Jak pozbyć się ospałości i nauczyć odczuwania twórczej radości?

Obejrzałem wczoraj kawałek hollywoodzkiego filmu, którego akcja dzieje się na open space jakieś firmy. Dość dobrze znany mi widok. Bywałem w takich miejscach regularnie, a nawet przez jakiś czas sam w pracowałem w takich warunkach. Oglądając film, poczułem jednak, że coś jest nie tak, że trochę to inaczej wygląda niż w rzeczywistości. Sprawa nie dotyczyła komputerów, mebli czy wystroju wnętrz – tutaj wszystko wyglądało niemal tak samo. W końcu zorientowałem się, o co chodzi. Na filmie wszyscy siedzieli za biurkami wyprostowani, skupieni i energiczni, nawet gdy za oknami było ciemno, a oni zaczęli pracę rano. Albo Amerykanie są zawsze pełni energii i zapału, albo to kolejny hollywoodzki błąd w rodzaju tych, gdy bohaterka wychodzi z katastrofy ze wciąż idealną fryzurą.

Większość open space’ów, które widziałem na własne oczy, przypominało rakietę kilka minut po starcie. Czy dlatego, że takie nowoczesne, kosmiczne, energiczne i pełne rozmachu? Nie. Kilka minut po starcie, tym co najbardziej dostrzegalne z perspektywy siedzącego w rakiecie jest ciążenie. Ciężar ciała rośnie kilkakrotnie (jeżeli ważysz 70 kg, nagle twoje ciało zaczyna ważyć 280 kg). To uczucie, jak opisuje to jeden z kosmonautów, „jakby położył się na tobie potężny, niewidzialny grubas”.

Co prawda biurowe niewidzialne grubasy nie są aż tak ciężkie, jak te rakietowe, mimo tego trudno jednak, gdy ma się je na sobie, siedzieć prosto, utrzymać głowę bez podparcia jej ręką czy nie zapaść się w fotelu. 

Nie tylko open space

Pewnym antidotum jest ekspres z kawą, ale lek nie działa długo i nie zawsze dorównuje mocą wadze grubasa. Właśnie mam przed sobą termos z kawą, który powoli opróżniam, ale jakoś mój dzisiejszy niewidzialny grubas nie chce ze mnie zejść. Może i nieco schudł, ale wciąż nie tyle, by można było mówić o lekkości, twórczej radości czy energii.

Od dawna nie pracuję na open space (czasem nawet za tym trochę tęsknię, widok ludzi, nawet sennych dużo daje), ale to nie znaczy, że grawitacyjny grubasek mnie nie odwiedza. Odwiedza i to chyba nawet regularnie. Bywa, że siadam za biurkiem i kilka następnych godzin zapadam się pod własnym ciężarem, Może nawet tego nie widać z daleka, ale ja już sam wiem, jak ospały jestem. Zbieram myśli, ale nie mam siły czegoś zacząć. Zaczynam, ale nie mam siły, by tego nie porzucić. Wytrzymuję, ale nie mam siły skończyć. Kończę, ale nie mam siły opublikować. Publikuję, ale nie mam siły promować.

Pół biedy, jeżeli grubas pojawia się, gdy mamy robić coś, dla kogoś innego i gdy robimy to z konieczności. Na większości open space’ów, tak naprawdę nie ma wielkiej różnicy, czy śpisz, czy jesteś w pełni obudzony. I tak nikt nie zauważy.

Problem wtedy, gdy grubas pojawia się w momencie, w którym zabieramy się za coś, na czym zależy nam samym. Nie jestem w stanie napisać dobrego tekstu, jeżeli poddam się jego ciężarowi. Nie stworzę przekonywającej oferty, nie poprowadzę dobrego szkolenia, nie napiszę ciekawej książki, nie opracuję dobrego produktu… Ospałość to w takich przypadkach wyrok.

Jeżeli siadasz do swoich zajęć i czujesz rosnący ciężar grawitacji, jeżeli wykonujesz swoje zadania w sposób ospały, jeżeli wciąż brakuje ci energii – Huston mamy problem – masz niewielkie szanse, by cokolwiek osiągnąć.

