Zaznacz stronę

1.

Jakiś czas temu, składając klientowi ofertę zażądałem zbyt wysokiej ceny. Gdybym podał niższą, mielibyśmy szansę zdobyć zlecenie. Nawet przy znacznie niższej cenie, byłoby dla nas bardzo zyskowne. To były dziesiątki dni szkoleniowych. Przestrzeliłem. Tym bardziej bolesne, że nie wykorzystałem wszystkich okazji by sprawdzić, jaką warto dać cenę. Słowem zawaliłem i nie miałem na to żadnego uzasadnienia. Gdybym był swoim pracodawcą, musiałbym się ocenić w sposób negatywny, nawet bardzo negatywny. Mógłbym nawet pogrozić palcem. A tak byłem tylko na siebie wściekły.

Czy ta ocena przeszkadza mi w podejmowaniu kolejnych decyzji cenowych? Wręcz przeciwnie. Z jeszcze większą chęcią je podejmuję, bo dowiedziałem się o sobie jednej rzeczy więcej. Wiem jak unikać podobnej wpadki w przyszłości.

Negatywna ocena własnych zachowań nie utrudnia mi życia. Jest nieprzyjemna, ale daleko od niej do paraliżu czy długotrwałych dywagacji nad tym, co zrobić z życiem. Nie jest przyjemnie wiedzieć, że popełniło się głupi błąd. Nie jest przyjemnie wiedzieć, że człowiek nie osiągnął zakładanego przez siebie celu. Nie jest przyjemnie wypaść gorzej w porównaniu z innymi (np. wiedzieć, że zarabia się mniej od sąsiada, że przeczytało się mniej książek niż kolega z klasy, czy że gorzej zna się język obcy niż, ktoś, kto zaczął uczyć się w tym samym czasie). Ale czy te sytuacje są na tyle trudne, by ktokolwiek potrzebował w nich pomocy? Nie sądzę.

2.

O co zatem chodzi ludziom, którzy narzekają na negatywną samoocenę? O co chodzi tym wszystkim skarżącym się na niskie poczucie własnej wartości i wątpliwości pod swoim adresem?

Rzadko chodzi o samoocenę. Większość z narzekających nie za bardzo wie, na czym polega ocena siebie – szczególnie ta negatywna. To, co nazywają negatywną oceną siebie, albo poczuciem niskiej wartości, w rzeczywistości jest głębokim poczuciem własnej bezwartościowości i bezradności.

To, co czują, to nie jest jedynie negatywna ocena siebie. To jest osłabiające, paraliżujące i dramatyczne poczucie, mówiące, że jestem:

  • do niczego;
  • nic nie warty;
  • bezsilny;
  • nieadekwatny;
  • ułomny;
  • pozbawiony jakichkolwiek szans;
  • beznadziejny;
  • zły;
  • wadliwy;
  • nie taki jaki powinienem być.

Samoocena – jak mówi nazwa – jest oceną. Oceny mogą być pozytywne lub negatywne, mogą być lepsze lub gorsze, mogą być mniej lub bardziej surowe.

Ale to nie jest ocena. To czarna dziura. Coś znacznie bardziej surowszego niż najbardziej surowa ocena – to raczej natychmiastowe wyrzucenie ze szkoły, albo rozmowa na dywaniku u dyrektora.

3.

Od strony poznawczej, negatywna ocena siebie różni się od poczucia bezradności pod kątem trzech aspektów:

Poczucie bezradności jest wszechczasowe: zawsze zawalam, nigdy mi nic nie wychodzi, nigdy mi się nic nie uda. W rzeczywistości to była moja pierwsza próba, nie wyszło mi raz – ja jednak czuję, że nie wyjdzie mi absolutni nigdy. Jestem do niczego in saecula saeculorum… amen.

