No więc… eee…. hm… no dobra, mówię już, mówię… Poczułem się niedoceniony. Nie, nie tak ogólnie. Wiesz, sytuacja była konkretne. Cały rok tyrałem… to znaczy coś tam robiłem… Co takiego? No dobra. Postawiłem im stronę internetową, a potem ją prowadziłem. Zrobiłem to za darmo, bo to w końcu szkoła i nie mają pieniędzy. Starałem się. Szczerze mówiąc, nawet przed żoną ukrywałem, ile czasu mi to zajęło. A zajęło sporo. Nawet coś dopłaciłem z własnej kieszeni, ale nie chciałem, żeby ktoś wiedział. Co z tego miałem? Chyba poczucie, że robię coś dla innych, że jestem jakoś tam potrzebny, że się liczę, że jestem jakiś, no ja wiem… pełniejszy. Byłem z tego zadowolony. Może nawet dumny. Do czasu. Pod koniec roku nikt mi nie podziękował. Nikt nie zaprosił. Nikt nie zaproponował dalszej współpracy roku. Tylko krótkie: „Prześlij loginy i hasła”. Poczułem się niepotrzebny i niedoceniony. Najpierw ukrywałem to przed samym sobą. To przecież takie głupie, nie bądź małostkowy, mówiłem do siebie. Naprawdę, zależy ci na uścisku ręki prezesa? Nie bądź żałosny, wymyślałem sobie, przecież jesteś ponad to. Im bardziej jednak starałem się przekonać samego siebie, tym bardziej gula rosła. Potem pomyślałem, że dlatego mnie olali, bo jestem za cienki. „Naprawdę myślisz, że wystarczy zrobić coś dobrze, aby cię polubili i zaczęli szanować?” Zacząłem się czuć zdołowany i wściekły równocześnie. Dlatego przyszedłem do ciebie. To mała, głupia sprawa, ale kosztuje mnie coraz więcej energii. Naprawdę pierdoła, w porównaniu z problemami, jakie mam, a jednak wczoraj w nocy obudziłem się z myślą o niej i do rana nie mogłem zasnąć. Weź, jakoś mi pomóż. Jestem pewny, że jestem ponad tym, tylko jakoś uczepiło się to mojego mózgu, muszę się jakoś od tego odkleić. Masz na to jakieś ćwiczenie?

Nie, ćwiczenia nie mam.

Po pierwsze, nie udawaj, że nie ma sprawy. To, że wydarzenie, które sprawia, że „gula rośnie” jest małe, nie znaczy, że emocje, jakie się uruchamiają to drobinki. Czasem małe wydarzenie odpala wielkie bomby, zakopane wewnątrz. Trącasz wystający z ziemi drucik, a tu buuummm… i nagle znajdujesz siebie samego w kawałkach. Czy to głupie, że brak podziękowań albo obcesowa wypowiedź wywołała w kimś aż tak mocne emocje? Nie, nie głupie. To znaczy tylko, że ta sytuacja dotknęła czegoś ważnego.

Emocje nigdy nie są głupie, nawet gdy pojawiają się w głupio małych sytuacjach. „Stary, nie ma przecież się czym przejmować” – może i nie ma, a może właśnie natrafiłeś na minę z wojny światowej, którą pora wreszcie rozbroić, a nie udawać, że jej nie ma. Prawdziwa mina wybucha raz a skutecznie, miny emocjonalne potrafią wybuchać bez końca.

Jeżeli twoja reakcja wydaje ci się niewspółmierna do sytuacji, to znaczy, że nie rozumiesz jeszcze dość dobrze wewnętrznego znaczenia tego, co się dzieje. Zamiast mówić do siebie „To głupie tak się czuć”, powiedz: „To ciekawe, że  tak się czuję, chcę to zrozumieć”.

Zacznij od opowiedzenia sobie (albo komuś) tego, co czujesz. Nie krytykuj emocji. Nie ma powodów, by się ich wstydzić. Pierwszą rzeczą, która pomaga, jest szczery opis tego, co czujesz. Bez ocen, mądrzenia się, popisywania, że jesteś ponad tym.  Bezradny opis tego, co dziej się w środku.

