Naturalna czy z silikonu? Dlaczego zdrowa samoocena nie zawsze wysoka?

1.

Jestem dobry czy zły? Mam jakieś szanse czy jestem do niczego? Uda mi się coś osiągnąć czy nie? Zasługuję na szacunek czy nie? Jestem kimś cennym, czy kimś mało znaczącym? Mogę podobać się ludziom czy nie? Jestem mądry czy głupi?

Każde z tych pytań zawiera ocenę samego siebie. Czasem odpowiadamy na nie pozytywnie. Czujemy się wtedy dobrze a psycholodzy mówią, że mamy wysoką samoocenę. Czasem odpowiadamy negatywnie: jestem do niczego, nic mi się nie udaje, nie zasługuję na szacunek, nikomu się nie podobam, jestem głupcem… Nie czujemy się z tym dobrze a psycholodzy mówią wtedy, że mamy niską samocenę czy niskie poczucie własnej wartości.

Są oczywiście tacy, którym nigdy nie zdarza się myśleć o sobie źle. Absolutnie całe życie są przekonani o swojej doskonałości, wartości, pięknie czy mądrości. O takich psycholodzy mówią, że są narcystyczni. Ci ludzie czują się doskonale, ale ich opinia o sobie samym nie ma wiele wspólnego z rzeczywistością. W efekcie nie rozwijają się i nie osiągają tego, co mogliby osiągnąć.

Każdy zdrowy człowiek, przynajmniej od czasu do czasu, ma negatywne myśli na swój temat. Nie muszą być od razu dramatyczne (typu: jestem największą pomyłką w dziejach ludzkości), nie muszą dotyczyć całego życie (np. czego się nie dotknę to zawalam), nie muszą zdarzać się codziennie (czy nawet co tydzień). Nie mniej zdarzają się i za każdym razem wiążą się z jakimś bólem czy dyskomfortem.

Jednak takie przypadki negatywnych ocen siebie samego, (przeplatające się z pozytywnymi) to nie jest coś, co można by było uznać za chorobę. Wręcz przeciwnie, to sygnał zdrowia.

2.

Pierwszą, podstawową rzeczą, jakiej warto się nauczyć, jeżeli już zajmujemy się samooceną, to szacunek do tych chwil, w których mamy wątpliwości na swój temat i czujemy się z sobą źle.

Niektórzy z autorów czy mówców, powtarzają, że zawsze masz być zadowolony z siebie. Zawsze musisz być przekonany o swojej nieziemskiej, nadzwyczajnej wartości. Choćby nie wiem co, masz być pewny tego, że jesteś największym cudem świata. Masz być pewny, że każda kobieta śni być się chociaż do niej uśmiechnął, że każdy mężczyzna marzy o tym by z tobą pracować czy choćby usłyszeć twoją cenną radę. Masz być pewny, że twoje analizy i wypowiedzi są warte cytowania w wiadomościach i drukowania na pierwszych stronach gazet. Masz być zawsze pewny, że to tylko kwestia czasu aż zostaniesz największym przedsiębiorcą/ badaczem / odkrywcą / twórcą na świecie.

Można oczywiście tego próbować. Tyle, że to nie ma nic wspólnego ani z rzeczywistością ani ze zdrowiem psychicznym. Przypomina to coś, co dawniej nazywało się „watowaniem”.

3.

W środku bezpieczników starego typu był cienki drucik. Gdy płynął zbyt duży prąd, drucik się przepalał. Powszechne było wtedy tzw. watowanie bezpieczników. Kto by się bawił w kupowanie nowego bezpiecznika? Brało się przepalony bezpiecznik, wysypywało piasek i wstawiało nowy drut. Często znacznie grubszy niż ten poprzedni. Jeżeli i ten się przepalił to człowiek szukał czegoś naprawdę mocnego. Wstawiał drut gruby jak gwóźdź i był zadowolony, że nigdy mu nie wywali korków. Korków rzeczywiście nie wywalało, ale w przypadku awarii paliły się przewody w ścianach.

Bezpieczniki są po to, by uniknąć naprawdę poważnych kłopotów. Gdyby nie one, pożary wywołane przez instalacje elektryczne byłyby chlebem powszednim. Za małą wygodę (nigdy nie musisz otwierać skrzynki z bezpiecznikami) płaciłbyś wielkim ryzykiem, tego, że spali ci się cały dom.