  • Poczucie bezradności jest zawodnikiem wszechkonkurencji. Nie udało mi się zrobić na kimś wrażenia albo napisać czegoś ciekawego i od razu czuję, że nic mi nie wychodzi, w niczym nie jestem dobry. Nie mam żadnych szans!
  • Poczucie bezradności jest także skupione wyłącznie na sobie. Byłem na rozmowie rekrutacyjnej. Kobieta, która przeprowadzała ze mną wywiad ewidentnie miała zły dzień, konkurencja była ogromna. Co powiem sobie, gdy nie dostanę pracy? Że to ja jestem zupełnie beznadziejnym przypadkiem i wszystko przeze mnie.

4.

Dosyć łatwo rozpoznać ten wzorzec myślenia. To zawsze jest generalizacja, katastrofizacja i przesada. Nie ma ocen pośrednich. Nie ma umiarkowanego rozczarowania. Nie ma selektywności, czy brania pod uwagę tego, co naprawdę się wydarzyło.

Co pewien czas, na tyłach samochodów widzę slogan „Albo Suzuki albo nic”. Osoby cierpiące na poczucie bezwartościowości działają zgodnie z podobną zasadą: „Albo jesteś geniuszem, albo niczym”. Nie ma stanów pośrednich: jest tylko geniusz i nikczemnik.

Wszystko co nie łapie się na geniusza to „nic” – absolutne dno nie warte powietrza, które zużywa. Zero i jeden. Brak wartości pośrednich, czy jak mówią elektronicy, analogowych.

I to stanowi ogromny problem. Większość życia dzieje się na płaszczyźnie analogowej – wśród wartości pośrednich. Jeżeli je skreślisz, twoje życie stanie się rażąco ubogie.

Jeżeli oceniasz siebie w zdrowy sposób, we większości przypadków twoje oceny są umiarkowane. Czasem oceniasz się pozytywnie, czasem negatywnie, ale bardzo rzadko, jeżeli w ogóle, myślisz o sobie w kategoriach geniusza lub absolutnego potępieńca. Dla osoby „dwustanowej” sama możliwość takiego myślenia o sobie jest już podejrzana. Albo Suzuki, albo nic – albo geniusz, bóg, święty, miliarder – albo nie mam po co żyć. Wszystko co pośrodku jest zgniłym kompromisem na który nie wolno się godzić.

Jest wiele powodów, dla których taka osoba stawia przed sobą tak nieludzkie standardy. Przynajmniej na krótką metę jest to bardzo dla niej opłacalne. Zajmiemy się tym jeszcze kiedyś. Często jednak to nie jest kwestia strategii czy interesu. Często taka osoba nie umie inaczej z racji połączenia, jakie istnieje pomiędzy emocjami, nastrojami i pamięcią.

5.

Poczucie bezwartościowości i ułomności jest czymś uzasadnionym, gdy człowiek zrobi coś naprawdę okropnego i koszmarnego. Albo, gdy znajduje się w sytuacji całkowicie bez wyjścia, tuż przed katastrofą. Jednak zdecydowana większość osób nigdy nie znajduje się w takich sytuacjach a mimo to, często doświadcza takiego samego poczucia jakby, co najmniej popełniła ciężki, niewybaczalny grzech śmiertelny albo znalazła się w sytuacji całkowitej katastrofy.

Wystarczy coś naprawdę drobnego – niewielkie spóźnienie, małe odstępstwo od planów, brak entuzjazmu u osoby, którą prosiło się o ocenę, negatywna opinia kogoś, którego zdania nikt nie poważa, porażka będąca wynikiem zewnętrznych sił, błąd który nie ma wcale krytycznego znaczenia – a już następuje zjazd na sam dół piekła, zjazd do czarnej dziury bycia „niegodnym wyrzutkiem i najgorszym przestępcą”.

Co gorsza, czasem takie poczucie pojawia się zupełnie bez powodów. Człowiek w dobrej kondycji kładzie się spać, jednak rano dźwięk budzika wyrywa ze snu zupełnie inną osobę, kogoś pełnego poczucia całkowitej nieadekwatności.

Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego tak łatwo niektórym z nas zjechać na samo dno? Dlaczego tak często opanowuje nas demon poczucia bezradności, nieadekwatności i bezsilności? Skąd w ogóle bierze się w nas ta czarna noc?

6.

Jeżeli mieszkasz w przytulnym, dobrze ci znanym i w miarę wygodnym domu nie musisz sobie nic wyobrażać. Jeżeli nie, pomyśl o tym, jakie to mogłoby być przyjemne. Gdy już się wczujesz, wyobraź sobie, że którejś nocy twój dom się rozpada. Jakaś nieznana siła chwyta cię i nagle – nie masz zielonego pojęcia jak – znajdujesz się w czymś zupełnie ci obcym. Po raz pierwszy w życiu widzisz takie kolory, takie światło i słyszysz takie dźwięki. Ci, którzy cię porwali – ponieważ nie wiemy jak ich nazwać, nazwijmy ich kosmitami – są niepodobni do niczego, co do tej pory widziałeś. Są ogromni i wszechmocni. To, co umiałeś do tej pory w niczym się nie przydaje. Nie umiesz się ruszać w ich świecie, nie umiesz się porozumiewać…. Gdy czujesz głód, chłód albo niewygodę, możesz tylko krzyczeć, ale nawet twój krzyk jest dla ciebie całkowicie nowym doświadczeniem. Nigdy go nie słyszałeś.

Pytanie: czy w takiej sytuacji czułbyś się: (a) pewny siebie, pełny nadziei i spokoju; (b) bezsilny, przerażony i zagrożony?

Moja córka urodziła się w Szpitalu Uniwersyteckim. Nazwiska największych specjalistów wśród personelu i siermiężne sale pamiętające koniec XIX wieku. Pierwszego dnia, tuż nad ranem moja żona, trzymając się stojaka z kroplówką, poszła do sali, w której nocowały dzieci. Sala była wypełniona rzędami wózków. Taki mały supermarket. Nawet metki były. Tyle, że zamiast cen, nazwiska i godziny urodzin. Nasza mała darła się w niebogłosy, podobnie jak większość innych pakuneczków, ciasno owiniętych w wyblakłe od tysięcznych prań pieluch. Dwie pielęgniarki ze stoickim spokojem zajęte były wypełnianiem formularzy.

Pierwsze dni na tym świecie są trudne. Jesteś w stanie wczuć się przez chwilę w to, przez co musi przechodzić dziecko? Potocznie dzieciństwo kojarzy się z błogością i beztroską. To my, dorośli mamy prawdziwe problemy. Dzieci są takie zabawne, takie błogie… przecież one nie żyją jeszcze na poważnie… Patrzymy na nie przez pryzmat Kubusia Puchatka, Piotrusia Pana czy Boba Budowniczego. Gdy byłeś dzieckiem nie przypomniałeś w niczym misia imbecyla ani plastelinowej figurki, która „zawsze da radę”. Może czasem, ale oprócz tego toczyło się w tobie prawdziwe życie. Kubuś Puchatek jest opowieścią dorosłego o tym, jak chcielibyśmy, aby myślały dzieci. Ale one tak nie myślą. Znacznie bliżej ich psychiki jest William Golding we „Władcy Much” czy Janusz Korczak we wielu ze swych książek. Dzieci żyją naprawdę. Naprawdę cierpią, naprawdę się boją i naprawdę stają przed przerastającymi je problemami. My też żyliśmy naprawdę, tyle, że nie zawsze chcemy to pamiętać.

Oczywiście same traumatyczne przeżycia z okolic narodzin nie decydują o przyszłości człowieka. Ale dzieciństwo często jest jak film Hitchcocka – zaczyna się trzęsieniem ziemi, a potem jest tylko gorzej.

Nie mówię, że całe dzieciństwo, nie mówię, że dzieciństwo każdego. Ale we większości przypadków, gdyby nie doświadczenie bezradności, jakiego doznaliśmy w tym okresie, nie byłoby doświadczenia przytłaczającej bezradności w okresie dorosłości.