Pisałem w jednym z poprzednich tekstów, że sukces często nie jest kwestią tego, czy podjąłeś taką lub inną decyzję, ale tego, jak mocno zaangażowałeś się w realizację tej decyzji. Jeżeli dasz z siebie wszystko, jeżeli zaangażujesz się od podeszwy do czubka głowy, nawet gdy decyzja nie będzie najlepsza, zazwyczaj do czegoś dojdziesz.

Słowo zaangażowanieoznacza wiele rzeczy (odwagę, gotowość do poświęceń, determinację, brak asekuracji itp.). Ale oznacza także coś bardzo prostego: stopień pobudzenia i ożywienia. Jeżeli zabierasz się za coś i po chwili zaczynasz się czuć ospały, jeżeli twoje ciało zaczyna się robić coraz cięższe – trudno powiedzieć, byś miał w sobie pełne zaangażowanie.

Orbita

Jest oczywiście wiele różnic pomiędzy siłami ciążenia w rakiecie kilka minut po starcia a siłami ciążenia w biurze. Najważniejsza jednak dotyczy, kiedy ciążenie znika. W przypadku biura dzieje się to o magicznej godzinie szesnastej czy siedemnastej (zależy, do której się pracuje). Nagle kroki stają się sprężyste, głowy nie wymagają podparcia, kręgosłupy wyprostowane, spojrzenia zdecydowane. Lekkość.

W przypadku rakiety nienaturalnie duże ciążenie znika dziewięć minut po starcie. Rakieta dociera na orbitę i ciążenie spada gwałtownie do 0 g. Ponoć tego uczucia lekkości, siły i euforii, nie da się porównać z niczym innym. Nagle zyskujesz supermoce, które do tej pory mogły ci się jedynie śnić. Umiesz latać!

Gdy pracujesz nad swoim projektem (piszesz, prowadzisz, projektujesz, tworzysz itp.) również możesz znaleźć się na orbicie. Stan orbitalny to stan lekkości, radości, twórczości i energii.

Znasz go? Oczywiście. To przecież mniej więcej ten sam stan, który czują dzieci podczas dobrej zabawy. Pamiętasz jeszcze, jak to było, gdy bawiłeś się w Indian, Piratów, podchody czy goniłeś berka? Jeżeli nie, zajrzyj do przedszkola, albo na jakiś plac zabaw. Pełna radość tworzenia, pełne zaangażowanie.

Rollo May, jeden z najwybitniejszych psychologów ubiegłego wieku, pisał w książce „Odwaga tworzenia”:

Na opisanie stanu, w jakim znajdują się artyści i naukowcy w trakcie pracy twórczej, a nawet dziecko podczas zabawy, używa się powszechnie takich wyrażeń: być zaabsorbowanym, porwanym, całkowicie pochłoniętym. Chodzi tu o radość, definiowaną jako emocja, która nadchodzi wraz ze stanem podwyższonej świadomości, o nastrój, który towarzyszy pewności, że realizujemy własne możliwości.

Zaabsorbowanie, radość, podwyższona świadomość. Ten stan nie tylko jest czymś przyjemnym, to coś niezbędnego, by cokolwiek stworzyć.

Oczywiście nie czuje się tego przez cały czas. Gdyby tak było, działoby się z nami to, co z astronautami: po początkowej euforii, pojawia się choroba lokomocyjna, a po paru dniach człowiek się zupełnie oswaja i nie czuje już żadnych mocy. Tworzenie zawsze jest mieszanką przeciążenia (och jak ciężko!), normalnego stanu (i czym się tu ekscytować?) oraz orbitalnego (euforia). Ten trzeci stan musi być jednak obecny. Jeżeli cały czas jesteś ospały, nic z tego nie będzie. Jeżeli cały czas jesteś zgaszony, to sygnał, że nie działa całość twojego mózgu, a jedynie jego część, która nie poradzi sobie sama ze zrobieniem czegoś cennego. Kilka słów na ten temat.

