Gdy masz do siebie pretensję, że nie kierowałeś się rozsądkiem a pasją

To jest ten ból, gdy widzisz, ile zarabia ktoś, kto przechodzi przez życie bez ekscytacji, bez spalania się, bez walenia głową o ścianę. Myślisz sobie: „Przecież to takie proste. Wystarczyło pójść na jakąś ekonomię albo informatykę. Może i nudy, może mnie to nie dotyczy, ale przecież, jakie życie byłoby teraz wygodne!”.

Nie bądź głupi!

Przynajmniej trzeba było zapisać się na ten kurs i zostać programistą, farmaceutą czy technikiem radiologiem. Dlaczego jestem takim głupcem? Przecież wiedziałem. Przecież wszyscy radzili. Ale ja nie, ja uparcie swoje, ja uparcie za tym, co mnie pociągało. Jak dziecko z podstawówki, które upiera się, że chce chodzić na WF, ale nie na lekcje matematyki.

Co zrobić z tym dzieckiem? Pozwolić mu „iść za pasją” i dołączyć do tabunów błąkających się po świecie Don Kichotów, dla których zwyczajne wiatraki są wielorękimi olbrzymami, z którymi trzeba się wciąż naparzać, czy uratować je, zmuszając do matematyki, bo programiści mają pracę, albo biologii, bo lekarze mają dobrze?

Znam nastolatka, Jasia, który kocha czytać książki i uczyć się języków, Został nawet laureatem jakiegoś konkursu kuratoryjnego z polskiego. Dzięki temu miał możliwość wyboru każdej szkoły średniej, o każdym profilu. Wybrał biolchem. Dlaczego? Jego dziadek, kategorycznie powiedział: „Tylko nie idź na humanistę! Nie bądź głupi. Humaniści to najbardziej żałosne typy. Nie mają pracy, nie robią nic pożytecznego, tylko wciąż się nad sobą użalają”. Dzielny dziadek uratował Jasia przed biedą i niedostatkiem. A że Jaś tęsknie patrzy, jak koledzy i koleżanki rozmawiają o wierszach, filozofii i powieściach, podczas gdy on musi zakuwać rzeczy, które go nudzą? Przywyknie. Najważniejsze, że będzie miał na czynsz, wielki telewizor i wczasy. A poza tym, jeżeli mu aż tak zależy, to może po nauce poczytać sobie jakiś kryminał, byle nie romans albo fantazję.  

Naprawdę?

Czy nie trzeba siebie samego potraktować jak tego Jasia? Przerwać rojenie wyobraźni i wejść na jakąś rozsądną ścieżkę? Czy nie pora wreszcie przerwać to całe „szukanie siebie samego” i zająć się czymś pożytecznym?

Julia napisała w komentarzu pod moim poprzednim tekstem „Mam do siebie pretensje, że zamiast iść w coaching, nie poszłam np. na technika farmacji, przynajmniej robiłabym teraz coś całkiem innego”. Ja wiele razy czułem do siebie pretensje, że zamiast tkwić przy pisaniu i psychologii, nie skończyłem zaczynanego kilka razy „kursu na programistę”.

Jeżeli ledwo wiążesz koniec z końcem, jeżeli jesteś wciąż niezadowolony z tego, co robisz, coś poszło nie tak. Coś źle rozegrałeś. Może źle wybrałeś – kiedyś tam albo parę lat temu, gdy myślałeś, czy nie zrobić tego kursu. Jednak może problem leży zupełnie gdzie indziej.  

Warto zadać sobie w takiej chwili dwa pytania: „Czy naprawdę byłoby tak wspaniale? Czy to naprawdę byłoby rozwiązanie?” oraz „A co by było, gdybym robił to samo, ale w inny sposób?”

Wszyscy na mnie czekają?

Są dwa mity, które sprawiają, że człowiek tkwi w ciemnej dziurze. Jeden to mit dziadka Jasia: „Wystarczy wybrać popłatną fuchę, a będziesz mieć dobrze”.

