Ojciec sam w kuchni i rozważania o tym, kto nadaje się do prowadzenia biznesu

1.

Było już parę komedii o tym, jak nieporadni ojcowie radzą sobie, gdy zostają w domu sami z dziećmi. Najczęściej robią mnóstwo śmiesznych rzeczy i okazują się, mimo wielkiej sprawności w innych dziedzinach, całkowitymi fajtłapami. Trochę to krzywdzące, ale po kilku dniach spędzonych na prowadzeniu domu, muszę przyznać, że jest w tym ziarno prawdy.

Jedyna nadzieja w skupieniu. Koncentracja, spokój, szybkie mycie garów, kurcze, dlaczego ona znowu nie chce jeść, spokojnie to tylko dziecko, czy te naleśniki muszą tak dymić, tato, a ona mnie wygania z pokoju, tato, a ja chcę coś innego do jedzenia, tato, pobaw się ze mną, tato a ja nie rozumiem tego zadania, co tam się tak dymi z kuchni? O cholera…

Każdy ojciec powinien na parę dni zostać w domu sam z dziećmi. Nieco inaczej patrzy po czymś takim na prace domowe. To nie jest (jeszcze trwa) mój pierwszy „domowy maraton”.

Tym razem było jednak naprawdę ciężko.

Weźmy taki wtorek. Młodsza córka gorączkuje – prawie trzydzieści dziewięć stopni, ja sam mam taką chrypę, że mówię szeptem.

Dzwoni telefon, jakiś numer komórkowy. Odbieram, bo czasem ktoś z mojej rodziny dzwoni z numerów, których nie znam.

– Dzień dobry, nazywam się Damiam Jakiśtam. Czy rozmawiam z panem Ryżakiem?

– Tak – skrzypię do słuchawki.

– Rozmawialiśmy na jesieni, nie miał pan wtedy czasu i umówiliśmy się, że zadzwonię na początku roku.

Nie pamiętam żadnej takiej rozmowy, ale słucham.

– Kiedy moglibyśmy się spotkać?

– W jakiej sprawie?

– W sprawie osiągania przez pana celów finansowych.

– W jakiej? Może mi pan to wyjaśnić?

– Zajmuję się osiąganiem celów finansowych.

– Osiąganiem celów? Tym to akurat zajmuję się samodzielnie. Skąd pan w ogóle dzwoni? Bank, firma ubezpieczeniowa?

Mówiąc to nalewam herbatę i przygotowuję kanapki i mimo, że zazwyczaj staram się być uprzejmy dla tych wszystkich naciągaczy, którzy usiłują mi coś sprzedać (beznadziejna praca może zdarzyć się każdemu) zaczynam tracić cierpliwość.

– Chciałbym z panem przedyskutować pana cele finansowe, kiedy moglibyśmy się spotkać?

– Jakie cele finansowe?! – Tym razem w moim chrypiącym głosie można usłyszeć niechęć.

– To zależy od pana, dla jednych cele finansowe to emerytura, dla innych to odłożenie pieniędzy na edukację dzieci, dla jeszcze innych…

– Moment – mówię zarówno do swoich dzieci jak i gościa w słuchawce, potem już tylko w stronę słuchawki – Jest pan jak słyszę sprzedawcą i jako sprzedawca wie pan, że pierwszym pana zadaniem jest pokazać klientowi korzyści. Ma pan piętnaście sekund by pokazać mi korzyści, które mnie zainteresują.

– Zajmuję się osiąganiem celów finansowych i w trakcie tego spotkania będzie pan mógł zaplanować osiągniecie przez sobie swoich celów…

– Nie wykorzystał pan czasu – wyłączam telefon nie czekając na odpowiedź.

2.

Mam kilku znajomych, których namawiam by zaczęli działać na własny rachunek, lub jak to się czasem mówi, by założyli swój biznes. Nie chodzi o to, by od razu obracali milionami, wydaje mi się tylko, że w ten sposób mogliby nauczyć się wielu cennych rzeczy (nawet gdyby robili to na boku, w czasie wolnym od etatu). Przy okazji mogliby podreperować swój budżet.

Słyszę od nich:

– Nie nadaję się do biznesu.

– Nie mam w sobie nic z przedsiębiorcy.

– W ogóle mnie do tego nie ciągnie.

Wiem dlaczego tak mówią.

