Wiem całkowicie na pewno, że nie mam żadnego specjalnego talentu. Do moich odkryć doprowadziły mnie: ciekawość, obsesja i zawzięta wytrzymałość powiązana z samokrytycyzmem. Albert Einstein

Talent jest tańszy niż sól. To, co odróżnia kogoś utalentowanego od kogoś, kto odnosi sukcesy, to duża ilość ciężkiej pracy. Stephen King

Musiałem ciężko pracować. Każdy, kto pracuje tak samo ciężko, dojdzie tak samo daleko. J.S.Bach

Rób to, do czego masz talent albo przygotuj się na walkę w tłoku

Na pytanie o to, jaką ścieżkę rozwoju wybrać, często można usłyszeć: – Rób to, do czego masz talent! Słuszna rada, szczególnie w dzisiejszych czasach. W tłumie konkurujących ze sobą ludzi, ktoś kto potrafi coś niezwykłego ma znacznie łatwiej.

Kilkaset lat temu, gdy umiałeś w miarę dobrze śpiewać, mogłeś wygodnie z tego żyć. Konkurencja była niewielka – tylko ci, którzy zamieszkiwali okolicę i pojawiający się czasem wędrowni trubadurzy. Wystarczyło być nieco lepszym niż ogół. Dziś dzięki radiu, telewizji i internetowi w tej samej miejscowości występują ludzie żyjący na całym globie (a także ci nieżyjący). Nie wystarczy śpiewać lepiej niż laicy. By ktoś zechciał cię słuchać, musisz mieć w sobie coś więcej niż te zawodzące dzień i noc miliony śpiewaków.

Owszem to trochę nadmierne uproszczenie. Ale faktem jest, że upadek barier komunikacyjnych prowadzi do gwałtownego wzrostu konkurencji. A wzrost konkurencji sprawia, że znajomość podstaw przestaje się liczyć. Jak umiesz coś robić w miarę dobrze (programować, doradzać, prowadzić szkolenia, usuwać awarię, pisać, rysować itp.) to tak, jakbyś nic nie umiał.

Jest wiele strategii radzenia sobie z konkurencją. Najbardziej podoba mi się to, co powiedział mi kiedyś kolega, zapytany o to jak sobie poradzi z deregulacją w jego zawodzie i napływem młodych ludzi oferujących usługi niemal za darmo:

–Nie ma wyjścia, musimy być jeszcze lepsi w tym, co dla klientów jest naprawdę ważne.

To nie utopia. Ten człowiek doskonale rozumie rolę marketingu, budowania relacji czy bycia na pierwszej stronie wyszukiwarek.  Ale doskonale też rozumie, że konkurencja jest groźna tylko tam, gdzie niczego więcej od siebie nie wymagasz jak to by być w „miarę dobrym”.

To trochę tak jak z butami. Czy zalew rynku przez tanie, chińskie buty po dwadzieścia złotych ma wpływ na rynek butów po pięćset czy tysiąc za parę? Tanie buty są „w miarę dobre” i w miarę ładne. Ale czy to znaczy, że z ich powodu skończy się zapotrzebowania na solidne, przemyślane i wygodne buty?

Gdybyś miał być butem, co byś wybrał: bycie jedną z tych tanich i błyszczących par, sprzedawanych za bezcen na placach targowych, czy bycie solidnym, dopracowanym, przemyślanym, butem sprzedawanym w salonie? Jeżeli pasuje ci rozpychanie się w tłumie „taniego importu” – nie powinieneś czytać tego bloga, bo to tylko strata czasu. Zaostrz raczej swoje zęby i łokcie. Zaraz rozpocznie się bezpardonowa walka. Nie masz czasu na myślenie.

Jeżeli jednak nie pasuje ci taka rola, masz sposób: stać się talentem. Znaleźć się w pierwszej lidze, robić swoje tak, jak niewiele osób potrafi. 

Oprócz tego: czy nie szkoda życia na to by robić coś, co mogą zrobić bez większego przygotowania miliony ludzi? Czy nie szkoda czasu na bycie:

– w miarę dobrym lekarzem

– w miarę dobrym prawnikiem

– w miarę dobrym piekarzem

– w miarę dobrym sprzedawcą

– w miarę dobrym pisarzem

– …sam powiedz kim jeszcze..

Złe rozumienie talentu

Jeżeli zalecenie „Rób to, do czego masz talent” rozumiesz jako zachętę do wychodzenia ponad minimum – brawo. Problem jednak w tym, że większość z nas, tę radę rozumie zupełnie inaczej.