Naprawdę wszyscy wokół czekają, aż zostanę programistą / farmaceutą / technikiem radiologiem? Naprawdę nie mogą się już doczekać, byle mi tylko złożyć ofertę? I to jaką ofertę! Wielkie pieniądze, żadnego wysiłku, żadnego stresu, sporo wolnego czasu. W zasadzie synekura – nic nie trzeba robić, kasa płynie, życie jak w Madrycie.

Dziadek Jasia twierdzi, że tak jest z lekarzami. „Patrz Jasiu, dziesięć minut w gabinecie, coś tam pogada, wypisze receptę i dwie stówki w kieszeni”. Nawet gdyby tak było (a nie jest), do dziadka Jasia nie dociera, że nie każdy lekarz tak ma. Kiepscy lekarze, kiepscy informatycy, kiepscy farmaceuci nie mają tak cudownie.

Na micie, że jak tylko zrobisz odpowiedni kurs, dostaniesz dobrą pracę, żerują różnego rodzaju specjaliści od szybkiego przeprofilowania się. W sieci znajdziesz mnóstwo ofert bootcampów, zgodnie z którymi wystarczy miesiąc – dwa, aby od zera zostać zawodowym  programistą (oczywiście trzeba zapłacić za kurs kilkanaście tysięcy, ale na pewno ci się zwróci).

Zanim im uwierzysz, porozmawiaj z prawdziwymi programistami i zapytaj, czy to możliwe. Pytając, stań w pewnej odległości, bo niektórzy mogą się nieco zirytować.

Nie mówię, że nie można się przebranżowić, ale nie wyobrażaj sobie, że jest to tak proste i łatwe, jak to opisują bootcamperzy. Miesiąc? Może po roku coś załapiesz, zakładając, że będziesz się uczyć po pięć, sześć godzin dziennie.

Przebranżowienie wymaga wysiłku, poświęcenia i determinacji. Skąd to wszystko weźmiesz, jeżeli twoją główną motywacją jest opłacenie rachunków? Naprawdę będziesz miał w sobie tyle uporu, by się przebić przez to wszystko, co delikatnie mówiąc, wcale cię tak bardzo nie kręci?

Od czasu do czasu mam do czynienia z pewną naprawdę dobrą i znaną firmą informatyczną (robimy dla nich szkolenia). Poznałem w niej kilku prawdziwych programistów. Dla tych ludzi programowanie jest, użyjmy tego brzydkiego słowa, pasją. Są maniakami, świrami i ludźmi, którzy robiliby to samo, nawet gdyby nikt im za to nie płacił. Robiliby to, nawet gdyby mieli gorzej niż ty teraz.

Firma ich zatrudnia, bo są naprawdę dobrzy. Gdyby byli przeciętni, nie dostaliby w niej pracy. A są dobrzy, dlatego, że strasznie dużo energii poświęcają na uczenie się, doskonalenie i zmaganie z tematem. Ta energia nie pochodzi z wizji opłacenia czynszu, ani nawet kupienia wielkiego apartamentu, czy szybkiego samochodu. Większość z nich nie ma nawet czasu na takie rzeczy, bo są za bardzo zajęci swoją  misją.

Wiesz, kim się jest po ukończeniu rocznego nawet bootcampu? Nie, nie dobrym programistą. Przyuczonym do zawodu humanistą. I bądź pewny, ktoś taki nie znajdzie pracy w firmie z dobrą atmosferą. Zostają mu kiepskie firmy, które zatrudniają kiepskich programistów, by móc im kiepsko płacić.

Zmień zawód, proszę bardzo. Zdobądź jedno z tych beznadziejnych stanowisk, w jednej z tych beznadziejnych korporacji o beznadziejnej atmosferze. Owszem, będziesz mieć na czynsz, pytanie jednak, czy będziesz w ogóle pamiętać, gdzie mieszkasz.  

„Byciem sobą, nie zapłacisz za czynsz.” Tak, byciem sobą nie zapłacisz za czynsz, ale bez bycia sobą, opłacenie rachunków będzie twoją jedyną życiową radością.

Może się okazać, że najpierw się przebranżowisz, potem skończą się twoje problemy finansowe, a potem zwariujesz.

