Efekty ultimatum

Dwa tygodnie temu, w tekście Idź dalej lub spadaj napisałem:

20 kwietnia 2012 podejmę decyzję o zamknięciu lub kontynuacji bloga Energia Wewnętrzna.

Tekst ilustrowało zdjęcie człowieka balansującego na linie. Od jakiegoś czasu właśnie tak się czułem. Tak, jakbym stał na linie i nie mógł się zdecydować czy pójść dalej, ryzykując upadek, czy od razu spaść. Marsz po linie jest wymagający. Potrzebne jest skupienie, rozwaga i właściwe rozłożenie ciężaru. Każdemu ruchowi towarzyszy groźba upadku. Każdym następnym tekstem mogę się wygłupić. Ktoś może wykazać moją niewiedzę czy niekompetencje. A najgorsze – ludzie mogą pozostać zupełnie obojętni. Być może zatem, skoro upadek z liny jest tak prawdopodobny, lepiej oszczędzić sobie całego zamieszania i spaść od razu? Hm… mam iść czy spaść? Sam marsz po linie jest trudny a co dopiero takie balansowanie. Człowiek stoi i chybocze się. Od ciągłego spoglądania to w dół, to przed siebie, zaczyna mu się kręcić w głowie.

Potrzebowałem zmiany. Zadałem sobie dwa pytania:

– Czy jestem w stanie rozwijać moje przedsięwzięcie? Tzn. czy jestem w stanie przyciągać nowych ludzi i wnosić wartość w ich życie?

– Czy jestem w stanie utrzymywać się z tej działalności?

Postawiłem sobie ultimatum. Szczerze mówiąc, trochę w tym było oczekiwania na magię. Wydawało mi się, że samo ultimatum i to jeszcze postawione publicznie, wiele zmieni. Wyzwoli we mnie jakieś ukryte moce, które sprawią, że przełączę się na wyższy bieg i dokonam czegoś, czego nie potrafiłem do tej pory. Ja, który tak często krytykuję oczekiwania na „przypływ wysokiej fali motywacji”, sam zacząłem po cichu na nią liczyć.

Zamiast uskrzydlającej motywacji i nieludzkiej siły, poczułem ból głowy. Co prawda od urodzenia mam zainstalowany barometr sygnalizujący zbliżające się ochłodzenie (nadawał bym się na szamana Inuitów), ale natężenie i częstość mojej meteoropatii zależy od stanu psychicznego. Gdy jestem w dobrym stanie, ból jest łatwy do pokonania. Gdy czuję napięcie, ból odbiera możliwość działania i przeciąga się na parę dób. Któregoś dnia, nie mogąc za nic innego się zabrać, zacząłem przeglądać papiery w swoim biurze. Już od dawna myślałem, żeby zrobić w nich porządki. Rozłożyłem na podłodze książki i notatki, nierzadko sprzed 10 lat. Czytając zacząłem przyglądać się sobie z tamtego czasu. Po paru godzinach, kilkanaście zielonych, foliowych worków, rozdzierających się od ciężaru, czekało na transport do śmietnika. W workach były notatki, oferty, materiały szkoleniowe, korespondencje, procedury, wyliczenia. Obok worków stało kilka pudeł książek z których nie zamierzałem więcej korzystać. Oprócz tego wielkie pudło z płytami komputerowymi oraz stos fachowych czasopism.

W pokoju zostało kilka artykułów naukowych na temat roli środowiska naturalnego (fascynowało mnie to na studiach i ciągle chciałbym się więcej dowiedzieć na ten temat) oraz nadające się do użycia notatniki, z których wyrwałem wszystkie zapisane kartki.

Gdy wyrzuciłem papiery, tam gdzie do tej pory było ciasno, zrobiło się tyle miejsca, że można było tańczyć. Mam jednak wrażenie, że dotyczyło to nie tylko pomieszczenia. Gdzieś w środku mnie stało się coś podobnego. Gdy przeglądałem papiery dotarło do mnie, że to wszystko co przydarzyło mi się w ciągu ostatnich lat było dobre i potrzebne. Że mogę być wdzięczny za to, że po studiach udało mi się założyć firmę szkoleniową i osiągnąć z nią sukcesy. Ale poczułem też, że to wszystko jest już za mną. Że drzwi do tego pokoju zostały zamknięte, że właśnie opuściłem to mieszkanie i oddałem klucz właścicielowi.

