Determinacja i pokora

Dwie osoby

Z jednej strony człowiek pewny siebie, zdecydowany i wierzący we własną gwiazdę. Gdy starał się o przyjęcie na Hervard, jeden z profesorów zapytał go czy jest inteligentny.

– Jestem zajebiście inteligenty – odpowiedział.

Najlepiej czuł się w drogim, włoskim garniturze, na środku sali, gdy mógł opowiadać innym o swoich genialnych pomysłach. Poruszał się jak gwiazda filmowa świadoma otaczających ją wielbicieli i fotoreporterów. Patrzył przed siebie twardym, nie znoszącym sprzeciwu wzrokiem.

Z drugiej człowiek skromny, świadomy swoich braków. Zza dużych okularów przypominał cierpliwego nauczyciela z małomiasteczkowej szkoły. Najlepiej czuł się w kraciastej koszuli, na swojej farmie i w ulubionej koparce. Nie udzielał zbyt dużo wywiadów, rzadko był obiektem zainteresowania fotografów. Jeżeli już musiał być w centrum, wolał odwracać uwagę od siebie i kierować ją na coś innego.

Gdyby tych ludzi postawić obok siebie i zapytać przechodniów, który ma szansę zrobić karierę, dziewięćdziesiąt procent wskazałoby pierwszego. Takie czasy. Trzeba być przebojowym, agresywnym i zdecydowanym. To musi być prawda, skoro tyle osób tak uważa. Osoby przebojowe i całkowicie bezkompromisowe są szybciej dostrzegane i łatwiej robią karierę. Tak, ten pewny siebie człowiek zrobił karierę. Został prezesem ogromnej, zatrudniającej kilkadziesiąt tysięcy osób firmy. Przez długi czas gazety i inwestorzy czcili go jak geniusza.

Ale temu drugiemu, mimo wszystko też się udało. Też został prezesem dużej firmy. Tyle, że końcowe efekty jego działania były zupełnie inne. Najpierw jednak wróćmy na chwilę do naszej gwiazdy.

Wrodzony talent

W życiu trzeba mieć talent. Trzeba mieć ten dar od Boga (lub Natury lub Losu). Gdy masz, wszystko przychodzi łatwo i prosto.

Firmą, która zapoczątkowała ruch „zarządzania talentami” był McKinsey. Troje z jej kluczowych konsultantów napisało bestseller „War for talents”. Na świecie trwa wojna o talenty. Ten, kto ją wygra, wygra wszystko. Trzeba jak najszybciej znajdować utalentowanych ludzi (najlepiej jeszcze na studiach), pozyskiwać ich i tworzyć im odpowiednie warunki (płacić, płacić, płacić i raz na rok oceniać). Sukces jest kwestią czasu. Nie można przegrać, gdy masz ludzi z talentami.

Możesz przegrać tylko wtedy, gdy nie jesteś agresywny. To wojna a nie popołudniowa przechadzka. Nie może ci zadrżeć ręka przy zwalnianiu starych, ale nie tak zdolnych pracowników. Nie możesz się wahać przed awansowaniem młodych zdolnych ponad głowami bardziej doświadczonych.

Jednym z najbardziej utalentowanych konsultantów McKinseya, najmłodszym w historii partnerem był Jeffrey Skilling. Dosyć szybko został szefem ogromnej firmy obsługiwanej przez McKinseya. Oczywiście od razu wdrożył w niej program zarządzania talentami. Przyjmował ludzi takich jak on – młodych, zdolnych i agresywnych.

Skilling, sam o sobie mówił:

Mój geniusz nie tylko określa moją wartość, on także określa wartość tej firmy. Mój geniusz kreuje wartość. Mój geniusz jest zyskiem dla firmy!

To się nazywa rozmach. Uważać się za geniusza to drobnica. Uważać się za geniusza wartego miliardy dolarów – to dopiero coś.

Firma nazywała się Enron. Gdy okazało się, że pomysły Skillinga nie są genialne, ani nawet dobre, jedynym rozwiązaniem stały się oszustwa. Skilling z kolegami zaczął na wielką skalę fałszować dane księgowe. Był zbyty bystry by nie domyślać się, jak to się skończy. Nie był jednak w stanie znieść świadomości, że nie jest geniuszem. Był w stanie zrobić dosłownie wszystko byle tylko nie okazało się, że jest zwykłym śmiertelnikiem, który jak inni popełnia błędy.