Ci z nas, którzy w trakcie dzieciństwa wiele razy musieli czuć, że są nic nie warci, źli, beznadziejni, godni pogardy, pozbawieni wartości, wadliwi, odrzuceni czy nie tacy jak powinni… doskonale opanowali wzorzec bezradności.

Co to jednak znaczy? Że powinniśmy przeprowadzić skomplikowaną analizę przeszłości by się uwolnić od poczucia bezsilności? Nic podobnego.

7.

To nie twoi rodzice ani twoje dzieciństwo jest winne tego, że co rusz czujesz się bezwartościowy. W dzieciństwie jedynie nauczyłeś się wzorców poczucia bezradności czy własnej nieadekwatności.

To trochę tak, jakby ktoś postawił kiedyś na twoje półce przytłaczający film pod tytułem „Jestem nic nie warty, ułomny i nieadekwatny”. Stoi na półce, to nie twoja zasługa, że go masz, ale od ciebie zależy jak często będziesz go oglądał. Czy to takie ważne, kto i kiedy go postawił? Czy świadomość tego cokolwiek zmieni?

Wątpię by możliwe było przeżycie dzieciństwa tak, by nie dostać po drodze tego filmu. Ja taki film dostałem i wszyscy, których dobrze znam też. Chciałbym powiedzieć, że moje córki będą pierwszymi osobami, które znam bez tego filmu, ale zbyt dobrze wiem, że taka sytuacja wymagałaby współpracy nauczycieli, dziadków, krewnych, kolegów i tysięcy innych ludzi. Każdy z nas prędzej czy później dostanie ten niechciany prezent. Oczywiście to nieco inna sytuacja dostać go od nauczyciela lub kolegi niż od rodzonego ojca, nie mnie jednak liczy się nie to, od kogo i w jakich warunkach go dostałeś, ale jak często go odtwarzasz.

Wiemy już skąd mamy możliwość zjazdów, ale ciągle nie wiemy, dlaczego tak łatwo w nie wpadamy. Dlaczego tak łatwo i tak często włączamy nasz przytłaczający film?

8.

Ponad trzydzieści lat temu dwóch brytyjskich psychologów poprosiło kilkunastu członków uniwersyteckiego klubu podwodnego o nauczenie się listy słów. Część z nich miała nauczyć się słów pod wodą, część na brzegu. Po opanowaniu listy badacze sprawdzali jak wiele ze słów nurkowie zapamiętali. Okazało się, że wiele zależy od tego gdzie odpamiętywane jest sprawdzane. Osoby, które uczyły się pod wodą, przypominały sobie ich znacznie więcej, będąc pod wodą. Osoby, które uczyły się ich na brzegu, znacznie więcej potrafiły ich sobie przypomnieć na brzegu. Okazało się, że kontekst ułatwia wydobycie z pamięci związanych z nim informacji.

Takim kontekstem mogą być nie tylko zewnętrzne warunki. Kolejne badania potwierdziły, że mogą być też nasze wewnętrzne warunki – szczególnie stany emocjonalne. Gdy jesteśmy smutni łatwiej nam przywołać do pamięci wydarzenia i informacja, z jakimi mieliśmy do czynienia, gdy byliśmy smutni. Fachowo to zjawisko nazywa się „pamięcią uzależnioną od stanu emocjonalnego”. Pod wpływem nastroju człowiek zmienia swój sposób myślenia oraz interpretowania rzeczywistości. Inaczej myślisz o sobie i świecie, gdy jesteś zadowolony, inaczej, gdy jesteś rozdrażniony czy smutny.

W efekcie niewielki zjazd nastroju może w nas uruchomić te same wzorce myślenia, jakie pojawiły się wtedy, gdy naprawdę byliśmy bezradni.

Nie mamy kontroli nad większością z naszych stanów emocjonalnych. To naturalne, że od czasu do czasu czujemy się zmęczeni, rozkojarzeni, apatyczni czy nie w sosie. Ludzie, którzy zawsze czują się tak samo pewni siebie, radośni i wypoczęci, powinni, czym prędzej odstawić prochy.

