Mokre ognisko

Od paru dni pada. Wszystko jest wilgotne, albo całkiem mokre. Gdy patrzę na mokrą zieleń drzew i stalowe niebo, przypominam sobie jak pewnego deszczowego lata włóczyłem się po Bieszczadach. To, że nasze buty były ciągle mokre można było jeszcze znieść. To, że z Połonin nic nie było widać – trudno. To, że się człowiek ślizgał w błocie – co zrobić? Ale najgorsze było to, że nie dało się rozpalić ogniska. Nawet, gdy coś zaczynało się palić, ognisko dymiło i szczypało w oczy. Poza tym, co to za przyjemność siedzieć przy ognisku pod parasolem?

Chyba tylko raz udało nam się rozpalić prawdziwe, trzaskające iskrami, radosne ognisko. Takie, w którym było więcej ciepła i ognia niż dymu i skwierczenia.

Deszcze przestaną padać i wszystko wyschnie. Ale niektórzy ludzie mogą nie poznać radości spalania się, jak dobre suche ognisko. Radości pełnego, ciepłego płomienia. Radości iskier i radości stawania się popiołem. Niektórzy z nas całe życie, nawet w najbardziej suche lata są jak mokre gałęzie. Tlą się niemrawo, dając więcej dymu niż ciepła.

Shunryu Suzuki mówi:

Gdy coś robisz, powinieneś całkowicie się spalać, jak dobre ognisko, nie zostawiając po sobie śladów…

Aby nie pozostawić żadnych śladów, kiedy coś robicie, powinniście robić to całym waszym ciałem i umysłem, powinniście być skoncentrowani na tym, co robicie. Powinniście robić to do końca, tak jak spala się dobre ognisko. Nie powinniście być dymiącym ogniem. Powinniście spalić się całkowicie. Jeśli nie spalacie się kompletnie, wasz ślad zostanie w tym, co robicie. Coś z was pozostanie, coś co nie jest całkowicie spalone.

Działać z pełnią energii

Ostatnio pisałem, jak ważne jest by zacząć coś robić a nie tylko czekać z założonymi rękoma.

No dobrze, mogę zacząć działać. Mogę zacząć coś robić. Co mi szkodzi? Mówią, że działanie przynosi efekty, co mi szkodzi spróbować?

Nie do końca chodzi o coś takiego. Ważne by zacząć działać, ale liczy się także sposób.

Robić coś warto z pełnym zaangażowaniem i pełną energią. Bez oszczędzania się i bez działania na pół gwizdka. Tak, jak mówi Suzuki – spalając się bez śladu.

I tu można by było skończyć. Takim sposobem dołączylibyśmy się do chóru doradców z uporem powtarzających:

  • Zmuś się
  • Zmobilizuj się
  • Wysil się
  • Napnij się
  • Wywrzyj na siebie nacisk
  • Weź się za gębę
  • Postaw się do pionu
  • itp.

To tzw. protestancka etyka pracy – by coś w życiu osiągnąć nie wolno się rozczulać. Trzeb być twardym, zdeterminowanym, pracowitym i śmiertelnie poważnym. Nie wolno tracić czasu na zabawę. Ten model powielają dziesiątki poradników, od napisanych w XVIII wieku przez Beniamina Franklina po dzisiejsze, napisane przez Briana Tracy.

Myślę, że wszyscy znamy te rady. I pewnie większość z nas stosuje je od dawna.

Dla mnie takie podejście jest czymś bardzo bliskim. Myślę, że jestem w nim mistrzem. Gdy tylko się za coś zabieram, zawsze potwornie się przejmuję. Staram się zawsze wszystko robić najlepiej jak można (a czasem nawet, jak nie można). Staram się jak mogę. Naciskam na siebie tak, że czasem ciężko mi oddychać. Przejmuję się i zmuszam, dopinguję i terroryzuję. Wygłaszam do siebie mowy i daję sobie ostatnią szansę.

Z jakimi efektami?