Bo biznes kojarzy im się z takim dupkiem jak ten, który zadzwonił do mnie we wtorek.

– Nie nadaję się do tego, bo przecież nie jestem taki bezczelny, tak nachalny, tak pozbawiony skrupułów, tak nieczuły na odmowy…

Gość, z którym rozmawiałem był nieporadny, nie było sztuką zorientować się o co mu chodzi. Ale nie zawsze jest łatwo. Wielu sprzedawców rozgrywa sprawy znacznie sprawniej. Czasem nawet nie zdajemy sobie sprawy co z nami robią. Wiemy tylko (a i to nie zawsze) że wydaliśmy pieniądze na coś, co w żaden sposób nie poprawiło naszego życia.

Dlatego myślimy:

– Nie nadaję się, bo mam inne wartości, bo brzydzę się wciskaniem kłamstw, bo nie znoszę naciągania ludzi na rzeczy, których nie potrzebują…

3.

Rzeczywiście spora część tzw. biznesu to domena bezwzględnych, cynicznych, sprawnych w manipulacji dupków.

Wystarczy przejrzeć kilka książek czy przeczytać programy szkoleń: Jak przełamać opór klienta? Jak umawiać więcej spotkań? Jak wywierać wpływ na klienta? Jak szybko zamykać sprzedaż?

Sprzedawanie to nie jest praca dla wrażliwych. Klient to upierdliwy, oporny rodzaj insekta, z którym nie wolno się cackać. Trzeba łamać jego opór, wywierać wpływ, dociskać… Jak mówi, że czegoś nie potrzebuje, to znaczy, że trzeba go nacisnąć w innym miejscu. Na przykład powiedzieć, że tylko dziś jest niesamowita obniżka. Albo, że ograniczona ilość, albo że wszyscy już to mają, albo – jak to ostatnio widziałem w pewnym mailu – bo zachorowałem i musisz mi pomóc kupując moje szkolenie.

Spece od sprzedaży powiedzieliby, że przesadzam. Padłoby parę okrągłych słów o rozpoznawaniu potrzeb, aktywnym słuchaniu czy pomagania ludziom w wyborze… ale za tym wszystkim jest proste manipulowanie ludźmi.

4.

Co by było, gdyby oprzeć się na zupełnie innych podstawach?

Co by było, gdyby zamiast perswazyjnego manipulowania, zamiast naciskania i wywierania wpływu oprzeć się na empatii – na słuchaniu i rozumieniu prawdziwych potrzeb klienta? Nie po to, by mu coś sprawniej wcisnąć, ale po to by go zrozumieć i by mu naprawdę pomóc?

Co by było, gdyby zamiast technik przełamywania oporów klientów i technik „szybkiego finalizowania sprzedaży” (powiedzmy po ludzku: „wymuszaniem sprzedaży na chama”) pozwolić by relacje rozwijały się powoli, w oparciu o szacunek i sympatię?

5.

Nie wiem jak nazwać przedsiębiorcę, który opiera się na empatii i który zamiast „finalizować sprzedaż” buduje relację, ale wierzę, że takie podejście nie tylko jest możliwe, ale jest teraz, w dwudziestym pierwszy wieku, kluczem do biznesu.

Bo gdy dobrze się przyjrzeć ten stary sposób jest beznadziejnie niefaktywny.

Seth Godin opisując tego rodzaju podejście, pokazuje obraz gościa, który wchodzi do knajpy, podchodzi do każdej z kobiet, jakie się tam znajdują, staje przed każdą z nich i z marszu zadaje pytanie:

– Wyjdziesz za mnie?

99,9% kobiet pokaże mu kółko na czole, ale pewnie jakaś chętna się w końcu znajdzie.

Rozmawiam z człowiekiem parę sekund, a on mnie pyta o to, czy się z nim spotkam. Odbiło ci facet?

Wchodzę na bloga, jeszcze nie zdążyłem nic przeczytać, a tu wyskakuje okienko „Podaj mi swój adres”. Odbiło ci?

Zapisuję się na newsletter i w pierwszym mailu, bez ceregieli dostaję ofertę zakupu szkolenia za pięćset złotych.

Jak to śpiewał poeta: „Nie od razu, miła nie od razu, nie od razu stopisz serca mego lód…”.

