Jak się uratować od potrzeby nieustannego doskonalenia?

Przeglądam wyniki ankiety, którą zamieściłem na tej stronie (wciąż można ją wypełnić). Jest wśród nich wiele ciekawych wypowiedzi, szczególnie na pierwsze pytanie (Czy jest jakiś problem lub wyzwanie, w którego rozwiązaniu mógłbym pomóc?).

Oto jeden z problemów:

Ciągłe poszukiwanie jednego rozwiązania… jeszcze ta książka, jeszcze ten artykuł, ten wykład, to szkolenie i … nastąpi eureka… dni, lata mijają a ja w coraz większym rozproszeniu. Tak wiele mądrych ludzi walczy o moją uwagę, a ja tonę… Jak uratować się od tej potrzeby nieustannego doskonalenia?

Żyjemy w czasach, w których rozwój, nauka i doskonalenie się są w cenie. Im więcej się nauczysz, tym lepiej. Każdy z nas wciąż słyszy: Trzeba się rozwijać, trzeba się uczyć. Trzeba starać się być lepszym. To, co wczoraj umiałeś, dziś ci nie wystarczy. Musisz wciąż przekraczać swoje ograniczenia. Nie wolno się zatrzymywać!

Nie tylko słyszymy, wielu z nas wciąż czuje ten głód uczenia się stawania się lepszym i doskonalszym. Czujemy głód tego, by wszystko, co robimy, było lepsze, sprawniejsze, bardziej przemyślane, bardziej na czasie. Chciałbym, żeby moje teksty były wciąż lepsze. Chciałbym, żeby moje szkolenia były doskonalsze. Chciałbym, cokolwiek robię, sprawniej sobie z tym radzić.

Czy ten pęd do rozwoju zawsze jest zdrowy? Czy nasz głód doskonalenia się, w każdej sytuacji, w każdym momencie jest, aby na pewno czymś dobrym?

Przygoda abby Makarego

Kilkanaście wieków temu, pewien młody mnich, zwany abbą Makarym siedział w pustej celi na środku pustyni. Oprócz wyplatania koszyków i modlitw nie miał zupełnie nic do roboty. Żadnego netu, telewizji, książek ani nawet ludzie, do których można się odezwać (w końcu pustynia). Nic dziwnego, że zaczęło mu się nieco nudzić i poczuł jakiś wewnętrzny, trudny do zaspokojenia głód. Na tyle dokuczliwy, że wybiegł z pustelni, mówiąc do siebie:

— Tego, kogo pierwszego spotkam, zapytam i poproszę o pomoc.

Tak się złożyło, że pierwszą spotkaną osobą był chłopiec pasący woły.

Mnich zapytał:

— Co mam uczynić chłopcze, skoro jestem głodny?

Chłopiec odpowiedział:

— Jedz!

Abba Makary odparł:

— Ale ja zjadłem i znowu jestem głodny!

Chłopiec przez chwilę popatrzył na wymizerowanego młodzieńca, w mnisich, podartych sukniach i odpowiedział:

— To chyba jesteś osłem abba, skoro ciągle chcesz żreć!

Swoją opowieść Makary kończy słowami: „I odszedłem, wyciągnąwszy z tego pożytek”.

Mam wrażenie, że wielu z nas to „osły, które ciągle chcą żreć”.

Przeczytałeś góry książek, przedarłeś się przez gąszcz artykułów, przepłynąłeś przez oceany szkoleń, ale wciąż czujesz głód. Wciąż ci mało. Wciąż masz poczucie, że ta następna książka będzie objawieniem, które zmieni twoje życie; że na tym następnym szkoleniu, nauczysz się czegoś, co da poczucie spełnienia; że w tym następnym nagraniu znajdziesz coś, co tak naprawdę, dogłębnie, odpowie na twoje problemy.

Owszem, trafiasz na dobre książki, trafiasz na fajne szkolenia, znajdujesz ciekawe blogi, ale to wciąż nie to.

Tak, trzeba się ustawicznie rozwijać

Nie zamierzam krytykować rozwoju czy uczenia się. Jestem jego fanem. Współczuję tym, którzy nie mają takiej potrzeby. W dzisiejszych czasach są jak ludzie pozbawieni apetytu, na przyjęciu ze wspaniałym zestawem dań. Jeżeli ktoś nie czuje żadnego głodu rozwoju, można mu tylko współczuć. Poza tym taka osoba prawdopodobnie nie poradzi sobie z zadaniami, które przed nią postawi świat.

Doceń swoją potrzebę rozwijania się. Gdy czujesz głód rozwoju, rozwijaj się.

Gdzie kończy się jedzenie, a zaczyna obżeranie?