„Rób to, do czego masz talent” to najczęściej zachęta by zająć się czymś, co przychodzi łatwo i bez wysiłku. Przecież jeżeli ktoś ma talent do rysowania, to po prostu siada, trzy minuty machania ołówkiem i wszyscy mdleją z zachwytu. Jeżeli ma talent do gotowania, wchodzi do kuchni i od razu, nic tylko trzy gwiazdki Michelin. Jak ktoś ma talent, to wystarczy mu ruszyć palcem w bucie by wzbudzić podziw.

I to jest wytłumaczenie dlaczego inni odnoszą tyle sukcesów, a ja ciągle nie: Dlatego, że zostali obdarzeni większym talentem niż ja. Ja na pewno też mam talent, ale jeszcze musze go odkryć. Muszę znaleźć to, co przychodzi mi łatwo, bez zbędnego wysiłku i w czym nieodmiennie jestem dobry. To, do czego „się urodziłem”.

Niektórzy przez całe życie tego szukają. Zabierają się za coś wierząc, że jest to ich prawdziwe powołanie, że mają specjalny dar, który gwarantuje im sukces. Z radością to robią, fantazjując, jak to będzie gdy wreszcie inni się na nich poznają. Aż nagle docierają do przeszkody, takie, której nie da się przejść bez potu i łez. I wtedy robią w tył zwrot i zaczynają szukać czegoś nowego. Potrzeba wysiłku jest dla nich sygnałem, że jednak nie mają w tej dziedzinie dość talentu.

Mam wrażanie że w taki sposób talent rozumie 90% ludzi. To błędny, głupi, kretyński sposób rozumowania. Ale sposób do którego wiele osób jest przywiązanych jak do niepodległości. Nie tak łatwo pozbyć się efektu prania mózgu jakiemu jesteśmy ustawicznie poddawani przez media i papkę pseudo–psychologii.

Talent to ważna rzecz pod warunkiem, że rozumiesz czym jest. Zacznijmy zatem od krótkiego wprowadzenia.

Kiedy mówimy „talent”?

W moim mieszkaniu słychać czasem jak sąsiadka gra na flecie poprzecznym. Haydn, Bach, Mozart i te sprawy. Ja też gram na flecie. „Ognisko płonie w lesie”, „Panie Janie” i te sprawy. Ona jest talentem. Ja nie. Słowa „talent” używamy wtedy, gdy widzimy jak ktoś robi coś dla nas niedostępnego i coś, co podziwiamy: – Jak ty to zrobiłeś? Jesteś niesamowity!

W klasycznej łacinie słowo talent oznacza jednostkę pieniężną. Talent to moneta o określonej wadze. W takim sensie to słowo użyte jest w biblii. Słudzy dostają talenty, a więc pieniądze. Jezus nic nie mówi o umiejętnościach czy uzdolnieniach. Jego opowieść dotyczy raczej zapobiegliwości, przewidywania, wierności, troski czy braku przywiązania do własności. To wieloznaczna historia (jak każda inna przypowieść). Ludzie przez lata różnie ją sobie wyjaśniali. Między innymi podkładając pod pieniądze uzdolnienia czy możliwości. Ta interpretacja stała się tak popularna, że od XV wieku słowo talent zaczęło być używane właśnie w znaczeniu niezwykłych możliwości i uzdolnień. Mimo, że moim zdaniem ta interpretacja mocno spłyca przypowieść, doskonale rozumiem dlaczego ktoś mógł pomyśleć, że pieniądze można rozumieć jako uzdolnienia: są one bowiem nie mniej cenne jak złoto. Korzystanie z nich może nam przynieść prawdziwe bogactwo.

Gdy masz jakąą zdolność wyróżniającą cię z ogółu – tak jak moja sąsiadka, która gra na flecie – jest tak, jakbyś miał złoto. Tak było w XV wieku, i tak jest – w jeszcze większym stopniu – w XXI. Dziś polują na talenty nie tylko agenci wytwórni muzycznych czy programów telewizyjnych. Każda szanująca się firma ma program zarządzania talentami. Szuka się ludzi którzy mają talent do sprzedaży, zarządzania, przemawiania, usuwania awarii, odbierania telefonów itp. I mimo, że tego rodzaju programy mają dość niesławną historię (najsłynniejszy program zarządzania talentami w biznesie skończył się bankructwem Enronu) to większość personalnych  (według pewnych badań 94%) wierzy, że sukces ich firmy zależy od tego czy uda im się wygrać „wojnę o talenty”.

