Czy mówienie do lustra podnosi pewność siebie i pomaga w życiu?

Przeczytałem ostatnio zalecenie, by w razie braku pewności siebie, niskiej samooceny, braku poczucia własnej wartości itp., stanąć przed lustrem i powiedzieć:

Jestem boski. Jestem przystojny, inteligentny, uroczy i sympatyczny. Przepełnia mnie pewność siebie. Nie ma na świecie lepszej rzeczy jak być mną.

Oczywiście musisz dobrać to, co mówisz do potrzeb. Jeżeli np. masz problemy z poczuciem atrakcyjności, najlepiej jest stanąć przed lustrem nago i powtarzać sobie:

Ach, jaki jestem atrakcyjny, jestem uwodzicielski i ponętny, nikt mi się nie oprze.

Efekty mają być lepsze niż rok siłowni, Versace i feromony, razem wzięte.

Lubię to, co widzę w lustrze, nie miałbym problemów by się przed lustrem rozebrać. Nie miałbym też większych problemów by potarzać sobie np. „Mam niebieskie oczy, metr osiemdziesiąt dwa wzrostu, szczupłą sylwetkę”. No, dobra, akurat tego nie byłoby sensu powtarzać, bo tak przecież jest. Chodzi o to by powtarzać sobie rzeczy, w które nie wierzymy. Po to, by dzięki temu stały się prawdą.

 

Czy powtarzanie sobie afirmacji pozwala stać się bardziej pewnym siebie?

Czy to skuteczna technika?

Profesor psychologii Joanne Wood wraz ze współpracownikami przeprowadziła badania, których celem była odpowiedź na to pytanie. Poprosiła grupę ludzi o powtarzanie sobie „Jestem sympatyczną osobą”, a następnie sprawdziła zmiany w ich nastroju. Dodatkowo badacze sprawdzili poziom samooceny badanych.

Jeżeli tego rodzaju technika byłaby przydatna, wszyscy powtarzający sobie pozytywne sformułowania (albo przynajmniej większość) powinni czuć się lepiej, powinna wzrosnąć także ich samoocena.

Okazało się, że owszem, nastrój osób powtarzających sobie zapewnienie „Jestem sympatyczny” nieznacznie wzrósł, ale uwaga, tylko w przypadku osób, które uprzednio miały pozytywne zdanie na swój temat i które bez żadnych afirmacji uważały się za sympatyczne. W przypadku osób o niskiej samoocenie, powtarzanie afirmacji spowodowało spadek nastroju.

W artykule podsumowującym badania (zamieszczonych w jednym z najbardziej wiarygodnych na świecie czasopism naukowych poświęconych psychologii) można przeczytać:

Wyniki sugerują, że dla pewnych ludzi, pozytywne stwierdzenia na swój temat są nie tylko nieskuteczne, ale w rzeczywistości szkodliwe. Gdy osoby z niskim poczuciem własnej wartości powtarzały stwierdzenie „Jestem sympatyczną osobą” ani ich odczucia w odniesieniu do siebie, ani nastrój nie uległ poprawie — przeciwnie, osoby te czuły się gorzej. Pozytywne afirmację wywoływały poprawę tylko u osób z wysoką samooceną – tych, które zwykle czują się dobrze w odniesieniu do siebie — ta poprawa była jednak nieznaczna.

Rada w stylu: „Jeżeli czujesz się nieatrakcyjna, powtarzaj sobie, że jesteś piękna” ma dokładnie odwrotne działanie niż zamierzone.

Zamiast pomóc ludziom wyrwać się z pułapki braku pewności siebie, dobija ich. I to nie jest kwestia, jak mi ktoś powiedział, że „niektórym pomaga, niektórym nie”. To nie pomaga tym, którzy tego potrzebują. Więcej, dla wszystkich, którzy tego potrzebują, jest szkodliwe!