Po drugie potraktuj to wszystko jako lekcję do odrobienia. Potraktuj wybuch emocji jak dar, a nie pomyłkę czy dopust. Z tą lekcją jest jak z lekcjami w dawnych szkołach, póki jej się nie nauczysz, będziesz ją musiał wciąż powtarzać. Póki nie przerobisz, tego, czego chce cię nauczyć twój nauczyciel (twoje życie), nie pójdziesz dalej.

Podstawą odrobienia każdej lekcji z emocji jest założenie, że za każdym doznaniem emocjonalnym, także nieprzyjemnym (takim jak np. strach, złość czy rozczarowanie) stoi coś cennego, zdrowego i  dobrego.

Brakuje ci docenienia czy uznania ze strony innych. Czy to głupie? Czy to objaw małostkowości, niedojrzałości czy czego tam sobie wymyślisz?

Nie.

Każdy człowiek szuka uznania u innych. To normalne, że chcemy w oczach bliźnich uchodzić za cenną osobę.

Co dobrego może stać za strachem? Na przykład zdrowa potrzeba przeżycia i bezpieczeństwa. Co może stać za smutkiem? Chęć połączenia się, zbliżenia, odzyskania tego, co straciliśmy. A za poczuciem braku wartości? Potrzeba bycia kimś cennym. I tak dalej, rozumiesz zasadę.

Czy jesteś w stanie pogodzić się z tym, że masz w sobie potrzebę bycia docenionym? Jeżeli tak, przejdźmy dalej. Ważne jest bowiem, jak tą potrzebę traktujesz.

Czymś innym jest chcieć być uznanym czy docenionym, a czymś innym jest mieć postawę, że „inni muszą docenić mój wkład i umiejętności, bo jak nie to tragedia”.

Gdy chcesz być docenionym, a nikt nie zauważył co z siebie dałeś, jesteś rozczarowany, ale rozczarowanie stosunkowo szybko przechodzi. Sprawa nie jest taka prosta, gdy jesteś przekonany, że inni muszą mnie traktować tak, jak na to zasługuję.

To jeden z typów nieracjonalnych przekonań, które nabywamy, nawet sobie tego nie uświadamiając. Inne tego typu przekonania to np.:

– Wszyscy muszą mnie kochać

– Wszyscy muszą mnie traktować z szacunkiem

– Wszyscy muszą się odnosić do mnie ze zrozumieniem

– Wszyscy muszą być pod moim wrażeniem

– Wszystko musi mi się udawać

– Wszystko musi mi się układać

Muszą mnie tak traktować oznacza: Jeżeli tak się nie dzieje to tragedia.  A jak tragedia, to czuję złość, rozpacz, depresję, poczucie beznadziei itp. Takie nieracjonalne przekonanie może być w nas głęboko ukryte i może się ujawniać tylko w niektórych sytuacjach, tak jak się ujawniło w twojej sytuacji. Dlatego takie sytuacje (w których masz wrażenie, że emocje są nie wiadomo skąd), są tak cenne – pozwalają odkryć, co w sobie masz.

Psycholodzy poznawczy mówią, że gdy wydobędziesz tego rodzaju przekonania, możesz je przepracować. Możesz przyjrzeć się im, ocenić ich prawdziwość (Czy naprawdę inni zawsze muszą doceniać mój wkład? Czy naprawdę to tragedia, gdy tak się nie stanie?), a następnie zbudować nowe przekonanie.

Czasem samo wyciągnięcie naszej reguły na światło dzienne pomaga ochłonąć. Paul A. Hauk (psycholog kliniczny) pisze:

Są dwie rzeczy, które zwykle mówię sobie, kiedy chcę zachować spokój. Po pierwsze tłumaczę sobie, że nie jestem Bogiem, natomiast jestem neurotykiem, jeśli upieram się, że wszystko ma się odbyć tak, jak sobie tego życzę. Zazwyczaj wystarczy to, żebym ochłonął.

Pomocne może być także roześmianie się z siebie. Technika nazywana przez Victora Frankla intencją paradoksalną polega na tym, by przejaskrawić swoje muszenia, tak aż się uśmiechniesz na ich widok, np. powiedzieć sobie „O tak, wszyscy muszą mnie traktować z absolutnym szacunkiem, każdy musi się przede mną kłaniać, a nawet bić pokłony, w końcu jestem cesarzem, czy nie?”

