Pewność siebie i 21 wiek

Prawdziwa pewność siebie nie polega na braku wątpliwości pod swoim adresem, ale na wyjściu poza nie.

Jest to, według mnie, to samo, co „nieustraszoność” o której pisał Chögyam Trungpa:

Nieustraszoności nie rozumiemy jako niezdolności do strachu ani mniejszego strachu, lecz bycie poza strachem.

Jak dalej wyjaśnia (w książce Szambala, święta ścieżka wojownika), bycie poza strachem zaczyna się od przyjęcia strachu, pogodzenia się z nim, otwartego (i świadomego) doświadczania go. Potem to doświadczenie rozwija się do umiejętności przeżywania strachu bez zakłopotania i zażenowania nim. W końcu przekształca się w prawdziwą odwagę.

Warto dobrze zrozumieć czym jest taka odwaga i czym się różni od odwagi rozumianej potocznie.

Gdybym zapytał czym jest odwaga, większość osób by powiedziała:

–  Brakiem strachu

–  Nieobecnością obaw

–  Stanem spokoju w sytuacji zagrożenia

– Umiejętnością spokojnego reagowania na zagrożenia

Mówiąc inaczej, nasza codzienna odwaga to brak kontaktu ze strachem czy nieobecność strachu w naszym życiu.

Tak rozumiana odwaga, jak pisze Trungpa jest „krucha jak porcelanowa filiżanka, która upuszczona, rozbije się w drobiazgi lub pęknie”.

 

brockencup

 

Nie trzeba być buddyjskim guru, by wiedzieć, że ktoś, kto nie czuje strachu, albo unika prawdziwych wyzwań, albo ma upośledzony kontakt z rzeczywistością. Są osoby tchórzliwe i odważne. Ale te odważne to nie są ci, którzy nie czują strachu, ale ci, których on nie zraża i którzy działają nieskrępowani jego obecnością.

Pewność siebie jest podobna do odwagi.

Nasza, potocznie rozumiana pewność siebie to:

– Brak wątpliwości na swój temat

– Przekonanie, że sobie na pewno poradzę

– Przekonanie, że na pewno wygram

– Pewność, że mi się uda

Podobnie jak w odwadze chodzi o brak jakiegoś rodzaju doznań:

– Poczucia nieprzystosowania

– Nieporadności

– Poczucia, że się nie nadaję

– Odczucia, że nie potrafię sprostać wymaganiom.

Kluczowym źródłem pewności siebie rozumianej, jako brak doznań własnej niepełnowartościowości, jest przekonanie, że „wiele razy mi to wyszło”, że już kiedyś „dałem sobie z tym radę” albo, że „mam potrzebne zasoby”.

Co to za pewność siebie, jeżeli jej warunkiem są moje przeszłe doświadczenia (robiłem to już i dlatego wiem, że sobie poradzę)?

Być może w ubiegłym wieku można było przeżyć swoje życie, robiąc to, w czym jest się od jakiegoś czasu dobrym. 21 wiek proszę państwa ta czas, w którym, każdy z nas musi robić doskonale to, czego nigdy nie robił i czego jeszcze nie potrafi.

Coraz częściej musimy radzić sobie bez oparcia praktycznie w żadnych historycznych doświadczeniach.

 

Pewność siebie

 

Nie mam żadnych wątpliwości, gdy wsiadam do samochodu i jadę do moich teściów. To dwie i pół godziny jazdy (ok. 150 km), pokonywałem tą trasę już kilkanaście razy. Nie czuję żadnych wątpliwości dotyczących tego, czy uda mi się trafić.

Czy to jednak oznaka pewności siebie? Czy robiąc to jestem pewny siebie?

Dwa dni temu, wlokłem się osiemdziesiątką za kolumną tirów (kręta, wąska droga bez żadnych dodatkowych pasów) słuchałem jazzu i rozmyślałem.

Gdy prędkość kolumny spadła do sześćdziesiątki, zacząłem się nieco wkurzać. I wtedy ze zgrozą zrozumiałem. To, że nie czuję żadnych wątpliwości, co do trasy, jest oznaką braku pewności siebie.

Otóż pół roku wcześniej otwarto kawałek autostrady i pojawiła się nowa, alternatywna trasa. Nie cała trasa biegnie przez autostradę, poza tym ta nowa jest nieco dłuższa. Niekoniecznie jest wygodniejsza. Ale jest taka możliwość, że jest znacznie lepsza. Ja jednak, pamiętając o nowej trasie przynajmniej dwa razy wybrałem starą.