Dwie części

Gdy nad czymś pracujesz, w twoim mózgu działają dwie części – świadoma i nieświadoma.

Na przykład, teraz gdy piszę ten tekst, obok mam notatnik, a w nim jakąś próbę ułożenia treści. Na kartce jest coś w rodzaju mapy myśli, kilka haseł, jakieś stwierdzenia, strzałki itp. To efekt pracy mojego świadomego umysłu. Dość marny, bo wciąż muszę go zmieniać i poprawiać.

W którymś momencie pracy nad tekstem, po jakiejś pierwszej, czy drugiej stronie (zazwyczaj później) do działania włączyła się także nieświadomość. Nie miałem dostępu do tego, co się w niej działo, jednak coś tam musiało się kotłować, bo nagle, gdy poszedłem zrobić kawę, w trakcie robienia zupełnie innych rzeczy, zrozumiałem, że trzeba to napisać inaczej.

Każdy zna tego rodzaju doświadczenia: zmagasz się z jakimś tematem, nie wiesz jak to ugryźć, aż tu nagle – rano, gdy się golisz; w południe, gdy jedziesz samochodem; wieczorem pod prysznicem, albo o jakiejkolwiek innej porze, gdy np. jesteś w toalecie – nagle coś się pojawia.

Pojawia bez uprzedzenia, ale wcześniej twój mózg nad tym pracował, tyle że była to jego nieświadoma część.

Nasz świadomy mózg, którego używamy do rozpisywania konspektów, jest liniowy, logiczny, przewidywalny i dość  nudny. Nie jest twórczy. Nie potrafi znaleźć czegoś zupełnie nowego czy odkrywczego. Nie do tego zresztą służy. Po to, by wpadać na zupełnie nowe rzeczy, mamy aparaturę pracującą w tle.

Każdy z nas ją ma. Jej moc obliczeniowe jest bez porównania większa niż moc świadomego myślenia. Jest ona jak komputer przy kalkulatorze. Każdy ma taki komputer. Każdy może być twórczy, każdy może robić niesamowite rzeczy, tyle że nie każdy wie jak z tej możliwości korzystać. Nie każdy wie, jak włączyć ten komputer.

Nieświadomy mózg nie podejmuje się rozwiązywania wszystkich problemów, czy zadań, jakimi zajmuje się świadomy. Większości z nich nie zauważa. Aby coś dostrzegł i podjął się pracy, musi dostać sygnał. Tym sygnałem są emocje. Jeżeli podchodzisz do czegoś w ospały sposób, podświadomość tego nie dostrzega. Zajmuję się sama sobą (np. planowaniem co zjeść na obiad albo zastawianiem się ile jeszcze do końca dnia).

Jeżeli jesteśmy ospali, apatyczni, znudzeni, tracimy dostęp do twórczego umysłu. Grubas nie tylko sprawia, że podpieramy głowę i nie jesteśmy w stanie siedzieć prosto. Znacznie bardziej bolesne jest to, że wyłącza najcenniejszą część naszego mózgu.

Nie trzeba być meduzą rozpłaszczoną na fotelu, by stracić kreatywność. Pomiędzy ospałością a ekscytacją jest wiele stopni pośrednich. Im niższe zaangażowanie, tym mniejsza kreatywność a tym samym mniejsza szansa na stworzenie czegoś dobrego i odkrywczego,

Może zatem, jeżeli nie udało mi się przebić i odnieść sukcesu, przyczyną było to, że zbyt chłodno podchodziłem do tego, co robiłem? Może za mało się tym bawiłem? Może zbyt często wyłączałem emocje? Może zbyt łatwo pozwalałem sobie na ospałość?

A może to wina warunków?

– Moje życie jest po prostu nudne. Tym, co robię, nie można się entuzjazmować! Przecież moje życie jest takie prozaiczne. Gdybym podróżował po świecie i miał przygody niczym Indiana Jones, gdybym podejmował ważne decyzje niczym prezes nowojorskiej firmy, gdybym był muzykiem, który gromadzi stadiony… ale ja, ze swoim małym, nudnym biurkiem ustawionym pod oknem? 