Jego niezachwiana wiara we własny geniusz doprowadziła do utraty pracy przez 22 tysiące osób oraz bilionowych strat, jakie ponieśli inwestorzy. On sam został zmuszony do przeprowadzki z najwyższego piętra oszklonego wieżowca do znacznie mniej przestronnej, więziennej celi. Dostał 24 lata bez możliwości zwolnienia przed upływem 20 lat. Oczywiście uznał wszystko za spisek. Pewnie dalej czuje się tak samo cenny. Nie sądzę jednak by więzienie, w którym przebywa rozważało wejście na giełdę.

Opinia jaką ma Skilling na swój temat nie ma nic wspólnego z rzeczywistością. Jego mniemania, przez pierwszy okres kariery, gdy ważne było robienie wokół siebie szumu, zapewne były pomocne. Ale później, gdy sprawa przestała się do tego sprowadzać, doprowadziły do katastrofy. Skilling całkowicie stracił kontakt z rzeczywistością. Jego inteligencja (naprawdę wysoka) na nic mu się nie przydała, bo nie potrafił odczytać tego, co wokół dzieje.

Mimo tego, że co pewien czas mamy okazje przyglądać się opłakanym skutkom działania ludzi takich jak Skilling czy ostatnio Madoff, ciągle pokutuje wyobrażenie, że w biznesie nie da się inaczej. Że co prawda bycie pyszałkiem zbyt estetyczne nie jest, ale to wynik ostrej konkurencji, XXI wieku czy specyfiki biznesu. Taki styl wydaje się odpowiednim przystosowaniem do warunków. Ale to nie jest prawda.

Ciągły rozwój

Jim Collins, który zajmuje się badaniem przedsiębiorstw odnoszących długotrwałe sukcesy, w książce „Good to great” (Od dobrego do wielkiego) jako pozytywny przykład opisuje firmę Kimberly-Clark. Jej szefem był Darwin E. Smith. Gdybyś zainwestował jednego dolara, w dniu w którym Smith objął jej stery, po 20 latach w dniu gdy przeszedł na emeryturę zrobiłoby się z niego 40 dolarów. To cztery razy lepszy wynik niż to, co osiągnęły dobre firmy giełdowe.

W 1971 roku, gdy Darwin E. Smith został wybrany prezesem, jeden z dyrektorów wziął go na bok i zapytał, czy zdaje sobie sprawę, że nie ma wszystkich potrzebnym na tej pozycji kompetencji. Smith ani się nie obruszył, ani nie zaprzeczył. Sam zbyt dobrze o tym wiedział. Nie uważał się za osobę wyjątkową ani wybitnie uzdolnioną. Po wielu latach, gdy osiągnął sukces, zadano mu pytanie jak udało mu się to zrobić. Smith odpowiedział:

– Nigdy nie zaprzestałem prób by zdobyć kwalifikacje do tej pracy.

Zespół Collinsa przebadał wiele firm. Okazało się, że w każdej z „wielkich” szefem był ktoś, kto przejawiał, jak to nazywa Collins „piąty poziom zarządzana”. Charakterystyczną cechą tego stylu jest osobista pokora (personal humility).

Żaden z szefów tych firm nie miał rozbuchanego ego. Nikt z nich nie twierdził, że wszystko wie, że jest najmądrzejszy, że nigdy się nie myli i zawsze osiąga sukcesy. Nikt z nich nie mówił o sobie per „geniusz” lub „urodzony talent”.

Szefowie tych firm:

…nigdy nie chcieli zostać super-bohaterami (larger-then-life hero). Nigdy nie aspirowali do tego by być na piedestale lub stać się niedosięgłą ikoną. Byli zwyczajnymi ludźmi, którzy bez rozgłosu osiągali niezwyczajne rezultaty.

Okazuje się, że to pokora jest kluczem a nie pycha.

Pokorny i zdeterminowany człowiek

Nie chodzi o dwóch różnych ludzi, mimo, że „pokorny zdeterminowany” brzmi jak oksymoron. Albo jesteś pokorny albo zdeterminowany? Niby dlaczego te dwie rzeczy miały się wykluczać? Collins pisze, że piąty poziom zarządzania to „paradoksalna mieszanka pokory osobistej z silną wolą”. Owszem tego rodzaju szefowie nie lubią mówić o swoich osiągnięciach, nie lubią błyszczeć na świeczniku. Ale to nie znaczy, że lubią zgadzać z każdym zdaniem i poddawać się każdej trudności. Przeciwnie. Dzięki temu, że nie muszą się promować i udowadniać geniuszu, potrafią skuteczniej niż inni zadbać o firmę. Gdy to nie ty jesteś w centrum własnej uwagi, ale firma, którą kierujesz, możesz osiągnąć naprawdę wiele.

Pyszałkowatemu Skillingowi, tak naprawdę nie zależało na firmie. Jemu zależało tylko na własnej wielkości.