Niskie poczucie własnej wartości nie jest ewolucyjną pomyłką. Jest czymś w rodzaju bezpiecznika. To sygnał alarmowy mówiący o tym, że być może dzieje się coś, co nie powinno się dziać. Być może powinieneś się wycofać z czegoś, coś zacząć robić, albo zrobić coś inaczej.

Jeżeli jesteś na przykład rodzicem i zdarzyło ci się krzyknąć na dziecko, powiedzieć mu coś upokarzającego czy zbyt często nie mieć dla niego czasu, negatywna ocena siebie jest czymś zdrowym. Zrobiłeś coś, co nie jest zgodne z twoim systemem wartości. Poczucie „coś jest ze mną nie w porządku” jest jak najbardziej uzasadnione. Zmień swoje zachowanie – przeproś dziecko, przytul go, znajdź dla niego więcej czasu itp. – a twoje poczucie „jestem do niczego” przejdzie.

Jeżeli jesteś studentem i zawaliłeś egzamin, bo zamiast się uczyć ustawicznie imprezowałeś, poczucie dyskomfortu jest na miejscu. Skończenie studiów jest dla ciebie wartością. Poczucie „coś jest nie tak” jest zdrowym sygnałem alarmowym. Jeżeli chcesz się go pozbyć, wystarczy byś przysiadł nad książką i w następnym terminie zdał egzamin.

Najlepszym sposobem by pozbyć się negatywnej samooceny czy wątpliwości pod własnym adresem jest zrobić to, co jest dla nas ważne. Nie ma tu żadnej filozofii ani żadnej drogi na skróty.

Nikt nie powiedział, że bycie dobrym rodzicem ogranicza się do chwalenia swoim dzieckiem, albo gładzenia go po główce, gdy śpi. To także radzenie sobie z rozwrzeszczanym, mającym zły humor buntownikiem i działanie często wbrew temu, co miałbyś ochotę zrobić. Nikt nie powiedział, że nauka to tylko ciekawe dyskusje na luźne tematy czy czytanie łatwych książek. To także zmuszenie się do tego by wytrzymać znudzenie czy zrezygnować z czegoś przyjemniejszego.

Albo bądź konsekwentny, albo zmień zasady.

Szukanie jakiegoś rodzaju psychologicznych dróg na skróty, jakichś trików, dzięki którym zawsze i niezależnie od zachowań możemy mieć poczucie wysokiej samooceny, jest zastawianiem na siebie pułapki.

To jak watowanie bezpiecznika. Poczujesz się milej, ale grozić ci będzie ryzyko katastrofy – przynajmniej z perspektywy twoich wartości.

Gdy przepalają się korki, rozsądny człowiek nie wstawia gwoździa, którego nic nie jest w stanie przepalić, ale najpierw szuka przyczyny. Może podłączonych jest zbyt wiele urządzeń (piekarnik, pralka, zmywarka i czajnik?). Może coś się przepaliło (np. kabel, żarówka?). Coś zmień.

Podobnie jest z poczuciem małej wartości. Nie próbuj go polepszać wmawiają sobie, że jesteś doskonały, ale zastanów się, co powinieneś zrobić inaczej.

Profesor psychologii Roy F. Baumeister, jeden z największych specjalistów z zakresu samooceny, pisze:

Świat mógłby stać się lepszym miejscem, gdyby więcej osób zapomniało o próbach podnoszenia swojej samooceny i skupiło się raczej na staraniach o to, by być lepszym człowiekiem. Zajmowanie się poczuciem swojej wartości jest w istocie zabieganiem o to by myśleć, że jest się lepszą osobą.

Mieć wysoką samoocenę jest przyjemnie, ale to tylko myśl. To, co myślisz na swój temat jest ważne, ale rola myśli, przynajmniej w porównaniu z działaniami jest zdecydowanie przeceniana.

4.

Są tacy, którzy mówią: no dobrze, ale gdy masz wysoką samoocenę, łatwiej ci robić dobre rzeczy. Według nich ludzie nie robią dobrych rzeczy, bo mają niską samoocenę. Student nie uczy się, bo ma złe mniemanie o sobie. Rodzic jest opryskliwy wobec dziecka, bo ma niskie poczucie własnej wartości. Młody przedsiębiorca nie wypuszcza nowych produktów, bo ma zbyt dużo wątpliwości pod swoim adresem.

