Ile razy wybieram się gdzieś, mając wszystko dokładnie zaplanowane i wymyślone, trafiam na ślepą uliczkę. Okazuje się, że albo moje plany nie uwzględniały wielu czynników, albo miejsce, do którego dążyłem nie było tego warte. Ile razy jednak mam odwagę odkrywać po drodze siebie i świat, trafiam na wspaniałe miejsca. To nie znaczy, że jestem zwolennikiem przypadkowego błąkania się. Chodzi o to, by uwolnić się od próby ciągłego przemyśliwania własnego życia i kariery. Jak pisał Abraham Joshua Heschel: „Serce odsłania się w czynach”. To doskonała wiadomość dla zblokowanych brakiem klarowności. By ruszyć w podróż, nie musisz wszystkiego dokładnie wiedzieć. Nie potrzebna ci precyzyjna wizja ani dokładne plany. Nie musisz wszystkiego rozumieć, ani wszystkiego być pewnym. Potrzebujesz tylko gotowości do uczenia się nowych rzeczy o sobie samym i świecie. Mówiąc inaczej, potrzebujesz postawy i umiejętności eksperymentatora. To nie jest łatwe. Wielu z nas, jeżeli chodzi o własny rozwój, tkwi ciągle w czasach gospodarki planowej. Opracowujemy plany pięcioletnie i prowadzimy ze sobą niekończące się jak plena KC dyskusje. Tymczasem gospodarka planowa nie potrafiła sobie poradzić nawet z wyprodukowaniem papieru toaletowego.

1.

Czasem zdarzają się filmowe historie: zwalniam się z pracy i w ciągu kilku miesięcy zostaję odnoszącym sukcesy przedsiębiorcą, sławnym na cały świat pisarzem czy popularnym piosenkarzem. Mogę opowiadać, jak to dzięki swojej determinacji, odwadze i paleniu mostów odniosłem tryumf. Mogę chodzić w glorii romantycznego bohatera.

Nie wątpię, że takie historii się czasem zdarzają.

Tak samo, jak zdarzają się takie historie, że człowiek idzie drogą i potyka się o stukaratowy diament, albo idzie z łopatą do lasu i pod pierwszym lepszym drzewem odkrywa zakopaną skrzynię ze skarbami.

Różne cuda się zdarzają, ale najczęściej, zanim znajdziesz skarb musisz wykopać wiele pustych dziur, nawet, jeżeli jesteś pewny, że skarb gdzieś tu musi być.

Historie typu: usiadłem, zastanowiłem się, a potem wszystko poszło zgodnie z planem – praktycznie się nie zdarzają.

Model „zaplanuj i działaj”, jakim jesteśmy karmieni przez różne poradniki rozwoju kariery nie działa. Być może w jakimś zakresie sprawdzał się kilkadziesiąt lat temu, gdy świat był powolny i dostojny niczym słoń wiozący mongolskiego szacha podczas uroczystej procesji.

Jeżeli wierzysz, że jesteś w stanie wymyśleć swoją przyszłość – usiąść, wsłuchać się w siebie, postanowić a potem zrealizować plany – wierzysz w mit.

Ten mit może cię sporo kosztować.

2.

Po pierwsze możesz stracić mnóstwo czasu na [highlight]oderwane od życia dumanie o sobie[/highlight]. Możesz dołączyć do drepczącego w półmroku tłumu, który mamrocze „Gdybym tylko widział… gdybym tylko wiedział…

Pracujący w Indiach jezuita, Carlos Valles, nazywa takich ludzi nałogowcami poczekalni. Siedzą w poczekalni dworca kolejowego i słuchają zapowiedzi odjeżdżających w przeróżne zakątki świata pociągów. Inni ludzie – jak to w Indiach bywa – przepychają się, rozpychają, próbują wcisnąć się choćby na dach odjeżdżającego pociągu, ale ci siedzą bez ruchu i mamroczą: „Jeszcze nie jestem gotowy, jeszcze nie wiem na pewno… Muszę być całkiem pewny…

Wiele osób spędza w poczekalni całe życie.