Problem jednak polega na tym, że niektóre z tych stanów emocjonalnych skojarzone są z wzorcami ułomności czy nieadekwatności. Zmęczenie, drobna porażka czy rozkojarzenie reaktywuje to wszystko, czego doświadczyliśmy w dzieciństwie. I mimo, że sytuacja jest teraz zupełnie inna, my na powrót stajemy się tym samym przerażonym wielkim światem dzieckiem. Nasze myślenie, emocje, doznania fizyczne wpadają w stare, dobrze znane koleiny.

9.

Co można z tym zrobić? Jest wiele szkół. Są tacy, którzy polecają dyskutować z swoimi myślami. Inni polecają przypominać sobie pozytywne doznania, inni wdrukowywać nowe doznania. Jeszcze inni polecają relaksacją i głębokie oddechy. Pomińmy tych wszystkich, którzy doradzają zakupy w aptece, monopolowym czy u dilera prochów.

Zanim zastosujesz jakąkolwiek metodę musisz mieć świadomość tego, co się dzieje.

Gdy już sobie uświadomisz, zobaczysz czy cokolwiek innego, oprócz świadomości będzie ci potrzebne. Pozytywne działanie większości z technik psychologicznych w ogromnej mierze jest efektem samej świadomości tego, co się z tobą dzieje. Świadomość to inaczej objęcie czegoś umysłem. Gdy uświadamiasz sobie jakiś zachodzący w tobie proces, stajesz się od niego większy. Nie można być świadomym czegoś, nie uruchamiając swojego „większego ja”.

Dlatego często wystarczy odpowiedzieć sobie na kilka prostych pytań:

Czy mój problem jest problemem z wątpliwościami i negatywnymi ocenami, jakie sobie czasem wystawiam czy też polega on raczej na uruchamiającym się poczuciem bezradności?

Jeżeli masz wątpliwości czy to, czego doświadczasz to poczucie bezradności, możesz sprawdzić, czy:

  • wystawiasz sobie ocenę wszechczasów (zawsze, nigdy)
  • wystawiasz sobie ocenę we wszystkich konkurencjach (nic mi nie wychodzi, nic mi się nie udaje)
  • przypisujesz porażkę tylko i wyłącznie siebie (gdybym tylko był inny, gdybym tylko zrobił coś innego).

Przyjrzyj się także swoim:

  • Emocjom (czy czujesz np. przygnębienie, lęk, apatię, wstręt?)
  • Doznaniom fizycznym (czy czujesz np. łomotanie serca, mrowienie, brak oddechu, odpływ energii, watę w nogach)
  • Wspomnieniom czy fantazjom (np. bycie opuszczonym przez matkę, wizja własnego pogrzebu)
  • Automatycznym myślom (np. nie dam rady, jestem do niczego, zawiodłem)

Im bardziej absolutna i abstrakcyjna ocena, im większy jej towarzyszy ból, im mocniejsze są towarzyszące jej doznania, tym większe szanse, że to, co ma miejsce to nie jest żądna negatywna ocena ani wątpliwości pod swoim adresem ale automatycznie wzbudzone poczucie bezradności.

10.

Jeżeli masz do czynienia z poczuciem bezradności przyjrzyj się temu, kiedy się pojawia.

Co konkretnie go reaktywuje? Jakie sytuacje najczęściej go wyzwalają? Jakie odczucia są na jego początku? O jakich porach, w jakich warunkach maszyna się uruchamia?

Czy jest to na przykład:

  • zmęczenie
  • porażka
  • pomyłka
  • brak pochwał
  • pochwały (to może wydawać się bezsensowne, ale pochwały także mogę wzbudzać „zjazd”)
  • spóźnienie
  • ból głowy
  • niepewność
  • niewyspanie
  • atak ze strony kogoś

Możesz założyć dziennik i codziennie spisywać wszystkie te sytuacje, w których nachodziło cię poczucie bezsilności i własnej bezwartościowości.

