Wstań i od dziś walcz

Jest jedna rzecz, której żałuję (choć być może trzeba to nadrobić): nigdy nie uprawiałem żadnego sportu walki, albo przynajmniej sportu, który wymaga wchodzenia w starcia i zmagania się z przeciwnikiem. Przez jakiś czas chodziłem tylko na ju-jitsu, ale cała filozoficzna otoczka zajęć sprawiała, że nie przydarzyło mi się tam żadne starcie.

A mnie chodzi o walkę. Weźmy boks. Uczysz się ciosów, postaw, skaczesz na skakance, okładasz z worki treningowe. Ubierasz spodenki i rękawice. Fajnie. Niby dlaczego miałbyś tego nie robić? To cię przecież nic nie kosztuje a daje przyjemność. Jesteś dumny z tego, jaki z ciebie bokser. Wyglądasz jak bokser i zachowuje się jak bokser. Na pewno zostaniesz mistrzem ringu! Póki daleko do walki, jesteś co do tego święcie przekonany.

A potem zbliża się walka. Nie treningowa, ale prawdziwa. W drugim narożniku przeciwnik z mocną intencją uniemożliwienia ci wyjścia z ringu o własnych siłach.

Nie jesteś już tak pewny jak na treningach. Gdyby ktoś uważnie ci się przyjrzał, zobaczyłby, że nie za bardzo masz ochotę na walkę. Niby czekasz na nią, ale tak naprawdę szukasz okazji by się wymigać. Może przeciwnik nie przyjdzie? Może nastąpi jakieś złamanie regulaminu? Już tyle walk ci się upiekło, może i tym razem się uda?

Ale nie, tym razem dochodzi do walki. Gong. Przeciwnik skacze wokół. Przygląda ci się. Zadaje ci pierwszy cios. Drugi. Trzeci. Tak łatwo cię nie złamie. Jesteś wytrzymały. Zasłaniasz głowę rękawicami i trwasz. Jesteś cholernie wytrzymały. Możesz wytrzymać nie takie okładanie. Twardo stoisz.

Dlaczego żałuję, że nigdy nie walczyłem? Bo taka defensywna postawa jest w sporcie natychmiast karana. Jak długo wytrzyma na ringu bokser, którego jedynym talentem jest wytrwałe znoszenie ciosów? Niedługo. Albo trafi go zbyt mocny cios, albo sędzia przerwie walkę i ogłosi nokaut techniczny (czy coś w tym rodzaju).

Chciałbym zawsze pamiętać, że defensywa, obrona, znoszenie ciosów nie wystarcza.

Chciałbym pamiętać, że gdy przeciwnik atakuje, zamykanie oczu i bloki nie wystarczą. Przeciwnie, trzeba patrzeć, szukać właściwego momentu i uderzać z całych sił.

Życie polega na walce. Nie w sensie: dawania komuś po pysku, ale w sensie aktywnego szukania okazji i działania.

To żadna walka, gdy stoisz i się zasłaniasz. Prawdziwa walka jest wtedy, gdy młody bokser, stając przed większym i bardziej doświadczonym przeciwnikiem nie czeka aż zabrzmi końcowy gong, ale stawia na szali wszystko: całą swoją siłę, szybkość i zwinność.

W naszych codziennych walkach jesteśmy cholernie defensywni. W naszych…bez sensu, niby kim jestem by mówić w liczbie mnogiej?

moich codziennych walkach przypominam przestraszonego boksera, który skulił się, schował głowę między ramiona, zasłonił oczy rękawicami i daje się okładać przeciwnikowi.

Podejmuję trudne decyzję, ale rozglądam się czy naprawdę muszę to zrobić. Może jednak okaże się, że to nie będzie potrzebne, że będę mógł się wycofać?

Robię coś, ale użalam się, że taki ciężki los. Pozwalam sobie na snucie smutnych konstatacji: jakie to niesprawiedliwe…, gdyby tylko…, jakie to nieludzkie… może ktoś wreszcie …

Ustawiam cele i działam, ale na  pół gwizdka, bez pełnej siły i użycia wszelkich dostępnych mi sposobów.