Warunek prawdziwego przebranżowienia

Jeżeli nie chcesz być popychadłem w jakiejś beznadziejnej firmie, wciąż możesz zmienić zawód. Jest jeden warunek: uczeniu się nowej rzeczy musi towarzyszyć zmiana w twoim sercu. Po drodze musisz stać się innym człowiekiem. Gdy to nowe zajęcie (programowanie, farmacja, robienie prześwietleń) zaczyna cię naprawdę wciągać i pasjonować, masz szansę – nie tak szybko, jak obiecują krótkie kursy przygotowujące – stać się w tym dobrym.

Pytanie jednak brzmi: czy naprawdę chcesz i możesz stać się innym człowiekiem? Czy twoje DNA to wytrzyma? Czy jesteś gotowy zostawić to wszystko, z czym utożsamiałeś się i utożsamiasz do tej pory?

Czy masz prawdziwe powody, by to zrobić? Śmiem twierdzić, że wizja opłaconego czynszu to nieco za mało.  

A co by było, gdybyś robił to samo, tym razem z prawdziwym zaangażowaniem?

Oprócz mitu „dziadka Jasia” kierującego się rozsądkiem jest drugi, tym razem wyznawany przez zwolenników serca. Mówi: Jeżeli będę robić coś z przekonaniem, jeżeli znajdę swoją prawdziwą pasję, jeżeli coś będę naprawdę lubić – wszystko przyjdzie mi prosto, łatwo i szybko.

To, że lubię śpiewać pod prysznicem, wcale nie oznacza, że zostanę piosenkarzem, nie oznacza nawet, że nauczę się śpiewać bez fałszowania. To, że lubię pisać, wcale nie oznacza, że dobrze piszę, nie oznacza nawet, że nauczę się pisać lepiej niż ktoś, kto tego nie lubi. To, że pasjonuje się coachingiem, nie oznacza, że szybko się tego nauczę i będę osiągać lepsze rezultaty niż inni.

To, że coś lubisz i jesteś przekonany, że to „twoja ścieżka” daje ci tylko jedną przewagę: będzie ci łatwiej poświęcać czas. Nie będzie ci żal godzin spędzonych na zajmowaniu się tym, bo w końcu jest to dla ciebie (przynajmniej od czasu do czasu) dobra zabawa.

Gdybym próbował zostać technikiem radiologiem, moją pierwszą barierą byłoby poczucie, że marnuję czas, że w tym samym czasie mógłbym pisać. To byłoby spore ograniczenie. Jednak to, że pisząc, dobrze się bawię, wcale nie znaczy, że odniosę sukces szybciej i z mniejszym wysiłkiem niż inni.

Decyzja, czy wewnętrzne przekonanie to jedynie pierwszy krok. Wszystko zależy od twojego zaangażowania, determinacji i gotowości, by znieść każdą trudność, jaka się pojawi.

Och, gdybym posłuchała zdrowego rozsądku, życie byłoby dziś takie piękne! A może byłoby jeszcze piękniejsze, gdybym miała w sobie większą determinację i odwagę podążania własną ścieżką?

Rachunek sumienia

Dotarło do mnie, że podstawową przyczyną moich problemów nie są te, czy inne wybory, ale brak zaangażowania.

Każda ścieżka gdzieś prowadzi, nieważne co wybierzesz – czy to, co cię pociąga, czy to, co ci doradzają. Na każdej jest jednak potrzebna determinacja. To nie może być „fajnie, zajmę się tym”, ale taka determinacja, jaką opisują Japończycy w „Księdze Znalezionej pod Listowiem” (Hagakure), coś, co sprawia, że nawet gdy ci zetną głowę, zrobisz jeszcze kilka kroków do przodu.

Kłopotem nie jest to, na co się zdecydowałem, ale to ile z siebie dałem. To nie moje decyzje zawiniły, ale moje przywiązanie do wygody i przyjemności.

Gdybym postawił na farmację / informatykę / radiologię, wcale nie byłbym w lepszej sytuacji.