W badaniach porównywano kilka sposobów pozytywnego myślenia. To nie było tylko powtarzanie „jestem sympatyczny”. Stosowano także inne techniki  — np. badani mieli poszukać w swoim życiu przykładów na poparcie prawdziwości afirmacji. W innej części proszono zarówno o przykłady za afirmacją, jaki i przeciw niej. Za każdym razem efekt był podobny: to nie sam sposób jest szkodliwy, ale fakt narzucania sobie czegoś.

Próba zaczarowania siebie samego, niezależnie od zaklęć i sposobu ich wypowiadania, za każdym razem kończy się tak samo: szkodami dla tych, którzy najbardziej potrzebują zmiany i niewielką poprawą dla tych, którzy jej nie potrzebują.

Shoma Morita, japoński psychiatra, prawie sto lat temu pisał:

Paradoksalnie, próba wzbudzenia w sobie uczucia odwagi stwarza większą nieśmiałość i bojaźliwość, próby pozbycia się lęku przed śmiercią, sprawiają, że ludzie w jeszcze większym stopniu stają się rządzeni przez lęk przed śmiercią.

Można dodać: próby poczucia się kimś bardziej atrakcyjnym, powodują, że czujemy się mniej atrakcyjni; próby poczucia się bardziej pewnym siebie, sprawiają, że czujemy się jeszcze bardziej beznadziejni.

Walka z sobą samym nie jest rozwiązaniem

 

To mi przypomina pewnego osiłka z mojej szkoły podstawowej.

Byłem w drugiej klasie, on chyba w czwartej. Zaczepił mnie po lekcjach i kazał powiedzieć, że jest najmądrzejszym człowiekiem w całej szkole.

Odpowiedziałem, że nie powiem, bo tak nie uważam.

Dostałem w nos. Polała się krew.

– Teraz powiesz!

Z zaciśniętymi wargami rzuciłem

– Nie.

– To jeszcze raz zarobisz w nos!

Nic nie powiedziałem, tylko pokręciłam przecząco głową.

Odpuścił. Miałem później spokój ze strony jego i jego kumpli. Byłem tym „małym co się stawia”. To była raczej dobra opinia.

To agresja, gdy ktoś każe ci powtarzać coś, w co nie wierzysz.

Nie ważne, jakie są intencje. Być może ta osoba chce ci pomóc (och ile ja znałem wtedy pomocnych osób – np. nauczycielkę wuefu, która w ramach pomocy uczniom lała ich po łapach skakanką).

Agresja jest agresją. Nie rodzi nic dobrego. Zwłaszcza ta, która jest skierowana pod własnym adresem.

Agresja jest ostatnią rzeczą, jakiej potrzebujesz, szczególnie wtedy, gdy jest ci ze sobą źle, gdy jesteś przybity i poturbowany przez życie i oczekiwania, jakie świat stawia przed tobą.

Nie potrzebujesz wtedy agresji, ale miłości!

Zmuszanie się do powtarzania „Jestem boski, wspaniały, cudowny i pewny siebie” jest aktem tchórzliwej agresji.

Czym ją zastąpić? Co mam sobie powiedzieć, zamiast  „Jestem boski”? (nieważne czy przed lustrem czy bez)?

Powiedz sobie to samo, co by powiedział do ciebie życzliwy, współczujący i łagodny przyjaciel. Ktoś, komu zależy na tobie, kto nie boi się okazywać swojej troski.

Czy ktoś taki kazałby ci mówić do siebie rzeczy, w które nie wierzysz? Usłyszałbyś od niego:

Stary, weź mi tu nie miętol głodnych kawałków tylko powtarzaj: jest dobrze. Zrozumiałeś ziom?!

A może jednak by powiedział coś zupełnie innego:

Widzę, że czujesz teraz cierpienie i ból. Widzę, że czujesz się przytłoczony, załamany i zmartwiony.

Współczuję ci. Jest mi przykro, że musisz przez to przechodzić. Jestem z tobą mój przyjacielu, niezależnie w jak ciężkich jesteś tarapatach.

