poradzę sobie w życiu, jeżeli nie będę bardzo dobrze się uczył (bo w związku z wadą serca, nie mogłem „w ostateczności machać łopatą”). Wywoływanie w ludziach efektu „Ła, ale ty jesteś mądry” stało się moim sposobem na zdobywanie ich akceptacji i poczucia, że mam prawo żyć.

– Ja cię, stary! Naprawdę dałeś czadu! – wywołanie takiego efektu nie było bonusem czy miłym zaskoczeniem. To było być albo nie być.

Dotarcie do tych odczuć zajęło mi sporo czasu. Bardzo łatwo jest ukryć swoje lęki pod płaszczykiem tego, że zależy mi na jakości czy zadowoleniu innych.

Perfekcjonizm nie jest dążeniem do tego, by zrobić coś cennego czy wielkiego. To obawa, że zostanę odrzucony, gdy ludziom z wrażenia nie spadną buty.

„Chcę zrobić coś cennego” oraz „jak to nie będzie doskonałe, to jestem śmieciem” – to dwie różne rzeczy. Jeżeli masz do czynienia z tym drugim, ciężko ci będzie odpuścić sobie udział w konkursie o sztabę złota. Gdy powiesz sobie „spokojnie, przecież dopiero zaczynam”, coś wewnątrz zacznie się nerwowo wiercić: Czy aby na pewno? Czy mam prawo zrobić coś przeciętnego? Czy to nie jest niebezpieczne?

Pierwszym krokiem, by sobie z tym poradzić, jest uświadomienie sobie, co czujesz, gdy się za coś zabierasz. Możesz np. zadać sobie dwa proste pytania:

– Czego od siebie oczekuję? (Bądźmy szczerzy, oczekuję, że wszyscy zemdleją, gdy zobaczą, co zrobiłem…)

– Czego się boję? (Że zostanę odrzucony, skrytykowany, że okażę się nic nie warty, gdy nie zrobię tego doskonale)

Nie walcz z tymi oczekiwaniami, na początek wystarczy, że je sobie uświadomisz.

Samo patrzenie na takie oczekiwania z boku istotnie je osłabia. Widać ich absurdalność. Naprawdę, ludzie muszą mdleć? Wypuszczenie czegoś słabszego, sprawi, że wszyscy się odwrócą plecami i nastąpi natychmiastowy koniec świata?

Zamiast straszenia: nawyki + małe cele

Takie łagodne, pozbawione krzyku i strachu stawek podejście pozwala, podczas działania, wykorzystać swoją kreatywność.

Ale z tym stylem działania wiąże się pewne ryzyko. Co będzie, jak wszystko się rozmyje? Będę sobie coś tam robił na boku, na początku będzie fajnie, ale po kilku dniach, tygodniach czy miesiącach, wszystko straci intensywność. Życie wróci do starych rytmów. Przestanie mi zależeć i znowu będę, gdzie byłem.

Weźmy naszego pisarza. Nie zwolnił się z pracy, poradził sobie ze swoimi wygórowanymi oczekiwaniami i zaczął pisać. Przez jakiś czas w miarę regularnie, potem coraz bardziej w kratkę. Po roku, szukając czegoś na komputerze, trafia na katalog z rozpoczętą powieścią.

– Tak luzacko do tego podszedłem, że zapomniałem o tym! Gdybym poszedł za ciosem, gdybym się zwolnił, gdybym przystawił sobie pistolet do głowy – byłbym w innym miejscu.

Być może sprawa wyglądałaby inaczej. Ale gdyby tak było, to tylko z tego powodu, że nowa sytuacja zmusiłaby go do zbudowania nowych nawyków. Gdyby się zwolnił, musiałby na nowo ułożyć swój  dzień. W tym nowym rozkładzie dnia byłby czas na pisanie.

Problem nie  polega na tym, że nie przystawiłeś sobie pistoletu do głowy, ale na tym, że nie zbudowałeś nowych nawyków.

Nie chodzi o to, by się całkowicie wyluzować i przyjąć postawę: dobra, coś tam będę robił, jak przyjdzie mi ochota, jestem w końcu luźny koleś…  Chodzi o to, by w spokojny sposób, ale niezawodnie robić swoje. Nie strasz siebie samego, ale zbuduj codzienny nawyk. Jeżeli to zrobisz, ryzyko rozmycia się znacznie spadnie.

Oprócz nawyków przyda ci się także ustalenie krótkoterminowych celów. Np. piszę codziennie i co tydzień wypuszczam nowe opowiadanie. Niech cel będzie ilościowy (np. tysiąc słów dziennie, godzina pisania albo jakiekolwiek opowiadanie co tydzień). Te dwie rzeczy pozwalają działać w sposób skupiony, a równocześnie rozluźniony (a zatem twórczy).

Podsumujmy. Żeby stwierdzić, czy coś jest dla ciebie, spróbuj tego. Jednak próbując, obniż lęk, jaki towarzyszy działaniu: nie twórz sytuacji, w której jakakolwiek porażka będzie cię sporo kosztować, nie oczekuj od siebie genialności i wielkich dzieł. Bądź realistą – na początek nie spodziewaj się po sobie wiele. By taki brak napięcia nie rozmył projektu, zbuduj w sobie codzienne nawyki i stawiaj przed sobą konkretne, krótkoterminowe cele. Jeżeli po pracy w takich warunkach i z takim nastawieniem dojdziesz do wniosku, że to było nie to –  prawdopodobne, że zajęcie, jakiego spróbowałeś, nie jest jednak dla ciebie.