Zanim wyjdę z tej poczekalni – mówią sobie – muszę być absolutnie pewny, że dobrze wybiorę. Nie ma sensu mieszać w tą ciżbę, jeżeli człowiek nie jest pewny, że podróż mu się uda.

Można mieć wrażenie, że to nie tylko sprawa lęku przed złym wyborem, ale miłość do poczekalni.

Jak pisze de Valles:

Komfort czekania chroni przed zamieszaniem związanym z dotarciem na miejsce.

Na krótką metę poczekalnia jest wygodna, ale przecież dobrze wiemy, że to nie jest właściwe miejsce dla nas.

Rzeczą, która ułatwia opuszczenie poczekalni, jest porzucenie wiary w mit, że można odkryć swoje prawdziwe ja, wyłącznie na drodze introspekcji, że jedyną szansą od odkrycie swojego właściwego miejsca jest planowe ściganie tego, co sobie wyobraziliśmy.

3.

Nie wszyscy rozkochują się w poczekalni. Niektórym udaje się podjąć decyzję i ruszyć. Na przykład mówią:

– Rzucę swoją dotychczasową pracę konsultanta, przeprowadzę się na wieś i będę hodował ekologiczne jabłka!

albo:

– Zostawię korporację, wyjadę do Krakowa, założę restaurację ze slow foodem, będę serwował potrawy gotujące się cztery doby z produktów kupowanych wyłącznie od znanych mi osobiście rolników.

Albo:

– Rzucam posadę prawnika, kupuję wielkie biurko, zamykam się na cztery spusty i zostaję wielkim pisarzem!

Tym ludziom udało się to, co nie wyszło koneserom poczekalni – mają poczucie, że odkryli swoje miejsce, swoje prawdziwe powołanie, jedyną, właściwą dla siebie ścieżkę.

Wierzą, że nowa, wspaniała przyszłość, zacznie się już za chwilę. Wierzą, że ich pasja i autentyczne zaangażowanie zostanie docenione przez świat. Teraz czeka ich tylko pełna sensu, motywacji i sukcesów praca.

Ale większość z nich nie ma racji. To biedacy, w jeszcze gorszej sytuacji niż koneserzy poczekalni.

Do niektórych z nich szybko dotrze, że [highlight]wcale nie o tym marzyli[/highlight]. Zamiast spacerów pod gałęziami uginającymi się od pachnących jabłek, jest poranne wstawanie, ciężka harówa w błocie,  zżerające wszystko szkodniki i rozmowy z niczego nie rozumiejącymi pośrednikami. Zamiast wspaniałego uczucia bycia twórcą, jest zamęt panujący w głowie i poczucie samotności.

Do wielu dociera także, że [highlight]nikt aż tak bardzo nie potrzebuje tego, co chcą z siebie dawać[/highlight]. Okazuje się, że ludzie wcale aż tak bardzo nie pragną potraw gotujących się przez tydzień w temperaturze 60 stopni, starych odmian jabłek czy ambitnych powieści psychologicznych. Przynajmniej nie na tyle mocno, by płacić za nie tyle, ile potrzeba by przeżyć.

Okazuje się, że pasja to zbyt mało. Klienci zamiast troszczyć się o moje zaangażowanie, autentyczność i inne romantyczne przymioty, troszczą się tylko o swój interes. Dziwne, nie?

Wielu z tych zdeterminowanych podróżników, próbując ratować swoje decyzje przepuszcza oszczędności a potem obraża się na świat: przecież tak dobrze wszystko wymyśliłem i co?

4.

[highlight]Alternatywą do „zaplanuj i zrób to” jest „spróbuj i oceń”[/highlight]. Spróbuj coś zrobić, oceń jak ci wyszło  i na tej podstawie spróbuj jeszcze raz (nieco inaczej) i znowu oceń… próbuj tak długo, aż znajdziesz.