Być może moje wahania, moje niekończące się robić – nie robić wcale nie dotyczyły Energii Wewnętrznej. Być może to była potrzeba zamknięcia poprzedniego etapu aktywności zawodowej. To sprawa dla psychoanalityka, a ja nie zamierzam tracić na niego czasu. W każdym razie, mój tekst kończyła alternatywa:

20 kwietnia napiszę: udało się, rozwijam się, idę we właściwym kierunku, ta droga ma sens, to wzbudza rezonans i oto dowody…, albo napiszę: dziękuję za kawałek drogi, który pokonaliśmy razem, musiało być tak jak było, trawiaste bezdroża czekają.

Najśmieszniejsze jest to, że mam poczucie, że mogę dziś podpisać się pod jednym i drugim. Tak idę dalej, to dobry kierunek, tak to właśnie jest moje trawiaste bezdroże. To właśnie jest mój kawałek wolności.

Przeglądając te wszystkie papiery zrozumiałem dlaczego przez ostatnie lata tak zaniedbywałem szkolenia dla firm. Przypomniałem sobie to wszystko i poczułem ulgę. Nikt nie narzuci mi tematów szkoleń, które są bez sensu. Nigdy więcej ludzi, którzy przyjechali na szkolenie nie ze swojej woli, a tylko dlatego, że jakiś menadżer wpadł na pomysł, że dobrze im to zrobi. Nigdy więcej przemądrzałych zleceniodawców, którzy obrażają się, gdy mówisz im, że coś warto zrobić inaczej. Nigdy więcej funduszy, dotacji i formularzy. Nigdy więcej bicia piany i odpowiadania na pytania typu: Proszę wymienić trzy rzeczy, w których jest pan lepszy od konkurencji…. Owszem, wiele szkoleń było wspaniałych. Wielu spotkanych po drodze pracowników HR to byli wspaniali ludzie. Ale jak na mój gust było ich zbyt mało. Poza tym, szkoda mi już czasu i energii na grzebanie w systemach ocen, sposobach wartościowania pracy czy systemach ewaluacji szkoleń. Pora na wolność.

A moja wolność wiąże się z tym blogiem.

Dotarło do mnie, że to nie jest lina, z której można spaść w przepaść. Wyobrażałem sobie tą linę i pełny przejęcia starałem się na niej utrzymać. Tymczasem to nie jest lina. To tylko położony na trawie patyk.

Wszystko dobrze, ale moje dwa pytania dotyczące wyników zostały i ciągle trzeba było znaleźć na nie odpowiedź.

Wyniki

Czy jestem w stanie to rozwijać? Nie trafiłem do wielkiej rzeszy nowych czytelników. Jednak przez te dwa tygodnie zjawiło się tu trochę nowych osób. Być może nawet 20-30 (o tyle mniej więcej wzrosła liczba subskrybentów). To nie jest jakiś ostry zryw, jednak widać, że rozwój jest możliwy. Tym bardziej, że nie zrobiłem nic by nowych ludzi przyciągnąć. Nie napisałem żadnego postu gościnnego, nie ozdabiałem swoimi linkami blogów konkurencji, nie reklamowałem się, nie nagrałem wideo, nie udzielałem się zbytnio na mediach społecznych (facebook, twitter).

I mimo, że nie mam poczucia sukcesu, traktuję ten wynik jako sygnał mówiący: tak, jest więcej osób, które mogłyby skorzystać czytając twój blog.

Zostało jeszcze jedno pytanie: Czy jestem w stanie z tego żyć ? Przychody nie wzrosły istotnie. Na razie mam na koncie nieco ponad 1500 zł. Kilka lat temu, gdy cała moja energia była skupiona na prowadzeniu szkoleń dla HR, średni przychód miesięczny wynosił sto razy więcej – ok. 150 000 zł.