Determinacja neurotyka

Jedynym ważnym dla Skillinga celem było pokazać światu swój geniusz. Jeżeli nie jestem geniuszem to niech się wali cały świat. Nic innego się nie liczy. Tysiące ludzi bez pracy, miliony osób tracących zainwestowane oszczędności – to mały pikuś w porównaniu z moją tragedią. Z tym, że ktoś zaprzecza mojej genialności.

Taka osoba robi wrażenie szalejącego tygrysa. Ale jej determinacja nie jest skierowana na konstruktywne działanie. Ten szalejący tygrys jest ślepy. Jego pazury trafiają w pustkę. Walczy z urojonymi duchami, które zagrażają jego urojonej tożsamości. Równocześnie nie dostrzega, że wokół zaciska się prawdziwa sieć.

To nie jest determinacja zdrowej osoby. Jest to typowy mechanizmem neurotyczny. Karen Horney tak go opisuje:

Oto mówi sobie, że jest i będzie kimś nieporównanie lepszym od „nich”. Stanie się kimś naprawdę wielkim i wszystkich zawstydzi. On im pokaże jak dalece go nie docenili i jak bardzo skrzywdzili. Stanie się wielkim bohaterem (w przypadku Stenhalowskiego Juliana – Napoleonem) prześladowcą, przywódcą, uczonym o nieśmiertelnej sławie.

Taki super-bohater stawia sobie szereg wymagań, ale nie po to by coś wnieść do świata, ale po to, by ciągle udowadniać sobie i innym swoją wyjątkowość:

Uzasadnieniem dla stawianych wymagań, jest przekonanie o posiadanych wybitnych przymiotach, na które składają się: większa od innych wiedza, „mądrość’ i zdolność przewidywania. (Karen Horney, Nerwica a rozwój człowieka)

Takie szarpanie się jest efektem wewnętrznej rozpaczy związanej z brakiem poczucia akceptacji. Skilling nie miał grama zdrowej akceptacji siebie. A z akceptacją siebie jest trochę jak z butami. Gdy są dobre, zapominasz o stopach. Gdy ciągle o nich pamiętasz, coś jest nie tak.

Ludzie, którzy akceptują siebie nie mają potrzeby zajmowania się sobą. Zapominają o sobie, jak zapomina się o wygodnych butach. Gdy ciągle wracasz do siebie, coś jest nie tak.

Pokorna determinacja

Gdy nie musisz walczyć z duchami, które zabierają ci twoją urojoną nieśmiertelność możesz zacząć osiągać coś rzeczywistego.

Darwin E. Smith był równocześnie pokorny i zdeterminowany. Pochodził z ubogiej rodziny i aby skończyć college, pracował dniami a uczył się nocami. Dzięki uporowi dostał się na prawnicze studia na Harvardzie. Gdy kilka miesięcy po objęciu posady prezesa, lekarze wykryli u niego raka krtani i dali mu rok życia, nie przestał ani na chwilę pracować. O chorobie poinformował zarząd, podkreślając, że ciągle jeszcze żyje. Dalej pracował jako prezes, równocześnie jeżdżąc na naświetlania. To tylko jego życie osobiste. Kierując firmą przejawiał jeszcze więcej determinacji.

To nie była sierotka, która na każdą przeciwność reaguje nieśmiałym westchnieniem: „może mi się uda” czy „byle nie zapeszyć”.

To był człowiek, który miał przed sobą cel i do tego celu dążył, nie rozpraszając się na olśniewanie innych.

Naprawdę silnym jest się wtedy, gdy nie tracisz energii na ukrywanie przed sobą własnych słabości. Cała siła może być wtedy skierowana na spójne, konstruktywne działanie. Wiem, łatwo się mówi a trudno to osiągnąć praktyce. Dziś, gdy szedłem do pracy nagle na mnie to spłynęło: Jak nieporównanie prostsze byłoby moje życie, gdybym nie musiał tak bardzo się starać być takim, jak sobie to wyobrażam. Ale powoli idę do przodu.

Kuerti zapytałeś mnie w komentarzu:

Zdaję sobie sprawę z własnych słabości, ale wierzę jednocześnie, że uda mi się je kiedyś poprawić… To pycha czy po prostu optymizm?

Dla mnie to nie jest pycha. Jeżeli nie traktuję się jak człowieka bezbłędnego, jeżeli nie mam w głowie etykiet, jaki to genialny jestem i nie tracę energii na podtrzymywania dobrego mniemania o sobie – nie ma to nic wspólnego z pychą. Gdy do tego znam swoje słabości – jestem realistą. Dla mnie nie jest to także optymizm, ale realizm połączony z nadzieją.