Zamiast, siedzieć w poczekalni i zastanawiać się, do którego miasta masz się przeprowadzić by spędzić w nim czas do końca życia, robisz weekendowe wycieczki do różnych miast. Wsiadasz w pierwszy lepszy pociąg (możesz ściskać w ręku kamień zielony), a po dotarciu na miejsce oceniasz jak ci się tam podoba. Jeżeli ocena jest pozytywna – możesz się przeprowadzić (ale nawet wtedy nie musisz się zarzekać, że na stałe). Jeżeli nie – nic strasznego się nie stało – idziesz na stację i wsiadasz w kolejny pociąg.

W przypadku podejścia spróbuj i ocen [highlight]podstawowym środkiem podróżowania są eksperymenty[/highlight].

Zamiast dramatycznej próby by „na zawsze zmienić swoje życie” przeprowadzasz wiele prób na mniejszą skalę. Skalę na tyle małą, by porażka nie zablokowała możliwości kolejnych prób i na tyle dużą, by poczuć smak i mieć podstawę do trafnych ocen.

5.

Eksperyment nie znaczy: robić coś byle jak, na próbę czy od niechcenia. Nie chodzi o to, by na boku się czymś pobawić.

Eksperyment znaczy:

  • Gotowość do uczenia się nowych rzeczy na swój temat. Gotowość do odkrywania siebie samego w nowych sytuacjach. Zamiast próbować odkrywać swoje wnętrze siedząc w pomieszczeniu z zamkniętymi drzwiami i oknami, wychodzimy do ludzi, wchodzimy w nowe sytuacje i zadajemy sobie pytanie: „Czy to jest to, o co chodzi?” „Czy mi to pasuje?”. Dzięki temu, że jest to eksperyment, nie czujemy napięcia typu „Co będzie, jak mi się to nie spodoba?”. Po prostu odkryjemy, że coś nam się nie podoba.
  • Gotowość do uczenia się nowych rzeczy na temat innych ludzi i ich potrzeb. Nie chodzi przecież tylko o ciebie. Nie znajdziesz swojego miejsca robiąc rzeczy, których nikt nie potrzebuje. Głównym celem eksperymentu jest dowiedzieć się, w jaki sposób mogę, za pomocą swoich talentów, pasji i wrażliwości zmieniać życie innych. Nie jesteśmy w stanie dowiedzieć się tego, jedynie zadając ludziom pytania. Zapytani mogą mówić, że kupią, że będą korzystać, że potrzebują…ale tak naprawdę nie chcą ci zrobić przykrości, albo wyjść na nieokrzesanych. Czy potrzebują czegoś naprawdę dowiesz się, gdy dasz im możliwość skorzystania z twoich usług czy produktów.
  • Otwartość na porażki. W nauce nie ma czegoś takiego jak nieudany eksperyment. Negatywny wynik, z perspektywy wiedzy jest tak samo cenny, jak pozytywny. Gdy próbujemy zrealizować swoje wymyślone wcześniej życiowe powołanie, jesteśmy przywiązani do stworzonego przez nas obrazu. Jeżeli np. wymyślę sobie, że moim powołaniem jest prowadzenie restauracji slow food, zaczynam być ślepy na informacje sprzeczne z tym obrazem. Wybieram tylko te, które potwierdzają moje oczekiwania. W efekcie nie zauważam negatywnych sygnałów, nawet bardzo mocnych i prawdopodobne jest, że w końcu obudzę się z ręką w nocniku. Jeżeli natomiast traktuję swój projekt jak eksperyment, podchodzę do informacji bardziej obiektywnie, mogę po drodze uczyć się i dostosowywać do tego, jakie są potrzeby ludzi. Być może dojdę do czegoś innego niż sobie wcześniej wyobrażałem, ale będzie to coś rzeczywistego.
  • Działanie w małej skali. Głównym celem eksperymentu jest wiedza. Dopiero potem, gdy będziemy nią dysponować, możemy wpakować w nasze przedsięwzięcie wszystkie środki i czas. Ale póki tej wiedzy nie mamy, powinniśmy ograniczać koszty. Oczywiście czasem eksperymenty muszą być skomplikowane i kosztowne. Najczęściej jednak można je przeprowadzić na małą skalę. Zamiast zbierać wielkie pieniądze na wielki sklep, mogę otworzyć mikro sklep w internecie. Zamiast pracować pół roku nad programem nowego szkolenia, mogę przygotować samą ofertę szkolenia i zobaczyć ile osób się zapisze; zamiast rzucać pracę i próbować napisać wielką książkę, mogę spróbować napisać parę opowiadań po godzinach … Żeby przeprowadzić eksperyment nie potrzebujemy gotowego, dopracowanego produktu, wystarczy atrapa, jakaś forma prototypu. Nie potrzebujemy też (jeżeli chcemy się dowiedzieć czy coś jest dla nas pasjonujące) kontraktu na całe życie, wystarczy kanaście godzin pracy albo nawet rozmowa z kimś, kto to robi na co dzień.
  • Próbowanie czegoś innego – nie da się eksperymentować robiąc to samo. Eksperyment opiera się na robieniu czegoś, czego nie robiliśmy. Eksperymentując, zastanawiamy się: Co mogę zmienić, co mogę zrobić inaczej? A może to zmienię i zobaczę jak to wpłynie efekty? Eksperymentowanie uruchamia w nas niekonwencjonalne myślenie.