Nie osiągnąłem sukcesu, idąc w coś, co lubiłem, to niby jak miałbym go odnieść, robiąc coś, czego nie lubię? Nie dałem z siebie wszystkiego, zajmując się tym, co znane, to jak miałbym dać z siebie wszystko, robiąc zupełnie nowe rzeczy?

Zamiast mieć do siebie pretensje, zrób rachunek sumienia.

Ile było we mnie odwagi? Ile byłem gotowy poświęcić?

Czy miałem odwagę, by wciąż patrzeć na swój wewnętrzny kompas i wciąż korygować kurs, czy też raczej szukałem wygodnych, słonecznych dróżek, nieważne gdzie prowadzących?

Ile było we mnie odwagi, by pozwolić swoim wyobrażeniom na rozwój? Odwagi, by zastępować początkowe, powierzchowne fantazje, czymś głębszym? Bo jeżeli po pięciu latach zajmowania się coachingiem, ciągle tak samo wyobrażam sobie tę rolę, to znak, że zatrzymałem się w rozwoju.

Dość długo uważałem, że dałem z siebie wiele. Ale nie dałem. Ja jedynie poświęcałem na to, co robiłem dużo czasu. A nie chodzi o czas. Tak naprawdę asekurowałem się, chowałem, wybierałem wygodne możliwości.

Nie chodzi o czas, chodzi o odwagę i gotowość do wysiłku.

„Pasja” nie znaczy „przyjemność”

Mówiąc o „pasji”, ludzie rozumieją przez to miłe, sympatyczne, lubiane zajęcie. „Moją pasją jest malowanie martwej natury. Moją pasją jest czytanie kryminałów. Moją pasją jest wyszywanie”. Moją pasją było kiedyś zjadanie batoników czekoladowych. Dziś moją pasją jest zjadanie gruszek, słuchanie muzyki i obserwowanie nieba. Miłe, sympatyczne zajęcia, których celem jest dogadzanie sobie i które pozwalają ukryć się przed światem.

Nadaliśmy takie znaczenie temu słowu, ale „pasja” w oryginale znaczy „cierpienie”. 

Gdy mówię: „szukaj swojego głosu, idź za wewnętrznym przekonaniem” nie zachęcam do znalezienia sobie hobby i oczekiwania, że to pozwoli zapłacić za czynsz, a na dodatek być szczęśliwym. 

Mówię raczej: Poszukaj czegoś, przy czym zapłacenie czynszu to drobiazg. A gdy to znajdziesz, nie oczekuj, że będzie łatwo. Przeciwnie – oczekuj, że będzie ciężej niż kiedykolwiek, że trzeba będzie pocierpieć.

Jest szansa, że w ten sposób i tak uda ci się opłacić rachunki. Moje doświadczenie jest takie, że ile razy w ciągu życia robiłem coś z samego serca, pieniądze przychodziły po drodze, jako efekt uboczny. Zapewne nie zawsze tak jest. Nie przedstawiam tego, jako uniwersalnego prawa. U mnie jednak było tak, że ile razy starałem się robić coś po to, by mieć więcej, ledwo mi starczało do pierwszego.

Kondycja człowieka jest całością. Jesteśmy istotami duchowo-psychiczno-fizyczno-społeczno-materialnymi. Skupienie wyłącznie na kwestiach materialnych to jak podnoszenie stołu za jedną nogę. Wszystko jest ważne w tym samym czasie. A jedynym czynnikiem, który wydaje mi się mieć przełożenie na tę wieloaspektową kondycję, jedynym czynnikiem, który rusza wszystkie pięć nóg, jest determinacja i pełne zaangażowanie w to, co robisz.

Najlepszą rzeczą na świecie jest realizować z pełną determinacją, to co kochasz. Najgorszą rzeczą na świecie jest realizować swoją pasję, oczekując, że wszystko łatwo przyjdzie.

Serce czy rozsądek?

Nie zachęcam cię do tego, by wybrać jedno czy drugie. Nie twierdzę, że należy machnąć ręką na zdroworozsądkowe rady dziadka Jasia.

Zachęcam cię do tego, by więcej z siebie dać, bardziej się odważyć, bardziej zaangażować.