Zamiast proponować małżeństwo, daj się poznać. Zagadnij, uśmiechnij się, postaw drinka, posłuchaj…

Prawdziwy biznes nie polega na szybkiej sprzedaży, ale na budowaniu relacji z ludźmi.  Relacja to coś w rodzaju przyjaźni, coś naprawdę istotnego dla każdego z nas.

W biznesie, jak mi się wydaje, chodzi o to by poznawać ludzi i im pomagać – osoba po osobie. Mówiąc inaczej, chodzi o budowanie relacji, takich jak na przykład te, które kiedyś łączyły właściciela piekarni z odwiedzającymi go co rano klientami.

Jak to zrobić? Najłatwiej jest zacząć od bezinteresownego dawania ludziom czegoś od siebie, od podzielenia się tym, co masz – swoimi pasjami, troskami, wiedzą, umiejętnościami, poradami, czasem wystarczy po prostu skupić przez chwilę uwagę na ich potrzebach i problemach. Czasem wystarczy chwila normalnej rozmowy bez trzymanej za plecami faktury vat.

Czy to takie straszne? Czy naprawdę nie nadajesz się do tego?

6.

Nie da się zbudować autentycznej relacji z człowiekiem, po to by mu coś sprzedać.

Autentyczną relację można zbudować tylko wtedy, gdy chcemy mu służyć.

Jedna z chasydzkich opowieści mówi o cadyku, który podczas podróży zatrzymał się w karczmie. Po tym, gdy zobaczył jak jej właściciel obsługiwał klientów, wykrzyknął:
– Zaiste, ten człowiek jest wzorem gościnności i służby ludziom!

– Ależ mistrzu! – sprzeciwił się uczeń – przecież on robi to dla pieniędzy!

– Nie masz racji, on bierze pieniądze by móc służyć ludziom.

Nie ma nic złego w braniu pieniędzy. Każdy ich potrzebuje. Branie pieniędzy nie skreśla relacji. Ale skreśla je skupienie na kasie i postawienie „finalizacji sprzedaży” na miejscu numer jeden.

7.

A może nie mam racji namawiając moich znajomych do założenia, przynajmniej na boku swojego biznesu?

Może rzeczywiście ludzie cię zjedzą, gdy zaczniesz im służyć?

Może rzeczywiście, „Wywieranie wpływu na ludzie” to biblia każdego sprzedawcy (szczególnie internetowego?) .

Może tacy jak ja to frajerzy, których ewolucja szybko się pozbędzie?

Dopuszczam i taką możliwość.

Wierzę jednak, że nasze czasy to zupełnie nowa okazja by ludzie tacy jak ty i ja, stworzyli biznes na zupełnie innych podstawach – bez bezczelnego wciskania, manipulowania, bez chamskiego finalizowania, ale w oparciu o empatię, szacunek do drugiego człowieka i budowanie z nim relacji.

17 komentarzy

  1. Przepraszam za przerwę, ale właśnie tak jest jak na początku tego tekstu. Nie mniej jednak przyznaję, że mógłbym się bardziej postarać 🙂

  2. Nie chcę wyjść na buraka ani pana obrazić, ale takie rady może pan dawać, według mnie oczywiście, wtedy kiedy to zadziała a zadziała to tylko wtedy gdy gospodarka będzie dostatecznie stabilna i ogólnie ujmując koniunktura też będzie dobra. Proszę mi uwierzyć ponieważ jestem ekonomistą i zajmuję się sprawami właśnie dobrobytu i pieniędzy, ale od strony normatywnej czyli naukowej. Wmawianie ludziom na szkoleniach, że mogą wszystko to odrywanie ich od rzeczywistości. Uważam, taki proceder za niemoralny. Co się tyczy tych nachalnych sprzedawców – w ciężkich czasach trzeba stosować adekwatne do sytuacji środki więc nic nie stoi na przeszkodzie aby stosować takie chwyty poniżej pasa jak wciskanie produktu czy kłamstwo. Dla mnie zarabianie pieniędzy to coś więcej właśnie jak w przytoczonym opowiadaniu. Minimum aby przeżyć – reszta aby żyć. Nie u każdego procesu zarabiania pieniędzy ma leżeć ta sama intencja.

