Prowadzę dziennik z pomysłami na teksty. To jedna z korzyści regularnego pisania –  człowiek staje się wrażliwy na odkrycia i przemyślenia. Zbiera je jak złomiarz wyrzucone puszki po piwie albo jak mój kolego kolekcjoner  torebki z cukrem (w kawiarniach nigdy nie słodzi, ale zawsze chowa torebkę do kieszeni).

Niektóre z pomysłów są całkiem dobre. Gdy je zapisuję, często myślę: Zdecydowanie muszę o tym napisać; to będzie cenne, to się ludziom przyda itp.

Pomysły czasem się przydają. Częściej jednak traktuję je, jak mój kolega traktuje torebki z cukrem – nigdy nie otwiera, tylko wrzuca do wielkiego słoja. Aż tak źle z wykorzystaniem pomysłów nie jest, ale rzeczywiście korzystam z nich raczej rzadko.

Dlaczego? Moment, gdy siadasz za biurkiem a przed tobą pusty monitor lub kartka oraz kilkadziesiąt minut, które możesz śmiało poświęcić na pisanie, o czym tylko chcesz, jest na tyle cenny, że nie chcę go marnować na przeglądanie zeszytów, list czy notatek.

Czy jest coś lepszego niż pusta kartka? Coś lepszego niż możliwość napisania czego tylko chcesz, możliwość dowolnego wykorzystania czasu?

Mam nie tylko kolekcję pomysłów. Mam też listę tekstów, które powinienem napisać. Dobrze wiem, jakie tematy są popularne w sieci. Nawet gdybym nie wiedział, wystarczyłoby przejrzeć blogi liczniej odwiedzanej konkurencji, wybrać ich najczęściej komentowane teksty i napisać je po swojemu (taką listę też mam). Mój blog byłby znacznie bardziej popularny, gdybym nie był takim łakomczuchem pustej kartki.

Musiałbym jednak pożegnać się z pustą kartką, z tą możliwością pójścia w dowolnym kierunku, z możliwością łapania tego, co się pojawia i pójścia za poruszającymi mnie obrazami i myślami. Musiałbym we większym stopniu polegać na logicznej, planowej części mojego umysłu. To byłby problem. Już dawno odkryłem, że ta część mojego umysłu, która planuje, przewiduje i działa zgodnie z planem jest, co będę krył, dość przygłupia.

Pamiętam, gdy w szkole średniej poszedłem po raz pierwszy do teatru. Było to przedstawienie „Palcie ryż każdego dnia” na podstawie prozy Marka Hłaski. Nie zrozumiałem nic. Null. Minus dwieście siedemdziesiąt trzy stopnie (zero absolutne). Ale mimo tego, to były jedne z najwspanialszych godzin w moim dotychczasowym życiu.

Dotarło do mnie, że mam w sobie dwa umysły. Jeden, który rozumie, ogarnia i dyskutuje, oraz drugi – związany z przeczuciami, obrazami, emocjami. Od razu polubiłem ten drugi. Cały ten nieświadomy, podświadomy, prawopółkulowy umysł, który chodzi swoimi ścieżkami i który tak często wypychamy poza życie, pozwalając mu działać tylko w trakcie snu.

Nieświadomość wielu osobom kojarzy się z freudowskim Id – zamordować, zgwałcić, ukraść itp. Freud był sprytnym gościem, ale był zboczony (tylko ten seks i seks), a co gorsze, był potwornym pesymistą.

Rollo May, również psychoanalityk, ale zdecydowanie bardziej optymistyczny, miał zupełnie inne podejście do nieświadomości. Była ona dla niego, jak pisał, źródłem wolności twórczej. Bez udziału nieświadomości to, co tworzymy, jest płaskie i ograniczone. Możesz mieć naprawdę wysokie IQ, ale jeżeli ograniczasz się tylko do tego, co jesteś w stanie wymyślić, przeanalizować i zaplanować, nie stworzysz niczego cennego.

Pracujesz nad czymś, zmagasz się, usiłujesz połączyć wszystkie kropki w całość, ale wszystko, co robisz, jest niezadawalające. Aż w którymś momencie, gdy twój świadomy umysł gubi napięcie i przestaje zajmować sobą całą głowę, pojawia się coś, co wykombinował nieświadomy umysł. I to jest to.

Rollo May daje swój własny przykład. Opisuje, jak zmagał się z jednym z problemów naukowych:

Któregoś dnia wieczorem, odłożywszy na bok książki i notatki, opuściłem małe biuro, z którego korzystałem  i wyszedłem na ulicę, kierując się w stronę metra. Byłem zmęczony. Próbowałem wyrzucić z myśli wszystkie przykre sprawy. Jakieś dwadzieścia metrów od wejścia na stację przy Ósmej Ulicy nagle, jak „grom z jasnego nieba” uderzyła mnie myśl […] za pierwszym pomysłem prędko pojawiły się następne […] zdałem sobie sprawę, że będę musiał zmienić całą moją teorię […]. Wgląd przedarł się do świadomego umysłu, wbrew temu, co wymyśliłem w sposób racjonalny. Miałem dobrą, logiczną, uzasadnioną hipotezę nad udowodnieniem której ciężko pracowałem.  Nieświadomość przedarła się przez barierę świadomych poglądów, których kurczowo się trzymałem (Rollo May, Odwaga tworzenia).