Zanim jednak powiem coś więcej o tym, jak na te wyniki patrzę, muszę napisać o czymś jeszcze. Wynikiem tego bloga nie jest wysokość przychodów i liczba czytelników. Istotnym wynikiem są także moje osobiste korzyści.

Co ja osobiście dostaję?

Naprawdę dużo. Kontakt z Wami jest czymś samym w sobie wartym wysiłku. Tyle życzliwości i wsparcia, jakie od was dostaję… To bardzo cenne. Choć czasem zaczynam się bać uzależnienia, chyba muszę sobie jakichś trolli załatwić dla równowagi 😉

Kontakt z ludźmi daje mi także informację zwrotną bez której trudno nauczyć się czegoś nowego. Blog zmusza także do rozwoju. Ciągle muszę się uczyć nowych rzeczy, zarówno internetu jak i psychologii (pisząc jakikolwiek tekst zazwyczaj uważnie sprawdzam co się obecnie piszę na ten temat).

Blog zmusza mnie też do przełamywania oporów, uczy mnie psychicznego hartu i odwagi. Gdy zobaczyłem egzemplarz mojej pierwszej książki, po prostu nie mogłem jej otworzyć. Ponoć wiele osób cierpi na to samo. Pouczony przez pewnego człowieka, którego rady bardzo cenię, wiem jednak, że takie podejście do swoich dzieł to oznaka dyletanctwa. Profesjonalista ma odwagę analizować siebie – swoje mocne i słabe strony, wyciągać na ich podstawie wnioski i pracować nad zmianą. Blog nie pozwala na to by odłożyć, to co się napisało na półkę. Zmusza by ciągle wracać, nawet gdy to wywołuje skręt kiszek.

To wszystko dużo i jestem za to bardzo wdzięczny.

Ale wróćmy moich pytań. Jeżeli nie będę zarabiał, choćby dostał najwięcej wsparcia i nauki, będę musiał w którymś momencie przestać pisać. Wróćmy zatem do kwestii „tysiąc pięćset”.

Dlaczego wolę pracować za 1500 niż wrócić do 150 000 obrotu?

Ostatnimi czasy moje myślenie finansowe bardzo mocno się zawęziło. Gdy człowiekowi brak pieniędzy na opłacenie rachunków, zaczyna myśleć o tym, co będzie za tydzień. To ma swoje dobre strony, jednak decyzje jakie się wtedy podejmuje nie zawsze są najlepsze. Biorąc to, co najlepsze z takiej do bólu konkretnej, krótkoterminowej perspektywy, postanowiłem poszukać szerszego spojrzenia. Popatrzeć na moje decyzje z pespektywy, powiedzmy 5, 10 lat. Oczywiście to rysowanie patykiem na wodzie, nikt nie ma pojęcia co będzie za taki szmat czasu. Może się okazać, że nie spełni się żadne z naszych przewidywań. Jednak mimo wszystko, choćby ryzykując całkowitą pomyłkę, warto przez chwilę popatrzeć na swoje działanie przez oddalające okulary.

Nie chodzi mi tutaj o jakąś perspektywę filozoficzną. Często złotówka zainwestowana w jedno przedsięwzięcie, po paru latach jest warta tysiąc razy więcej niż sto złotych zainwestowane w inne.

Zacząłem się zastanawiać: gdybym był w tym momencie inwestorem i szukał jakichś przedsięwzięć, w którem mógłbym na dziesięć lat ulokować swoje środki, co bym wybrał?

Opcja pierwsza. Czy kupiłbym firmę szkoleniową działającą na rynku przedsiębiorstw (b2b)? W żadnym wypadku! Niewielkie są szanse, że za dziesięć lat, gdy skończą się środki unijne taka firma będzie istnieć. Poza tym, co jest kluczowym zasobem takiej firmy? Kontakty z dyrektorami zlecającymi szkolenia. Fajnie… póki taki dyrektor nie zmieni pracy. Albo póki firma nie zmieni właściciela (w ciągu jednego dnia traci się wtedy 300 tysięcy obrotu, pamiętam to doskonale). Nie ważne jakie są aktualne obroty, jeżeli model działania takiej firmy jest tradycyjny, jeżeli ludzie, którzy w niej pracują nie są wizjonerami, którzy mają odwagę przedefiniować swój rynek – aktualne czy historyczne obroty nie są ważne.