    To opowiadanie jest super. Krótkie i mądre. Będę na pewno często je przytaczał. 🙂

    • Bardzo dziękuję za komentarz Witku. Twoje obawy są jak najbardziej uzasadnione. Zgadzam się, że wmawianie ludziom, że wszystko mogą jest pogrążaniem ich.
      Sytuacja gospodarcza rzeczywiście jest ciężka. Ale właśnie dlatego, warto próbować robić coś swojego. Lepiej czekać aż cię zwolnią (bo prezes nie wyczuł zmian rynkowych, albo doszło do fuzji) czy uczyć się docierać do klientów na własną rękę? Ja wolę to drugie.

      Kłamstwo w trakcie sprzedaży z powodów ekonomicznych? Nie, nie, nie. Oprócz tego, że kłamstwo, to zupełnie nieskuteczne. Wystarczy, że oszukany założy profil na FB. Trudne czasy nie są żadnym usprawiedliwieniem. Przeciwnie. Im trudniej, tym bardziej musisz być uczciwy i tym bardziej powinieneś dbać o to, że naprawdę zmieniasz coś w życiu ludzi.

      Jako specjalista pewnie znasz tą książkę: Setha Godina: Permission Marketing: Turning Strangers Into Friends And Friends Into Customers? Miałem wrażenie, że to już kanon, staroć, rzecz przez wszystkich zaakceptowana. Nie napisałem nic, czego by w niej nie było.

      Pozdrawiam serdecznie:-)

      • Nie zgadzam się z moim przedmówcą. Jest Pan ”ekonomistą i zajmuję się sprawami właśnie dobrobytu i pieniędzy od strony normatywnej czyli naukowej” ”Minimum aby przeżyć – reszta aby żyć” ”Nie u każdego procesu zarabiania pieniędzy ma leżeć ta sama intencja” – z tego można wywnioskować, że nie jest Pan przedsiębiorcą tylko wspomnianym przez siebie na początku ”burakiem”, która mniemam, ma wykształcenie ekonomiczne i Pana przekonania nie mają nic wspólnego z biznesem – i wynika to z braku doświadczenia w biznesie. Czysta teoria.
        Ja jestem młodym przedsiębiorcą, zatrudniam 9-10 osób i podstawą każdego biznesu jest relacja z klientem. Jeśli jeszcze sprzedaję usługę, a sprzedaję usługę która jest potrzebna klientom – osiągam sukces. Ale bez tej relacji z klientem – czyli traktowania klienta jako partnera, ”służenie mu”, dodatkowa pomoc w postaci nawet informacji zaraz po tym jak zapłaci – nic by nie wynikało – było by tylko na przeżycie. Ale chcąc budować coś w dłużej perespektywie, trzeba nastawić się na działania, w których mamy dobrą relacje z klientem – która przekłada się na to że :
        1. klient ode mnie kupi,
        2. klient do mnie wróci,
        3. klient mnie poleci innym znajomym – i się kręci.

        Czysty zysk – tylko w dłuższej perespektywie.

        A więc, Panie Witek – bez urazy, ale tkwi Pan widocznie w środowisku, gdzie taka postawa się nie przebiła (relacja z klientem, profesjonalna obsługa (partnerska – nie mylić ze sprzedawaniem) – a jest to niemożliwe – więc takowej nie było.

        A i jeszcze jedno – nie ma takiego czegoś jak ciężkie czasy.

        Pozdrawiam 😉
        I życzę ”lepszych czasów” 😉

  3. Zbyszku całkowicie się z Tobą zgadzam. W moim odczuciu i w wyniku obserwacji dodam jeszcze, że podejście o którym piszesz, niestety z racji tego, że nie jest czymś oczywistym, może, paradoksalnie jako naturalna opcja/dla mnie jedyna/ stanowić sposób na przewagę konkurencyjną. Co akurat jest smutne (właśnie z racji zalewu manipulacją) i budujące (z racji możliwości), pozdrawiam M.