Pokora przecież nie wyklucza posiadania nadziei (marzeń czy pragnień). Twoje nadzieje, nawet te wielkie nie sprawiają, że stajesz się pyszny.

Ale jest jedna ważna rzecz. Nadzieja to nie żądanie. Czasem te rzeczy mylimy. Nadzieja to chcę. Chcę nawet bardzo mocno. Bardzo mi na tym zależy. Chcę wygrać zawody, napisać książkę, zbudować dom, znaleźć miłość życia, awansować, itp. To nic złego. Są ponoć zdrowi ludzie, którzy pozbyli się wszystkich pragnień. Nie spotkałem jeszcze i nie za bardzo wiem gdzie spotkać. Dla mnie posiadanie pragnień i dążenie do ich realizacji ze wszystkich sił jest zdrową rzeczą. A nawet niezbędną. Za dużo widziałem ludzi, którzy pozbawieni celów i marzeń, marnowali dzień za dniem.

Czymś innym jednak jest żądanie. Pragnienie to chcę. Żądanie to muszę. To neurotyczny, pyszałkowaty przymus. Gdy tak nie będzie świat się zawali, ludzie będą okropni, ja nie będę miał prawa istnienia. Żądam, bo „mi się należy”. Żądanie jest wtedy, gdy dążysz do wygrania zawodów, bo musisz, bo inaczej nie będziesz się czuł wartościową osobą. Wtedy, gdy dążysz do napisania książki, by udowodnić, że jesteś coś warty. Gdy dążysz do pieniędzy, bo inaczej będziesz czuł się nikim lub osobą pozbawioną wolności. Gdy szukasz bliskiej osoby, bo sam czujesz się nic nie warty.

Wywalić całe to muzeum

Pycha nie polega na tym, że czegoś chcesz od życia. Pycha polega na tym, że identyfikujesz się z pozytywnymi mniemaniami na swój temat.

Oczywiście być całkowicie pokornym jest ciężko. Anthony De Mello napisał:

Zaprawdę świętym był ten, kto powiedział „Jestem tylko czterema ścianami z pustką między nimi” Nikt nie może być pełniejszy.

To nie takie łatwe przez dłuższy czas być aż takim realistą. Ale wystarczy przestać zapełniać te cztery ściany swoimi pomnikami: pomnik genialnego szefa, który zawsze wygrywa; pomnik doskonałego kochanka; pomnik troskliwego rodzica, pomnik natchnionego muzyka… Tak samo nie należy wypełniać tych ścian pomnikami w innym stylu: pomnik nieśmiałego człowieka; pomnik człowieka, któremu nigdy nic się nie udaje; pomnik osoby, która nie ma talentu do pisania czy pomnik osoby, która biedna się urodziła i biedna umrze.

Zapełnianie naszych czterech ścian pomnikami sprawia, że miejsce do życia zmienia się w muzeum a my stajemy się jego kustoszami. Przestajemy żyć a zaczynamy konserwować. Czasem, gdy uda nam się uwieść innych, możemy mieć nawet całkiem spory ruch. Ludzie nas odwiedzają, podziwiają i gratulują. Ale ten ruch to tylko pozory życia.

Jak zabrać się za rozbijanie pomników? Kilka pomysłów z brzegu:

  • spisać listę swoich słabych stron (konkretnie) i opracować sposób pracy nad nimi,
  • żartować na swój temat, śmiać się z siebie,
  • przyznawać się do swoich pomyłek i błędów,
  • wyprowadzać ludzi z błędu, gdy zaczynają cię zbytnio i w sposób przesadny wychwalać, przyjąć tą część pochwał, która jest zasłużona i obronić się przed przesadną (mimo, że przyjemną),
  • nie starać się być lepszym od innych, zamiast tego robić to, co możesz najlepiej jak potrafisz,
  • gdy tylko uznasz się w czymś za najlepszego w okolicy, zmienić okolicę lub szybko rozejrzeć się za kimś, kto jest lepszy i poprosić go o naukę,
  • nie zadawać się z ludźmi, którzy ciągle cię chwalą i nigdy nie krytykują (albo są głupi, albo nieszczerzy),
  • przyjrzeć się rzeczom, które zawsze doskonale ci wychodzą (to może tylko znaczyć, że się powielasz albo zajmujesz się zbyt łatwymi rzeczami)
  • gdy czujesz się doskonały i zaawansowany zająć się rzeczami, których nie umiesz i które ci kiepsko wychodzą. Najlepiej raz na jakiś czas zacząć uczyć się rzeczy, co do których myślisz, że „nie masz uzdolnień” (np. nauczyć się chińskiego, gry na klarnecie, surfowania czy wyszywania haftem krzyżykowym).