Ten sposób myślenia jest bardzo na rękę naszej wewnętrznej inercji. Przecież to znacznie wygodniejsze i przyjemniejsze zająć się medytacją, psychoanalizą, coachingiem rozwojowym czy wzbudzaniem pozytywnych stanów, niż zacząć coś robić.

W rzeczywistości to tylko pokrętne pomysły mające początek w wewnętrznym oporze. Nie ma żadnych badań, które by potwierdzały, że osoby, którym sztucznie zawyżono samoocenę (np. poprzez afirmację) zmieniają swoje zachowania. Co się stanie, gdy sztucznie zwiększymy samoocenę imprezującemu studentowi (zakładając, że rzeczywiście ma niską)? Czy zacznie się uczyć? A może stwierdzi, że skoro jest taki dobry to przecież sobie jakoś poradzi? Raczej to drugie. Jeżeli sztucznie podniesiemy samoocenę nieumiejętnego rodzica, dojdzie do wniosku, że tak naprawdę wszystko robi w interesie dziecka. To w jego interesie krytykuje i wykpiwa, w jego interesie zawsze jest w pracy i w jego interesie nie ma dla niego czasu. Dzieciak na pewno kiedyś to doceni! Lękliwy przedsiębiorca, któremu napompujemy ego stwierdzi, że po prostu czeka na coś naprawdę wielkiego, godnego jego geniuszu.

Istnieje mocny związek między samooceną a działaniem. Ale nie w tą stronę, jakiej życzyłby sobie nasz wewnętrzny opór. Jeżeli jesteś studentem, masz niską samoocenę, bo się nie uczysz. Jako rodzic masz niską samoocenę, bo nie traktujesz dziecka tak, jak czujesz, że powinieneś. Jako przedsiębiorca masz niską samoocenę, bo nie wypuszczasz nowych produktów i nie wychodzisz do ludzi.

5.

To mit, że nie można działać mając niską samoocenę. Nie tylko można, ale i trzeba.

Nic nie mogę zrobić, bo mam niską samoocenę. Nic nie mogę zrobić, bo mam za dużo wątpliwości pod swoim adresem. Naprawdę? A ja myślę, że jest odwrotnie: Mam niską samoocenę – bo nie robię tego, co czuję, że powinienem. Mam zbyt dużo wątpliwości pod swoim adresem – bo zbyt długo zwlekam z działaniem.

Czy to takie ważne jaką masz samoocenę? Samoocena to tylko opinia. To tylko myśl.

O co ci chodzi: o samoocenę czy o życie? O myśli czy o rzeczywistość?

Przestań zadawać sobie pytanie: jak zmienić swoją samoocenę by wreszcie zrealizować marzenia? To nie jest dobre pytanie. Ono zawiera błędne założenie, że nie możesz zrealizować swoich marzeń, jeżeli doznajesz niskiej samooceny. Właściwie postawione pytanie brzmi: Jak zrealizować swoje marzenia, niezależnie od tego, co o sobie myślę?

Nie skupiaj się na samoocenie. Nie rób z niej najważniejszego problemu swojego życia. Pozwól jej być taką, jaka jest a zobaczysz, że sama zacznie się zmieniać.

5.

W tym miejscu powinienem zakończyć ten tekst. Ale by uniknąć nieporozumień jedną rzecz muszę dodać.

To nie jest kompletna prawda o samoocenie. Problem polega na tym, że oprócz tego rodzaju sytuacji, w których wystarczy zmienić swoje zachowanie by poczuć się lepiej, są sytuacje, w których niskie poczucie własnej wartości nie wiąże się z tym, co robimy czy czego nie robimy.

Gdyby posłużyć się przenośnią z bezpiecznikami, sprawa wyglądałaby tak: Siedzisz sobie spokojnie. W tle gra muzyka, mała lampka oświetla książkę. Nagle cyk i robi się ciemno. Bierzesz latarkę i sprawdzasz. Nic się nie przepaliło, nic specjalnego nie jest podłączone. Idziesz do skrzynki i włączasz bezpiecznik. Przez chwilę wszystko jest dobrze, ale po dziesięciu minutach znowu wszystko się powtarza.