Prowadź badania jak naukowiec, który chce zrozumieć fenomen. Nie staraj się na niego wpływać, ale jedynie go precyzyjnie opisać. Obserwuj także jak długo fenomen trwa, pod wpływem czego słabnie, pod wpływem czego rośnie jego natężenie, pod wpływem czego mija.

Już sama taka uważna, akceptująca obserwacja zazwyczaj zmniejsza ilość ataków poczucia bezradności. A jeżeli nie zmniejsza to przynajmniej minimalizuje ich wpływ na nasze życie.

To nie jest wszystko, co możemy zrobić wobec ataków bezradności. Zajmiemy się być może innymi sposobami. To jednak wystarczy na początek.

11.

Ten tekst napisałem kilka dni temu. Jest za długi, ale mimo tego postanowiłem do niego dopisać coś, co przydarzyło mi się kilka dni temu.

Zanim to opiszę, wyznanie – tak, poczucie własnej ułomności i braku wartości co pewien czas do mnie powraca. Nie tak mocno jak kiedyś, nie mniej jednak, ten tekst nie jest teoretyczny (mimo, że korzystałem przy jego pisaniu z wielu książek i teorii). A teraz historyjka.

Parę dni temu moja córka budziła mnie kilka razy pod rząd. To ten wiek, w którym dzieciom śnią się różne koszmary. Po takiej czwartej czy piątej pobudce, nie mogłem zasnąć. Na wpół śpiący leżałem i męczyłem się. W którymś momencie znalazłem się w tak totalnym dole, że trudno opisać. To było tak, jakby ktoś przestawił jakąś wajchę w moim umyśle. Pełna depresja. Ból istnienia niemal fizyczny. Poczucie bezwartościowości, bezsilności, ułomności. Skupienie na porażkach, błędach i niewykorzystanych okazjach (a przez kilka ostatnich dni zrobiłem więcej głupich błędów niż przez ostatnie dwa lata). Moje pierwsza rekcja była taka jak chyba wszystkich: trzeba to przerwać, trzeba to naprawić, muszę z tego wyjść jak najszybciej! Kto jak kto, ale jak (choćby z racji pisania tego bloga, nie mogę przecież cierpieć na depresję!) Zacząłem się szamotać, przemyśliwając i przeżuwając wszystko to, co w moim życiu jest nie takie. Im bardziej walczyłem, tym było gorzej. Sen odszedł a depresja się pogłębiała.

Już prawie na krawędzie pomyślałem sobie jednak:

– Przecież to doskonała okazja by sprawdzić to, o czym piszę! Właśnie teraz czuję się absolutnie ułomny i bezwartościowy.

Postanowiłem ułożyć się wygodnie i w pełni doznawać tego wszystkiego, co na mnie spływało. Zacząłem przyglądać się doznaniom z ciała, obrazom i myślom. Przez chwilę czułem się tak, jakbym obserwował operację na żywo prowadzoną na mnie samym. A chwilę potem było rano a ja czułem w sobie głęboką energią. Nawet nie pamiętam, kiedy zasnąłem. Gdy przestałem walczyć i zacząłem doświadczać, wszystko rozproszyło się, tak jakby było to jednorazowe uderzenie, bolesne, ale szybko mijające. Najlepszą metodą na to by poradzić sobie z poczuciem pełnej katastrofy jest pozwolić jej trwać tak długo jak tego wymaga. Gdy przestajesz ją rozdrapywać, ból szybko mija.

Gdy czujesz ból fizyczny, weź środek przeciwbólowy. Gdy czujesz ból psychiczny – przyjmuj, przyjmuj, przyjmuj do otwartych dłoni. To dziwne, ale to najlepszy środek przeciwbólowy.

12.

Temat jest wielgachny i dlatego mam pytanie: czym mam jeszcze coś na ten temat napisać? Czy może wystarczy i lepiej skupić się na czymś innym? Jak uważasz?