Skąd się bierze talent?

Dobra, talent to ktoś, kto ma nieprzeciętne możliwości. Ale skąd te możliwości się w nim biorą?

W starożytności odpowiedź była prosta:

– Albo sam jesteś bogiem, albo otrzymałeś ten dar od boga.

Nie ma się co dziwić, bo w zasadzie wszystko, łącznie z chorobami i niepowodzeniami przypisywano bogom. Gdy boskie tłumaczenie przestało wystarczać, świat zaczął się rozglądać za innym. Dostarczył go sir Francis Galton: Wszystko jest kwestią genów. Wyjątkowe uzdolnienia (podobnie jak wyjątkowe wady i łajdactwa) są przekazywane genetycznie. Umiejętności i uzdolnienia dziedziczymy dokładnie tak samo jak kolor oczu czy wzrost.

Francis Galton, autor ponad trzystu książek, swego czasu uznany naukowiec, angielski dżentelmen. Jednym z jego pomysłów, z których był bardzo dumny, była idea, że dla dobra rodzaju ludzkiego najlepiej kontrolować kto komu przekazuje geny. Przestępcy, niebieskie ptaki, osoby niepewne, ludzi leniwi a nawet osoby niepiśmienne najlepiej od razu sterylizować. Po cholerę ludzkości ich popsute geny?! Co innego tacy Galtonowie. Od razu widać, że genetyka jest po ich stronie. Ta łysina na przykład. Czy to nie jest dowód na przystosowanie do myślenia. Przecież szare komórki mają lepsze chłodzenie i mogą znacznie sprawniej pracować niż u jakichś kudłatych chamów! Albo te wielkie pekaesy (bokobrody) – czy to nie jest genetyczne osiągnięcie mające na celu ułatwienie podpierania głowy w trakcie dumania nad dwieście pięćdziesiątym dziełem? Dla dobra ludzkości, niech się rozmnażają tylko ci, którzy w genach mają talenty!

Całe szczęście bełkot, któremu Galton nadał nazwę eugenika, został dziś w całości odrzucony jako pseudonauka. Niestety chore myślenie Galtona na temat zdolności i talentów zatruwa nas do dzisiaj.

Dlaczego moja sąsiadka gra lepiej od mnie na flecie? Bo ma lepsze geny! Dlaczego mój kolega ma firmę o milionowych obrotach? Bo ma wrodzoną smykałkę (ja nie sugeruję wcale że on dlatego ma takie sukcesy bo jest żydem…ale wiecie…). Dlaczego nie mogę się za coś zabrać? Hm…. mój ojciec miał podobne problemy…. To muszą być geny. Proste wytłumaczenie: to wszystko sprawka genów. Pytanie tylko czym „geny” różnią się od „daru szalonych bogów”?

Galton nic nie wiedział ani o genach, ani o ich interakcji ze środowiskiem ani o mózgu będącym źródłem umiejętności. Jego hipotezy były błędne. Owszem dziedziczymy kolor oczu i włosów czy wzrost, ale nawet jeżeli dziedziczymy pewne predyspozycje umysłowe, nie one decydują o naszym sukcesie.

Wielki maraton

Z perspektywy dzisiejszej nauki brak jest dowodów spełniających choćby minimalne standardy naukowe, który by potwierdzały wrodzoność talentów. Owszem tu i ówdzie można spotkać doniesienia o dzieciach, które same uczą się czytać w wieku dwóch lat. Są to jednak anegdoty. Pan profesor zaczyna wspominać stare dzieje i okazuje się, że nauczył się czytać już w kołysce, bez niczyjej pomocy, obserwując jedynie lot much pod sufitem. Może i tak było, ale nie dysponujemy żadnym potwierdzonym opisem tego typu przypadków. Tak, wiem… Mozart. Zajmiemy się nim za chwilę.

Nie chcę przekonywać kogokolwiek, że czynniki wrodzone nie mają żadnego znaczenia (choć niektórzy tak uważają). Jakieś znaczenie zapewne mają. Możemy przyjąć że różnimy się predyspozycjami, możemy także przyjąć, że niektórym osobom, pewne osiągnięcia przychodzą łatwiej niż innym. Na przykład niektórzy z nas szybciej niż inni nauczą się grać na fortepianie, szybciej nauczą się rysować konia czy opowiadać spójne historie. To jednak niewiele zmienia.