To lista raczej dla tych, którzy mają pomniki „patetyczne”. Nie należy przesadzać, bo nie chodzi o zmianę pomników patetycznych (ja-geniusz) na dramatyczne (ja-ofiara losu).

Dla kolekcjonerów pomników dramatycznych proponuję:

  • spisać listę swoich mocnych stron (konkretnie),
  • żartować na swój temat, śmiać się z siebie,
  • przyznawać się do tego co ci wychodzi i w czym osiągasz sukcesy,
  • wyprowadzać ludzi z błędu, gdy zaczynają cię w sposób przesadny krytykować, przyjąć tą część krytyki, która jest zasłużona i obronić się przed przesadną,
  • nie starać się być lepszym od innych, zamiast tego robić to, co możesz najlepiej jak potrafisz,
  • gdy tylko uznasz się w czymś za najgorszego w okolicy, zmienić okolicę lub szybko rozejrzeć się za kimś, kogo możesz poprosić go o naukę,
  • nie zadawać się z ludźmi, którzy ciągle cię krytykują i nigdy nie chwalą (albo są głupi, albo nieszczerzy),
  • przyjrzeć się rzeczom, które nigdy ci nie wychodzą (to może tylko znaczyć, że się powielasz albo stawiasz przed sobą zbyt trudne cele)
  • Wreszcie nauczyć się czegoś dobrze i dość w jakiejś umiejętności do wyższego poziomu zaawansowania.

* * *

Masz może jakiś inne pomysły? Co o tym myślisz?

17 komentarzy

  1. „gdy tylko uznasz się w czymś za najlepszego w okolicy, zmienić okolicę lub szybko rozejrzeć się za kimś, kto jest lepszy i poprosić go o naukę,”

    Czy to oznacza, że mamy postawić na bylejakość i nie starać się być w jakiejś dziedzinie najlepszym?

    „nie zadawać się z ludźmi, którzy ciągle cię krytykują i nigdy nie chwalą (albo są głupi, albo nieszczerzy),”

    Co zrobić, gdy ci ludzie to członkowie naszej rodziny? Nie zadawać się z nimi?

    /ciekawy artykuł 🙂

  2. Gabi, odwrotnie. Chodzi raczej o to, by nie wpaść w samouwielbienie. Kiedyś chodziłem do szkoły podstawowej na wsi. Byłem tam uważany za geniusza. Przezywano mnie nawet „naukowiec”. Potem trafiłem do szkoły miejskiej. Po pierwszym półroczu miałem cztery czy pięć dwój. Ale udało mi się jakoś wybić. Znowu byłem „boski”. Ale wtedy trafiłem do dużego miasta. Znowu okazało się, że wcale taki boski nie jestem. Bylejakość jest wtedy, gdy zostaje się na całe życie wiejskim czy małomiasteczkowym mądralą. Mam tak, że w każdej z dziedzin, w której kiedyś uznałem się za „mistrza” niewiele osiągnąłem. A tam, gdzie jestem wiecznym uczniem udaje mi się powoli robić w miarę sensowne rzeczy. By być „najlepszym” trzeba ciągle mieć odwagę znajdować lepszych od siebie. Poza tym, bycie „najlepszym” to pułapka. Lepiej robić to co robisz najlepiej jak potrafisz, a nie koniecznie lepiej niż inni.

    Hm… gdy są to członkowie rodziny tym bardziej.

    Albo ich wychować. /dzięki 🙂

  3. Artykul wspanialy, wiele sie z niego dowiedzialam. Ale ten punkt ,, nie zadawać się z ludźmi, którzy ciągle cię krytykują i nigdy nie chwalą (albo są głupi, albo nieszczerzy),, albo jego odwrotnosc czyli z tymi, ktorzy ciagle chwala, budzi we mnie mieszane uczucia, Czemu te oceny, ze albo sa glupi albo nieszczerzy? A ja mysle, ze sa wsrod nich rowniez osoby majace swoje nierozwiazane problemy dlatego krytykuja. Tak, to zdarza sie rowniez w najblizszej rodzinie i z wlasnego doswiadczenia wiem, ze bardzo skuteczne jest zaczecie od zmiany siebie, a nie wychowywanie innych (doroslych) chociazby przez inne spojrzenie na krytykujacego i jego krytyke, by nam zobojetniala, wtedy i krytykant odlozy szabelke, po coz by mial nia wymachiwac w prozni, gdy nie spowoduje to oczekiwanej przez niego reakcji :-))

  4. Aniu, masz rację. Niezręcznie to ująłem. Szczerze mówiąc ja sam staram się tłumaczyć przesadzone pochwały i dołujące krytyki na „zwykły” język. Ludzie najczęściej nie umieją ani chwalić ani krytykować. I to rzeczywiście zazwyczaj nie jest kwestia ani głupoty ani złych intencji, ale umiejętności.