Wyobraź sobie jednak, że na nasze wspaniałe przyjęcie przychodzi człowiek, u którego zaburzenie apetytu przybiera inną formę: ciągle czuje głód. Je i je, i nie może przestać. Wszyscy już dawno skończyli, a on wciąż w siebie coś wpycha. Nie tyle je, ile się objada, albo nawet obżera. Jeszcze smutniejszy obraz niż ten z człowiekiem, który nie czuje żadnego apetytu.

Po czym poznać, że masz do czynienia z głodem, który warto zaspokoić, a z nie potrzebą „obżerania się”?

W przypadku tego drugiego wciąż masz poczucie nienasycenia. To, czego się nauczyłeś sekundę temu, staje się — niemal w momencie opanowania — niewystarczające.

Przygotowujesz się na przykład do poprowadzenia szkolenia z negocjacji. Czytasz pięć książek, oglądasz pięćdziesiąt filmów, skanujesz pięćset blogów, ale wciąż czujesz, że nic nie umiesz. Wciąż masz w sobie desperacki głód wiedzy. Myślisz: Cholerka, ja nic nie umiem! Muszę się wreszcie czegoś dowiedzieć!

Dwa rodzaje głodu

Jest zasadnicza różnica pomiędzy głodem, który popycha nas do jedzenia, a głodem, który popycha nas do objadania się.

W przypadku kwestii żywieniowych ten pierwszy można nazwać głodem z żołądka. Czujemy go dlatego, że nasz organizm wysyła informacje: Hej tam, zjedz coś, potrzebujesz składników odżywczych! Potrzebujesz energii! Potrzebujesz coś strawić!

Tego rodzaju głód czuję najczęściej w okolicach południa (od jakiegoś czasu przestałem jadać śniadania, albo raczej zacząłem je jadać w południe). Głód żołądka łatwo zaspokoić. Dobra owsianka czy omlet pozwala sobie z nim poradzić. To jest cecha tego głodu: zjadasz coś, a głód słabnie. Owszem, chwilę trzeba, by sygnał z żołądka dotarł do głowy, ale ogólnie zależność między jedzeniem a głodem z żołądka jest odwrotnie proporcjonalna: więcej jesz, mniej go czujesz.

Drugi głód, można nazwać głodem z głowy. Zazwyczaj czuję go w okolicach piątej po południu, szczególnie wtedy, gdy miałem zły dzień albo gdy coś mi się nie udało. Zaczyna się od zaspokojenia głodu żołądka. Trzeba coś zjeść, myślę. Zjadam, ale wciąż jestem głodny. Coś mnie zmusza do tego, by poszukać czegoś jeszcze. Człowiek rozgląda się po kuchni, zagląda do lodówki i coś tam znajduje. Dawniej to były drożdżówki, ciastka, batoniki albo inne słodkie desery, dziś raczej owoce albo bakalie. Nie jest jednak ważne, co to jest, zjadasz i ciągle jesteś głodny. Nawet bardziej niż przed chwilą. Im więcej jesz, tym bardziej jesteś głodny. Zależność między jedzeniem a głodem z głowy jest zupełnie inna niż w przypadku głodu pochodzącego z żołądka: więcej jesz, mocniej go czujesz. Jeżeli się nie zatrzymasz, dojdziesz do stanu, w którym twój brzuch będzie tak napchany, że głód z żołądka zmieni się we wstręt i nie będziesz już w stanie niczego włożyć do ust.

Głód pochodzący z głowy, nie jest głodem pożywienia, czy składników odżywczych. To głód emocji.

Gdy człowiek coś je, czuje się zazwyczaj dobrze. Jesteśmy tak zbudowani, że czynność jedzenia nas rozluźnia, odsuwa na bok nasze negatywne emocje. Jesz i przez chwilę nie musisz myśleć, że jesteś beznadziejny, że nic ci nie wyszło, że świat jest do niczego. Te wszystkie negatywne doznania schodzą na drugi plan.

Talerz jednak robi się zbyt szybko pusty. A ja nie chcę tak szybko wracać do problemów. Może dokładka? Znów ulga. Już się kończy? No to poproszę deser. Znów się udało. Ale deser też się kończy, co gorsza, czujesz się jeszcze gorzej, bo do całej twojej mizerii dołącza się poczucie winy, że znowu za dużo zjadłeś. W takim razie, mimo że twój żołądek jest pełny, znowu szukasz czegoś do jedzenia.

Podsumowując, objadanie się jest efektem tego, że nie jesteśmy gotowi na to, by zmierzyć się z nieprzyjemnymi doznaniami.

Jedyny sposób, by przestać się objadać to zatrzymać się i uświadomić sobie, że moje próby zaspokojenia głodu w ten sposób są całkowicie skazane na niepowodzenie.