Wyobraźmy sobie, że rozwój umiejętności przypomina maraton. Na 42 kilometrze znajduje się poziom mistrzowski. Ktoś, kto tam jest potrafi robić rzeczy niezwykłe (dla tych, którzy są bliżej startu). To poziom absolutnego mistrzostwa i spełnienia zawodowego.

Czy można urodzić się na 42 kilometrze? Nie ma szans. Każdy rodzi się w tym samym miejscu. Na początku wszyscy umiemy to samo: ssać, przełykać, wodzić oczyma i parę innych, równie potrzebnych w tym okresie życie umiejętności. Nasz umysł zaczyna się jednak uczyć. Zaczynamy biec. Niektórzy być może biegną szybciej niż inni. Pierwszy kilometr pokonują w czasie, który innym jest potrzebny na to by pokonać sto metrów. Ich przewaga może się utrzymywać nawet na piątym kilometrze. Nawet na dziesiątym.

Jednak w którymś momencie, po opanowaniu podstawowych umiejętności, szybkość rozwoju staje się taka sama dla wszystkich (wiemy to z badań Andersa Ericssona, o których wspomnę dalej). Pokonanie jedenastego kilometra zajmuje wszystkim zawodnikom mniej więcej tyle samo czasu. Mówiąc inaczej: nawet jeżeli opanowanie podstaw przyszło ci szybciej niż innym, opanowanie poziomu mistrzowskiego, zajmie ci tyle samo.

I wtedy dzieje się dziwna rzecz. Ci którzy byli przyzwyczajeni do szybkiego tempa i łatwości rozwoju, zatrzymują się zaszokowani. – Do tej pory byłem uzdolniony, wszystko mi wychodziło bez wysiłku, a teraz muszę walczyć o każdy kawałek. Coś jest ze mną nie tak? Pojawiają się wątpliwości, rozczarowanie, depresja, zniechęcenie. To nie przypadek, że tak często słyszymy o kiepskich losach dzieci słynnych rodziców.

A co się dzieje z tymi, którzy czuli wysiłek nawet na pierwszych stu metrach? Opór nie jest dla nich żadnych zaskoczeniem. Nie widzą różnicy, zawsze było ciężko. I po jakimś czasie mijaj ją, jak żółw z bajki Ezopa, biadolących na poboczu zwycięzców pierwszych kilometrów. Czy z perspektywy maratonu to takie istotne w jakim czasie pokonasz pierwszy kilometr?

W znakomitym filmie „Bębniarz” Kennetha Bi, jest scena, gdy młody perkusista chce dołączyć do grupy bębniarzy zen. Mówi:

– Mam talent

– Tym gorzej dla ciebie. Będzie ci ciężej.

Posiadanie talentu rozumianego jako wrodzone uzdolnienia, jest utrudnieniem, jeżeli zależy ci na wyjściu poza przecięty poziom. Dzięki wrodzonym uzdolnieniom być może szybciej opanujesz podstawy, ale mistrzostwo jest efektem czegoś zupełnie innego.

Skąd bierze się mistrzostwo?

Mistrzostwo w jakiejkolwiek dziedzinie nie jest efektem genów, ani żadnych wrodzonych czynników. Przede wszystkim jest efektem plastyczności naszego mózgu. Poddany określonym ćwiczeniom mózg zmienia swoją strukturę. Mózg mistrza fortepianu jest inny niż mózg osoby, która zaczyna się uczyć gry. Gdybyśmy porównali ilość i rozkład szarej oraz białej substancji, mielibyśmy ochotę powiedzieć, że te mózgi pochodzą od osobników innych ras czy gatunków. Starożytni mieli rację: od strony fizjologicznej mózg mistrza jest mózgiem niemal boga!

Mistrzowie posługują się połączeniami nerwowymi jakimi przeciętni ludzie nie dysponują.  Oczywiście we wszystkich innych zadaniach ich mózgi przypominają nasze, jednak w wybranej przez nich dziedzinie, mają coś co wygląda jakby zostało zrobione na specjalne zamówienie. Jakby ktoś przeprowadził gruntowny tunning (naprawdę gruntowny, żadne tam ozdóbki). Skąd się wziął u nich taki mózg? Dar niebios? DNA? Z podobnego źródła, z jakiego Arnold Schwarzenegger wziął kaloryfer na brzuchu i wielki biceps. Z siłowni. A dokładniej, z dziesiątków godzin precyzyjnie zaplanowanego wysiłku. Zadziwiającym odkryciem ostatnich kilkudziesięciu lat jest to, że nasz mózg przypomina mięśnie. Rozwija się w zależności od tego jakie zadania przed nim stawiamy.