Jasne, nieco inaczej czuje się człowiek, który każdego dnia wsiada do samolotu, podejmuje decyzje o losach świata, odkrywa tajemnice, zdobywa lądy, czy przesuwa granice ludzkiej myśli, a inaczej gospodyni domowa, księgowy, czy szeregowy pracownik biurowy.

To nie zmienia faktu, że znudzenie i ospałość jest stanem psychicznym, a nie stanem świata. Wynikają one z twojego wnętrza, a nie z twojego otoczenia. To nie świat wokół ciebie jest nieciekawy, to ty nie chcesz się nim zaciekawić.

To, czy czujesz radość tworzenia, jest efektem wyborów i umiejętności.

Dlaczego jestem ospały?

Myślę, że są dwie przyczyny, dla których nie umiemy sobie poradzić z odwiedzającym nas niewidzialnym grubasem, który wywołuje ospałość.

Pierwszą jest zwyczajna inercja, a dokładniej nawyki, nie pozwalające przełamać naturalnej bezwładności. Aby rakieta wystartowała, musi mieć mocne silniki. Czasem są na tyle mocne, że jestem w stanie się za coś zabrać, ale nie na tyle, by wynieść mnie na orbitę.

Drugim są obawy, lęki i opory. Silnik ciągnie, ale my wypuszczamy za sobą jakiś spadochron, który nas hamuje, bo boimy się, że cała ta przygoda nie skończy się dobrze i lepiej by było zostać na ziemi.

Inercja (podejmij walkę)

Inercja to właściwość materii fizycznej, ale i psychicznej. Aby ciało zmieniło swój stan (ruszyło albo zatrzymało się), trzeba siły. Nie można ot tak sobie czegoś wprawić w ruch, najpierw trzeba pokonać bezwładność. Bezwładność jest także częścią naszej psychiki. Gdy zabierasz się za coś trudnego, napotykasz na opór. Czasem tego oporu jest więcej, czasem mniej. Czasem pojawia się na samym początku, gdy startujesz, a czasem dopiero w którymś momencie.

Nagle czujesz, że to jest za ciężkie. Zbyt ciężkie niż się tego spodziewałeś. Zbyt ciężkie niż byś chciał.

– O kurczę! To jest dla mnie za trudne – myślisz – Nie mam ochoty się z tym zmagać. Przecież życie powinno być lekkie. Dlaczego jest mi tak ciężko?! No dlaczego?!

Zniechęcony odpuszczasz. – Ponieważ to jest za ciężkie, poszukam sobie czegoś łatwiejszego. Odpuszczę sobie. Zajmę się czymś innym. Zostawię to na później. Albo przynajmniej nie będę się tak szarpać.

I to jest największy błąd, który stoi między „mną na pół gwizdka” a „mną na sto procent”.

Wszystko jest ciężkie, zanim nie stanie się łatwe

Mozart w jednym ze swoich listów opisał sytuację, która zdarzyła się podczas jego koncertu. Na sali siedział starszy pianista, który wzdychając, wciąż patrzył na jego palce. Gdy tylko koncert się skończył, starszy pianista wykrzyknął:

– Młody człowieku, jak tobie to wszystko lekko przychodzi! Jak lekko! Jakie to dla ciebie łatwe! Gdyby mnie tak łatwo wszystko przychodziło!

Mozart opowiedział:

– Owszem teraz mi to lekko przychodzi, ale żeby tak się stało, włożyłem w to więcej wysiłku, niż pana było stać.

Wielkość Mozarta polegała między innymi na tym, że nie ulegał inercji. Gdy dochodził do momentu, w którym coś robiło się trudne, nie mówił sobie „Ok. już dość się napracowałem, wystarczy na dziś”. Zamiast tego parł do przodu, wiedząc, że jeżeli coś jest trudne to znak, że trzeba próbować mocniej. 