Co pewien czas, krzyczę z paniką w głosie do Trenera:

– Trenerze, już nie mogę, co mam robić!?

– Walczyć chłopie – odpowiada Trener – po to cię na ten ring postawiłem, żebyś wygrywał, a nie wygrasz bez walki!

– Trenerze, pomocy!

– Rusz się! Nie chowaj się! Nie opuszczaj rąk. Walcz!

Ale nie słucham Trenera, bo do głowy mi nie przychodzi, że On chce, żebym wygrywał. Do głowy mi nie przychodzi, że wygrać to coś dobrego.

Twoja wygrana nikogo nie skrzywdzi

Po pierwsze „wygrać” bardzo mi się kojarzy z krzywdą drugiej osoby, a przynajmniej z tym, że komuś jest przykro. Tak często widziałem ludzi, którym się udało, wykorzystujących to do zawstydzania innych. Tak jakby ich wygranej brakowało jakiegoś sosu zrobionego ze wstydu i zazdrości innych. Tak, jakby sukces im nie smakował, gdy inni nie czują się poniżeni i pokonani. Dla nich wygrałem nie liczy się, jeżeli nie mogą powiedzieć ty przegrałeś.

Są tacy ludzie. Ale co z tego? To, co robią z wygraną to patologia.  Prawdziwe wygrywanie nie wymaga poniżania przegranych. Często o tej prawdziwej wygranej inni nawet nie wiedzą.

Moja ulubiona scena z filmu Cast Away z Tomem Hanksem. Rozbitek próbuje rozpalić ogień, kręci patykiem oczekując, że ruch obrotowy zapali wiórki. Ale oprócz ran na dłoniach brak efektów. W końcu odkrywa, że zamiast  kręcić lepiej jest przesuwać patykiem. Smużka dymu. Następna scena: wielkie ognisko a rozbitek, którzy przed chwilą był na krawędzi załamania, śpiewa, tańczy i deklamuje:

– Ja stworzyłem ogień. Ja!

Co to za sukces? Nikogo nie pokonałeś, nikogo nie zawstydziłeś! Nikt nawet nie widział twojej wygranej. A jednak to jest jej istota: radość, że pokonałeś słabość, zrobiłeś coś trudnego, zmieniłeś kawałek świata.

Masz prawo wygrywać

Po drugie, przecież nie mam prawa do tego by wygrać, to nie dla mnie. Przecież gdy wygram, zaraz ktoś przyjdzie i powie, że to pomyłka, że był spalony, że nie spełniłem warunków, że to nie moje miejsce. Przecież znacznie lepiej nie pchać się na pierwsze miejsca, usiąść na samym końcu i czekać, aż cię poproszą do przodu.

Jeżeli jesteś dobry i czekasz aż cię odkryją i wyniosą na podium to się nie doczekasz. Może jakieś uznanie post-mortem (jeżeli jesteś zainteresowany).

Chowając się na ostatnich miejscach robisz innym krzywdę. To żaden dobry uczynek. Ukrywasz to, co dostałeś i to, co mogłoby im pomóc.

Są sytuacje, w których jedyną słuszną rzeczą jest usiąść z tyłu. Ale siadać z tyłu po to, by inni odwalili za ciebie robotę i przesadzili cię co przodu? Egoizm. Nie chowaj tego, co masz dobrego. Doskonal, pokazuj, dawaj innym, dziel się.

Owszem, znajdą się tacy, którzy poczują się dotknięci twoim sukcesem i będą żądać byś opuścił miejsce i natychmiast popełnił samobójstwo (przynajmniej moralne, cokolwiek to znaczy).

To taki typowo polski ból. Gdy wygrasz, zawsze znajdzie się ktoś, kto ci powie, że jesteś nic nie warty.

Dostałeś się na studia:

– Stary, ale miałeś dojścia! Pewnie trochę kaski cię to kosztowało!