6.

Jeżeli patrzymy na swoje poszukiwania z perspektywy eksperymentów, nie będą dzielić się one na udanenieudane, ale na takie, podczas których aktywnie zdobywaliśmy wiedzę i takie, podczas których marnowaliśmy okazję na naukę. Historia, o której zaraz opowiem, jest przykładem umiejętnego eksperymentowania. To historia z mojego życia, ale to nie znaczy, że zawsze udaje mi się działać w taki sposób. Mam nawet wrażenie, że w miarę upływu lat coraz częściej próbuję sobie wszystko z góry zaplanować.

Gdy przyglądam się z boku efektom mojej podróży, widzę, że to wszystko, co prowadziło mnie na pełne kolorów i zapachów przestrzenie, zawsze miało w sobie coś z aktywnego eksperymentowania. Natomiast ile razy zaczynałem szukać tego idealnego, z góry dokładnie określonego miejsca przeznaczenia, trafiałem na ślepą, zatęchłą uliczkę, z której trudno się było wykaraskać.

7.

Po studiach nie miałem pojęcia, co z sobą zrobić. Kilka pomysłów chodziło mi po głowie, ale albo były zbyt niekonkretne, albo nie byłem do nich przekonany.

Przypadkiem zacząłem pracować w warszawskiej firmie konsultingowej, w dziale doradztwa personalnego. „Dziale” to za dużo powiedziane – to był zaledwie zalążek, kilka osób zatrudnionych dlatego, że dotychczasowi klienci, oprócz doradztwa prawnego czy strategicznego, często szukali pomocy przy zatrudnianiu nowych pracowników. Prowadziłem rozmowy rekrutacyjne z kandydatami a przy okazji myślałem, co jeszcze mógłbym zaproponować swojej szefowej.

Któregoś dnia usiadłem i spisałem pomysły. Jednym z nich – wcale nie najważniejszym – było szkolenie dla osób zajmujących się zarządzaniem personelem. Przejrzałem dwie książki, jakimi na ten temat dysponowałem i ulotki szkoleniowe jednej z międzynarodowych firm i na tej podstawie napisałem program szkolenia.

Bardziej był to spis tego, czego sam chciałbym się nauczyć niż dopracowana wizja tego, co ludzie powinni umieć. I mimo, że oprócz tego ogólnego programu, nie miałem nic (ani materiałów, ani ćwiczeń ani prowadzących szkolenie) zapytałem szefową czy mógłbym dać ogłoszenie o szkoleniu. Ponieważ zajmowaliśmy się rekrutacją, często dawaliśmy ogłoszenia do gazet. Mieliśmy wykupiony abonament (czy coś w tym rodzaju) i akurat było wolne miejsce. Dostałem zgodę.