Zdrowa samoocena jest procesem – jest jak sinusoida. Czasem w górze, czasem na dole. Są jednak osoby, u których krzywa samooceny jest cały czas pod kreską. Człowiek myśli osobie bardzo źle albo źle. Takie osoby przypominają kogoś, kto wpadł do jakiegoś ogromnego piaszczystego leju i ile razy usiłuje z niego wyjść, tyle razy osuwa się na samo dno.

W następnym tekście (pojawi się prawdopodobnie we wtorek) zajmiemy się mechanizmami, które nie pozwalają nam wyjść z dołka, albo zbyt długo nas w nim przytrzymują, albo sprawiają, że od razu lecimy na samo dno, zamiast zatrzymać się na adekwatnym poziomie.


Nie oczekuj jednak, że znajdziesz tam sposób na to by zawsze czuć się wspaniale. Sztywna ocena siebie, jako kogoś zawsze wspaniałego, doskonałego i wartego podziwu nie jest przykładem zdrowej, naturalnej samooceny. To silikon.

Czy jesteś w stanie zaakceptować chwile, w których masz niską samoocenę, czy jesteś w stanie zaakceptować, jako coś naturalnego wątpliwości pod swoim adresem? Czy jesteś w stanie obserwować siebie i swoje działania, gdy czujesz wątpliwości i wyrzuty? Czy jesteś w stanie odkryć to, co powinieneś zrobić inaczej?


Zdjęcia: feastoffun.comBrian Hillegas

22 komentarze

  1. Wszyscy zaczytali się w książce 🙂 a ja zapytam gdzie przebiega zdrowa linia między niską a za wysoką samooceną?

    • Zarówno trwale niska, jak i trwale wysoka samoocena jest błędem. Jeżeli żyjesz, podejmujesz się nowych wyzwań i stawiasz przed sobą nowe cele raz będziesz oceniał siebie nisko a raz wysoko. Nie chodzi o to, by ocena siebie była wysoka albo niska, ale by była realna.

  2. „Czy jesteś w stanie obserwować siebie i swoje działania, gdy czujesz wątpliwości i wyrzuty”

    Tak jestem, ale czasem te wątpliwości i wyrzuty są tak silne, ze aż mnie paraliżują w działaniu. Odrzucam działanie natychmiast, a wyrzuty sumienia są czasami sa tak wielkie, ze czuje się winna wszystkiego, nawet rzeczy na które obiektywnie nie mam wpływu i są niezależne ode mnie… a to już jest chore….

    • Dokładnie o tym chcę napisać w przyszłym odcinku. Ten paraliż nie jest efektem niskiej oceny siebie, ale efektem pewnego bardzo podstępnego mechanizmu. Tekst o tym jest trudny, bo muszę wielki temat zamknąć w kilku punkach, ale może się uda.

  3. Zgadzam się co do tego, że działanie jest ważniejsze od myśli, że należy starać się realizować swoje cele nawet, jeśli samoocena nie nadąża za pewnymi wyzwaniami – w tym aspekcie tekst ten daje mi do myślenia.

    Ale jest w nim też coś, z czym się głęboko nie zgadzam. Nie zgadzam się, że nasze myślenie o sobie nie wpływa na nasze działania. Sam po sobie wiem, że inercja często wynika właśnie z tego, że nie wierzę, że czemuś podołam. Żeby przesunąć stół, potrzebuję wiary, że jestem w stanie tego dokonać. Mogę nawet próbować, ale jeśli mebel jest naprawdę ciężki, bez wiary że mi się uda, nie zbiorę w sobie wszystkich potrzebnych sił.

    Rzecz jasna, nie ma sensu wmawianie sobie, że jestem najsilniejszym człowiekiem na świecie, ale wiara we własne możliwości pozwala przeważnie dokonać większych rzeczy niż ciągłe powątpiewanie. Dlatego warto dbać o utrzymywanie poczucia własnej wartości na przyzwoitym poziomie. A więc: silikon – nie, ale trening na siłowni – tak.

    • Jeżeli stół jest zbyt ciężki, to nawet bardzo mocna wiara nie wiele pomoże. Wiarę się ma, albo nie. Nie można w coś „wziąć i uwierzyć”.
      Trudno o tym wszystkim dyskutować na podstawie tylko tego tekstu. Pisałem tylko o ocenie siebie samego. Poczucie własnych możliwości (tzw. self efficacy) to jeszcze coś innego. Także czymś nieco innym jest poczucie wewnętrznej wartości. Może w kilku kolejnych tekstach o tym wspomnę, tak by nie wpaść w teoretycznie rozważanie.