Opcja druga. Czy zainwestowałbym w akcje faceta, który idzie pracować do koncernu bo zmęczył się pracą na własny rachunek? W najlepszym wypadku za dziesięć lat będzie zastępcą zastępcy.

Opcja trzecia. Czy zainwestowałbym w akcje człowieka, który prowadzi serwis internetowy, powoli budują swoja markę i ma stopniowo rosnącą grupę klientów? Co więcej, spośród osób, które go do tej pory znają, ok. 20% jest skłonnych zapłacić za jego usługi (starałem się tu myśleć o innych ludziach, nie o sobie)?

Może dałem się zaczarować prorokom nowej gospodarki (np. Garemu Vaynerchukowi, którego bardzo lubię) ale wierzę w to, że świat gwałtownie się zmienia. I mimo wszystkich zagrożeń to są dobre dla nas zmiany. Patrząc z ich perspektywy, wierzę w to, że ten gość prowadzący bloga jest najlepszą inwestycją. Wiem, to szalone. Ale najwyżej nie mam racji.

Oczywiście kluczowe jest to, co ten gość prowadzący bloga będzie robił przez kolejnych 10 lat. Czasem ludziom wydaje się, że wystarczy coś założyć a potem jest z górki. Na przykład Larry Page i Sergey Brin, wymyślili Google, zarejestrowali, a potem wyjechali pić drinki pod palmami. No bo wiecie, pasywny dochód i te sprawy. Na większości rynków coś takiego jak pasywny dochód nie istnieje. Google jest cenną firmą, nie dlatego, że ktoś miał genialny pomysł, ale dlatego, że potrafi się ustawicznie zmieniać i przedefiniowywać. Trudno jest wejść na szczyt, ale jeszcze trudniej jest na nim pozostać. Idea będę pracował przez rok, a potem do końca życia nie będę musiał pracować jest głupim mitem. Jeżeli zależysz w jakikolwiek sposób od kontaktów z ludźmi, jeżeli w twojej pracy liczy się image, wiarygodność, zaufanie jakie wzbudzasz czy twoje kompetencje, jeżeli na to co robisz mają wpływ nowe technologie – coś takiego jak pasywny dochód nie istnieje. Istnieje tylko aktywna, uważna i wymagająca praca. Sztuka polega na tym, by robić to, co ci sprawia radość i daje energię. Wtedy twoja praca przestaje być pracą.

Zastanawiając się zatem w jakiego człowieka bym zainwestował, założyłem, że ten trzeci, zamiast szukać sposobów na klawe życie, będzie pracował aktywnie i z radością. Wiadomo w co bym zainwestował.

Tak przy okazji, to dobra technika, zadać sobie pytanie: Czy ja sam bym zainwestował w to, co teraz robię?

Blog czy MMMK?

Czy będę w takim razie dalej prowadził bloga? Wszystko zależy od tego, jak rozumiesz blog. Nie cierpię tego słowa. Większość blogów to blogaski, blogunie i blożki. W blogach pisze się o tym, co się jadło na obiad i kogo się spotkało na korytarzu. W blogach piszę się peany na cześć środków na porost włosów i diet powiększających piersi. W blogach przedstawia się swoje poglądy polityczne i recepty na zbawianie ludzkości. W blogach mnoży się słowa kluczowe, by osiągnąć wyższą pozycję w wyszukiwarkach. Blogi to wreszcie same słowa, ewentualnie połączone ze zdjęciami.

Takiego bloga nie zamierzam prowadzić. Nieco lepsze jest słowo serwis, ale też nie oddaje do końca, tego o co mi chodzi. Tak naprawdę zamierzam prowadzić MMMK – Multi Medialną Maszynę Komunikacyjną. Tzn. zamierzam produkować:

  • posty (artykuły)
  • nagrania video
  • podcasty (nagrania audio)
  • książki
  • szkolenia tradycyjne
  • szkolenia online
  • wpisy na mediach społecznościowych (FB, Twitter, etc.)