Jeżeli traktujesz każdą trudność jak wyrok i dowód na to, że nie powinieneś się czymś zajmować, zawsze będziesz się odbijać od tego samego miejsca. Trudność nie jest wyrokiem, ale okazją. Jest sygnałem, że dotarłeś do czegoś cennego. Jest zaproszeniem.

Nie wychodzi ci? Możesz zatem stać się lepszym, możesz się rozwinąć. Ciesz się, a nie wycofuj.

Pomyśl, jak reagujesz na spotkanie z oporem czy bezwładnością. Naucz się rozpoznawać tę chwilę.

Pomyśl, jak chciałbyś reagować?

Gdy za coś się zabierasz, przez chwilę jest ciężko – musi być ciężko, bo wyrywasz się z objęć grawitacyjnych ziemi i im bardziej ambitne są twoje plany, tym większe ciążenie i opór, jaki stawia ci grawitacja. Twoim zadaniem jest znieść ciążenie i nie zważając na nie, jak najszybciej znaleźć się na orbicie.

Rób albo nie rób

To nie znaczy, że na każdą trudność masz reagować zwiększonym wysiłkiem. Czasem trzeba się jej poddać.

Być może opór jest sygnałem, że trzeba się zregenerować?

Być może to podpowiedź, że lepiej sobie wszystko darować i zająć się czymś zupełnie innym?  

Kiedyś usłyszałem, jak pewna wściekła matka mówi do swojego kilkuletniego dziecka: „Rób albo złaź z nocniczka!”. To samo twierdził mistrz Yoda: „Rób albo nie rób, nie ma próbowania”.

Nie chcesz podjąć walki? Przestań. Nie warto tracić energii, jeżeli naprawdę nie zależy ci na tym, by przebić się na drugą stronę.

W moim przypadku zasada brzmi: „Pisz albo nie pisz”. Bardzo łatwo wpadam w notowanie, szkicowanie, robienie próbnych wersji. Można w ten sposób zapisać tysiące stron. Nie wiesz, czy tak naprawdę zależy ci na napisaniu czegoś, czy nie, może coś z tego będzie, może nie… zobaczymy. I człowiek pisze, pisze, pisze… Jedynym efektem jest góra śmiecia, która nie układa się w nic, co warto byłoby opublikować.

Nie masz powodów, by to robić. Odpuść. A może są powody, tylko nie widzisz ich dość wyraźnie?

Poszukaj wizji tego, co chcesz zrobić i podejmij decyzję, czy ci na tym zależy. Nie ważne jak wielka jest wizja. Moja dzisiejsza jest bardzo prosta: opublikowany tekst na blogu. Tak, zależy mi na tym. Jeżeli by mi nie zależało, zająłbym się czymś innym.

Oczyść umysł i nie rób dwóch rzeczy równocześnie

Czasem przyczyna znudzenia jest banalna: rozproszenie. Robię jedno, drugie i trzecie. Piszę, sprawdzam wiadomości, rozmawiam, martwię się, kombinuję, słucham muzyki…

Wielozadaniowość nie działa. Jak pokazują badania, szczególnie słabe są w niej osoby przekonane, że to ich mocna strona. Zatem jeżeli wydaje ci się, że jesteś dobry w robieniu kilku rzeczy równocześnie, na pewno nie jesteś w tym dobry.

Jeżeli chcesz się w coś naprawdę zaangażować, zanim się za to zabierzesz, oczyść umysł i na czas pracy nie myśl o niczym innym.

Oczyść umysł? Na przykład dziesięć oddechów albo jakiś prosty rytualik (kilka ćwiczeń, zapalenie świecy itp.)

Póki nie zrobisz tego, na czym ci zależy, nie sprawdzaj wiadomości, maili, nie odbieraj telefonów itp. Jeżeli musisz się zregenerować, to wyjrzyj za okno, zrób gimnastykę, pomedytuj, ale nie wchodź w nic innego. 

Użyj ciała

Gdy jesteś czymś znudzony, twoje ciało zachowuje się inaczej niż wtedy, gdy jesteś zaangażowany. Inaczej oddychasz, inaczej siedzisz, inaczej trzymasz głowę. Ten związek działa w dwie strony. Gdy się prostujesz, gdy pogłębiasz i przyśpieszasz oddech, zmienia się także twoje nastawienie psychiczne.