Niezwykłe, niedostępne zdolności mistrzów (tych, których nazywamy „prawdziwymi talentami”) są efektem struktur mózgowych wypracowanych w ciągu tysięcy godzin żmudnych, regularnych ćwiczeń.

Gdy jesteśmy zaszokowani czyimiś możliwościami i jesteśmy skłonni przypisać je czynnikom wrodzonym, to tylko dlatego, że widzimy zaledwie czubek góry lodowej. Gdy widzisz kogoś, kto kłania się w powodzi braw, obserwujesz tylko ułamek jego życia. Oczywiście zdajesz sobie sprawę, że ta osoba ćwiczyła, ale do głowy ci nie przychodzi jak żmudne i wytrwałe to były ćwiczenia. Nie słyszysz tysięcy powtórzeń, nie widzisz frustracji, zmęczenia, porażek, setek pokus by rzucić to w cholerę i zająć się czymś innym. Nie widzisz dziesięciu tysięcy godzin ćwiczeń i tylko dlatego możesz sobie wyobrażać, że ta osoba dostała coś za darmo.

A Mozart?

Gdy mówię o tym, że niezwykłe dzieci to mit i że rzadko kiedy wyrastają z nich niezwykli ludzie, czasem słyszę:

– Nie masz racji. Przecież Mozart był cudownym dzieckiem!

– A co wiesz o Mozarcie? – pytam.

– W wieku sześciu lat dawał koncerty i komponował!

To rzeczywiście może robić wrażenie. Mały Wolfgang siedzi na poduszkach ułożonych na krześle. Jego stopy zwisają wysoko nad podłogą. Jednak z klawesynu, przed którym stoi krzesło dobiega muzyka taka, jakby siedziała za nim dorosła osoba. Gdy dziecko zeskakuje na podłogę, słychać brawa i cała uwaga skupiona jest na chłopcu. Na pewno dzieciakowi się należy. Ale rozejrzymy się wokół. Kto stoi obok? Ojciec, Leopold Mozart.

Gdy Wolfgang Amadeusz przyszedł na świat Leopold był już w trakcie przedziwnego projektu edukacyjnego. Wiedząc, że nie ma szans osiągnąć wymarzonej pozycji kapelmistrza, całą swoją ambicję przeniósł na córkę Nannerl. Postanowił uczynić z niej wybitną instrumentalistkę. Miał do tego podstawy. Mimo, że sam nie był ani dobrym muzykiem ani kompozytorem, była dziedzina w której był prawdziwym Mozartem: pedagogika. W 1756 roku, w tym samym, w którym urodził się Wolfgang, wydana została jego książka Gruntowna szkoła skrzypcowa (Versuch einer gründlichen Violinschule). To dzieło, które co przez prawie dwieście lat było za aktualne i ważne.

Wolfgang jako niemowlę obserwował lekcje swoje siostry i szybko zaczął ją naśladować. Zaczęto go nawet sadzać za klawesynem. Na początku pewnie dla zabawy. Leopold zaczął uczyć córkę w wieku siedmiu lat i tylko przez przypadek odkrył, że można uczyć muzyki nawet dwulatka. Szybko główny ciężar muzycznych ambicji ojca przeniósł się na syna – chłopiec miał większe szanse na sukces niż dziewczyna. Rozpoczęła się żmudna nauka.

Dodajmy teraz do siebie: wiedza i umiejętności pedagogiczne ojca, jego niezrealizowane ambicje ulokowane w dzieciach, kontakt z muzyką od urodzenia, chęć uczenia się i wysoka motywacja. Co wychodzi? Trzy i pół tysiąca godzin wysokiej jakości ćwiczeń, zakumulowane w wieku sześciu lat (takie są szacunki dr Michela Howe z Uniwersytetu w Exeter).

Ile to jest trzy tysiące pięćset godzin ćwiczeń? Gdybyś dziś zaczął ćwiczyć grę na jakimś instrumencie, na którym absolutnie nie potrafisz grać i gdybyś ćwiczył dziennie po trzy godziny, przez siedem dni w tygodniu, bez przerwy na Nowy Rok, Boże Narodzenie czy własne urodziny, tą ilość godzin osiągnąłbyś nie wcześniej niż na wiosnę 2015 roku – za trzy lata. Wyobraź sobie także, że byś ćwiczył z pełnym zaangażowaniem, z pełnym oddaniem, pod okiem doskonałego nauczyciela, Jak myślisz, czy po taki treningu byłbyś w stanie zagrać poprawnie kilka sonat? – Pewnie bym zagrał, ale nie tak doskonale jak zawodowy muzyk… A kto powiedział, że sześcioletni Wolfgang grał doskonale? Ani w wieku sześciu lat, ani potem nie był wybitnym instrumentalistą. Nikt nie porównywał dziecka z wybitnymi muzykami. Otrzymywał brawa, nie dlatego, że w niezwykły sposób grał, ale że robił to mając sześć lat.