Oczywiście możliwych jest wiele innych kanałów. Nie we wszystkie warto inwestować. Wydaje mi się, że skończył się czas telewizji czy papierowych gazet. Ale nie ma co się upierać. Im media bardziej multi, tym lepiej.

With a little help from my friends

Jest czas, gdy trzeba robić coś zupełnie samemu. Trzeba się przedzierać przez trudności na nikogo nie zwracając uwagi. Trzeba odrzucać dobre rady i robić wszystko inaczej. Ale jest też czas, gdy mądrzej jest włączać ludzi w to, co się robi. Wiele razy, nie tylko ostatnio pomagaliście mi. Mam nadzieję, że będzie to robić dalej – podpowiadać, sugerować, krytykować czy chwalić (to ostatnie z umiarem ;-)).

Liczę także na to, że zechcecie, od czasu do czasu coś dla mnie napisać. Tekst Joanny, mam nadzieję był pierwszym i nieodosobnionym przypadkiem. Jeżeli ktoś czuje, że mógłby podzielić się swoimi opowieściami czy przemyśleniami – to bardzo proszę o tekst (np. korzystając z formularza na stronie). W zamian mogę obiecać: po pierwsze szczerze odpowiem co myślę. Po drugie, gdy tekst będzie tego potrzebował, popracuję nad nim lub zasugeruję zmiany, po trzecie umieszczę go na blogu z linkami (chyba, że ktoś woli anonimowo). Mam nadzieję, że parę tekstów dostanę, jeżeli nie – będę je aktywnie pozyskiwał (ale nie ma się czego bać).

Oczywiście nie zamierzam zmienić tej strony w serwis publikujący artykuły innych osób. Chodzi mi raczej o to, by wszystko było bogatsze, poza tym, byśmy mogli lepiej się nawzajem poznać.

Oprócz tego, elementem tej strategii będzie moja współpraca z zaprzyjaźnionym (lub jeszcze nie zaprzyjaźnionymi) osobami działającymi w internecie – np. wspólna organizacja konferencji.

Banalnie prosty model działania

Wszystko fajnie, ale kto będzie płacił za rachunki? W internecie opisanych jest wiele mniej lub bardziej fantastycznych modeli biznesowych. Dwa najbardziej popularne sposoby tzw. monetyzacji, to reklamy oraz zamknięte serwisy (membership sites). Ani jedno ani drugie nie sprawdziło się w moim przypadku.

Zastosuję bardziej ogólny model. To banalnie proste podejście, które Chris Anderson (autor książek Free i Długi Ogon) nazywa freemium. W tym modelu duża część pracy jest dostępna za darmo (w moim przypadku np. artykuły na blogu czy niektóre nagrania wideo).  To cenne, bo można docierać i pomagać wielu osobom. Jednak, jak mówią, nie ma darmowych obiadów. Jeżeli ty nie zapłacisz, zapłaci restaurator, jeżeli nie restaurator, zapłaci dostawca żywności. Ktoś musi finansować bezpłatną część działania. I tym kimś są osoby korzystające z części usługi zwanej premium. Co konkretnie ma być premium – to kwestia do dopracowania. Na razie myślę by to były szkolenia i książki.

By jednak znaleźć odpowiednią grupę skłonną do skorzystania z wersji premium, trzeba najpierw dotrzeć od odpowiednio dużej grupy ludzi chcących skorzystać z free.

Marketing

To wszystko wymaga dobrego marketingu. Kilka osób o tym wspominało i bardzo słusznie. Pracuję nad tym. Bez rozwodzenia się, tylko kilka uwag.