Zwróć uwagę na to, jak siedzisz, jak oddychasz, jak mocno uderzasz w klawiaturę, jak się poruszasz, co się dzieje z twoją mimiką. Nawet jeżeli czujesz się znudzony, udawaj swoim ciałem zaangażowanie.

Podczas pisania, jednym z moich sposobów jest czytanie na głos. Mówienie do siebie pomaga. Innym sposobem jest zasapanie się. Gdy jestem ospały, wstaję i ustawiam kilka 1-minutowych interwałów. Potem przez minutę biegam (obok biurka, tam i z powrotem, czasem w miejscu) i przez minutę spaceruję. Gdy się zasapię, wracam za klawiaturę.

Nie ustępuj zbyt szybko

Aby coś zaskoczyło i pojawiło się zaangażowanie, potrzebny jest czas. Zdarza się, że wystarczy 5, 10 minut zmagania i człowiek wchodzi na orbitę. Bywa jednak, że zabiera to kilka godzin. Rzadko taki moment nie pojawia się wcale.

Często przełamanie się następuje po pokonaniu momentu, w którym myślisz, że już naprawdę dłużej tego nie wytrzymasz, że nie masz szansy, że tym razem się nie uda…

Gdy dochodzisz do takiej chwili, gdy czujesz, że nic z tego nie będzie, że nic nie zaskoczy, zastosuj technikę „jeszcze 10 minut”. Powiedz sobie:

– Robię to jeszcze przez 10 minut. W trakcie tego czasu dam z siebie tyle, na ile mnie tylko stać. Jeżeli po tym wciąż będę mieć poczucie, że to bez sensu, odpuszczę.

Nie dogorywaj, regeneruj się

Biegnij szybko, wytrzymuj długie dystanse, ale po drodze odpoczywaj. Rób przerwy. Regeneruj się. Nie pozwalaj sobie, by z powodu zmęczenia działać na pół gwizdka.

Co pół godziny pięć minut. Co kilka godzin pół godziny. Dobra pora na regenerację to taka, gdy nie jesteś jeszcze całkiem wyczerpany.

Gdy całkowicie wyczerpiesz energię, będziesz jak samochód, któremu zabrakło paliwa w szczerym polu. Uzupełnienie baku zajmie znacznie więcej niż gdybyś podjechał do stacji paliw, mając jeszcze coś w baku. Naucz się rozpoznawać swoje sygnały zbliżania się do rezerwy. Co jest twoją lampką mówiąca o tym, że warto zadbać o regenerację?

Rozluźnij napięcie

To wszystko ułatwia rozkręcenie się. Niestety czasem jesteśmy jak ktoś, kto próbuje się rozpędzić, ale na plecach jest przypięty gumowymi szelkami do ściany. Im dalej odbiega, tym guma bardziej go ciągnie do tyłu.

Robię wszystko, co mogę, by złapać rytm, ale im bardziej się staram, tym gorzej mi wszystko wychodzi.

Tym, co nas trzyma i nie pozwala się rozkręcić, jest lęk.

– Boję się, że nie dam sobie rady. Boję się, że mnie wyśmieją. Boję się, że nie mam nic do powiedzenia. Boję się, że gdy mi się uda, zostanę przez innych odrzucony. Boję się, że żaden ze mnie twórca, tylko normalny grafoman.

Lęk sprawia, że człowiek szarpie się, próbując wznieść się na orbitę, wpadając w coraz to większe przeciążenia.

Jak pozbyć się tego lęku?

Po pierwsze uświadom go sobie. Lęk jest najbardziej niebezpieczny, gdy nie zdajemy sobie z niego sprawy. Bardzo łatwo przekształca się w szereg racjonalizacji i samooszukiwanie. To nic złego się bać. Źle jest tylko podporządkowywać się obawom.