Wiem ile cię to wszystko kosztuje. Wiem, jakie to dla ciebie ciężkie, mój przyjacielu, słyszeć w głowie ten krytyczny głos, słyszeć, że zmarnowałem szansę…

To ciężkie wciąż być tak narażonym na cierpienie. Nie zostawię cię, jestem z tobą.

Gdy czujesz się źle i gdy w siebie wątpisz, poszukaj w sobie takiego przyjaciela.

Być może będziesz potrzebować dłuższej chwili, na to, by go znaleźć.

Szukanie przyjaciela

Gdy po raz pierwszy dostałem podobne zalecenie, wyobraziłem sobie mojego przyjaciela, jako kogoś, silnego, pewnego siebie, kogoś o ciętym dowcipie, kto chodzi wyprostowany, nosi dumne czoło i nigdy się nie załamuje. Co by powiedział? Pewnie by rzucił żartem:

Te, smutas nie bądź taki przejęty, jeszcze będzie spoko. To wszystko drobnica.

Nagle dotarło do mnie: O kurcze, nie umiem wyobrazić sobie otwartej i współczującej osoby. Przecież to miał być przyjaciel, który ma serce na dłoni, jest łagodny i niczego we mnie nie odrzuca!

Gdy w końcu wyobraziłem sobie odpowiednią osobę, pierwszą rzeczą jaką poczułem była jej nierealność. Nie ma takich ludzi! – pomyślałem. To niemożliwe by istniał ktoś, kto jest w pełni życzliwy, otwarty, ktoś, kto potrafi w otwarty sposób wyrażać swoją troskę.

Moja reakcja uświadomiła mi jak bardzo potrzebowałem nauczyć się troskliwości i łagodności pod swoim adresem.

W naszej kulturze jest dużo lęku przed łagodnością. Szczególnie mężczyźni mają z tym problem. To przecież takie zniewieściałe, ble… Trzeba być twardym! Jeden z guru motywacji doradza nawet: Stwórz własny system przymusu! Bądź dla siebie bezwzględny! Pytanie, po co? Tylko dlatego by się dopasować? Przecież to wcale nie pomaga. Jesteśmy tak skonstruowani, że współczucie jest nam niezbędne. Mamy nawet cały układ działający na bazie oksytocyny, bez którego nie jesteśmy w stanie być psychicznie zdrowi. Lęk przed współczuciem to jednak temat na inną, dłuższą opowieść. Gdy go spotkasz, nie przerażaj się – to normalne.

[hr]

Gdyby kogoś interesowały wspomniane badania: Wood, J. V., Perunovic, W. Q. E., & Lee, J. W. (2009). Positive self-statements: power for some, peril for others. Psychological Science, 20(7), 860-866.

Zdjęcia: violscraper; Philippe Put; futurestreet

5 komentarzy

  1. Nie wiem jak to się dzieje ale ten tekst akurat trafił na moją skrzynkę, gdy zastanawiam się nad powrotem do Paula McKenny i jego „Grunt to pewność siebie” 🙂

    Pytanie ogólnie, które chciałbym jeszcze postawić to, czy sensowna jest terapia jeśli jakaś część życia w ogóle nie działa (lepiej określając działa źle)? Jedna część rzutuje na inne.

    • Pytanie jest trochę za ogólne, bo wszystko zależy od tego jaka część i o co chodzi.
      Dlatego nie traktuj tego co dalej jako jakieś konkretnej wskazówki – to ogólna uwaga.

      Zakłada, że ta szwankująca część życia to nie jest nic poza naszym zasięgiem (np. jakieś schorzenie, które od nas nie zależy)

      Terapia nigdy nie ma sensu jeżeli jest celem jest unikanie życia. Albo mówiąc z innej strony: najlepszą formą terapii jest doprowadzenie szwankującej formy życia do porządku.

      Jakakolwiek terapia, która pozwala się poczuć lepiej bez zmiany w życiu jest szkodliwa.

      Jeżeli np. nie masz pracy i ci to przeszkadza, to fundowanie sobie terapii polegającej na mówieniu sobie „jestem wielki i bogaty” bez żadnych działań by tą pracę znaleźć jest szkodliwe.

