Wchodzisz i nie wiesz gdzie stanąć. Miejsce z tyłu wygląda na wygodne. Można oprzeć się o ścianę, można nawet przysiąść na schodach. Można się rozluźnić. Z tyłu jest jakoś bezpieczniej. Myślisz, że to dobre miejsce do spędzenia najbliższej godziny. Pięć minut później przychodzi spóźniona rodzina z trójką dzieci. Ustawiają się obok. Trzy rozbrykane dziewczynki wciskają się niemal na twoje kolana. Bez przerwy szepczą, szturchają, ciągną się za ubrania. Patrzysz z nadzieją na ich rodziców, ale ci zdają się niczego nie zauważać. Przez chwilę myślisz nawet, że to nie są ich rodzice, ale przecież pamiętasz, że to oni przyprowadzili te dzieci.

Nie, myślisz, przecież nie jesteś kimś, kogo denerwują dzieci. Przecież kochasz się z nimi bawić. Kucasz przy najbardziej rozrabiającej dziewczynce i kładąc palec na ustach, szepczesz: „cichutko”, Mała patrzy na ciebie zdziwiona, wzrusza ramionami i głośno śmieje się do swojej siostry.

Może za chwilę wszystko się uciszy? Przymykasz oczy i słuchasz czytań. Nie, nie ucisza się. Czujesz jak chcąc nie chcąc, rośnie w tobie złość. Może się trochę usunę, może wystarczy krok w prawo i będzie dobrze? Ale obok jest wiele osób. Miejsca z tyłu są zapchane. Poza tym wciąż będziesz widzieć i słyszeć dzieciaki, a musisz to wreszcie przyznać przed samym sobą, wkurzają cię.

Czujesz coraz większe zmieszanie. Czujesz, że marnujesz czas. Przyszedłeś, by wziąć w czymś udział, a nie oburzać się na niewychowane dzieciaki. Przyszedłeś się wyciszyć, uspokoić, a nie być poddenerwowanym.

Zawsze tak jest. Zawsze, gdy znajdujesz jakieś wygodne, bezpieczne miejsce z tyłu. Zawsze okazuje się, że takich jak ty, chcących bezpiecznie sobie przysiąść jest znacznie więcej. Zawsze okazuje się, że w miejscu, w którym miało być tak bezpiecznie i spokojnie trwa walka, rozproszenie i chaos.

Czy to, że jesteś wkurzony na cały świat, że denerwują cię ci wszyscy przemądrzali pozerzy, ci pewni siebie dyletanci, ci rozpychający się łokciami egoiści, nie jest efektem tego, że znalazłeś sobie bezpieczne miejsce z tyłu? Że chciałeś mieć trochę spokoju, gdzieś z dala od epicentrum, gdzieś w spokojnym zakątku, że nie chciałeś wychodzić przed szereg, nie chciałeś za bardzo się pokazywać?

Jest bardzo proste rozwiązanie, które pozwala poradzić sobie z taką sytuacją.

Podnoszę się i idę do przodu. Mijam ludzi i rzędy krzeseł, aż wreszcie dochodzę do pustego miejsca. Zatrzymuję się. Jestem na widoku. Nie ma tu gdzie usiąść, nie ma o co się oprzeć. Trzeba stać prosto, na dwóch nogach z wyprostowanym kręgosłupem. Ale cała złość i poczucie bezradności mijają. Mogę się skupić. Mogę brać udział. Mogę robić to, po co przyszedłem.

Zawsze tak jest. Zawsze, gdy odważysz się porzucić wygodne miejsce i pójść do przodu. Na początku będziesz musiał się przepychać, ale w końcu znajdziesz puste miejsce. Zawsze tak jest, gdy zamiast siedzieć przygarbiony gdzieś na schodkach, zdecydujesz się wyjść z tłumu i wyprostować. Gdy zamiast chować się w cień, zdecydujesz się pokazać całego siebie.

I jeszcze bardziej dotyczy to życia i pracy niż niedzielnej mszy w remontowanym kościele dominikanów.

Miejscem, w którym dobrze się czujesz, nie jest to miejsce na tyłach, w cieniu, w tłumie rozpychających się amatorów przysiadania na schodkach. Miejscem, w którym dobrze się czujesz, jest to puste miejsce z przodu, prawie na środku, to, w którym trzeba stać prosto i w którym wszyscy mogą cię zobaczyć.