    • Dziękuję MałGocha za komentarz 🙂 Tak, to jest zdecydowanie sposób by prześcignąć konkurencję. Ludzie myślę, że nie mogą sobie pozwolić na „bycie człowiekiem” i tracą okazję. A my to wykorzystujemy 🙂

      Właśnie przeglądam na Twoim blogu listę książek o tym, jak pisać aby zostać mistrzem pióra. Dużo tego. Ech, chyba jednak napiszę swojego bestselera powieściowego bez szerokiego przygotowania teoretycznego 😉
      Pozdrawiam serdecznie 🙂

  4. Dziękuję za ten wpis, za cały ten blog właściwie. Właśnie robię porządek w subskrybcjach na poczcie e-mail, usuwam te, których nie czytam, by nie pomijać takich jak ta powiadamiająca o nowych wpisach na tym blogu. Jeżeli chodzi o służbę w biznesie, to ciekawy temat, który dociera do mnie już drugi raz w ciągu tego tygodnia. Żydzi są tak dobrymi przedsiębiorcami, bo żyją według Słowa Bożego, w którym bardzo dużo jest wskazań dotyczących spraw biznesowych. Jezus, który zapoczątkował religię chrześcijańską jest doskonałym wzorem służby drugiemu człowiekowi. Czyżby życie ewangelią było receptą na kryzys?

    • Tak po cichu, to właśnie tak myślę (po cichu, żeby nie straszyć, tych którzy są zniesmaczeni wyczynami pewnych ludzi ciągle powołujących się na ewangelię).

      Jezus powiedział prostą rzecz: „Szukajcie wpierw Królestwa Bożego a wszystko inne będzie wam dodane”. Co to znaczy? Po pierwsze, że to „wszystko inne” – a więc pieniądze są nam potrzebne. Gdyby nie były potrzebne, nie byłyby „dodane”. Nie ma sensu dawać rzeczy, które są dla kogoś szkodliwe albo niepotrzebne. Po drugie, nie chodzi o to, by czekać aż pieniążki spłyną same z nieba. Nie chodzi o to by się nie martwić niczym – ani jedzenie ani ubraniem. Chodzi o to by szukać (szukać – czyli próbować, eksperymentować, robić błędy…, próbować dotrzeć do czegoś, co nie wiadomo gdzie dokładnie jest). Czego szukać? To trzeci punkt. Najpierw trzeba zrozumieć, co to znaczy „Królestwo”. Tu nie chodzi o groteskowe koronowanie malowideł, procesje, przebieranki ani nic w tym stylu. Jan Paweł II napisał kiedyś: „Królestwo ma celu przekształcenie stosunków między ludźmi i urzeczywistnia się stopniowo, w miarę jak ludzie uczą się kochać, przebaczać i służyć sobie wzajemnie.Szukać „Królestwa” to inaczej przekształcać nasze stosunki z ludźmi — wychodzić do nich, dzielić się z nimi, pomagać im, rozmawiać z ludźmi… słowem dawać im coś co zmienia ich życie (choćby dziesięć minut rozrywki). Słowa Jezusa można by było przełożyć tak: „Najpierw znajdź jakiś sposób na to by pomagać ludziom, by być dla nich użytecznym, jak go znajdziesz, kasa sama przyjdzie. Nie zaczynaj od pieniędzy, bo się pogubisz. Spokojnie, pieniądze przyjdą. Skup się na ludziach.
      Moje doświadczenie (a utrzymuję się wyłącznie z własnej przedsiębiorczości od ponad 20 lat) dokładnie się z tym pokrywa. Nie raz próbowałem ścigać pieniądze — czasem jakoś tam się udawało, ale nawet wtedy było wyniszczające. Ile razy starałem się zrobić co naprawdę dobrego, zawsze pieniądze jakoś się pojawiały (oczywiście to *jakoś* też wymagało pewnej umiejętności, czy podejścia – bo można mieć np blokadę na branie pieniędzy, które ludzie chcą nam dać, ale to inna sprawa).

      Bardzo dziękuję za ten komentarz i pozdrawiam serdecznie 🙂

  5. Zbyszku, to co opisałeś:
    „Nie wiem jak nazwać przedsiębiorcę, który opiera się na empatii i który zamiast „finalizować sprzedaż” buduje relację, ale wierzę, że takie podejście nie tylko jest możliwe, ale jest teraz, w dwudziestym pierwszy wieku, kluczem do biznesu.”
    ja nazywam „marketingiem intelektualnym” 🙂
    Jestem przedsiębiorcą ” na boku” na razie, dokładnie tak jak to napisałeś, buduję swój biznes dodatkowo do pracy zawodowej i to jest moje motto:
    „Osiągniesz wszystko, czego tylko będziesz w życiu chciał, jeśli w wystarczającym stopniu pomożesz innym w osiągnięciu tego, co sami chcą” Zig Ziglar.
    I to jest możliwe, ponieważ dla mnie sprawdza się w 100 %.
    I nie ma znaczenia, czy gospodarka jest stabilna, czy nie jest.
    Widzę sprzedawców, którzy są jak pistolet, biegną i sprzedają:

    „w ciężkich czasach trzeba stosować adekwatne do sytuacji środki więc nic nie stoi na przeszkodzie aby stosować takie chwyty poniżej pasa jak wciskanie produktu czy kłamstwo”

    Dla mnie cel nie uświęca środków, nie ma wytłumaczenia na chwyty poniżej pasa i kłamstwo, można zrobić to w inny sposób, tylko trzeba sie troszkę bardziej postarać i chcieć przede wszystkim.