Briana Tracy pisze:

Gdy wywierasz na siebie nacisk, osiągasz więcej i pracujesz wydajniej niż kiedykolwiek. Stajesz się osobowością wysokowydajną oraz wysokoosiągającą. Czujesz się fantastycznie w odniesieniu do siebie i krok po kroku budujesz nawyk szybkiego kończenia zadań…

Hmm…. Kurcze, wygląda na to, że coś ze mną nie tak.

Opowiadanie bajek

Moja córka – jak wiele innych dzieci – wieczorem potrzebuje bajek. Ale nie jednej ani nie dwóch. Przy trzeciej jej oczka całkiem uważnie wpatrują się w świat wokół. Przy czwartej jest szansa, że odwróci się do mnie plecami i zacznie zasypiać. Ale gdy tylko przerwę, odwróci się nagle z pytaniem: tatusiu i co dalej? Dopiero piąta bajka daje gwarancję, że mam malucha z głowy.

Nic dziwnego, że w którymś momencie zabrakło mi bajek do czytania. Wyczytaliśmy wszystko co było w księgarniach, pobliskiej bibliotece i antykwariatach. Zacząłem zatem wymyślać coś na poczekaniu. Spodobało się. Nawet na tyle, że gdy potem kupiłem jakiś nowy zbiorek bajek i zacząłem go czytać, usłyszałem:

-Tatusiu, nie taką, opowiedz mi z głowy!

– Nie ma sprawy – powiedziałem z uśmiechem.

I opowiadałem bajkę po bajce. To była niesamowita zabawa. Sam byłem zdziwiony jak łatwo mi to przychodzi. Niektóre z bajek nawet mnie zaskakiwały. Ich fabuła rozwijała się w trakcie opowiadania. Rzadko wiedziałem co będzie za chwilę. Wiedziałem tylko tyle, że aby utrzymać zainteresowanie główny bohater musi mieć jakiś motyw, w którym przeszkadza mu jakiś czarny charakter albo niezwykłe przeszkody. Reszta brała się z powietrza.

Tworzenie bajek zaczęło mi się coraz bardziej podobać. Po jakiejś pięćdziesiątej bajce doszedłem do wniosku, że muszę je zapisywać. Szkoda by się zmarnowały! Może uda mi się je wydać? Marzyłem. To by było świetnie, zobaczyć swoją bajkę zilustrowaną i pięknie wydaną. Wiadomo, nigdy nic nie rób na pół gwizdka, zmuś się by to, co robisz było najlepsze. Zamówiłem w Amazonie kilka książek nt. pisania bajek. Pełny energii zacząłem doskonalić się w tej dziedzinie. Opowiadałem coraz solidniejsze bajki, coraz bardziej przemyślane, z coraz lepszym morałem. Zacząłem się przygotowywać do wieczornych sesji. Przed południem spisywałem wczorajsze bajki i wymyślałem co opowiem dzisiaj. Wieczorem, gdy siadałem przy łóżku córki, byłem w pełni przygotowany: obok leżały kartki z notatkami, z czasem nawet pojawił się dyktafon.

Po jakichś dwóch tygodniach takiego działania wieczory z „bajkami z głowy” zaczęły być męczące.

Coraz częściej czułem, że moja bajka nie jest dość dobrze przygotowana. Coraz częściej miewałem poczucie winy, że nie przygotowałem się zbyt dobrze. Że mogłem zrobić więcej, że nie dość dobrze opracowałem motyw postaci, że czarny charakter nie jest dość przekonywujący, że morał nie jest dość klarowny….

Przyszedł taki wieczór, gdy po prostu nie byłem w stanie opowiedzieć „bajki z głowy”. Starałem się i starałem, ale nic mi nie przychodziło. Zaczynałem, ale nie miałem zielonego pomysłu co powiedzieć dalej. Opowiadanie bajek stało się koszmarem. Całe szczęście udało mi się kupić świetny zbiorek i wróciliśmy do czytania.

Pewnie nie każdy może opowiadać „bajki z głowy”, ale mam wrażenie, że jest wiele osób, które skutecznie blokują swoje twórcze możliwości przez to, że wywierają na siebie zbyt duży nacisk.