Wiem, wiem, wiem. Niektórzy mają łatwo. Jakoś im się wszystko bez wysiłku układa. Nie jesteś lepszy, nie jesteś gorszy, ale u ciebie panuje cholerna drożyzna, wszystko słono kosztuje. Może to niesprawiedliwe, ale witamy w klubie. Na pewno ma to swoje dobre strony (tak samo jak i złe).

Póki nie dasz z siebie wszystkiego, nieważne co wybierzesz, serce czy rozsądek, wciąż będziesz w dupie. Nie oszukuj się, że sprawa dotyczy wyborów.

Nie dlatego przegrałeś, że szedłeś za sercem. Dlatego przegrałeś, bo nie dałeś z siebie wszystkiego, nie byłeś dość bezkompromisowy, nie byłeś wobec siebie dość uczciwy.   

Może warto spróbować jeszcze raz, teraz bez rozczulania się nad sobą i bez marudzenia, że „powinno być łatwiej”. 

Jedno mnie tylko męczy: Co to oznacza w praktyce? Co konkretnie mam zrobić? Jak przełożyć nowe nastawianie na działania? Może powalczę z tym, w kolejnym tygodniu.  

[ratemypost]

10 komentarzy

  1. Ten tekst wzbudził mój opór. Napisałam komentarz, ale dwukrotnie przeczytałam Twój tekst i dotarło do mnie więcej. Skasowałam komentarz i piszę teraz, że:
    Twój tekst wzbudził mój opór. Nie dlatego, że się z nim nie zgadzam. Jest w nim jednak coś tak kontrowersyjnego, że trudno mi jest go czytać gładko i potakiwać. To znaczy, że jest dla mnie dobry :). Ciekawa jestem innych komentarzy.

    • We mnie to wszystko też budzi opór. Opór to jest właściwe słowo. Zaangażować się w coś w pełni to właśnie nauczyć się radzić sobie z oporem. Mam wrażenie, że jeszcze tego nie umiem. Wciąż mam kilka ulubionych sposobów ulegania oporowi: np. narzekanie, że świat jest niesprawiedliwy, że „ktoś mi wcześniej nie doradził”, że „lepiej było by”, albo po prostu powielanie tego, co stare i dobrze znane.

      Dziękuję za komentarz. Jak też jestem bardziej ciekawy innych komentarzy. Ktoś się dołączy?

  2. Całkiem ciekawe. Oprócz pracy na etacie inwestuje czas i małe zł w startupy. Żaden jeszcze nie zarabia. Ale niesamowita jest nauka wyciągnięta z tego co już osiągnąłem. Albo osiągnęliśmy. Bo w pewnym momencie zrozumiałem, że samemu niewiele zdziałam. Zbudowaliśmy zespół i sprawy zaczynają się toczyć. Myślę, że to ważny aspekt, którego brakuje w tekście. Ucz się od innych, pracuj z innymi. Żyjemy w sieci relacji i myślę, że wiele z tego co osiągnąłem oprócz wysiłkowi zawdzięczam współpracy.
    Od kilku lat obserwuje posty. Przeczytałem książkę, byłem u Ciebie na kursie. Myślę, że uzupełnienie Twoich przemyśleń o aspekt relacji mogłoby je wzbogacić i uczynić jeszcze bardziej inspirującymi.
    I całkowicie zgadzam się, że jeśli coś robiłem z pasją pieniądze „same przychodziły”.

  3. Zabawne, bo przytoczona historia jest praktycznie o mnie – w liceum miałam stypendium dzięki olimpiadzie polonistycznej, zawsze lubiłam pisać, a wybrałam biochem. Co więcej – zostałam technikiem radiologii. I co robię po 5 latach studiów elektroradiologii? Jestem copywriterem i zastanawiam się, czy mój wyuczony zawód daje mi radość, czy powinnam się w nim doskonalić czy jednak iść w zupełnie inną stronę. Droga ku odnalezieniu siebie nie jest łatwa, zwłaszcza kiedy otoczenie zawsze ma swoje „świetne rady”. Dziękuję za tekst, jak zawsze świetny!