Każdy z nas ma nieświadomy umysł, którego możliwości przekraczają możliwości umysłu świadomego. Niestety, wielu z nas osiąga mistrzostwo w kurczowym trzymaniu się tego, co logiczne i planowe.

Nie chodzi o to, by pozbyć się logiki i zacząć działać wyłącznie intuicyjnie. Najcenniejsza jest sytuacja, w której te dwa umysły ze sobą współpracują. Aby tak było trzeba przynajmniej od czasu do czasu dawać głos swojemu nieświadomemu umysłowi. Jednym ze sposobów jest usiąść za pustą kartką papieru i pozwolić sobie na pójście za tym, co się pojawia.

Innym sposobem jest zacząć od czegokolwiek, ale śmiało to zostawić, gdy pojawi się coś ciekawszego. J.D. Sallinger w Buszującym w zbożu pisał:

Przeważnie człowiek nie zdaje sobie sprawy, co go najbardziej interesuje, dopóki nie zacznie mówić o tym, co go w sumie interesuje mniej. I trudno coś na to poradzić. Wtedy lepiej takiego zostawić w spokoju, zwłaszcza jeśli mówi ciekawie i wkłada w to serce. Lubię, gdy ludzie się czymś przejmują.

Gdy trzymasz się planu, często kończysz na tym, co cię tak w sumie nie interesuje. By znaleźć to, czym się tak naprawdę przejmiesz, potrzebujesz umiejętności rozluźniania uścisku planów.

Puszczenie się list, sposobów i wizji nie jest łatwe. Rollo May pisze, że nieświadomość zdaje się czerpać zadowolenie z burzenia naszego świadomego rozumowania. Cytuje także Pabla Picasso:

Każdy akt tworzenie jest w pierwszym rzędzie aktem zniszczenia.

Puścić się planów, to pozwolić sobie na katastrofę. A do tego trzeba odwagi.

To wszystko nie dotyczy jednak tylko pisania czy tworzenia.

Żyjemy w paradygmacie logiki, planów i optymalnych decyzji. Człowiek musi być zawsze konkretny. Musi mieć dokładnie określony cel. Musi zawsze widzieć, co chce osiągnąć i podążać z góry zaplanowaną, optymalną  drogą. Broń boże, by choćby przez chwilę włóczył się bez ładu i składu. By zostawił przypadkowi choćby kawałek swojego życia.

Tak każą nam myśleć coachowie. A jak jest w rzeczywistości?

Pomyśl, ile dobrych rzeczy w twoim życiu zostało zaplanowanych, a ile było efektem przypadku? Może jestem wyjątkiem, ale u mnie to, co najcenniejsze pojawiało się zazwyczaj niespodziewanie, spontanicznie, przypadkowo albo jako efekt pójścia za intuicją, której nie rozumiałem.

Plany były o tyle dobre, o ile sprawiały, że stawiałem pierwszy krok.

Mały przykład z ostatnich tygodni. Zaplanowaliśmy wyjazd do Ustki. Po przejrzeniu kilku portali, zebraniu opinii, obejrzeniu zdjęć, a nawet rozmowie telefonicznej z właścicielem, wybraliśmy ośrodek o dumnej nazwie Bajka. Byłem pewny, że będzie wspaniale. Fajne domki, fajna lokalizacja. Co może być nie tak? Zapłaciliśmy przedpłatę (równowartość czterech dni pobytu) i pojechaliśmy. Przez pierwszy dzień starałem się trzymać fason (nie, nie jest tak źle, na pewno przywyknę). Drugiego dnia dotarło do mnie, że mój plan był do niczego i że nie do końca jestem zadowolony. Trzeciego dnia dostałem migrenę. Głowa mi pękała, a ja wiedziałem, że tym razem nie chodzi o zmianę pogody. Wiedziałem, że to komunikat nieświadomego mózgu: Stary, tu jest do niczego, wynoś się stąd! A może jednak jest dobrze? Może nie ma co robić katastrofy?  Czwartego dnia rano, nie miałem pojęcia, jak dzień się skończy. Może jednak zostać, tak jak zaplanowaliśmy  (świadomość kurczowo trzymała się ustaleń), a może wcześniej wrócić do domu? Tak się jednak złożyło, że wsiedliśmy na rowery, by się przejechać. Tak się złożyło, że pojechaliśmy do odległej o półtora kilometra Biedronki. Po drodze zobaczyliśmy ośrodek, który nam się spodobał. Tak się złożyło, że osoba, która nim zarządzała, miała coś wolnego i od razu nam to pokazała. Przenieśliśmy się, a cała nasza czwórka stwierdziła, że to były najlepsze wakacje ever. Super ośrodek, super miejsce. Strach pomyśleć, co by było, gdybyśmy trzymali się planu.

Plany bywają potrzebne, ale jeszcze ważniejszy jest kontakt z nieświadomością. Człowiek, który wciąż myśli o tym, co chce osiągnąć i kurczowo trzyma się tego, co zaplanował to półgłówek – wykorzystuje tylko połowę swoje głowy. Druga połowa – nieświadoma i spontaniczna jest co najmniej tak samo cenna.

Nie trzymaj się aż tak kurczowo swoich pomysłów. Pozwól, by twój nieświadomy mózg również miał coś do powiedzenia.