Moim celem było sprawdzenie czy jestem w stanie dotrzeć do grupy odbiorców, jaką były osoby zarządzające personelem i czy te osoby w ogóle potrzebują szkoleń.

Tego ranka, gdy ogłoszenie się ukazało, byłem w biurze nieco spóźniony. Tramwaj utknął gdzieś w środku Warszawy, a ja stojąc w tłumie myślałem jak mają wyglądać kolejne próby dotarcia do rynku. Z góry zakładałem, że to będzie porażka, że zgłosi się jedna czy dwie osoby, które trzeba będzie wykorzystać, jako źródło informacji przed napisaniem kolejnych ofert.

Gdy wszedłem do biura o dziesiątej, sekretarka zapytała mnie:

– Ile osób mogę maksymalnie zapisać?

Okazało się, że mieliśmy już komplet i musieliśmy zrobić listę rezerwową. Szkolenie sprzedało się do dziesiątej rano. Byłem nawet trochę rozczarowany, że nie mogę zająć się wdrażaniem wymyślonych w tramwaju, „planów B”.

Szkolenie, jak była mowa w ogłoszeniu, miało się odbyć za sześć tygodni. Szybko umówiłem się z profesorem z SGH, specjalistą w tej branży. Doskonale pamiętam to spotkanie. Pana profesora interesowało tylko jedno: Ile mu zapłacę.

Mimo, że to nie była moja firma, nie miałem zamiaru dać mu całego przychodu. Gdy podałem sumę, wstał i powiedział:

– Wie pan co, szkoda mojego i pana czasu.

Suma była dla niego tak śmieszna, że nawet nie chciał negocjować.

I wtedy pojawił się pomysł kolejnego eksperymentu. Tym razem celem było sprawdzenie siebie samego. A co by było, gdybym zrobił to szkolenie sam? Miałem jakieś doświadczenie w prowadzeniu szkoleń, nie miałem żadnych doświadczeń z zarządzania personelem.

Pomyślałem: „Najwyżej będzie wtopa, ale jakoś to przeżyję.”

Skrzyknąłem troje znajomych, powyciągałem wszystkie możliwe książki i podzieliłem między nas tematy. Przez pięć tygodni pracowaliśmy jak dzicy.

Im bliżej był termin szkolenia, tym bardziej docierało do mnie, że to szaleństwo. Mówiłem sobie jednak: spróbuj, to eksperyment.

Niewiele to pomagało na stres. Jednak być może dlatego, że traktowaliśmy wszystko jak eksperyment a nie sprawę życia i śmierci, stres nie paraliżował ale przekładał się na działanie. Im bliżej szkolenia tym więcej pracowaliśmy. W dzień szkolenia poszliśmy spać o czwartej nad ranem. Mieliśmy 300 stron materiałów, analizy przypadków, prezentacje, kwestionariusze, symulacje, flip-charty… byliśmy naprawdę dobrze przygotowani.

Ciągle jednak pamiętałem, że moim celem jest nie tylko dobrze wypaść, ale dowiedzieć się jak najwięcej. Gdyby nie to, pewnie nie przygotowałbym szczegółowego arkusza dla uczestników, w którym prosiłem ich nie tylko o ocenę szkolenia, ale także o określenie przyczyn, dla których się zapisali. Zapytałem między innymi, czy jakiś wpływ miała renoma firmy konsultingowej, pod egidą której pracowaliśmy.

Szkolenie było wielkim sukcesem.

To było pierwsze wielkie odkrycie: Tak, umieliśmy robić szkolenia dla tego rodzaju klientów. Ludzie wiele się nauczyli. Nie do końca od nas. Chyba znacznie więcej nauczyli się od siebie nawzajem. To my jednak im to umożliwiliśmy.

Drugie odkrycie: Podobało nam się. Chcieliśmy to robić, chcieliśmy pracować dla tych ludzi. Chcieliśmy prowadzić dla nich szkolenia.

Trzecie odkrycie: Firma konsultingowa była koszmarna. Dogadywanie się z nimi, bałagan organizacyjny, moja szefowa na kacu po wieczornym piciu z uczestnikami, brak pomysłów na motywujące wynagradzanie naszej ekipy….