    Choć z drugiej strony czasem warto zrobić najprostszą rzecz. Gdy ktoś z grubej rury krytykuje mnie za moje pomysły (to jest bez sensu, chyba zwariowałeś, nigdy ci się to nie uda, itp.), przestaję mu o nich opowiadać. Gdy czuję się po spotkaniu z kimś zdołowany, staram się go nie spotykać. Jasne, że gdybym był w pełni świadomy, rozwinięty i wrażliwy, potrafiłbym do tego podejść w sposób spokojny. Ale nie zawsze umiem. Tam gdzie to jest możliwe warto zastosować Twój sposób. Ale czy zawsze to jest możliwe?

    Chciałem napisać, że każdy ma ludzi, z którym lepiej dla niego jest się nie zadawać. Ale tego nie wiem. Może każdy człowiek, jakiego spotykamy w życiu jest cenny i musimy do niego dorosnąć? Jeżeli tak, to nie dojrzałem do jednej osoby, którą znam. I masz rację, to nie jest ani kwestia jej głupoty ani złych intencji. Ale nie widzę sensu ani jej zmieniać ani siebie (próbowałem bez skutków jednego i drugiego).

    To, co mogę zrobić dla niej i dla siebie to nie oceniać jej, nie krytykować i nie mówić źle o niej. Ale nie jestem w stanie jej zrozumieć, zaakceptować czy cieszyć się nią. Po prostu chcę toczyć swoje życie z dala. Co ciekawe ta osoba raczej mnie chwali. Ale te pochwały służą tak naprawdę ustawianiu (w stylu: jesteś taki wspaniały, tylko ty to możesz zrobić, weź za wszystko odpowiedzialność). To nie jest szczere, choć nie jest tego świadoma. Mogę oczywiście próbować walczyć z tym, np. odmawiać zajęcia się tą sprawą czy zmuszać ją do samodzielnego myślenia, albo tłumaczyć co robi (to miałem na myśli pisząc o „wychowywaniu”; wychowywać można oczywiście tylko przez swoje reakcje). Ale zbyt dużo mnie to kosztuje. I dlatego uważam, że lepiej po prostu iść inną drogą.

    Może każdy człowiek jest dla nas lekcją. Ale czasem należą się nam wagary 🙂

  5. Mysle, ze tu chodzi o to, ze jesli ktos cie wychwala, nie wierz mu do konca; jesli cie krytykuje jest podobnie, nie jestes do konca taki zly.

  6. Zbyszku, w pełni Cię rozumiem. Ja tez mialam nieszczescie na swojej drodze spotkac czlowieka z którym sam kontakt powoduje, że czuje się jak po spotkaniu z wampirem. Tłumaczyłam sobie, że jest to mój „nauczyciel” wyrozumiałości, cierpliwości, grzeczności, i tak dalej. Na początku to wystarczało ale tylko na moment. Postanowilam wiec ograniczyc kontakty z nim do minimum, choc nie jest to proste , bo łączy nas zaleznosc sluzbowa i zazwyczaj to ten człowiek inicjuje spotkania. Wiem , ze musze cos ztrobic. Ale co?

  7. @Gabi: A dlaczego osoba z twojej rodziny ma mieć specjalne prawa do tego, żeby Cię ranić? Czy fakt, że zna Cię jak nikt inny (i wie, gdzie zadawać ciosy) nadaje jej specjalne względy? Naszych bliskich podświadomie ranimy jak nikogo innego. Kiedy znamy czyjeś słabe strony to nie potrafimy powstrzymać się od ich wykorzystania.

    Największym darem jaki mogę dać moim bliskim to uświadomienie sobie łatwości z jaką mogę na nich przelać swoją agresję.

    Tak więc zasadę ostrożności w kontaktach z toksycznymi osobami stosowałbym zwłaszcza w przypadku rodziny 🙂 .