Dlaczego? Bo się czuję na niej pewniej. – A co się będę spinał, i tak pewnie wyjdzie na to samo, a może tam jest gorzej?

Jechałem za ciężarówkami, słuchałem jazzu i myślałem (już nie taki wyluzowany):

– Kiedy ja się taki stałem? Przecież niedawno, sam fakt, że jest nowa droga, nawet gdyby wszyscy mówili, że jest gorsza, sprawiłby, że to ją bym wybrał. Tylko dlatego, że jest nowa. A dziś wybieram to, co wygodniejsze i bardziej znane. Dlaczego?

Dlatego, że na tej drodze wiem, że sobie dobrze poradzę. Dlatego, że się na niej „pewniej czuję”. A tamtych okolic nie znam. Mógłbym zabłądzić (nie mam nawigacji w samochodzie). A po co mi to? Wolę jechać spokojnie.

Cholera, kiedy ja się tak bardzo zestarzałem?!  Od kiedy tak bardzo przejmuję się tym, że mogę się zgubić lub zabłądzić?

Jechałem spokojnie, nie patrząc ani przez chwilę na kierunkowskazy (przecież znam je na pamięć) i byłem przykładem człowieka pozbawionego pewności siebie. Kogoś kurczowo trzymającego się tego, co zna i co tyle razy już robił. Kogoś, kto nadłoży drogi i pozbędzie się okazji poznawania nowych rzeczy, byle tylko nie wpakować się w kłopoty i nie poczuć niepewności czy zagrożenia porażką.

Pal licho drogę. Mimo wszystko cenię sobie powolną jazdę, szczególnie wtedy, gdy mogę słuchać dobrem muzyki.

Ale czy to nie jest tylko czubek góry lodowej?

Zacząłem myśleć, jak ta sprawa wygląda w moim życiu.

Ile razy trzymam się tej kruchej pewności siebie – wynikłej z przyzwyczajeń i braku wątpliwości. Ile dróg przemierzam zgodnie z tym samym schematem, tylko dlatego, że przywiązałem się do nich, że nie muszę zaglądać do map, że nie czuję niepokoju i obaw. Tylko dlatego, że jestem na nich „pewniakiem”.

Problem z 21 wiekiem jest taki, że jeżeli zdążyliśmy się nauczyć jakiejkolwiek drogi na pamięć, to znak, że pora ją zmienić. Paradoksalnie brak wahań i wątpliwości jest najlepszą wskazówką, że brakuje nam odwagi i prawdziwej pewności.

Stworzyłem swojego czasu firmę szkoleniową, przynoszącą dwa miliony obrotów rocznie. To było zaledwie dziesięć lat temu. Jeszcze trzy, cztery lata temu obroty były całkiem dobre. Oddałem firmę w zarządzanie komuś innemu. Ta osoba stosowała stare sprawdzone wcześniej sposoby (te same tematy szkoleń, ta sama grupa klientów itp.). Robiła to solidnie, ale firma zjechała z obrotami. Wróciłem na chwilę. I co spróbowałem zrobić? Zastosować metodę, dzięki której osiągaliśmy kiedyś największe sukcesy.

Śmiech na sali. To, co pozwalało nam osiem lat temu robić miliony, dziś nie działa. Absolutnie nie działa. Drogi, których nauczyliśmy się na pamięć przestały istnieć.

Najprostszą receptą by stracić nawet dobrze funkcjonującą firmę to robić tylko to, w czym czujesz się pewnie i co się do tej pory sprawdzało.

Jeżeli chcesz osiągnąć sukces, musisz być skłonny do eksperymentów i robienia rzeczy, w których nie czujesz się pewnie.  Musisz nauczyć się otwartego doświadczania porażek, nieporadności i nieefektywności.

To dotyczy nie tylko firm.

* * *

Dlaczego nie mam odwagi próbować nowych rzeczy?

– Bo jeszcze tego nie robiłem

– Bo nie mam odpowiednich umiejętności

– No nie czuję się pewnie

– Bo może mi nie wyjść

– Bo wolę robić, to na czym się znam.

Trungpa pisze:

Odwaga wojownika jest jak filiżanka z laki, mająca drewniany środek pokryty warstwami lakier. Jeśli ta filiżanka upada, raczej się odbija, niż pęka. Jest jednocześnie delikatna i twarda.

Tego rodzaju odwaga jest trwała nie ze względu na brak strachu, ale ze względu na to, że człowiek, który ją posiada nie kłopocze się o własny strach i obawy.