Czwarte odkrycie: Nikt (zero przecinek zero procent) nie przyjechał na szkolenie ze względu na renomę firmy konsultingowej.

Gdy masz wyniki eksperymentu, musisz usiąść i zastanowić się co z nimi zrobić. Nie musieliśmy długo myśleć. Trzy osoby założyły własną firmę szkoleniową (jedna osoba się wycofała, ale i tak później z nami współpracowała).

Wszyscy byliśmy z Krakowa (poznaliśmy się na UJ-ocie) ciągle jednak wydawało nam się, że powinniśmy robić szkolenia w Warszawie. Ale od czego eksperymenty?

I tak eksperyment po eksperymencie odkrywaliśmy swoją ścieżkę. Przez wiele lat ani przez chwilę nie przestawaliśmy się uczyć. Nie wszystko oczywiście poszło idealnie, ale to już zupełnie inna historia.

8.

Podsumujmy tą opowieść. Moje najważniejsze wnioski są takie:

  • Minimalizuj koszty. By stwierdzić, czy ludzie czegoś potrzebują [highlight]nie musisz mieć gotowych produktów czy usług. Wystarczą prototypy.[/highlight] W naszym przypadku prototypem szkolenia, które w następnych latach przyniosło kilka milionów złotych przychodu (przyjechało na to szkolenie ponad 500 osób) była kartka formatu A4 z programem, którą przygotowałem w ciągu kilku godzin. By stwierdzić czy firma szkoleniowa to coś dla nas, nie rzuciliśmy się do rejestrowania działalności gospodarczej, ale spróbowaliśmy współpracować z sobą w strych ramach.
  •  Zbieraj wszystkie możliwe informacje. Nie daj się porwać działaniu do końca. [highlight]Zawsze zastanawiaj się: Czego jeszcze mogę się dowiedzieć?[/highlight] Nie miałbym odwagi opuścić niepasującej mi warszawskiej firmy, już po pierwszym szkoleniu, gdybym nie zadał ludziom pytania o to, czy na ich decyzję miała wpływ renoma firmy.
  • [highlight]Zawsze zadawaj sobie pytanie: A gdybym tak…?[/highlight]  A gdybym tak dał ogłoszenie do gazety? A gdybym tak przygotował to szkolenie sam? A gdybym tak, zrobił to w innym mieście? A gdybym tak wymyślił inny temat? Mówiąc inaczej – generuj hipotezy i sprawdzaj je w praktyce.
  • Nigdy nie przerywaj eksperymentowania. Gdy przestaniesz testować nowe pomysły, szybko cały interes się zwinie (to wniosek z nieopowiedzianej części mojej historii, uwierz na słowo, że tak jest).
  • Określ, przynajmniej ogólnie, czego chcesz się dowiedzieć. Eksperymentowanie to nie jest rzucanie grochem o ścianę i czekanie aż coś się przylepi. To nie jest działanie małpy, która wymachuje rękami licząc, że przypadkiem trafi na banana (sorry małpy, wiem, że żadna z was tak nie robi, to tylko tak dla efektu). Twoje hipotezy czy założenia mogą być bardzo ogólne (np. menadżerowie personalni potrzebują szkoleń) ale muszą jakieś być. Jeżeli ich nie masz, zadawaj sobie najprostsze pytania: Dla kogo? Co? W jakiś sposób?
  • Nie przywiązuj się do wizji sukcesu. Powyższy opis wygląda jak opowieść człowieka odnoszącego pasmo sukcesów. To nie prawda. Mniej więcej w tym samym czasie próbowałem założyć gazetę psychologiczną, dostać się na studia doktoranckie, wyjechać do Hiszpanii, założyć firmę reklamową i napisać książkę. Nic z tego się nie udało. Moją normą były porażki. Udany eksperyment był wyjątkiem.
  • Gdy odniesiesz jakiś sukces (choćby mały), nie marnuj go. Porażki to norma nie tylko w moim życiu. Dlatego nie stać nas na marnowanie sukcesów. Jeżeli umiesz eksperymentować, nawet mały sukces możesz przekłuć w coś wielkiego. Unikaj postawy typu: No niby coś wyszło, ale to nie do końca to… Efektem takiego podejścia jest marnowanie sukcesów. Z perspektywy mojej sytuacji w tamtych czasach, sprzedanie szkolenia z ramienia innej firmy, szkolenia, które miało być prowadzone przez pana profesora, to nie był aż taki ogromny sukces. Mogłem pozostać z poczuciem, że poradziłem sobie i dalej szukać jakiegoś złotego strzału. W końcu, cóż w tym wielkiego? Czy to zasadniczo zmieniło moją sytuację? Gdy coś ci wyjdzie nie wybrzydzaj, zamiast tego weź choćby ten mikroskopijny sukces i zadaj sobie pytanie: Jak mogę go wykorzystać? Jakie kolejny eksperyment na jego bazie mogę przeprowadzić?
  • Dramatyczne decyzje (zwolnić się z pracy, założyć nową firmę, wpakować w swój projekt wszystkie oszczędności etc.) podejmuj nie na podstawie fantazji, wyobrażeń i emocji, ale na podstawie wiedzy uzyskanej podczas działania. Zwalniaj się z pracy i pozbawiaj dotychczasowych środków do życia, gdy masz, przynajmniej częściowo sprawdzoną wiedzę o sobie i o potrzebach ludzi. Jeżeli nie przeprowadziłeś żadnego eksperymentu, dramatyczne decyzje podejmuj w ostateczności – gdy np. naprawdę nie możesz wytrzymać ani tygodnia dłużej albo gdy z racji dotychczasowych zajęć, nie możesz przeprowadzić żadnego eksperymentu do końca. W przeciwnym wypadku pouprawiaj, jak to się nazywa po angielsku moonlighting – robieni czegoś dodatkowego (niekoniecznie przy świetle księżyca). Dramatyczne palenie za sobą okrętów pomaga tylko wtedy, gdy twoje zadanie jest proste i nie wymaga myślenia (czyli takie jakie mieli żołnierze Corteza, który spalił im okręty – mordować wszystkich, którzy są przed nimi). Jeżeli twoje działanie wymaga większej finezji oraz logicznego i twórczego myślenia, perspektywa braku odwrotu zazwyczaj blokuje zamiast pomagać.