      Bardzo mi się podoba, to co napisałeś Marcinie na końcu: trening na siłowni! O to właśnie chodzi. Odnoś małe sukcesy, a twoje poczucie własnych możliwości będzie rosło. Dobra zasada!

  4. Zbyszku napisałeś:” Właściwie postawione pytanie brzmi: Jak zrealizować swoje marzenia, niezależnie od tego, co o sobie myślę?” zadam inne pytanie dodatkowe:

    Jakie są różnice w wielkości marzeń osoby z wysoką i niską samooceną?

    Jeżeli orzeł (choćby potencjalny, taki pracujący nad sobą i świadomie krok po kroku wychodzący z własnej strefy komfortu) czuje się kurą – nie marzy nawet, by latać z orłami. Bo nie zasługuje, bo nie jest, bo…
    Piszesz – lekarstwem jest działanie. Tak – zgadzam się. Tylko czy działanie ( i decyzje) osoby z wysoką samooceną jest takie samo jak osoby z niską samooceną?

    Lekarstwo dla kury – wychodzenie z własnej strefy komfortu. Tak – ale aby skuteczne, musi być prowadzone małymi krokami. Może życia wówczas zabraknie?
    Tak – sama droga też jest ważna.

    Jeżeli ktoś lubi rezultaty – działanie w kierunku marzeń niższego rzędu (takich bez rozmachu) to też (dla mnie niby) rezultat. Ale daleki od latania z orłami.

    • Nie wiem Małgorzato jakie są różnice w wielkości marzeń, bo nie nie mam ani wysokiej ani niskiej samooceny. Jakieś dwie godziny temu miałem koszmarnie niską. Rano z kolei miałem koszmarnie wysoką. Teraz mam średnią. Marzenia mam cały czas takie same.

      Nie są to marzenia ani orła ani kury. Tzn. nie wiążą się one z jakiejś koncepcji czy pomysłu na siebie.

    • Zbyszku napisałeś: ” nie wiem, jakie są różnice w wielkości marzeń (…)” Niestety nie mogę się z Tobą zgodzić.

      Ale dopuszczam możliwość pomyłki z mojej strony, bo nie znam najświeższych badań na ten temat. I nie wiem, które są najświeższe.
      Ale kontynuując.
      Badania wykazały (Sandelands,Brockner i Glynn), że osoby o wysokiej samoocenie wykazują większą wytrwałość podczas realizacji zadań niż osoby z niską samooceną.

      Ponadto „wysoka samoocena poszukuje wyzwań i bodźców w postaci wartościowych oraz ambitnych celów. Ich realizacja utrwala ją. Niska samoocena poszukuje bezpieczeństwa tego, co znane i mało wymagające. Ograniczanie się do tego powoduje dalsze jej obniżanie”.

      Zatem – podtrzymuję moje przekonanie, że więcej orłów będzie wśród ludzi z wysoką samooceną. I to Ci ludzie będą mieli marzenia o większym rozmachu. I jeśli wierzyć badaniom – będą najprawdopodobniej skuteczniejsi w ich realizacji.

    • Gocha, to bardzo stare badania. Polecam teksty prof. Roya F. Baumeistera, napisane po roku 2000. Baumeister byl szefem specjalnego zespołu zajmującego się oceną tego czy warto inwestować pieniądze w programu podbudowujące samoocenę. Początkowo był zwolennikiem tych programów, ale wyniki badań nie pozostawiły żadnych złudzeń. Chyba parę lat temu był duży artykuł napisany przez niego w Scentific American. Ciekawe, że już nawet do codziennych gazet przebija się inny paradygmat – ostatnio przeczytałem tekst na ten temat w Wyborczej: wyborcza.­pl/­1,75968,9247434,­Generacja_ja.­html Tekst nie jest dobry, za bardzo upraszcza, ale sam fakt, że przestaje się traktować wysokie mniemanie na swój temat jak świętą krowę już jest ożywczy i przerywa nacisk różnego rodzaju „guru” sprzedających lustra z napisami „jestem wielki”. Ciepło pozdrawiam.

