Optymalizacja działań i minimalizacja ponoszonych kosztów – to cenne rzeczy. Nie tylko w zarządzaniu firmą. Na co dzień każdy z nas stara się na przeróżne sposoby zminimalizować koszty i ulepszać swoje działania.

Na przykład wstajemy nieco wcześniej.  Pijemy mniej kawy. Odmawiamy sobie ciasteczek i alkoholu. Spędzamy nieco więcej czasu z dziećmi. Trochę biegamy i ćwiczymy. Trochę medytujemy i ćwiczymy jogę. Więcej spacerujemy…

To wszystko może mieć ogromną wartość. Ale czasem jest tylko sposobem na unikanie życia i oszukiwanie samego siebie.

Wyobraź sobie, że leżysz przy ognisku. Jego płomień dogasa a ty czujesz coraz większe zimno. By poczuć się cieplej, zaczynasz „optymalizować”  – szczelniej otulasz się kocem, zmieniasz pozycję, podczołgujesz się jeszcze bardziej do ognia, wrzucasz na siebie znalezione obok gazety. Wykorzystujesz każdy sposób by ograniczyć straty ciepła i wykorzystać siłę płomienia. Starasz się być twardy i wytrzymać ziąb. – Och jakie epickie są moje wysiłki!

Naprawdę tam myślisz?

Łudzisz się, że coś robisz. Udajesz troskę o siebie i swoje przedsięwzięcia.

Wmawiasz sobie, że pewne koszty są niezbędne do poniesienia:

– Musisz tyle czasu poświęcać pracy, bo przecież takie jest życie i sytuacja jest wyjątkowa (wolisz nie myśleć o tym, że sytuacja wyjątkowa trwa już dziesięć lat i nie zanosi się na to by się skończyła).

– Musisz obyć się bez odpoczynku i urlopu, bo przecież trzeba jak najszybciej wszystko podgonić, sytuacja jest trudna, projekty rozpoczęte…(od dziesięciu lat ciągle coś jest „rozpoczęte”)

– Musisz obyć się bez wygód, podróży, standardu, do którego kiedyś nawykłeś, bo przecież teraz jesteś „na dorobku” i lada chwila (ile to już?) sytuacja się zmieni.

– Musisz wykonywać pracę za swoich współpracowników, jesteś wściekły ale to się lada chwila zmieni…

Myślisz, że jesteś dzielny, odważny i zaradny? Myślisz, że masz w sobie hart?

Myślisz, że to takie niezwykłe osiągnięcie wstawać o piątej rano, pracować jak podkręcony automaty przez okrągły dzień i od pięciu lat nie mieć urlopu? Myślisz, że to takie rozwojowe ćwiczyć jogę, medytować, nie pić kawy, alkoholu i w ogóle nie mieć w życiu niczego niezdrowego (a równocześnie przedzierać się przez życie jak żołnierz marine przez bagna?)

Spotkałem wile osób, których życie przeładowane było różnego rodzaju zdrowymi zwyczajami, przedsięwzięciami i nawykami. Ludzi, którzy robią znacznie więcej niż przeciętni.

Ale często miałem wrażenie, że to całe ich zaangażowanie, optymalizacja i minimalizacja, to były tylko próby znalezienie odrobiny ciepła w gasnącym ognisku.

Jak z tego wyjść?

Dwie drogi.

Pierwsza to uświadomić sobie prawdziwe koszty tego, co robię. To tak jak z alkoholikiem. Każdy alkoholik doskonale wie, że płaci za picie ogromne koszty. Ale do pewnego czasu udaje mu się wmawiać sobie, że to są konieczne koszty, że inaczej się nie da. Że jest jakiś sposób by zoptymalizować życie – trochę kłamstw, retuszu i wszystko będzie chodzić. Poza tym, zawsze można będzie nadrobić, to co się traci – jeszcze będzie okazja by spędzić czas z dziećmi, by się uczyć, by solidnie pracować… Dopiero gdy alkoholik dostanie potężnie w głowę, udaje mu się odkłamać koszty. Dopiero wtedy jest w stanie zrozumieć, jak wielka jest cena jaką płaci. Że nie wystarczy zmienić kilku prostych rzeczy. Że żadna optymalizacja nic nie da. Że jedyne co może go uratować to dramatyczna, kluczowa zmiana.

Nie jestem alkoholikiem i nie mam nałogów. Ale często przeraża mnie to, że stosuję te same mechanizmy okłamywania kosztów. Okłamuję samego siebie byle tylko nie stanąć przed bolesną prawdę: drobne zmiany są ważne, ale bez zasadniczej zmiany, moje życie jest tylko wierceniem się przy wygasającym ognisku. Alkoholik prędzej czy później musi uderzyć o dno. Jego kłamstwa zawsze się kończą. Ja, mogę spędzić całe życie okłamując samego siebie.

Dlatego muszę, co pewien czas stawać z boku i zadawać sobie pytanie: – Ile płacę za to, co robię? Czy niektóre z kosztów (np. brak czasu dla dzieci) nie jest zbyt wygórowaną ceną?

Jakie koszty swojego obecnego sposobu życia zakłamujesz? Co znosisz, mimo, jest to zbyt kosztowne? Do czego przywykłeś na drodze stopniowych zmian (jak ta żaba, która wrzucona do gara z podgrzewaną wodę nie wyskakuje z niego nawet, gdy woda zaczyna wrzeć, bo zmiany były stopniowe) Czego byś nie zaakceptował, gdyby parę lat temu ktoś ci powiedział, że takie będę koszty?

Druga droga – oprócz odkłamania kosztów – to przyjrzenie się swoim celom i wynikom.

Gdy pracuję jako doradca z firmami, które chcą się zmienić, biorę ich wyniki, mnożę przez trzy i pytam: Czy pracując, tak jak obecnie można by było to osiągnąć ? Gdy końcu mówią, ze nie ma szans, bo doba musiałaby mieć osiemdziesiąt godzin, pytam: – Co musiałby się zmienić by to osiągnąć?

Nie chodzi o to, że zachęcam ludzi do wielkich skoków, chodzi o to, by przestali mi opowiadać o drobnych zmianach (np. podszkolimy ludzi, nieco poprawimy czas obsługi itp.)  i poszukali możliwości zasadniczych zmian.

Te zasadnicze zmiany, zawsze wymagają złamania jakiegoś schematu, innego popatrzenia na to, co się robi, użycia swojego kreatywnego myślenia. Znalezienie odpowiedzi często wymaga sprawdzenia i odrzucenia kilkudziesięciu nawet opcji. Ale tego wymaga mądre działanie – umiejętności ciągłego negowanie swoich utartych ścieżek i sprawdzania, czy czasem za bardzo nie przywykliśmy do czegoś, co nie jest koniecznością.

Czasem, w naszym życiu potrzebne są zasadnicze zmiany. Zamiast bawić się w drobiazgi, trzeba odrzucić wszystkie przykrycia dające namiastkę,

Podnieść się, czując okropny ziąb i przerażenie. Pójść do lasu, nazbierać drew i na nowo rozniecić ogień.

Dopiero wtedy można się zacząć wygodnie układać. Dopiero wtedy wstawanie o piątej rano, ćwiczenie jogi, medytowanie i czytanie książek rozwojowych ma sens.