Musimy pogodzić się z beznadziejnością sytuacji: tego głodu nie da się zaspokoić. Nic i nigdy nie jest w stanie tego dokonać. To głód, który tylko rośnie w miarę prób zaspokajania. Co gorsze, każda z tych prób uzyskania sytości, wiąże się z kolejnymi kosztami (poczucie winy, ciężkość, pogmatwanie itd).

… and I try, and I try, and I try

Tak to działa w odniesieniu do jedzenia, ale ten sam mechanizm można spotkać we wielu innych obszarach: oglądanie telewizji, robienie zakupów, czytanie wiadomości, rozmyślanie o problemach, ćwiczenia fizyczne, pisanie, rysowanie, przerabiania podręczników książek, dokształcania się i rozwijanie. Beznadziejna pogoń za satysfakcją możliwa jest absolutnie w każdej dziedzinie życia.

Żadna z dotkniętych tym mechanizmem czynności nie jest czymś złym. Jesteś głody, zjedz. Jedzenie daje przecież energię. Ćwiczysz — wspaniale, to zdrowe. Dzięki regularnym ćwiczeniom człowiek czuje się lepiej. Ale znałem kiedyś dziewczynę, która codziennie, na kilka godzin chodziła na siłownie. Nie potrafiła sobie dać z tym rady. Nie dawało jej to żadnego szczęścia, ale musiała. Gdyby nie poszła, nie byłaby w stanie znieść lęku.

Ze wszystkiego można zrobić sposób na ucieczkę przed negatywnymi doznaniami. Medytacja? Znałem kolesia, który był medytacyjnym narkomanem. Im bardziej pieprzyło mu się życie (a działo się to solidnie), tym więcej medytował. Tańsze to i zdrowsze niż prochy, ale czy lepsze?

Albo pisanie. Znałem kiedyś gościa, który w im większe tarapaty życiowe wpadał, tym więcej czasu spędzał za klawiaturą. Zostawmy w niedopowiedzeniu, skąd go znałem, może z lustra?

Na pewno nie jesteś aż w takiej fazie ucieczki, ale może jesteś na tej samej drodze. Może jesteś w fazie, w której trzeba się dołączyć do Micka Jageera i zaśpiewać:

I can’t get no satisfaction
‚Cause I try and I try and I try and I try
I can’t get no, oh no, no, no!
Hey, hey, hey! That’s what I’ll say!

Wciąż ścigam satysfakcję, czymkolwiek by dla mnie nie była, ale wciąż jestem o kilka długości z tyłu. Wciąż, mimo wysiłku i prób zapanowania nad życiem, czuję niedosyt i brak spełnienia.

— Zjadłem, ale wciąż jestem głodny — powiedział Makary.

— Hej, hej, hej, właśnie o tym mówię! — odpowiedział Mick.

Jak sobie z tym poradzić?

W pewnych fachowych tekstach psychologicznych spotkałem się z pojęciem (opatrzonym notatką, że nie używamy go w rozmowach z pacjentami) twórczej beznadziei (creative hoplessness).

Pierwszym krokiem, by sobie poradzić, jest otwarcie się na uczucie beznadziejności naszych wysiłków.

Wciąż do ciebie nie dociera, że kolejne dokładki i kolejne kęsy nic nie zmieniają? Wciąż do ciebie nie dociera, że kolejne szkolenia i książki nie dadzą ci poczucia pełni?

Kilka dni temu rozejrzałem się po swoim pokoju. Nie wiem ile mam w nim książek, ale jest ich sporo. Zacząłem się zastanawiać, czy któraś z nich naprawdę zmieniła moje życie. I mimo że to pokaźna biblioteka, z wieloma dobrymi tytułami psychologicznymi, nie znalazłem takiej książki. Były odkrycia, fascynacje, pożytecznie spędzony czas, ale by książka zmieniała dramatycznie moje życie? Takie rzeczy się dzieją tylko w melodramatach. Żadna z tych setek przeczytanych książek nie obudziła mnie do życia pełnego smaku i nie usunęła głodu. Poszukiwanie życia w książkach to beznadziejne zajęcie.

Znasz jakieś inne równie beznadziejne zajęcia? Co byś powiedziała na czytanie postów na blogu, po to by twoje życie nabrało sensu? Beznadziejne!

Ile lat ci jeszcze trzeba by zrozumieć, że pogoń za satysfakcją jest beznadziejna?

Tego rodzaju poczucie beznadziejności wysiłków jest jednak czymś twórczym. Gdy ją poczujesz, łatwiej ci odpuścić sobie walkę a energię, jaką pochłaniała zużyć na coś sensownego.

Jaki jest twój główny motyw?

Cokolwiek robisz, zastanów się, jaki jest twój motyw: czy to, co z takim przejęciem robisz, służy temu, by uciec (od pustki, nudy, smutku, zniechęcenia, poczucia bycia gorszym itd.) czy temu, by poczuć radość?