    Sprzedawca pistolet, sprzedaje i znika, jak struś pędziwiatr,Człowiek oszukany nigdy już do niego nie wróci, a co ważniejsze, nigdy Go nikomu nie poleci…..a to już jest porażka tegoż sprzedawcy moim zdaniem.

    • Katarzyno, nazwa „marketing intelektualny” całkiem fajna, choć mi brakuje w niej trochę emocji i całego tego ciepła, jakie niosą kontakty z ludźmi 🙂
      Piękne motto, z Zigiem nie we wszystkim się zgadzam, ale tu w 200%.
      Cieszę się, że właśnie tak traktujesz tą sprawę co co „sprytnym metod”. Dokładnie tak jest: już nawet nie chodzi całą stronę etyczną – to jest po prostu głupie. Często na szkoleniach z obsługi klienta przytacza się statystki, że o jeden niezadowolony klient powiem o swoim niezadowoleniu i zrazi przeciętnie ośmiu innych potencjalnych klientów. I więcej wciskasz, tym bardziej kurczy ci się rynek.
      Pozdrawiam serdecznie i jeszcze raz dziękuję za sygnał o tym, że komentarze nie działały 🙂

      • 🙂
        bardzo proszę 🙂

        „Katarzyno, nazwa „marketing intelektualny” całkiem fajna, choć mi brakuje w niej trochę emocji i całego tego ciepła, jakie niosą kontakty z ludźmi ”

        w sumie to chyba żadna nazwa nie jest adekwatna 🙂
        To się po prostu czuje sercem 🙂 i już 🙂

        „Piękne motto, z Zigiem nie we wszystkim się zgadzam, ale tu w 200%.”

        a w czym się Zbyszku nie zgadzasz ? 🙂

      • Nie zgadzam się z tymi częściami jego rad, które dotyczą manipulacji obrazem samego siebie (nazywa to self-image). Ogólnie Ziglar ma taki pomysł, że jeżeli chcesz poprawić swoje efekty powinieneś zmienić swój obraz samego siebie. Mnie się wydaje, że jest inaczej: nie przejmuj się obrazem samego siebie, zrób to, co zrobiłaby osoba, która by miała wszystko, co ty chcesz mieć. Z czasem odpowiedni obraz siebie przyjdzie (albo i nie, ale przynajmniej coś będzie zrobione).
        Jakieś dziesięć lat temu bardzo chciałem mieć prawo jazdy, pamiętaj jednak jak dziś: za żadne skarby nie widziałem siebie jako kierowcy. Mój obraz siebie nie miał takiej funkcji jak „ja za kierownicą”. Gdybym zaczął manipulować obrazem siebie, pewnie do dziś by to robił. Zamiast tego zapisałem się na dwa kursy i ćwiczyłem więcej niż inni. Dziś ciągle nie widzę siebie jako kierowcy. Nie mam takiej potrzeby, bo jestem kierowcą i codziennie, bez żadnych problemów siedzę za kierownicą.
        Poza tym, Ziglar uważał, że brak poczucia pewności siebie wypływa z braku miłości i że kochane dziecko nie będzie go mieć takich problemów. To nieprawda. Brak pewności siebie jest naturalnym mechanizmem obecnym u wszystkich każdej osobie. Poza tym, pełni on kilka ważnych funkcji. To tyle, „punktów rozbieżności”. Ale wszędzie tam, gdzie Ziglar mówi o sprzedaży i marketingu — wydaje się, że ma rację.