Dostałeś dobre oceny:

– Jesteś beznadziejny kujon, nie umiesz się bawić.

Dostałeś dobrą pracę:

– Podlizywałeś się właściwej osobie.

Twoja firma dostała zlecenie:

– Znajomości…

Zrobiłeś szkolenie, z którego ludzie są zadowoleni:

– Tandeta, przecież nie masz tytułu, licencji i nie znasz podstaw!

Ale czy to, że ktoś odbiera twoją wygraną jako policzek to twoja sprawa? To przecież tylko jego problem. Taki wybrał sobie sposób pocieszania się. Nic na to nie poradzisz.

Machnij ręką na malkontentów. Miejmy nadzieję, oni też kiedyś wygrają i będą mogli popatrzeć na sprawę z innej strony.

Oprócz malkontentów jest spora grupa ludzi, dla których twój sukces będzie prawdziwą radością. Wygrywasz dla siebie i dla nich.

Masz w sobie możliwości

Po trzecie, nawet gdyby mi zależało, nie wierzę, że mam w sobie tyle siły, umiejętności, talentu itp.

Może nie masz, ale nie przekonasz się przechodząc biernie przez życie.

Chcesz się przekonać na co się stać? Musisz spróbować. Ale nie stój z założonymi rękoma znosząc życie. Rzuć się do ataku z całej siły.

Bądź odpowiedzialny

Jedną z podstawowych cech potrzebnych każdemu z nas jest odpowiedzialność. To mit, ze odpowiedzialności człowiek uczy się z wiekiem czy zakresem obowiązków.

Znam wielu nieodpowiedzialnych rodziców i szefów.

Odpowiedzialność to umiejętność udzielania właściwych, odpowiedzi. Wielu rodziców jest rodzicami bo tak się złożyło. Wielu szefów zarządza, bo akurat tak była ułożona ścieżka kariery. Na nic nie odpowiadają, po prostu mówią to, co im ktoś podpowiada.

W odpowiedzialności nie chodzi o to by robić to, czego od ciebie oczekują, czy to co robią wszyscy. Chodzi o to, by przestać być pasywnym, by przestać się zasłaniać oczy przed życiem i jego ciosami. By zacząć odpowiadać na te ciosy swoimi działaniami.

15 komentarzy

  1. Przepraszam, że zamieszczam tekst adresowany w zasadzie do mnie samego. Pomyślałem jednak, że może ktoś jest w podobnym momencie życie i może mu się to przyda w jego walkach z życiem, nawet, jeżeli nie do końca jest jasne do czego autor pije.

    • Zbyszku,

      Myślę, że nie zdajemy sobie sprawy z tego, że dając się okładać życiu mamy przekonanie o swojej niższości i słabości. Im więcej życie nas obija, tym bardziej przyjmujemy bierną postawę, aż do momentu, w którym garda opada i nawet najsłabszy cios może nas powalić.

      Cóż może nam się stać kiedy będziemy chcieli odwzajemnić cios, ale chybimy? Zapewne nic, ale boimy się ewentualnych konsekwencji – odsłaniamy się i jesteśmy łatwym celem czy marnujemy energię – wewnętrzną energię. 😉 Boimy się porażki i braku wsparcia otoczenia.

      Jestem pewien, że musimy być aktywni i nie bać się wyimaginowanych konsekwencji. Co się stanie jak się nie uda trafić? Przeważnie nic. Co się stanie jeśli nie będziesz aktywny? Na pewno przegrasz, wcześniej czy później, ale przegrasz. W konfrontacji z innymi i sam ze sobą. A wtedy tylko równia pochyła. Ale o tym traktowałeś w wielu innych artykułach czy książkach.