A co z komponowaniem? Zgadza się, Mozart komponował w wieku ośmiu lat. W końcu komponowanie również było niezrealizowanym marzeniem Leopolda. Wszyscy krytycy zgodnie jednak mówią, że te pierwsze utwory Amadeusza nie miały w sobie nic Mozartowskiego. Były to raczej aranżacje utworów innych kompozytorów. Kawałki płaskie i mało odkrywcze. Gdyby na nich poprzestać, nazwisko Mozart byłoby znane jedynie koneserom historycznych ciekawostek.

Prawdziwie oryginalne utwory Mozart zaczął pisać mniej więcej po dziesięciu latach zawziętego komponowania. Pierwszy wielki koncert fortepianowy (numer 9, Jeunehomme) napisał mając 21 lat. To była jego 271 skończona kompozycja!

Dwadzieścia jeden lat – jeżeli patrzymy tylko na wiek, to rzeczywiście można westchnąć z wrażenia. Ktoś kto spędził swoje 21 lat życia głównie na braniu udziału w beznadziejnych lekcjach szkolnych, oglądaniu idiotycznych teleturniei i zastanawianiu się co by tu w życiu zrobić,  ma dużą pokusę westchnąć:

– Ziom na pewno miał wrodzony talent, samo mu to przyszło!

Samo mu przyszło? Nie tylko nie przyszło mu to samo, ale są znawcy, którzy twierdzą, że gdy nie sugerować się wiekiem a ilością pracy, talent Mozarta dojrzał stosunkowo późno i za cenę stosunkowo dużego wysiłku.

Czy sam Mozart uważał siebie za geniusza (choćby w jakimś procencie podobnym do postaci z filmu Formana?) W jednym z listów do ojca pisał:

Ludzie robią wielki błąd, gdy myślą, że moja sztuka łatwo do mnie przychodzi. Nikt nie poświęcił komponowaniu tak wiele czasu i myślenia jak ja. Nie ma żadnego słynnego mistrza, którego muzyki nie studiowałbym w kółko i w kółko.

Zasada 10 000 godzin praktyki

W 1991 roku psycholog Anders Ericsson postanowił przebadać studentów Berlińskiej Akademii Muzycznej. Kierując się ocenami, opiniami wykładowców i osiągnięciami w konkursach, podzielił ich na trzy grupy. W pierwszej – zwanej solistami – znaleźli się najlepsi, osoby uważane przez nauczycieli za wybitnie uzdolnione, którym wróżono karierę wybitnych solistów. W drugiej grupie znaleźni się dobrzy studenci. Osoby oceniane nieco niżej, mające na swoim koncie mniej sukcesów, na tyle jednak dobre by wróżyć im karierę muzyków w doskonałych orkiestrach. Trzecią grupę nazwano nauczycielami. Jedyne na co mogły liczyć te osoby, to posada nauczyciela muzyki, żadnych szans na bycie solistą, niewielkie szanse na pracę w dobrej orkiestrze symfonicznej.

Ericsson postanowił drobiazgowo sprawdzić czym różnią się te trzy grupy. Sprawdzał wszystko co się dało: kiedy zaczęli naukę, z jakiej pochodzili rodziny, jakie mieli zainteresowania, ile sypiali, jak spędzali czas wolny, jakie uprawiali sporty itp. Kolejne czynniki okazywały się nie mieć znaczenia. Jeden po drugim odpadały jako wyjaśnienia różnic w umiejętnościach. Wszystko zaczynało wyglądać w typowy sposób: boski dar, zupełnie nieprzewidywalny i niemożliwy do wytłumaczenia.

Ale do czasu. Ericssonowi w końcu udało się znaleźć jeden, jedyny czynnik, który dzielił grupy studentów jak ostry nóż dzieli jabłko. Wystarczyło sprawdzić ten czynnik by bez zadawania pytań nauczycielom, bez sprawdzania wyników konkursów muzycznych przewidzieć kto jest uważny za wybitnie utalentowaną osobę a kto nie. Ten czynnik to zakumulowana liczna godzin ćwiczeń. W wieku 20 lat soliści mieli za sobą 10 000 godzin praktyki. Dobrzy studenci mieli za sobą 8 000 godzin, nauczyciele 4 000 godzin. Nic więcej nie różniło tych ludzi.