      Oczywiście pewna forma terapii może ci pomóc zrobić pierwszy krok czy przełamać się. Ale częścią terapii jest doprowadzenie życia do prządku. Nie da się najpierw naprawić siebie a potem swoje życie. Każdy by tak chciał, ale to nie działa. Najpierw rozpal ogień, potem się przy nim tańcz. Nie mam sensu tańczyć by rozpalił się ogień (to obraz tekstu, który się pojawi za jakiś czas – przepraszam, jeżeli jest nieczytelny).

      Najczęściej najlepiej jest naprawić swoje życie — samoocena naprawi się sama.

      Pozdrawiam i dziękuję za komentarz.

  2. Dokładnie bingo, Zbyszku!
    Wczoraj miałam emocjonalny kryzys, spowodowany życiem, parę problemów typu standardowego: za dużo pracy – za małe zarobki, na fitnessie zostawiłam w szatni drogie jak na moją kieszeń buty – zginęły..,korki to już był tylko lekki bodziec drażniący.

    Wróciłam tak naładowana do domu, że miałam ochotę…no właśnie na co?!

    Albo wymierzyć sobie parę ciosów, tak żeby bolało (za karę że zostawiłam buty, za karę że nie potrafię/nie chce mi się/ lub nie dążę do poprawy swojej sytuacji materialnej – skoro mi tak zależy, za karę że się przejmuję butami i wszystkim na raz, ogólnie kara za karę za wszystko).
    Albo zdemolować sobie mieszkanie – skopać meble, wyżyć się na zniszczeniu swojego w końcu mienia i ulubionego miejsca na świecie czyli miejsca w którym obecnie mieszkam.

    Myślę, że poziom testosteronu był równy jakiegoś hormonalnego zenitu.

    Wtedy uświadomiłam sobie, jak siebie traktuję „z buta”. Oburzam się, jak inni czasem krytycznie i brutalnie traktują rzeczywistość, ale dla siebie wcale nie jestem lepsza.
    A może jest tak, że znajdują się właśnie „tacy inni” koło mnie w relacjach, bo ja ich dopuszczam na zasadzie – ja nie mam, nie widzę dla siebie empatii, nie czuję miłości, więc toleruję podobne zachowanie „takich innych” obok mnie?

    Czyli coś w stylu myśli, że aby mieć szczęśliwe i spokojne życie trzeba zacząć od siebie.
    Tak niezrozumiałe dla mnie kiedyś, żeby być kochanym, trzeba mieć dla siebie miłość i szacunek, wybrzmiewa na tym planie zupełnie logicznie.

    mam w tym temacie dużo do zrobienia.
    Wewnętrzny krytyk i wewnętrzne dziecko we mnie są na nierównych pozycjach od bardzo dawna. Cieszę się w sumie na to odkrycie, bo uświadomienie sobie samej tego problemu jest dobrym punktem wyjścia.

    • Bardzo dobrze to ujęłaś.

      Tak, takie odkrycie jest doskonałym punktem wyjścia. Punktem wyjścia do tego by sobie co pewien czas o tym przypominać i brać głęboki oddech. Tendencja do tego by się potraktować „z buta” zostaje w nas długo, długo… Dla niej też trzeba być wyrozumiałym. Ale świadomość tego, co się z nami dzieje, rozbraja nasze „z buta”.

      Dziękuję za komentarz i pozdrawiam 🙂

  3. Do mnie nigdy nie przemawiało „mówienie do lustra”. Jestem szczera w stosunku do innych i do siebie również. Musiałabym się potraktować jak idiotę, który uwierzy w słodkie kłamstewka. Lepiej zdobywać doświadczenia podważające nasze przekonania, a nie próbować się oszukiwać….a odnośnie współczucia to dziwna sprawa, najpierw go szukam u innych, a kiedy go dostaję jestem przerażona, bo uświadamia mi to, że naprawdę mam problem.

Zostaw komentarz