    • Dziękuję Zbyszku. Napisałam, że dopuszczam możliwość pomyłki u Siebie, bo nie śledzę tego tematu. Ale mnie zaintrygowałeś – już sobie zapisałam zadanko ” odkurzenie przestarzałej wiedzy”. Jeszcze raz dzięki i będę zgłębiać temat.

  5. Bardzo podoba mi sie ten tekst , zmusza do refleksji .
    Przypomina nauki buddyjskie troche ; akceptuj co jest , ale dzialaj pomimo ,
    nie pozwol sytuacji cie sparalizowac.

  6. Fajny tekst. Mieć świadomość czasem zbyt niskiej samooceny, ale nie stać się jej niewolnikiem. Słyszeć głos, który mówi „Jesteś do niczego”, ale nie być mu koniecznie posłusznym. Dało mi do myślenia. Pozdrawiam!

  7. Ciekawy tekst. Samoocena ksztaltuje sie w dziecinstwie i wynika z tego jak ocenia nas otoczenie. Potem daje poczucie bycia kurą, albo orłem, albo po prostu czlowiekiem. W pierwszej chwili bardzo mi tego w tym tekscie zabraklo, ale teraz ten brak w sumie mi sie podoba. Jestesmy dorosli, mozemy myslec, dzialac, decydowac i wplywac na swoja samoocene niezaleznie od tego jaka byla kiedys. Dziekuje za ten tekst. Ciekawe o czym bedzie we wtorek 🙂 Jesli mialabym sie z czyms nie zgodzic to uwazam, ze gdy sztucznie zwiekszymy samoocene (np przez afirmacje) student zacznie sie uczyc, bardziej zadowolona matka bedzie lepszym rodzicem, bo bedzie po prostu szczesliwsza i nie bedzie wywalac swoich frustracji na dziecko, a bardziej otwarty na ludzi przedsiebiorca zacznie dzialac. To takie jakby kolo: albo mozna zaczac dzialac i podniesc swoja samoocene, albo podniesc samoocene i to umozliwi dzialanie. Nie ma znaczenia z ktorego miejsca sie zacznie. Mam nieco inne rozumienie ludzkiej natury, nie zakladam, ze student by olal sprawe, matka bylaby jeszcze gorsza. Ludzie chca byc lepszymi ludzmi. Jesli czegos nie robia to dlatego, ze nie maja wiary i wiedzy, ze sa w stanie cos osiagnac np. mysla, ze sa tacy jacy sa i koniec. W szkole ucza nas, ze cechy wynikaja z genow, kto tam mowi o psychologii? Postepowanie bierze sie z bagazu doswiadczen, ktorego nie wiedza jak sie pozbyc. Np. nie wiedzą, o tak prostych sprawach jak to, ze zmieniajac swoje dzialanie poprawia swoja samoocene i lepiej beda sie czuc. A moze wiedzą, ale nie wierza ze tak naprawde moze byc. Wiele osob czeka na to, az ktos albo cos sprawi ze poczuja sie lepiej, ale wierze w to bardzo ze czlowiekiem nie kieruja zle intencje. Skad to wiem? Po sobie, po moich przyjaciolach, po Panu, ze pisze Pan takie teksty nic materialnego, czyli uznawanego za fajne przez spoleczenstwo, za to nie majac, ale majac za to cos innego, co jest duzo wiecej warte 🙂 Pozdrawiam. Asia

    • Asiu, piszesz:
      „nie zakladam, ze student by olal sprawe, matka bylaby jeszcze gorsza.”.
      Ja nie piszę takich rzeczy z głowy czy na podstawie moich „koncepcji natury człowieka”. Piszę na podstawie badań. Np. kryminaliści mają bardzo wysokie mniemanie o sobie. Wiele razy robiono badania na temat konsekwencji sztucznego podnoszenie samooceny – niestety, to nie działa. To, czy się to komuś podoba czy nie, ma małe znacznie. Tak jest. Możemy filozofować, ale po co?

      „Ludzie chca byc lepszymi ludzmi” Owszem, ale przede wszystkim chcą uniknąć cierpienia. Szczególnie tego psychicznego i dlatego pakują się w kłopoty. Miłość do człowieka nie polega na wciskaniu mu kitu, że jest wielki i wszystko może i że jak pośpiewa przy ognisku kilka fajnych piosenek albo odwiedzi cwanego terapeutę to będzie miał niebo na ziemi. Nie trzeba być Buddą, by wiedzieć, że w cierpienie jest w życiu nieuniknione. I jedyny sposób by pomóc człowiekowi żyć to uświadomić mu jego nieuchronność. Póki żyjesz, będziesz doznawać cierpienia, także psychicznego, będziesz od czasu do czasu musiał ocenić się nisko. Będziesz upadał. Będziesz miał wyrzuty. Od ciebie zależy wybór czy stracisz życie na coś sensownego czy na nieustanne próby pozbycia się bólu.