      Nie gnuśniejmy w kapciach, ruszmy do przodu. Powoli, ale do przodu. 🙂

  2. Niby to slogany, oklepane frazesy. Ale dobrze jest taki tekst przeczytać i przypomnieć sobie, czy faktycznie na co dzień walczę? Wiadomo, że czasem nie ma zbytnio siły na tę walkę. Wtedy trzeba przeczekać i ponownie zaatakować. Ja jakiś czas temu też zrozumiałem, że tylko tą WALKĄ można cokolwiek osiągnąć w życiu. A nawet więcej – można spełniać swoje marzenia. Problem wielu osób jednak tkwi w tym, że chcieli by osiągać sukcesy bez walki…

  3. Dziękuję Panu za ten wpis! Akurat jestem w takim momencie swojego życia, kiedy wszystko muszę ułożyć od początku, uświadomić sobie w jak wielu aspektach działałam automatycznie (mam na myśli również te niekoniecznie dobre przyzwyczajenia). Myślę, że rozumiem ideę przewodnią tego wpisu i zgadzam się całkowicie, że trzeba walczyć, że lepiej „się zużyć niż zardzewieć”. Ale o ile łatwiej jest poddać się fali? O niebo łatwiej! Właśnie z takiego miękkiego, leniwego i bezbarwnego środowiska staram się wyjść, dlatego dziękuję za ten wpis. Pomógł mi podtrzymać gasnącą chęć do działania i wprowadzania zmian.
    Pozdrawiam!

    • Trzymam kciuk Martyno. Podoba mi się to „lepiej się zużyć niż zardzewieć” 🙂 Sam wyszedłem z takiego leniwego i bezwolnego środowiska. Ale zadziwiające jest to, że jak się raz wyjdzie to potem trzeba co parę lat to powtarzać, bo w tym nowym środowisko zazwyczaj szybko okazuje się, że także jest sporo bezwładu. Ale może to właśnie w życiu jest fajne, że co parę lat jest okazja do tego by by przestać się poddawać i ruszyć aktywnie do przodu?

  4. Zbyszku, zwróciłem uwagę na ten fragment:

    Przecież znacznie lepiej nie pchać się na pierwsze miejsca, usiąść na samym końcu i czekać, aż cię poproszą do przodu.
    Jeżeli jesteś dobry i czekasz aż cię odkryją i wyniosą na podium to się nie doczekasz. Może jakieś uznanie post-mortem (jeżeli jesteś zainteresowany).
    Chowając się na ostatnich miejscach robisz innym krzywdę. To żaden dobry uczynek. Ukrywasz to, co dostałeś i to, co mogłoby im pomóc.

    Jest to wyraźne w powyższym fragmencie, ale to wybrzmiewa w całym tekście: dla ciebie istnieje tylko miejsce pierwsze lub ostatnie, przegrana lub wygrana. Porównanie życia do walki bokserskiej to koleny przykład takiego myślenia. Przeczytaj proszę wklejony fragment w którym dajesz sobie tylko dwie możliwości: „pchać się na pierwsze miejsca” lub „usiąść na samym końcu”. Dalej idąc, jeżeli jesteś dobry to co powinni robić? : „wyniosą na podium”. Jeżeli nie jesteś na podium to gdzie jesteś?: „Chowając się na ostatnich miejscach”.

    Życie z takim obrazem świata musi przypominać nieustającą walkę, bo przecież liczy się tylko TOP, bo jeżeli nie jestem na topie, to jestem na dnie, zerem, nic nie wartym nieudacznikiem. Na szczęście prawdziwy świat jest analogowy.

    • Macieju, chyba nie czytałeś innych tekstów Zbyszka. On bez przerwy pisze o ruchu, o drodze, o rozwoju, zachęcając do działania bez strachu o osiągnięcie pierwszego miejsca. Bo taki strach paraliżuje – dlatego Zbyszek o nim wspomina, pisząc „o pierwszych miejscach” lub „ostatnich”. To są echa naszych myśli o sobie, które trzymają nas w miejscu, w bezpiecznej bierności. Tu nie chodzi o brutalną walkę ze światem, nawet nie o brutalną walkę ze sobą i swoją słabością, lecz o WYCHODZENIE na zewnątrz z własnymi talentami i obdarowaniami; o dzielenie się z innymi bez strachu o ocenę daru, także o uważne przyglądanie się potrzebom swoim (bez egocentryzmu) i innych (bez zapominania o sobie).
      Kluczowa jest równowaga – i o osiąganiu jej jest ta strona. Ja przynajmniej tak odczytuję teksty