W późniejszych badaniach okazało się, że 10 000 jest liczbą niemal magiczną. Po zakumulowaniu takiej liczby ćwiczeń ludzie stają się mistrzowskimi szachistami, pianistami, sportowcami czy chirurgami.

Wniosek jest prosty: chcesz być w czymś naprawdę utalentowany – ćwicz to przez 10 000 godzin. Przeciętnie zajmuje to jakieś 10 lat. Dlatego najlepiej zacznij od razu. Ale zanim rzucisz się do ćwiczeń. Nie chodzi o sam czas. Gdy będziesz przez 10 000 godzin coś robił – np. pisał czy komponował– twoje umiejętności wcale się nie rozwinął. Gdyby chodziło o sam czas, wielu taksówkarzy mogłoby z powodzeniem ścigać się na torach rajdowych. Drugą częścią odkrycia Ericssona było to, że jakiekolwiek ćwiczenie nie ma żadnej wartości. Liczy się wysoka jakość ćwiczeń, coś co nazywa deliberat practice – celową praktyką. Ericsson pisze:

W celowej praktyce nie chodzi o „robienie więcej tego samego”, polega ona raczej na zaangażowaniu się z pełną koncentracją w działanie, które ma na celu podniesienie jakości wykonania. Celowa praktyka nie jest sama w sobie przyjemna.

Mówiąc inaczej, gdy ktoś sobie gra dla przyjemności – choćby robił to przez sto tysięcy godzin, jego talent się nie rozwija. Może się rozwinąć, dopiero wtedy, gdy zaczyna wykonywać żmudne ćwiczenia, których celem jest udoskonalenie konkretnych umiejętności.

Celowej praktyce towarzyszy:

  • Maksymalne skupienie na tym, co się robi. Wejście w to na dwieście procent.
  • Konkretny cel dotyczący jakiegoś aspektu umiejętności (na przykład ćwiczysz jakiś trudny fragment utworu, albo szybkość czy siłę itp.).
  • Mądrze wybrany cel – praktykując musisz dokładnie wiedzieć co składa się na całość, jakie elementy są ważne.
  • Bieżący dopływ informacji zwrotnej (od razu wiesz, czy ci się udało czy nie).
  • Powtarzalność – wykonujesz ćwiczenia raz za razem, tak długo, aż ci wyjdzie.
  • Olbrzymi wysiłek i związane z nim zmęczenie, które sprawia, że nie sposób ćwiczyć bez przerwy dłużej niż przez godzinę czy dwie.
  • Olbrzymia liczba porażek – próbujesz robić coś, co ci nie wychodzi. Gdy zacznie ci wychodzić stawiasz sobie wyższy cel.

Znajdź swoją kuchnię

Być może nie masz zamiaru zostać wirtuozem fortepianu ani czegokolwiek innego. Być może wystarczy ci być dobrym fachowcem, lub przynajmniej znośnym specjalistą. Twój wybór. Pamiętaj jednak, że nawet studenci z trzeciej grupy (przyszli nauczyciele) mieli na koncie całkiem sporo celowej praktyki  (4000 godzin). Jedyną alternatywą wobec celowej praktyki jest bycie zaledwie dobrą miernotą. Jeżeli ci ta możliwość nie pasuje, wpleć w swoje życie regularne, celowe ćwiczenie. Przynajmniej przez godzinę dziennie.

Jak to zrobić?

Sprawa numer jeden: wybierz umiejętność, na której ci zależy. Coś w czym będziesz się doskonalił przez te parę tysięcy godzin. 

Jestem fanem Gordona Ramsaya. Po jego programach, mimo że dotyczą one dziedziny dla mnie zupełnie obcej, zawsze mi się rozjaśnia w głowie. Pamiętam jeden z programów, w którym Gordon rozmawia z jakimś kolejnym zagubionym właścicielem restauracji. Oprócz typowych rad, dotyczących menu, higieny czy wystroju Gordon radził:

– Spędzaj więcej czasu w kuchni.

Dla tego człowieka to było olśnienie. Kucharz z zamiłowania, przestał gotować, gdy stał się właścicielem. Pochłonęły go tysiące pilnych spraw. Zaczął odgrzewać i preparować posiłki.