  4. Czy chcę być coraz lepszy temu na co poświęcam czas ?
    Współczesny system pracy opiera się na zastępowaniu mistrzów (np. rzemieślników) ich mniej zdolnymi substytutami za to lepiej zorganizowanymi przez tych którzy mają na to pomysł.
    Mistrzów jest niewielu i długo trwa proces dochodzenia do mistrzostwa.
    Pytanie jak przebiega proces zostawiania mistrzem, dlaczego tak niewielu to się udaje i jak wybrać pole na mistrzostwo.
    Zbyszku czekam na artykuł .
    Gdy nie jesteś mistrzem, czyli średnio zdolnym to zostajesz robotnikiem u tych którzy mają pomysł na bycie mistrzem o ile oni potrzebują twojej pracowitości.
    Dopóki wymagania się średnie lub żadne, to nawet bez entuzjazmu można uzyskać wymagany zewnętrznie wystarczający dobry poziom i wytrwać w zawodzie.

    Trudno określić czy przyczyną niepowodzeń jest brak pełnego zaangażowania w mistrzostwo, czy brak pełnego zaangażowania z zakresu prowadzenia biznesu.
    Od czasów Santorskiego, Eichelbergera trudniej jest zostać mistrzem w psychologii i jeszcze trudniej z tego mistrzostwa wyżyć ale komuś się w końcu udaje, chętnie dowiem się dlaczego ….

    • Bardzo ciekawe pytanie. Trudne, ale masz rację, trzeba się z nimi zmierzyć 🙂 Mam wrażenie, że wiele osób mocno pragnie osiągnąć mistrzostwo, tylko nie wie jak się za to zabrać. Pamiętam szkolenie, gdzie na hasło „bycia mistrzem” czy „bycia artystą w swoim fachu” miękli ludzie, którzy wydawali mi się całkowitymi cynikami.
      Pytanie co to do końca znaczy „mistrzostwo”. Na ile jest to kwestia sprawności czy geniuszu a na ile kwestia społeczne. Mistrz to też lider, przywódca, człowiek, który zaczarowuje innych.
      Bardzo Ci dziękuję i za komentarz i pytania 🙂

  5. Dzięki Zbyszku za kolejny ciekawy inspirujący i zmuszający do zastanowienia się nad sobą i nie tylko tekst. Jak bardzo to jest prawdziwe „ale u ciebie panuje cholerna drożyzna, wszystko słono kosztuje” Jak często mam wrażenie, że wszystko do czego dochodzę okupione jest heroicznym wręcz wysiłkiem, a innym to przychodzi bez trudu. Jack Daniels wskazuje cztery typy biegaczy długodystansowych:
    1. Mają wrodzone zdolności i są zmotywowani
    2. Mają zdolności, ale brak im motywacji
    3. Brakuje zdolności, ale bardzo pragną osiągnąć sukces
    4. Brak zdolności i brak motywacji.
    Pierwsza to wg Jack’a zwycięzcy. Druga – doprowadza do frustracji trenerów (widać potencjał, ale brak chęci wykorzystania) Trzecia zadowala trenerów, ale sama siebie doprowadza do frustracji. Ma zacięcie, samodyscyplinę godną mistrzów, ale brak wyposażenia genetycznego. Robią dokładnie to co każe trener, próbują wszelkich dostępnych programów, biegają tyle ile się da, czasami nawet się przetrenowując, robią wszystko z pasją (prawdziwą, zgodną z Twoją definicją) a nieraz wypadają gorzej niż biegacze typu drugiego. Czwarta grupa biegaczy to prawdopodobnie grupa pierwsza (talent i motywacja) w innych dziedzinach życia. Sam należę do trzeciej grupy i w sporcie i życiu. Jaki to ma związek z normalnym życiem, pracą, biznesem? Powyższy podział jak najbardziej można odnieść do życia codziennego, biznesu itp. Mimo pasji, mimo włożonych wysiłków samodyscypliny itp. zawsze komuś przyjdzie to łatwiej. Im jestem starszy wierzę coraz bardziej w „coś” (nawet nie wiem jak to nazwać, opisać – czysta wewnętrza motywacja. metafizyka, flow), co wznosi nas na poziom „zwycięzcy”. To „coś” to co w jednym z komentarzy było o Mateuszu Kusznierwiczu”. W sporcie to co czyni różnicę to” marginal gains” Przykład z życia sportowego – skoczkowie narciarscy. Jak idzie to zawodnik potrafi odlecieć wszystkim w każdych warunkach, na każdej skoczni. Zapytany jak to robi – odpowiada, ale sam do końca nie wie jak to się dzieje. Wszystkie elementy układanki współgrają ze sobą uzupełniają się i efekt jest jaki jest. W przypadku kiedy przestaje iść, mimo że robi dokładnie to samo czegoś brakuje i efekt jest zupełnie odwrotny krótkie skoki i męczy się niemiłosiernie i efektów brak i nie wiadomo dlaczego i jeszcze musi odpowiadać dlaczego nie idzie, a on nie wie. Podobnie przypadki nadludzkiej siły, czy zachowań w sytuacjach ekstremalnych kiedy ludzi zdolni są do nadludzkich, niewyobrażalnych wręcz wysiłków. Spotkałem „urodzonych zwycięzców” i wiem, że mają coś, może wewnętrzny balans, równowagę, zgodność, coś co naprawdę czyni ich urodzonymi zwycięzcami. Jest to coś niemierzalnego, trudnego do zdefiniowania, ale istnieje. Trudno z kimś takim konkurować i najlepiej iść właśnie swoją drogą i szukać, bo może jest jakaś dziedzina w której ma się i talent i pasję i mentalność zwycięzcy. Trudno odpuścić porównywanie siebie z innymi, ale warto. To w połączeniu z pasją może dać spokój