Nie ma nawtykane w głowie, że nie wolno mu „niczego się bać”. Wie, że się będzie bać. I boi się jak cholera, bo – jak  pisze Trugnpa – jest delikatny. Ale to mu nie przeszkadza. I stąd bierze się jego twardość.

Prawdziwa pewność siebie to brak zakłopotania poczuciem własnej nieporadności i nieprzystosowania.

Prawdziwa pewność siebie jest jednocześnie delikatna i twarda. Delikatna, bo masz odwagę doświadczać swojej nieporadności w otwarty i wrażliwy sposób. Nie unikasz jej, nie próbujesz się przed nią schować w utartych schematach, sprawdzonych sposobach i przejechanych tysiąc razy trasach. Taka pewność siebie nie bierze się z tego, że brakuje mi wątpliwości, czy obaw, że mi nie wyjdzie. Gdy ją masz, jesteś zbyt delikatny, by tego nie czuć.

Ale równocześnie jest ona twarda, bo doświadczenia własnej nieporadności nie kłopoczą mnie. Nie traktuję ich jak czegoś męczącego, obciążającego czy stresującego.

Krucha jest pewność siebie, w której mówisz sobie:

  • Dam sobie radę, bo już to kiedyś robiłem
  • Dam sobie radę, bo jestem w tym dobry
  • Dam sobie radę, bo mam odpowiednie kompetencje

To jest kruche, bo:

  • To, co robiłeś wczoraj dziś się nie sprawdza
  • To, w czym jesteś dobry dziś, jutro nie będzie aż taką zaletą
  • Twoje dzisiejsze kompetencje, jutro przestaną być aż tak potrzebne

Filiżanka upadnie i zostanie z niej garść skorup. Polerowałeś siebie, byłeś piękny i błyszczący. A teraz widzisz garść błyszczących skorup.

Trwała pewność siebie mówi coś innego:

  • Jestem w stanie wytrzymać z moim lękiem, poczuciem nieprzystosowania, zakłopotaniem, zażenowaniem, obawami. To część mnie, to część bycia człowiekiem i nie ma powodu bym walczył z tym do utraty sił.  To sygnał tego, że robię ważne rzeczy.
  • Dam sobie radę także wtedym, gdy sobie nie dam.

 

[hr]

Zdjęcia: Irish Typepadedmot;

11 komentarzy

  1. I tym akcentem chyba kończę na razie zmaganie się z pewnością siebie. Pora pójść dalej 🙂

  2. Dla mnie ten tekst jest bardzo ważny Zbyszku. Rzadko piszę komentarze bo to nie jest moja mocna strona – a zatem pełna wątpilowści piszę 🙂
    Ten tekst jest ważny, bo od kilku lat „wracam” do pracy zawodowej po urlopie macierzyńskim, i wciąż brakuje mi odwagi żeby zabrać głos w kwestaich, które naprawdę mnie obchodzą. Jedną nogą stoję na starej, wydeptanej ścieżce (choć wiele się tam zmieniło), a druga wisi w powietrzu 🙂 Taki rozkrok jest potwornie męczący. Czuję że – jak nie starczy mi odwagi – to rąbnę jak długa.
    Dla mnie odwaga, to decyzja, że będę robić coś ważnego, co mnie rusza, bym mogła to robić z serca, z szacunkiem dla siebie.
    Dzięki Zbyszku za to że odważnie dzielisz się swoimi doświadczeniami. Dziękuję 🙂

  3. „Pod względem formy jesteś i zawsze
    będziesz gorszy od jednych, a lepszy od drugich . Ze zrozumienia
    tej prawdy wywodzi się dobra samoocena i skromność
    . Według ego dobra samoocena i skromność są sobie
    przeciwne. W rzeczywistości są jednym i tym samym .” – E Tolle „Nowa Ziemia”