Kolejna pomocna rzecz to przeformułowanie nieracjonalnej reguły w życzenie.

Jeżeli np. moja reguła brzmi:

Wszyscy muszą mnie traktować z szacunkiem, bo inaczej dzieje się coś strasznego.

Przeformułowana reguła może brzmieć:

Chciałbym, żeby ludzie traktowali mnie z szacunkiem, jednak od czasu do czasu będą mnie traktować nie tak, jak bym sobie życzył, bo w końcu są tylko ludźmi,

Albo, jeżeli reguła brzmi:

Muszę być doskonały, wszystko musi mi wychodzić, jeżeli tak się nie dzieje, jest tragicznie.

Racjonalna reguła może brzmieć:

Chcę wykonywać swoje zadania doskonale, jednak jestem tylko człowiekiem, a jeżeli mi się to nie udaje, wciąż akceptuję siebie.

Często warto sięgnąć jeszcze głębiej. Gdy twoja reguła brzmi: Wszyscy muszą mnie doceniać, bo jak nie to kaplica, to znaczy, że sam siebie do końca nie doceniasz.

Masz potrzebę bycia docenionym (zdrowa potrzeba), ale sam siebie nie uznajesz za osobę wartą docenienia.

Gdzieś tam głębiej jest przekonanie, że tak naprawdę, nie zasługuję na uznanie. To nie musi być przekonanie stuprocentowe. Wystarczy sześćdziesiąt, siedemdziesiąt procent, wystarczy wątpliwość, która ujawnia się tylko w niektórych sytuacjach. Wystarczy, że gdzieś tam błąka się pytanie:

A może jestem nic niewart?

A może jestem gorszym egzemplarzem?

A może jestem wybrakowany?

A może jestem całkiem zły?

A może jestem zupełnie do niczego?

Jeżeli samego siebie nie doceniam, moje życie zmienia się w pogoń za uznaniem innych. Kosztem sporego nakładu czasu i energii robię mnóstwo rzeczy, byle tylko inni uznali mnie za wartościowego człowieka.

Czy nie to robiłeś? Dawałeś z siebie mnóstwo i nawet ukrywałeś, ile cię to kosztuje? Niech sobie myślą, że zrobiłem to na poczekaniu, niech sobie myślą, że to mi przychodzi bez wysiłku. Będą bardziej pod wrażeniem.

Gdy kiwają głowami z podziwem, jest dobrze. Pytanie czy jestem coś warty blednie, lęk słabnie. Ale niech tylko zapomną wyrazić pełnię uznania i wdzięczności! Od razu obawy wracają:

– Nie zostałem doceniony, pewnie jestem nic niewart.

Nie doceniasz sam siebie i dlatego tak ważne jest to, co dostajesz od innych. Nie chodzi o to, czy inni cię doceniają, chodzi o to, czy ty sam doceniasz siebie.

Nic odkrywczego. Proste wnioski. Czasem jednak zapominamy o tym i wdajemy się w pogoń za uznaniem ze strony innych, zamiast znaleźć sposób na znalezienie uznania we własnych oczach. Czasem wdajemy się w pogoń za miłością innych, zamiast pokochać siebie. Czasem wdajemy się w pogoń za tym, by zachwycić innych swoją perfekcją, zamiast zachwycić się tym, kim teraz jesteśmy.

Czy tak naprawdę jesteś nic niewart?

A może jest coś, co pozwala wyciągnąć inne wnioski?

Jak mógłbyś przekonać samego siebie, że jest inaczej?

Co mógłbyś zrobić, by znaleźć uznanie we własnych oczach?

Nie chcę ci podpowiadać, ale prostym sposobem jest upomnieć się otwartym tekstem o uznanie (zależy ci przecież na nim, choć teraz nie w stopniu śmiertelnie poważnym).

Jak byś się poczuł, gdybyś powiedział:

– Wiecie co, sporo zrobiłem i moja praca zasługiwała na uznanie. Jest mi przykro, że nikt mnie nie docenił.

To może by lepszy niż próbować „przejść ponad tym”.