To prosta i rewelacyjna rada:  spędzaj więcej czasu w kuchni. Jak często zapominamy o tym, co stanowi istotę naszej pracy, o tym co wnosi prawdziwą wartość i skupiamy się wyłącznie na otoczce. Jak często zapominamy nawet o tym, gdzie jest nasza kuchnia!

– Gdzie jest istota, tego co robisz?

– Co jest twoją kluczową umiejętnością, bez której to wszystko nie ma sensu?

– Bez czego całe to zamieszanie jest nic nie warte?

Każdy z nas musi zajmować się wieloma rzeczy: księgowością, informatyką, promocją, marketingiem, odprowadzaniem dzieci do szkoły, gotowaniem obiadów, płaceniem rachunków…  Nie ma co marzyć, że kiedyś to wszystko będzie się robić samo. Ale nie wolno zapominać co jest sednem. Nie wolno zapominać w czym powinieneś stawać się mistrzem.

W moim przypadku to pisanie. Bez pisania to wszystko co robię – blogi, szkolenia, nagrania, projekty, oferty, przedsięwzięcia itp. – są robieniem pustego zamieszania.

Zapewne ktoś inny, będąc w mojej sytuacji wybrałby coś innego – np. prowadzenie szkoleń, budowanie zespołu czy motywowanie ludzi. To, co ma się stać twoim talentem jest twoją indywidualną decyzją. I tą decyzję trzeba podejmować kierując się sercem.

Mądrze spędzaj czas w swoje kuchni

Jeżeli już wiesz gdzie jest twoja kuchnia zacznij w niej spędzać czas. Kilka rad:

  • Codziennie, najlepiej bez przerw na soboty i niedziele. Minimum przez godzinę.
  • Nie więcej niż 3 godziny (jeżeli możesz czemuś poświęcić więcej niż 3 godziny, to znaczy, że nie ma to wiele wspólnego z celową praktyką, daj z siebie tyle byś nie miał siły na czwartą godzinę).
  • Wchodząc do swojej kuchni za każdym razem postaw przed sobą cel. Czy chcesz dzisiaj przećwiczyć robienie zupy czy przygotowanie ryby? Powiedz sobie, co dzisiaj chcesz osiągnąć, czego chcesz się nauczyć, jaki aspekt umiejętności chcesz udoskonalić.
  • Twój cel musi być na tyle trudny by przynajmniej parę razy ci nie wyszło. Jeżeli za każdym razem ci się udaje, postaraj się bardziej.
  • Nie szukaj w kuchni ucieczki, relaksu czy odpoczynku. Wchodzisz do niej po to, by walczyć. Owszem, poczujesz przyjemność, ale to nie będzie przyjemność tego rodzaju jaką się ma pod palmą nad ciepłym morzem. To będzie raczej przyjemność jaką się czuje wchodząc obolałym, niewyspanym, z zakrwawionymi palcami na wysoki górski szczyt.
  • Oczywiście cel nie powinien być absurdalny. Powinien przekraczać (nawet znacznie) to, co umiesz teraz, ale musi być realny. Jeżeli wciąż i wciąż nie udaje ci się go osiągnąć, cofnij się, zacznij od czegoś łatwiejszego a potem mądrze podnoś poprzeczkę.
  • Gdy coś ci nie wychodzi, rozłóż to na czynniki pierwsze. Trudny zamiar rozbij na pod-cele i ćwicz poszczególne aspekty, aż uda ci się to złożyć w całość.
  • Poszukaj źródła obiektywnej informacji zwrotnej. Kogoś (lub coś) co ci powie czy ci się udało. Dużą pomocą jest dobry nauczyciel.
  • Poszukaj wzorca – kogoś, kogo podziwiasz i staraj się go naśladować. Pytaj siebie Co by na to …(twój wzór)… powiedział? Co by skrytykował? Co by pochwalił?
  • Nie przerażaj się wrażeniem, że jesteś wciąż w tym samym miejscu. To typowe doświadczenie. Gdy uważnie praktykujesz, umiejętności rozwijają się tak powoli. Tak jakbyśmy szedł w stronę gór  i miał wrażenie, że się nie zbliżasz. Jeżeli tylko dobrze ii regularnie ćwiczysz, twój talent się rozwija. Poczucie braku postępów, mimo solidnej pracy jest dobrym sygnałem. Tak samo jak niepokojącym sygnałem jest poczucie gwałtownego rozwoju, przy braku solidnych ćwiczeń.