Są ludzie, którzy pięknie mówią, ale gdy stają przed grupą, tak bardzo im zależy na tym, by dobrze wypaść, że głos grzęźnie im w gardle. Są ludzie, którzy pięknie malują, ale gdy tylko chcą pochwalić się prze innymi, przechodzi im cała wena. Są ludzie (i to całkiem sporo), którzy na egzaminie nie potrafią przypomnieć sobie czegoś, co doskonale wiedzą.

Nie twierdzę, że rady jakich udziela Brian Tracy są nieskuteczne. Zapewne są osoby, którym nacisk na siebie dobrze zrobi. Ale w tych wszystkich sytuacjach próba zmuszania się, dopingowania, wywierania nacisku, ma dokładnie odwrotny efekt. Im mocniej chcesz, im bardziej naciskasz – tym gorzej. Tym bardziej jesteś zablokowany

Powrót do opowiadania bajek

Po pewnym czasie moje podręczniki bajkopisania trafiły w kąt. Także moje aspiracje by napisać zbiór wspaniałych bajek zginęły gdzieś w natłoku innych pomysłów na życie.

Któregoś dnia, jeszcze w łazience, by uspokoić rozbrykaną dziewczynkę, zacząłem coś opowiadać o gumowych zwierzątkach do kąpieli. Opowieść przerodziła się w długą bajkę. Nie myślałem o tym, że ją opowiadam. Pozbawiony aspiracji, oczekiwań, ocen i nacisków, znów bawiłem się opowieścią. Bajka opowiadała się sama. Było to dla mnie tak samo przyjemne jak dla mojej córki.

To było lekkie jak niedzielne śniadanie w środku lata. Śniadanie? Wiedziałem, że gdzieś już musiałem o tym czytać. Następnego dnia przypomniałem sobie gdzie. To były słowa, XVIII wiecznego, japońskiego nauczyciela szermierki Odagiri Ichuina. Radzi on wojownikowi miecza:

Niech działa tak, jakby zajmował się codziennymi sprawami – jakby z przyjemnością jadł śniadanie. Niechaj posługuje się mieczem jak pałeczkami do ryżu, podnosząc kawałki jedzenia i wkładając je do ust, odkładając pałeczki, gdy skończy posiłek. Posługiwanie się mieczem nie wymaga więcej uwagi niż siedzenie przy stole.

To dosyć szokujące zalecenie. Człowiek trzyma w ręku ostry jak brzytwa miecz, na przeciw niego stoi drugi, nasrożony samuraj, a on ma po prostu zachowywać się jakby delektował się swoją miską z ryżem. To paradoks, ale właśnie takie podejście sprawia, że wojownik staje się nie do pokonania.

To, coś zupełnie odwrotnego niż rady by się sprężyć, zmusić i zmobilizować. Ale czy te słowa nie przeczą także temu o czym była mowa na początku? Czy to nie jest odwrotność zalecenia: powinieneś całkowicie się spalać, jak dobre ognisko?

Myślę, że nie. Zalecenie by spalać się jak dobre ognisko można dobrze zrozumieć dopiero wtedy, gdy pamiętamy o zaleceniu robić to tak lekko, jakby się jadło śniadanie.

Na czym polega bycie mokrym ogniskiem

Człowiek, który spala się jak dobre ognisko, to ktoś, kto potrafi skupić się całkowicie na działaniu i który nie poświęca sobie samemu więcej uwagi niż to konieczne.

Bycie dymiącym, mokrym ogniskiem polega na tym, że duża część mojej uwagi uwięziona jest przez moje koncepcje i wyobrażenia na swój temat. Bardziej zależy mi na tym bym był doskonały, by inni mnie podziwiali i doceniali niż na tym, co robię. Zamiast działać, zastanawiam się, przygotowuję, motywuję, kalkuluję, oddaję wyobrażeniom i analizuję.