W przypadku marketingu problemem nie są dla mnie kwestie techniczne. Po pierwsze te 150 tysięcy w firmie szkoleniowej wymagało dobrej znajomości marketingu, po drugie radzę sobie z trikami typu pozycjonowanie strony (moja strona mowaciala.net znalazła się na pierwszym miejscu w google po trzech miesiącach). Ale niby co mam pozycjonować? Jakie słowa kluczowe? Motywacja? Sukces? Bez żartów. Nie zamierzam dopasowywać tego, co robię do reklamy. Ogon nie będzie machał psem. Jeżeli mam poradzić sobie z marketingiem muszę go widzieć inaczej niż internetowi guru. Prawdziwy marketing, to nie są linki, lajki, słowa kluczowe czy pozycje w wyszukiwarce. To nie są także proste zasady copywritingu wyłożone w książkach Johna Caplesa i Davida Ogilvy. Prawdziwi specjaliści od marketingu nie prowadzą szkoleń w internecie. Oni pracują za wielkie pieniądze dla wielkich firm. Znacznie bardziej od słów kluczowych interesuje ich tożsamość marki, analiza doświadczenia klientów, analiza archetypów czy konstrukcja historii. W marketingu strategia jest sto razy cenniejsza niż techniki. Często lepiej w ogóle się nie reklamować, niż robić to bez spójnej koncepcji. A moja koncepcja wciąż jeszcze dojrzewa.

Ale kwestie strategiczne również nie są moim największym problemem. Marketing to dla mnie przede wszystkim problem etyczny.  Nie po to odrzucam opcję pracy w jakimś koncernie, by ściemniać i wciskać ludziom coś, czego nie potrzebują. Wierzę jednak, że są dwa rodzaje marketingu. Pierwszy – czarny, posługujący się słabościami ludzkimi. Nie ważne co sprzedajesz, ważne że wiesz jaką zapadkę uruchomić w kliencie, by sięgnął po portfel. Drugi rodzaj, biały – którego misją jest pomaganie ludziom w podjęciu korzystnej dla nich decyzji. Biały marketing jest trudniejszy i mniej spektakularny. Nie ma w nim także dobrze przetartych szlaków. Ale lepiej nie mieć wcale marketingu niż opierać się na czarnym.

Czy uda mi się znaleźć sposób, który będzie zarówno skuteczny jaki i spójny z wartościami?

Podsumowując

Mój komitet doradców, składających się ze mnie i ze mnie (ja też dołączyłem) stwierdził:

Mimo braku spektakularnych sukcesów krótkoterminowych i mimo braku widocznego przyśpieszenie w trendach kluczowych wskaźników rynkowych, z uwagi na perspektywę długoterminową i wartości pozafinansowe, zalecamy kontynuację inwestycji w markę Energia Wewnętrzna. Zalecamy jednak dywersyfikację kanałów komunikacji, gdyż umożliwia to budowanie pełniejszych, szerszych, głębszych i bardziej trwałych relacji z klientami. Zalecamy także aktywne testowanie proporcji między działaniami FREE oraz PREMIUM …

Odbieram głos komitetowi, bo sam nie bardzo rozumiem o co chodzi.

W każdym razie, przekładając to na konkretne plany, mam zamiar w tym półroczu:

  • publikować (najrzadziej co tydzień) posty lub nagrania na stornie EW
  • nagrywać średnio 2 filmy na miesiąc
  • uruchomić podcast (ok. 30 minutowe nagranie audio średnio raz w miesiącu, oprócz tej strony dostępny bezpłatnie przez iTunes)
  • przeprowadzić jedno szkolenie online (można się na nie zapisać)
  • zorganizować szkolenie otwarte w Warszawie (chciałbym w maju, przed Euro 2012, ale nie wiem czy dam radę, bardziej realny jest lipiec, ale kto wtedy jeździ na szkolenia?)
  • wydać książkę o uwadze (premiera na szkoleniu w Warszawie).
  • zorganizować wraz z 3-4 blogerami konferencję , na której będę jednym z mówców (ustalenia w trakcie)
  • wydać przez wydawnictwo zewnętrzne jedną książkę.

Wystarczy mówienia o mnie…

Uff… Możemy wrócić do normlanego trybu.

Najbliższy post będzie poświęcony, uwaga… pozytywnemu myśleniu, a kolejny opowiadaniu sobie samemu historii o sobie. Pierwsze wersje tych tekstów napisałem przed 20 kwietnia i techniki jaki w nich opisze były dla mnie bardzo pomocne.