  8. Zbyszku, po przeczytaniu twojego artykułu trudno mi się zgodzić jakoby działanie tak ogólnie pojęte stanowiło trwałe antidotum na niską samoocenę. Owszem, coś robić jest znacznie lepiej niż tylko dywagować po próżnicy, orbitując niezmiennie wokół własnego ego. Ale relacja pomiędzy poziomem własnej samooceny a działaniem nie jest chyba tak jednoznaczna, jak opisujesz. Znam mnóstwo osób, które nie ustają w działaniach, doprowadzając ich efekty nie często do perfekcji, natomiast niska samoocena nie wzrasta, ba, wręcz stanowi niezłą pułapkę, żąda jeszcze większych wysiłków, rodzi ciągłe niezadowolenie i potrzebę kolejnych korekt, wreszcie nie pozwala ujrzeć skutków własnej pracy w realnych i zdrowych proporcjach.

    • Alicjo, problemem osób, o których piszesz jest coś innego. Ich problemem jest ustawiczna próba osiągnięcia dobrego samopoczucia i trwałem, wysokiej samooceny. Działania doprowadziłby je do wysokiej samooceny, gdyby nie to, że ich jedyną intencją (alb podstawową) jest osiągniecie wysokiej samooceny.
      Takie działania nic nie zmieniają. Wyobraź sobie, że ta osoby zaczęłyby działać nie troszcząc się zbytnio o swoją samoocenę. Co by było, gdy powiedziały sobie: nieważne jak będę się czuł – jak bóg czy jak potępieniec, oto, co mam do zrobienia…. ? Jestem pewny, że wtedy, samoocena by wzrosła.
      Ale podstawowe pytanie jest takie: czy jesteś w stanie zaakceptować swoją niską samoocenę jako coś naturalnego? Czy jesteś w stanie przestać się wokół niej kręcić?
      Zacząć działać znaczy dla mnie przerwać pogoń za samooceną. Tego rodzaju działanie, podczas którego akceptujemy góry i doliny naszej opinii o sobie leczy.

      Czy to cię przekonuje?

      Widzę, że nie wyłuszczyłem tego klarownie. Ok. postaram się jeszcze przejrzeć ten tekst i zrobić kolejną, bardziej klarowną wersję.

    • Zbyszku, teraz piszesz po ludzku :), no właśnie tych słów mi zabrakło w tekście, dokładnie z taką energią napisanych, jak w komentarzu do mnie. Jasne, że przekonuje! Przekonuje i iskrzy. Lepiej nie mogłeś ująć. Wątek jak najbardziej do rozwinięcia. Plus świetna definicja „działania”. I uwierz, dużo mi to dało. 🙂

  9. Ponieważ miałem mało czasu na komentarze, napisałem je trochę sucho. Dlatego zbiorczo: bardzo dziękuję za wszystkie! Bardzo lubię, gdy komentujecie. Ciepło pozdrawiam 🙂

  10. „Jesteś tym o czym myślisz…” powiedział kiedyś ponoć Budda.
    Ja myślę o sobie jako o dobrym człowieku i działam jako dobry człowiek.

    Może z uwagi na dosyć wczesną porę, nie do końca rozumie. Budzę się rano, powtarzam sobie w myślach, jaki piękny dziś dzień, idę dziś do pracy bo jestem dobry w x i y. Idę i z uśmiecham na ustach wykonuję x i y, sprawia mi to przyjemność. Dzięki temu wszyscy, których spotkam też się uśmiechają.
    Moim zdaniem moja samoocena – prawie cały czas ponad kreską wpływa pozytywnie na moje działania. (To że czasem jest pod – zazwyczaj wynika z kontaktu z jakąś osobą x – działanie jakie wtedy wykonuję jest takie, że staram się jak najrzadziej albo wcale kontaktować z osobą x)

    Pozdrawiam,

    Łukasz H.

Zostaw komentarz