  8. Do tego:
    „Ludzie, którzy akceptują siebie nie mają potrzeby zajmowania się sobą. Zapominają o sobie, jak zapomina się o wygodnych butach. Gdy ciągle wracasz do siebie, coś jest nie tak.”
    —ja znam kilka osob, ktore w ogole nie zajmuja sie soba i sa to osobowosci psychopatyczne, skrajnie narcystyczne, wyrzadzjace realna krzywde wielu bliskim naookolo. Wlasnie byloby dobrze gdyby sie soba zajely ale nic z tego. Zauwazylam, ze konstruuja alternatywne swiaty, w ktorych opowiadaja brednie zeby utrawalic wizje siebie jako wspanialych ludzich i klamia – gosc agresywnie , wrecz patologicznie – na temat innych. Robia to tak sprytnie, ze osoby ktorego tego sluchaja nie maja wiedzy i nie moga tego podwazyc. W ten sposob nastepuje taka walidacja klamstw. Co tu duzo mowic, chory swiat jak dla mnie. Ale prosperuje i dobrze sie ma. Twoj blog dotyczy ludzi ktorzy sami sie soba zajmuja bo mysla ze moga lepiej funkcjonowac. Ale to nie znaczy, ze ci ktorzy sie soba nie zajmuja funkcjonuja dobrze. Ludzie z tendencjami psychopatycznymi nie zajmuja sie soba a powinni bo wyrzadzaja realna krzywde innym. Jak takich ludzi zmusic do tego zeby zajeli sie samymi soba?

  9. Marzeno, to wielki temat. Jakiś czas temu doświadczona terapeutka mi radziła „nigdy nie podejmuj się pracy z psychopatami i socjopatami, efekty żadne a stwarzają dla ciebie zagrożenie”. Tak, są ludzie, którzy działają zupełnie inaczej. Co więcej są niepodatni na zmianę. Jedyne co można zrobić to ograniczać z nimi kontakt.

  10. Ciekawe. Ale z drugiej strony nie zawsze sie da ich ominac. Co psychologia szerzej pojeta robi z takimi ludzmi? sa szkodnikami i powinni poniesc za to odpowiedzialnosc albo – mimo wszystko – jesli sie nie zmienic to pod jakas presja ograniczyc swoje dzialania. Kazdy ma jaks slaba strone. Jaka slabosc ma psychopoata?

  11. A powinni ponieść odpowiedzialność? 🙂 A jaka instancja jest odpowiedzialna za mierzenie poziomu agresji względem innych ludzi i wyznaczaniu im za to kary?

    Ludzie są jacy są. To już nasz indywidualny interes, aby się przed nimi bronić.

    „Powinienem”, „powinien” i wszelkie inne odmiany tego słowa to bardzo niebezpieczne wyrażenia 🙂 .

  12. Witaj Zbyszku

    Opisujesz dwa bieguny, jeden to człowiek bardzo „pyszny”, a drugi bardzo pokorny i podajesz na dowód tego wyszukane przykłady. Nadal nic to nie zmienia i nie daje. Dla jednych ważny jest dyplom z wyższej uczelni z samymi piątkami i temu poświęcają swoje swój czas na studiach, a dla innych ważniejsze jest żeby każdy dzień na studiach przeżyć na maxa przyjemnie, a dyplom jest tylko dokumentem potwierdzającym, że się ukończyło studia. Taka osoba również ma piątki na dyplomie i niesamowite wspomnienia, które są poruszane na każdym spotkaniu znajomych, a osoba skupiająca się tylko na nauce ma satysfakcję, że jej się udało osiągnąć cel. Obydwie mają się dobrze, bo pierwsza może być perfekcyjnym melancholikiem, a druga sangwinikiem. Wszystko ok, jeśli obydwie to rozumieją, jeśli nie rozumieją to wyrabiają sobie błędne przekonania na temat studiów. Dla choleryka na przykład najważniejsze jest osiągnięcie celu, a dla flegmatyka spokój, więc już na starcie w inny poziom pokory jest uzbrojony każdy z nich i zawsze będą się różnić. Tak wiele czynników ma wpływ na to jaki jesteś w tej chwili, że podawanie dwóch skrajnych przykładów, jest bez sensu. Są ludzie, którzy trąbią wszystkim, że są najlepsi, np DoDa, ale robią to też dlatego, bo mają po pierwsze podstawy, a po drugie, bo to się dobrze sprzedaje. Np walki bokserskie. Każdy bokser ma prawo mówić, ze wygra jeśli ostro trenował i dał z siebie wszystko, wygrać może tylko jeden, ale show sprzedaje bilety. Myślę, że jesteśmy na tyle już świadomi jako ludzie, że potrafimy odróżnić oryginały od podróbek, tylko co wówczas, gdy wiemy, że to podróbka i świadomie ją wybieramy, bo nie chcemy przepłacać za oryginał lub nas nie stać? Co jeśli ukształtowani przez religię i znający definicję pokory i pychy wzorowanej po części na religii okaże się za jakiś czas, w jakim celu służyła religia i w jakim celu została wymyślona taka właśnie definicja pokory i pychy? Okaże się nagle, że wszyscy byli wprowadzeni w błąd, odcięci od informacji i to w co wierzyli i uznali za prawdę było manipulacją, na której korzyści czerpał ktoś inny. JA tylko zachęcam do szerszego spojrzenia na świat i na mechanizmy nim rządzące, bo jeśli budujemy wartości życiowe na fundamencie biblii , to co w sytuacji, gdyby się okazało, ze biblia służy tylko do manipulacji i podporządkowania sobie ludzi. Co wówczas? Nagle osoby dowiadujące przeżyją szok i popełnią samobójstwa czy zaczną jeszcze bardziej „wierzyć”? Bądźmy świadomi i nie bierzmy niczego za prawdę lub kłamstwo tylko
    dystans i obserwujmy. Polecam książkę „Potęga teraźniejszości” E. Tolle