      • Ahathos, dziękuję za Twoje słowa. Tak, chodzi o „WYCHODZENIE na zewnątrz z własnymi talentami i obdarowaniami; o dzielenie się z innymi bez strachu o ocenę daru, także o uważne przyglądanie się potrzebom swoim (bez egocentryzmu) i innych (bez zapominania o sobie)”. Dokładnie o to mi chodzi 🙂 A kilka dodatkowych rzeczy jeszcze w tej drugiej odpowiedzi.

    • Macieju, dziękuję za bardzo ciekawy komentarz. Myślę, że ten tekst jest trochę skrótowy i że można w taki sposób to rozumieć.

      Odpowiem tak: chłopie przyłapałaś mnie! Tak, jedyne co mnie interesuje to absolutny top, bycie najlepszym na świecie. Więcej, interesuje mnie bycie nie tylko najlepszym, ale najsłynniejszym na świecie. Od jakiegoś czasu chodzę tu i tam i zadaję ludziom proste pytanie: „W czym chciałbyś być najlepszy na świecie? Z czego chciałbyś byś słynny na cały świat”. Lubię szczególnie to drugie pytanie. Ostatnio na przykład pytałem kilkoro dzieci: Z czego chcielibyście, aby wasz szkoła była sławna? Z czego chcielibyście być znani jako klasa?

      Tak, uważam, że życie jest zero – jedynkowe, jak to kiedyś mawiał pewien trener piłkarski: albo się jest w ciąży, albo nie. Nie można być trochę w ciąży, albo się angażujesz na 100% albo nie. Jeżeli się „trochę angażujesz” to jesteś trochę w ciąży. Nic z takiej „trochę ciąży się nie urodzi”. Naszym problemem jest to, że idziemy przez życie na wpół obudzeni.

      Aby móc zaangażować się na 100% potrzebujesz mieć wielki cel – a na taki cel doskonal nadaje się „bycie na topie”.

      Mam nadzieję, że jeszcze czytasz (choć to, co do tej pory mogło cię zniechęcić), bo jest jeszcze jedna rzecz. Co to znaczy być na topie (bez którego nic się nie liczy)? Co to znaczy być najlepszym czy najsławniejszym?

      Oto moje pełne pytanie, które zadawałem ostatnio dzieciom z czego chciałbyś aby twoja szkoła była słynny w: (1) twojej dzielnicy (2) mieście (kraju).
      Dlaczego je zadawałem? Bo uważam, że ich szkoła wpadła w marazm i bylejakość. Nie są najgorsi, nie są najlepsi. Są w marazmie.

      Nie mam dziś czasu się na tym dłużej rozwodzić, ale jedno podstawowe rozróżnienie: być NAJLEPSZYM nie znaczy od razy „NAJLEPSZYM POŚRÓD”. Mnie chodzi o bycie „NAJLEPSZYM DLA” – najlepszym dla ludzi w mojej dzielnicy, mojej grupy klientów czy nawet słuchaczy.

      By być najlepszym nie musisz być najlepszy ze wszystkich ludzi na ziemi. Wystarczy, że będziesz najlepszy dla np. osób, które poszukują jakieś książki (gdy masz księgarnię online), dla rodziców, którzy mają jakiś problem z dziećmi (jeżeli pracujesz z dziećmi), dla ludzi którzy potrzebują strony internetowej (gdy takowe stawiasz) czy dla ludzi, którzy chcą się nauczyć prowadzić prezentacje (jeżeli robisz tego rodzaju szkolenia).