9.        Zadanie na ten tydzień dla ciebie

To długi tekst, by go przeczytać zainwestowałeś wiele energii i czasu, by tego nie zmarnować, proszę byś zrobił trzy rzeczy:

1)       Wymyśl swój eksperyment.

[highlight]Określ konkretne działania, które pozwolą ci się dowiedzieć czegoś istotnego – o tobie samym, albo o potrzebach innych ludzi.[/highlight]

Co konkretnie możesz zrobić?

Czego w ten sposób możesz się dowiedzieć?

W jaki sposób ograniczysz skalę eksperymentu?

Jak długo twój eksperyment będzie trwał? Kiedy do zakończysz? (czasem ryzyko polega na tym, że eksperymentujemy zbyt długo, dlatego warto z góry określić jakieś ramy)

W jaki sposób przeprowadzisz analizę jego wyników? W jaki sposób zachęcisz siebie samego do tego by wyciągnąć wnioski?(warto w swój eksperyment z góry wbudować analizę efektów – np. zaplanować spotkanie podsumowujące z przyjacielem).

2)      Podziel się tym. Opisz pod tym tekstem, na czym będzie polegał twój eksperyment. Jeżeli bardzo nie chcesz, to przynajmniej napisz o tym do mnie (zakładka „kontakt”). Jeżeli tego również nie chcesz, podziel się tym z kimś, kto Ci dobrze życzy. Jeżeli i tego nie chcesz, opowiedz sobie samy na głos. Ale najlepiej napisz jako komentarz pod tekstem.

3)      Przeprowadź swój eksperyment.