  4. Zbyszku, trochę wywróciłem do góry nogami moje odczucia dotyczące pewności siebie. Ja jej nie mam, wiem o tym. Osoba, która wydawała mi się, że również jej nie ma okazuje się, ma jej całkiem sporo, tylko nie zdaje sobie sprawy. Ciekaw teraz jestem, które z nas bardziej potrzebuje pewności siebie. Zmagam się z tym co napisałeś, bo jak to pięknie w tym tekście ująłeś, wygodnie mi było stwierdzać, że nie mam pewności siebie i już. Nie mam takiej pewności, która była zgodna z moją definicją i było mi z tym wygodnie.Po przeczytaniu okazuje się, że nie mam pewności, lecz zupełnie inaczej opisywanej. Gdzieś tam na końcu jest światełko, że jest to rzecz nabyta jednak i warto jej szukać. Mam jeszcze pytanie jak do tego wszystkiego ma się doświadczenie życiowe? Młody człowiek, pełen energii, chce zmagać się z całym światem, otwarty jest na nowe, prze do przodu. Walczy w słusznej sprawie, do upadłego choćby tylko po to by udowodnić, że ma się rację. W miarę jak życie upływa, motywacja się zmniejsza, z wieloma rzeczami jesteśmy w stanie sobie poradzić, na wiele rzeczy przymknąć oko. Coś co wcześniej doprowadziłoby nas do furii i białej gorączki, lekko nas tylko irytuje. Czy to mądrość życiowa, dojrzałość, większa świadomość? Czy raczej chęć osiągnięcia spokoju, co przychodzi z wiekiem. Jeszcze jedna kwestia świadomości. Przykładamy swoją miarkę, do innych. Choć wydaje się nam, że jesteśmy maksymalnie obiektywni, okazuje się, że mierzymy innych swoją miarą jakości pracy, myślenia, życiowego światopoglądu. Powstają pytania „Jak on/ona mogli tak postąpić? To zachowanie jest zupełnie irracjonalne i niezrozumiałe” Nasza świadomość indywidualna wydaje się nam być jedyna i słuszna. Jak radzić sobie, by naszą miarką nie mierzyć innych? Przepraszam za ten słowotok, lecz chyba właśnie ta pierwotna niezgoda z Twoją definicją pewności siebie w XXI wieku spowodowała chwilę zastanowienia się nad wieloma aspektami naszego życia.

    • Dużo pytań i ważnych zagadnień. Może odpowiem na część.
      Tak naprawdę, mimo, że piszę ostatnio ciągle o tej pewności siebie, to nie ona się liczy. Tym, co naprawdę się liczy to robienie rzeczy zgodnych z naszymi wartościami i poczuciem, powiedzmy, takiego praktycznego, codziennego powołania. Jeżeli dotrzesz do tego, co się dla ciebie naprawdę liczy, to najczęściej jest to po jakiejś drugiej stornie rozpadliny. By to osiągnąć musisz coś z siebie dać. Poważne dążenie do tego odmienia cię wewnętrznie i daje ci, jako efekt uboczny pewność siebie i inne potrzebne rzeczy.
      Jeżeli piszę o pewności siebie to tylko po to, by ułatwić odblokowanie siebie w drodze do naszego celu/ powołania / wartości, a nie po to by dodawać nowe zadania. Co ci, z jakkolwiek rozumianej pewności siebie, jeżeli świata pozostanie dokładnie taki sami i jeżeli w twoim życiu wszystko będzie dokładnie takie samo?

      Piszesz „W miarę jak życie upływa, motywacja się zmniejsza”. Też miałem kilka lat temu takie odczucie. Złapałem się na mówieniu sobie „teraz to mi się już nie chce, gdyby to było kilka lat temu, to ho, ho….” To po części wymówka, po części coś, co psycholog Ellen Langer, nazywa „przedwczesnymi deklaracjami poznawczymi”. Nie będę się teraz o tym rozpisywał. Krótko: Gdy jesteśmy dziećmi i nabywamy w nieświadomy sposób mnóstwo idei. Szczególnie trwałe są te, które dotyczą starości i dojrzałości. Są one tym bardziej trwałe, im mnie nas dotyczą w chwili,gdy się o nich dowiadujemy. Przyjmujemy je, a później żyjemy zgodnie z nimi. Jednym z takich mitów, według którego żyjemy jest to, że gdy „człowiek ma swoje lata to mu się nie chce”. Naprawdę się nie chce? Ja czuję teraz większą energię i determinację niż 20 lat temu. Owszem, czuję też większe współczucie i zrozumienie dla innych. Nie ma potrzeby walczyć z ludźmi, którzy mają poglądy o 180 stopni inne od moich. Nauczyłem się, że nie ma sensu walczyć z ludźmi i ich poglądami, że to strata czasu. Czy to mądrość życiowa? Pewnie tak, ale taka prozaiczna. Raz czy dwa straciłem po prostu mnóstwo czasu i energii po to by pokonać kogoś. Pokonałem, a potem zostałem z poczuciem: no i co z tego masz, o to ci chodziło? Po prostu nie było warto.

      Na marginesie wieku. Są ludzie, którzy w wieku 50-60 lat mają niewydolny organizm. Ale są też i ludzie, którzy w tym wieku biegają maratony. Nasza wydolność i motywacja nie jest kwestią wieku (choć na pewno i on ma znaczenie).