  6. Rozumiem 🙂 nie zgadzasz się, z teoriami Ziga, ja również nie wszystko od Niego „kupuję” 🙂
    Mam takie obserwacje, poczynione na sobie, kiedy zmieniłam swoje zachowania, wygląd, po jakimś czasie zaczęłam spostrzegać siebie inaczej, moja wartość wzrosła, obraz się zmienił, dlatego dzisiaj, kiedy ktoś pyta, co zrobiłaś, że TAK się zmieniłaś , nie raz mówię, że od chwili podjęcia decyzji, robiłam małe kroki, które sprawiły, że odzyskałam szacunek do siebie samej….czyli tak jak to napisałeś „zrób to, co zrobiłaby osoba, która by miała wszystko, co ty chcesz mieć”. Dokładnie właśnie to zrobiłam 🙂
    Pozdrawiam 🙂

  7. Planuję właśnie założenie własnej działalności i zastanawiam się, czy się do tego nadaję. Nie potrafię właśnie niczego ludziom wciskać i oszukiwać. Chciałabym zaoferować coś, co (przynajmniej moim zdaniem) jest pożyteczne i wartościowe. Byłam nawet na szkoleniu dla przyszłych przedsiębiorców, na którym prowadzący badał predyspozycje uczestników za pomocą testów psychologicznych. Wyszło mi, że się nie bardzo nadaję, bo zysk nie jest dla mnie najważniejszym celem działalności. Trochę opadły mi skrzydła… Próbowałam sobie wytłumaczyć, że przecież sama wolałabym zapłacić komuś, kto szczerze zajmie się pomocą rozwiązania mojego problemu, niż komuś, kto będzie chciał wyciągnąć ode mnie pieniądze, wciskając mi kit. Że może inni ludzie też byliby zadowoleni z takich uczciwych relacji. A może nie? Może świat należy do oszustów i manipulatorów?
    Dziękuję za Pana wpis, panie Zbyszku. Dodał mi wiary, że znajdzie się może miejsce w biznesie dla idealistki.

    • Beato, po pierwsze szkolenia dla przedsiębiorców (szczególnie te dofinansowywane i kontrolowane przez urzędników) to strata czasu. Po drugie, nie ma czegoś takiego jak test psychologiczny, który by badał predyspozycje do przedsiębiorczości. Wiele lat na poważnie zajmowałam się psychologicznymi narzędziami badawczymi i mówię z całą pewnością: są psychozabawy, sprzedawane jako testy, nie ma tego rodzaju poważnych narzędzi. Przedsiębiorczość zdecydowanie jest dla idealistów 🙂

      Jedno tylko zastrzeżenie. Nie wolno być skupionym na pieniądzach, ale też nie wolno się ich bać. Czymś złym jest, gdy człowiek robi wszystko dla pieniędzy, ale też nie jest dobrze, gdy nie umiesz za nic brać pieniędzy i gdy się tego wstydzisz je brać lub coś ci w środku mówi, że pieniądze, same w sobie są złe. Tego jednak stosunkowo łatwo się nauczyć.
      Bardzo Ci dziękuję za ten komentarz i trzymam kciuki z powodzenie w prowadzeniu twojej działalności 🙂

  8. O jakże mnie ucieszył ten tekst… Dziękuję Zbyszku, bardzo dziękuje. Właśnie tak staram się podchodzic do mojej pracy, bo nie wyobrażam sobie inaczej. Póki co efekty finansowe są rożne, jednak moje zaangażowanie sprawia, że niezależnie od nich mam satysfakcję z pracy a dzięki kontaktom z klientami ( traktowanymi właśnie jako „służba”) moje „bateryjki”są nieustannie ładowane. Dzięki Twojemu tekstowi zrozumiałam, że moje podejście nie jest wcale „niebiznesowe” i może rownież zaowocować na płaszczyźnie ekonomicznej. Bardzo chciałabym kontynuować to co zaczęłam i wciąż szukam nowych sposobów dotarcia do ludzi (niekoniecznie do „klientów”, ale właśnie do „ludzi”). Mam nadzieję, że moje marzenie się spełni.Jeszcze raz dziękuje za piękny, mądry tekst

    • Dziękuję Aniu za komentarze i bardzo się cieszę, że właśnie tak podchodzisz. To na pewno najlepszy sposób, choć to nie znaczy, że jest gwarancją.
      Twój komentarz motywuje mnie do tego, żeby jeszcze o tej części życia (tzw. „robieniu biznesu” – brzydkie określenie) popisać. Pozdrawiam serdecznie 🙂

Zostaw komentarz