    • Dziękuję za bardzo ciekawy komentarz.
      Po uważnym przeczytaniu zastanawiam się, czy mimo wszystko budowanie typologii na bazie tych dwóch czynników jest uzasadnione. Być może, jeżeli chodzi o biegi i pływanie, szczególnie na poziomie światowym – tak. Tam rzeczywiście kwestie wyposażenia genetycznego mają duże znacznie. Masz taką a nie inną pojemność płuc, takie a nie inne stopy czy dłonie itp. Małe różnicę czynią wielką różnicę. Gdy jednak zejdziemy nieco niżej, albo przeniesiemy do jakiejkolwiek dziedziny, w której osiągnięcia nie są aż tak nieludzko wyśrubowana, pytania są dwa: po pierwsze, czy obydwa te czynniki (motywacja i wyposażenie) są warte tyle samo. Czy w ogóle uczciwie jest je zestawiać. Ma wrażenie, że zdolności (rozumiejąc je, jako przede wszystkim wyposażenie genetyczne) są kilka razy mniej istotne niż podejście (nie tylko sama motywacja, ale także zestaw nawyki, wsparcia, warunków). Jeżeli psychika to 80% a genetyka to 20% to typ 3 (słabe zdolności, dobre podejście) jest w znacznie lepszej sytuacji niże typ 2 (duże zdolności, kiepskie podejście).
      Ale jest też jeszcze drugie, kluczowe pytanie. Zdolności to kwestia genów. Do niedawana uważaliśmy, że geny ma się, albo się nie ma. Dziś wiemy, że nasz styl życia i środowisko wpływa na genom. Mówiąc inaczej motywacja, styl życia może w pewnym zakresie zmienić ekspresję genetyczną. Nie jesteś w stanie oczywiście zmienić koloru swoich oczu, ale czy nie jesteś w stanie zmienić kilku innych istotnych rzeczy?
      Nie twierdzę, że tak na pewno jest i że się pod tym całkiem podpisuję, ale może coś tym jest.
      Jeżeli chodzi o „urodzonych zwycięzców”. Doskonale to ująłeś: wewnętrzy balans” . Też mam poczucie, że jest w nich jakaś równowaga. Myślę, że wypływa ona z podejścia do życia, z wiary w siebie. Oni i tak by robili swoje, nawet gdyby z nikim nie konkurowali i z nikim nie wygrywali.
      Jeszcze raz dziękuję za komentarz 🙂

Zostaw komentarz