Czymś innym jest ćwiczyć, by poczuć radość ruchu i poprawić kondycję, a czymś innym by nie czuć lęku. Czymś innym jest wypić wino, by móc je smakować, a czymś innym wypić, by zapomnieć o problemach.

Gdy twoim motywem jest radość, wystarczy raz spróbować. Pół godziny lekkich ćwiczeń, jedna lampka, lekki obiad, jedna książka na jakiś czas, szkolenie raz na pół roku.

Gdy twoim motywem jest ucieczka, ponawiasz, ponawiasz i ponawiasz, ale wciąż nie czujesz sytości.

Nie chodzi o to, by sobie powiedzieć, że moim motywem będzie od teraz radość. Chodzi o to, by to odkryć (bo mój motyw, jest, jaki jest), a następnie odpuścić sobie, to co motywowane jedynie ucieczką.

Rzeczy nieuniknione

Pustka, znudzenie, poczucie przemijania, zagubienie, rozczarowanie, zniechęcenie, poczucie niższości… — kto chciałby to czuć?

Niestety, od tego nie da się uciec. Jedyny sposób, który pozwala, by te doznania nie zniszczyły życia, to wzięcie ich na siebie i pójście z nimi dalej. Uciekanie to pułapka. Im mocniej uciekasz, tym szybciej cię gonią.

Jeżeli uczysz się, by zagłuszyć poczucie tego, że jesteś nic niewarta, wciąż będziesz się czuć nic niewarta, choćbyś przerobiła wszystkie książki na planecie. Gdy dopieszczasz godzinami każde słowo swojego tekstu po to, by uciec przed poczuciem, że tak naprawdę nie masz nic cennego do powiedzenia, po kolejnych pięćdziesięciu godzinach cyzelowania, wciąż będziesz mieć to samo poczucie. Kolejne, najbardziej rozpaczliwe nawet próby zapanowania nad sytuacją, wciąż nigdzie cię nie doprowadzą.

Podstawowym złudzeniem naszych czasów, jest przekonanie, że można zapanować nad swoimi negatywnymi doznaniami. Postaraj się i myśl pozytywnie — słyszysz. Nie wychodzi ci? To staraj się bardziej! Więcej planuj, więcej się dokształcaj, więcej medytuj. Beznadziejna sprawa.

Niespodziewany koniec tekstu

W tym momencie, gdy piszę te słowa, czuję dość drażniące poczucie niewystarczalności. Nie jestem zadowolony z efektu. Czuję, że nie do końca wyraziłem istotę sprawy; czuję, że pewnie warto by to wszystko rozwinąć, uzupełnić i poprawić. Wiem, że nie napisałem o wszystkich aspektach sprawy (np. o roli dopaminy).

Mogę teraz poddać się temu doznaniu. Mogę potraktować mój głód jak coś dobrego (np. dążenie do doskonałości czy solidności).

Ale mogę też zatrzymać się i zastanowić, co będzie dalej. Czy nie okaże się, że będę pisał, pisał i pisał, że pojawi się jeszcze więcej słów, przykładów i cytatów; że stworzę jeszcze kilka wersji i zrobię kilka korekt, a mimo tego, wciąż będę czuł, że to wciąż nie to; że jeszcze tylko jedna poprawka, jedna uwaga i będzie cymes?

Czy kolejne słowa, które napiszę, będą jedzeniem czy obżeraniem się?

Czy będą przejawem dążenia, czy ucieczki?

Czy będą po to, by ci coś w pełniejszy sposób przekazać, czy po to, by uciec od niewygodnego poczucia niewystarczalności?

Gdy dopada cię głód pochodzący z głowy, zawsze możesz się zatrzymać, uświadomić beznadziejność pościgu, zaakceptować to, czego nie da się uniknąć i powiedzieć tak, jak mówię teraz: Napisałem, co napisałem. Tyle jest dosyć.

2 komentarze

  1. Ciekawa nazwa, „głod z głowy” – potrzeba dużo samozaparcia, żeby powstrzymać się w swoich zapędach i zrewidować motywację. Uda się raz, drugi, a potem człowiek wraca na stare tory. Ale warto próbować, żeby prowadzić bardziej świadome życie, i bardziej na luzie, bo zdolność odpuszczania jest na wagę złota.

    • Wg mnie wpisy są coraz lepsze, czytam je z ciekawością i zazwyczaj odnajduje w nich cząstkę siebie 🙂 potrzeba pauzy w codzienności, żeby się zastanowić jaki jest motyw działania…Ja np. przestałam w ogóle ćwiczyć, bo czułam, że muszę, ale zaczyna mi tego brakować 👍

Zostaw komentarz