  13. Heniuś, pytasz :co w sytuacji, gdyby się okazało, ze biblia służy tylko do manipulacji i podporządkowania sobie ludzi Z moich (niepełnych niewątpliwie) informacji wynika, że biblia służy zbawieniu, szczęściu i wolności. Ale, jak sam piszesz, ludzie są różni. Być może to efekt mojego braku wiedzy. Póki co, dobrze mi z tym 🙂 Pozdrawiam, Zbyszek

  14. Zbyszku

    Moje informacje są również niepełne, ale ciekawe rzeczy się zaczyna dostrzegać, gdy się poszerza perspektywa i zmienia punkt widzenia. Np. Intencje, mechanizmy działania władzy, bilans korzyści i start po obydwu stronach, kontrola dostępu do informacji i podawanie jej w sposób wygodny jednej stronie itp. Lecąc helikopterem wiemy, że kierowca jadący samochodem nie widzi tego co jest za zakrętem, jego wzrok jest ograniczony do patrzenia przed samochód, a skupienie na jeździe ogranicza mu swobodę dostrzegania, To, że kierowca nie widzi co jest za zakrętem, znaczy tylko tyle, że nie widzi bo nie może. Budząca się w nas świadomość wszelkich manipulacji, pozwala przyjrzeć się zasadom powstawania religii i sterowania jej rozwojem. Tak dla świętego spokoju. Pozdrawiam Heniuś

  15. Lecacy helikopterem nie widzi ptaka, ktory moze spowodowac katastrofe. Zawsze czegos nie widzisz, Henius! Tylko co z tego wynika (oprocz postmodernizmu)?

  16. Dobrze, że Zbyszek opisuje dwa różne bieguny. Przykłady powinny być wyraziste. To abstrakcje, które przykładamy sobie do różnorodnej rzeczywistości, żeby ją łatwiej ogarnąć 🙂 . Nie ma sensu wnikać w poście na blogu w miliony stanów pośrednich pomiędzy abstrakcjami rozpędzonej pychy i zręcznej pokory.

  17. Racja Zbyszku zawsze czegoś nie widać, tym bardziej taki stan rzeczy powinien nas motywować do tego, żeby starać się widzieć jak najwięcej jeśli okazuje się, że możemy, tylko nie chcemy. Choćby dla higieny umysłu i świadomości. Historia wielokrotnie pokazała, że to co nam mówiono nie było tym co było naprawdę i dopiero po wielu latach prawda się ujawniała. Skoro nasza świadomość rośnie, wiedza na temat wszelkich manipulacji także, to może żyjemy w czasach finałowych i wkrótce prawda się ujawni. W każdym razie jeśli osoby do których adresowana jest „prawda” nie przyjrzą się dokładniej takiej prawdzie, to nie ma co liczyć na to, że ci co są odpowiedzialni za odbieranie ich ideologii przez nasze mózgi sami się ujawnią.

    Do Henryka
    Przykłady mogą być też wyraziste, gdy nie są skrajne, ale jest ich za to więcej. Ja sobie zdania nie mogę wyrobić na takich skrajnościach, bo życie nie jest takie skrajne, przynajmniej mojego doświadczenia i obserwacji (ale to już mój problem).

    Ajjjjjj spodobało mi się pisanie, więc jeszcze coś napiszę:)

    Zauważyłem, że nie da się opisać jakiegoś wydarzenia, które miało faktycznie miejsce obiektywnie. Każde wydarzenie dostarcza obserwatorowi możliwość wykorzystania danego zdarzenia jako przykładu na poparcie swojego z toku myślenia, wszystko zależy od tego kto jest obserwatorem.
    Przykład:
    WTC 11/9:
    Rząd USA: to zrobił Bin laden
    Ufolodzy: Ufo
    Teoretycy spiskowi: CIA
    Katolicy: pokarało ich za grzechy
    Ateiści: gdyby Bóg istniał to nigdy by do tego nie dopuścił

    Najciekawsze, że każdy znajduje dowody na poparcie swojego stanowiska:)

    Pozdrawiam
    Heniuś

Zostaw komentarz