      I tutaj jestem bezwzględny: albo jesteś najlepszy albo daj sobie spokój. Jeżeli dla twojego klienta jesteś „w miarę” – tracisz życie. Oczywiście nie dotyczy to tylko biznesu. Jesteś najlepszym ojcem lub mężem? Jesteś najlepszym przyjacielem? Lepiej żebyś był. Bo jak nie jesteś, to raczej Cię nie ma. Wiem, nie zawsze się udaje na maxa. Ale o tym jest ten tekst: walcz, nie podawaj się, nie akceptuj marazmu, przeciętności,

      Nie wiem, czy odpowiedziałem na Twoje uwagi, ale dziękuję, że mogłem przy okazji rozwinąć temat.

      • Chyba bym zwariował, gdybym oceniał moje działania tylko jako zwycięstwo lub przegrana i nic po środku. Aż mnie zmroziło po przeczytaniu: „Aby móc zaangażować się na 100% potrzebujesz mieć wielki cel – a na taki cel doskonal nadaje się „bycie na topie”. Miałbym chyba permanentną depresję z poprzeczką ustawioną tak wysoko. Ale w sumie to fajnie, że ludzie mają tak niesamowicie różne filozofie życia, jest o czym rozmawiać.

      • Rozumiem, . Problem polega na tym, że są rzeczy które są zero – jedynkowe i to nie jest sprawa filozofii. Zdradzasz kogoś, albo nie zdradzasz, jesteś uczciwy albo nie jesteś, żyjesz albo nie żyjesz, jesteś w ciąży albo nie jesteś i wreszcie: angażujesz się, albo nie angażujesz.

        Dla mnie to bardzo smutne, że dziś większość ludzi ma takie podejście do życia: trochę się staram, trochę się angażuję, trochę z siebie daję… po co mam dawać z siebie 100 stopni C, przecież 70 wystarczy.

        Nie, nie wystarczy. w 70 stopniach dobra herbata nie naciągnie, nie uwolnisz jej zapachu ani smaku. Jak mówi biblia: bądź zimny, albo gorący, jeżeli jesteś letni – zwymiotuję cię (łagodne tłumaczenie używa słowa: wypluję).

        „Być na topie” znaczy tylko: być zaagażowanym na 100%. Dawać z siebie co się ma.

        Zazdroszczę sportowcom bo oni doskonale rozumieją jaka jest różnica między kimś kto jest obecny / stara się a kimś kto naprawdę walczy (angażuje się w mecz na 120%). Większość ludzi robi swoja na 50%-60% i narzeka, gdy efekty są na 50%-60%. „No przecież coś robiłem!” Zgadza się, „coś” robiłeś. I o tym był ten tekst: walcz na 100%.

  5. Hmmm…. Dwa lata temu po raz pierwszy stanęłam na macie. Trener był jakieś 2,5 raza cięższy i dobre kilka lat młodszy (dobiegam czterdziestki). Patrzył na mnie… kpiąco (???). Kazał mi się uderzyć. Nie potrafiłam. Nie widziałam powodów, żeby bić człowieka, który nic mi nie zrobił. Śmiał się, ale podjął się prowadzenia treningów indywidualnych (3 razy w tygodniu).
    Po sześciu miesiącach zrobiliśmy sparring. Oh, wygrał, co tam, wytarł mną matę. Ale dostał kilka ciosów i kopnięć, które poczuł. Nie ważne – ważne, że się nie poddałam, że walczyłam. Już same treningi są dla mnie rewelacyjnym sposobem na moje słabości, na brak wiary w siebie i przekładają się na inne dziedziny życia w sposób, który dla mnie samej jest zadziwiający. Dziękuję Ci za przypomnienie mi po co i dlaczego wstaję o barbarzyńskiej porze dwa razy w tygodniu, biegnę do klubu, wkładam rękawice i zaczynam trening. Ciągle od nowa dokonuję wyboru: „iść czy nie iść”.
    Nadal nie ma we mnie agresji potrzebnej, aby być prawdziwym fighterem. Takiej agresji w czystej formie. Wolę rozwiązania podyktowane przez intelekt.
    Ale jest we mnie wiara, że mogę, że potrafię i że moje własne myśli o sobie to tylko myśli, a nie prawda.
    Teraz żyję TERAZ, ale to ju zupełnie inna historia.

Zostaw komentarz