Czek na 10 milionów

Kilkanaście lat temu, pewien mało znany aktor siedział na poboczu Mulholland Drive i patrzył na rozciągają się w dole perspektywę Los Angeles.

Kilkanaście lat temu, pewien mało znany aktor siedział na poboczu Mulholland Drive i patrzył na rozciągają się w dole perspektywę Los Angeles. Nie wiodło mu się różowo. Miał trudny start – jego pierwszy występ wygwizdano. Następne występy, byłe nieco lepsze, nie na tyle jednak by zapewnić mu spokojne życie. Aby się utrzymać występował za marne grosze jako komik w klubach nocnych. Czasem były to nawet trzy kluby w ciągu nocy. Mieszkał z żoną i dzieckiem w wynajętym mieszkaniu, w którym za łóżko służyły im leżące na podłodze materace. Jednak nie był przygnębiony. Wiedział dokładnie, co ma robić. Z uśmiechem wyciągał kartkę i wypisał czek na kwotę 10 milionów dolarów „dla Jima Carreya za wykonane usługi aktorskie”. Włożył go do portfela i nosił tam przez cztery lata. Do momentu, gdy otrzymał taką kwotą za rolę w filmie. Czek nabrał pokrycia. Opowiadając o tym Carrey, powiedział, że wcale nie chodziło mu wtedy o pieniądze, ale o to, gdzie będzie w przyszłości. To był akt wiary w siebie i własne możliwości.

[ratings]

4 komentarze

  1. Witam serdecznie!
    Czy sugeruje Pan, że to ten „czek” postawił aktora w tym miejscu, w którym jest? Sprytna historyjka, z dużym prawdopodobieństwem prawdziwa. Choć artysta nie myślał wtedy (wierzę w to głęboko) o milionach dolarów to jednak „czek” wykorzystał jako talizman. Sadzę, że był to żart, bo ten człowiek urodził się do żartów, do bawienia ludzi, oddał się temu całkowicie. Według mnie największym aktem wiary w siebie, w jego wypadku było kolejne wyjście przed publiczność po wygwizdaniu. A te cztery lata? Czyż jest lepsza szkoła dla komika niż to co praktykuje się w Stanach – występy na żywo gdzie rozruszać trzeba publikę. Podobno większość amerykańskich komików tak zaczynało. To kolejny dowód jak wspaniałym krajem, dla ludzi, którym „się chce” są Stany Zjednoczone z ich bezwzględną, „brutalną” selekcją (POZYTYWNĄ) i gigantycznym rynkiem rządzącym się zdrowymi zasadami. Wielkiej (ani żadnej) kariery nie da się zrobić dla pieniędzy. Malować trzeba dla oglądania, śpiewać dla słuchania, pisać dla czytania… Pieniądze mogą się przy tym objawić i często tak bywa ale równie często są opóźnione o parę lat i niektórzy pozostają w tym wynajętym pokoju na materacach… Późno się robi idę na mój materac w wynajętym mieszkaniu. Zaglądnę tu jeszcze.

  2. Historia rzeczywiście jest prawdziwa. Dobre uwagi. Choć myślę o tym, jak to z tymi pieniędzmi jest. Czy moga być celem czy też są tylko efektem ubocznym. Muszę coś o tym napisać.

  3. Naturalnie, że pieniądze mogą być celem i z bólem stwierdzam, że bardzo często są ale nie można sie spodziewać, że przy nastawieniu na sukces finansowy „przy okazji” powstanie coś na kształt „Requiem D-mol” Mozarta czy „Burłaków na Wołdze” Riepina. Dla kasy powstanie hit jakiejś gwiazdki jednego sezonu i bohomaz trzech czarnych plam na białym tle. Dla kasy ubiorą kogoś w suknię z tektury i biustonosz z papierków po cukierkach a na szyi zawieszą wielki metalowy krzyż. Można też napisać Bstseller (zanim sie ukaże) i nakręcić „najbardziej oczekiwaną premierę kinową roku” ale i tak porządne nagrody zdobędą „Sztuczki” czy „Edi” a czytelnicy będą przekazywać sobie z rąk do rąk dzieło wydane w niskim nakładzie. Reasumując oczywiście można robić same pieniądze stawiając je sobie za cel. Ośmielam się twierdzić, że odnosi się to też do działalności biznesowej, zresztą z tym dawaniem więcej niż się dostaje też pieniądze zostawiamy gdzieś w tle.

  4. Zgadzam się w zupełności. Choć trzeba uważać na drugą skrajność. Wiele osób tłumaczy swój słaby warszat tym, że „są ponad komercję”. Ktoś na przykład pisze byle co, a poźniej narzeka, że publiczność nie poznała się na prawdziwej wartości. Ale zdecydowanie, najpierw co chcę dać, a później dopiero co dostać.

Zostaw komentarz