Jak czujesz swój lęk? Czy jest to spięcie, niepokój, nudności, pomieszanie, zmęczenie, smutek, dezorientacja? Każdy ma swój sposób na odczuwanie lęku. Jaki jest twój ulubiony?

Po drugie pomyśl, skąd ten lęk wziął się w tobie? Jaka jest jego historia?

Może przypomina ci się ktoś, kto cię ustawicznie krytykował w dzieciństwie? Może przypominasz sobie tego wrednego kolegę ze studiów, który nie stracił żadnej okazji, by ci pokazać, że jest bardziej inteligentny? Może wciąż jest w tobie tamten błąd, który doprowadził cię do krawędzi? Może wciąż jesteś pod wrażeniem oceny, jaką dostałeś na egzaminie sprzed dziesięciu lat? Może wciąż przeżywasz, że siostra uczyła się pięć razy lepiej i szybciej od ciebie?

Historii uczymy się ponoć po to, by lepiej zrozumieć świat. „Historia moich lęków” – to byłby rozwijający przedmiot!

Po trzecie: rozluźnij spięcie. Rozluźnij napięte mięśnie, przestań marszczyć czoło, przestań się kurczyć, zacznij oddychać, opuść ramiona, usiądź wygodnie. Poczuj ton przyjemności płynący z ciała. Zamiast trzymać siebie w kurczowym uścisku, obejmij się ze współczuciem. Łagodnie, z czułością. Nie staniesz się od tego narcyzem, nie ma obawy.

Po czwarte obniż oczekiwania. Im wyższe masz oczekiwania wobec siebie, tym więcej lęku. Oczekiwania to miejsce, w którym twoja rakieta jest najmocniej przypięta gumowymi szelkami do ziemi i przez to nie może rozwinąć szybkości potrzebnej do wzniesienia się na orbitę. Kto powiedział, że twoje teksty mają być zawsze odkrywcze? Kto powiedział, że wszystkim musi się podobać? Kto powiedział, że od razu musi ci wyjść? Kto powiedział, że nie wolno ci przez całe życie pisać przeciętnych, albo nawet kiepskich rzeczy?

Czy to wszystko, to naprawdę twoje oczekiwania? Czy naprawdę ci na tym wszystkim zależy? Czy to naprawdę sprawa życia i śmierci?

Po piąte działaj mimo obaw. Jeżeli chcesz czekać, aż lęk całkiem zniknie, upewnij się, że masz sporo konserw, kasz i makaronów, bo możesz nie wyjść ze swojego bunkra do końca następnego wieku. Jednak zamiast czekać możesz też wziąć, to co czujesz na pokład i robić swoje. W końcu już to czujesz, zatem co za różnica? Gdy skupisz swoją uwagę na działaniu, obawy staną się mniejsze. Może nawet znikną.

Jakie są twoje sposoby?

To wszystko jest jednie zestawem kilku punktów, które przyszło mi do głowy. Nie jest to na pewno kompletny poradnik docierania na orbitę. Jakie są twoje sposoby na to, by zrzucić z siebie ospałość czy znudzenie? Czy masz jakąś metodę, która pozwala cię podnieść swoje obroty i przestawić się na wyższy poziom energii? Będę wdzięczny za podzielenie się nią.

2 komentarze

  1. Dzięki, Zbyszku, jak zawsze! 😄 super tekst. Mnie osobiscie pomaga we wskoczeniu na orbite poczucie, ze sie swietnie bawie, ale to tylko przy moim hobby. W pracy i w zyciu ogolnie miewam problemy z trudnymi sytuacjami i najczesciej moja pierwsza reakcja polega na odrzuceniu np. osoby albo ucieczce np. od sytuacji. Mysle, ze im jestem starsza tym staje sie mezniejsza i potrafie juz stawic czola takim sytuacjom i wykazac sie cierpliwoscia oraz wytrwaloscia. Tak jak Ty madrze piszesz: nie wycofywac sie. Widziec w tej sytuacji zaproszenie do rozwoju. Ciekawie bylo przeczytac Twoj tekst. Pozdrawiam serdecznie! 😊

Zostaw komentarz