      Kwestia „jak on mógł tak postąpić”. Empatia, umiejętność wejścia w skórę drugiej osoby jest umiejętnością, której musi się uczyć. Nie chodzi o to, by usprawiedliwiać innych, ale by umieć poczuć ich doznania. Najprościej zadaj sobie pytanie: jak ja bym się czuł, gdybym był na jego, jej miejscu? Czego bym się bał? Co by mnie stresowało? Co by mnie przerażało? Nawet kilka takich prostych pytań sprawia, że lepiej rozumiemy całą sytuację.

      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam serdecznie 🙂

  5. Dziękuję raz jeszcze.
    Serdecznie.
    🙂

  6. Zbyszek, stary dobry Zbyszek Ryżak 🙂 ponownie odkrywam Twojego bloga! Bardzo dobry tekst, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, kiedy wizerunek bycia pewnym siebie jest tak bardzo doceniany zawodowo i towarzysko, także w damsko-męskich relacjach, a nie wiadomo za bardzo co znaczy.
    Obiegowo pewność siebie kojarzy się z nadmiarem narcyzmu, tak pozytywnie dzisiaj postrzeganym i często wymaganym w naszym otoczeniu. Skromność jest dziś prawie wadą i kojarzy się z „szarą myszką”, kimś nieporadnym i nie potrafiącym siebie ..no właśnie ..sprzedać, jak to się potocznie mówi.
    Czyli pewność siebie rozumiana współcześnie to nic innego jak maska albo przepraszam za może zbyt proste okreslenie, głupota. Dzięki że propagujesz dużo rozsądniejszy i ..skromniejszy model tej postawy.
    Pozdrowienia i dzięki, będę tutaj znowu zaglądać.

    • Witaj Romano! Stęskniłem sie, naprawdę 🙂 Oj tak, trochę się postarzałem, ale ciągle jeszcze mam ochotę pisać 🙂

      Zgadzam się z tym co piszesz o narcyzmie. Dobrze to ujęłaś. Taka narcystyczna pewność siebie nie tylko odrzuca od nas innych, ale także ogranicza ruchy. Unikamy sytuacji, w których moglibyśmy okazać się nieporadni – czytaj, unikamy nowych, niepewnych rzeczy. A nawet jak nie unikamy, to wszystko zwalamy na innych, zamiast się uczyć na błędach.

      Jeżeli stawiasz przed sobą naprawdę ambitne cele, nie masz wyjścia, jak pozbyć się swojej papierowej, wydumanej wielkości i znaleźć oparcie w czymś głębszym niż fantazje na swój temat.

  7. Dziękuję Zbyszku za wyczerpującą, piękną odpowiedź. Dzięki Tobie odkrywanie siebie staje się coraz bardziej fascynujące. Tak jak w cebuli, warstwa po warstwie, odkrywa się kolejne rzeczy i powstają nowe pytania. Zastanowić się trzeba nad zupełnie innymi aspektami, które wcześniej zupełnie nie były brane pod uwagę. Bardzo mi się podoba pewność siebie jako efekt uboczny, coś co powstanie przy okazji działania. Właśnie, dzięki Tobie „działaj” nabrało zupełnie nowego znaczenia i to bardzo praktycznego. Działam, działam działam. i daję dużo z siebie, od siebie. Właśnie w kwestii dawania czegoś z siebie. Czy można dawać za dużo i efekt końcowy nie jest taki jakiego oczekiwaliśmy? Mam na myśli, że poświęcam się jakiemuś zadaniu bez reszty, daję z siebie wszystko, a efekty nie są takie jakie były oczekiwania. Pojawia się więc kwestia oczekiwań i one mogą wszystko popsuć. Tutaj nawiążę do pewności siebie, zostaje ona mocna nadwątlona.

    • Bardzo dziękuję za miłe słowa. Cieszę, że mogłem pobudzić 🙂
      Tak, myślę, że można przedobrzyć. Czasem warto zatrzymać się na chwilę, stanąć z boku i zastanowić się, czy czasem nie warto zrobić jakiejś korekty – podejścia, celów, czy adresatów.
      Z drugiej strony nigdy nie ma gwarancji, że uda ci się osiągnąć to, co zamierzasz – czasem jest to po prostu niemożliwe. Często jednak w wyniku działań dostajemy coś innego, czego nie dostrzegamy i z tego względu też warto uważne przyglądać się temu co robimy.
      Nie chodzi o pasywne analizowanie – wystarczy co jakieś czas zastanowić się: czy to o to mi najbardziej chodzi, co w tym jest najcenniejszego?

Zostaw komentarz