W moim przypadku była to seria myśli:

  • O rany, przecież nie mogę opowiadać takich prostych bajek. Stać mnie na coś więcej. One muszą być świetne, perfekcyjne, przemyślane!
  • Muszę robić to doskonale.
  • No, nie, przecież ta bajka nie jest dobrze wymyślona.
  • O nie, przecież ten pomysł nie jest dobry, stać mnie na coś lepszego.
  • Chyba jestem w tym dobry, nie mogę obniżać poprzeczki.

Taki sposób myślenia rozbudowuje oczekiwania pod własnym adresem. To z kolei prowadzi do coraz większego lęku. Lęku, że nie sprostam własnym oczekiwaniom.

Lęk

Tego rodzaju lęk jest jedną z największych przyczyn „dymienia”. Normalne obawy – gdy np. boję się, że stracę pieniądze, że mój tekst komuś się nie spodoba, że ugryzie mnie pies, że moja bajka nie będzie ciekawa, itp. jest rzeczą łatwą do zniesienia. Tego rodzaju obawy raczej nas mobilizują niż usztywniają.

Problem zaczyna się wtedy, gdy lękamy się nie spełnienia swoich własnych oczekiwań. Gdy obawiamy się, że nasze własne wyobrażenia na swój temat są nieprawdziwe. Tylko taki lęk nas paraliżuje.

To przerażające, że nie jestem taki, jakbym chciał. To przerażające, że nie czuję się tak, jak powinienem. To straszne, że nie czuję się tak pewny siebie, jak trzeba. To okropne, że nie jestem tak produktywny jakbym chciał.

Jedna z teorii psychologicznych mówi, że mamy w sobie kilka trakcji przetwarzania informacji na swój temat. Między innymi jedną, którą można nazwać „ja oceniającym” i drugą, którą można nazwać „ja doświadczającym”.

Gdy doświadczasz problemów i trudności, jesteś w stanie je pokonać. Blokady zaczynają się wtedy, gdy zaczynasz oceniać siebie samego. Różnego typu choroby psychiczne pojawiają się wtedy, gdy zbyt dużo czasu poświęcamy na ocenianie siebie.

Brian Tracy radzi:

Stwórz własny system przymusu. Podnieś sobie poprzeczkę i już jej nie obniżaj.

Takie podejście szybko prowadzi do uruchomienia ja oceniającego. Zamiast działać zaczynam się oceniać. Zamiast skupić się na życiu, zaczynam analizować i przetwarzać.

Mam inną radę:

Pozwól sobie działać bez przymusu, tak jakbyś jadł smaczne śniadanie. Gdy twoja poprzeczka jest zbyt wysoko – obniż ją.

Nie przejmuj się swoją doskonałością czy bezbłędnością. Nie przejmuj się nawet tym, gdy przychodzą do ciebie myśli, że wreszcie musisz wziąć się za siebie. Że musisz zrobić z sobą porządek.

Co ci to przeszkadza? Myśli są myślami. Pozwól im przepłynąć i nie goń za nimi jak za objawionymi prawdami. Wróć, do tego co robisz.

Gdy za bardzo ci takie myśli przeszkadzają, wstań i policz ile wokół siebie masz rzeczy o niebieskim kolorze. Albo poszukaj czegoś, na co do tej pory nie zwracałeś uwagi. Albo zwróć uwagę na to, co się dzieje z twoim oddechem. Albo wyjdź na spacer i poczuj krople deszczu na twarzy i chłód wiatru. Cokolwiek, co sprawi, że przestaniesz analizować i oceniać siebie a zaczniesz doświadczać. Tzn. doznawać tego, co się dzieje w twoich zmysłach.

To samo podejście możesz stosować wtedy, gdy czujesz potrzebę pokonania innych, pragnienie by zasłużyć na ich pochwałę czy ochotę zrobienia, czegoś, czego świat nie widział. Czy też gdy zaczynasz się zastanawiać czy coś ci wyjdzie tak, jak byś chciał. Zaakceptuj to wszystko. Pozwól by te myśli przypłynęły i wróć, tak szybko jak możesz do tego, co robisz.

Gdy ci się to uda, stopniowo, po pewnym czasie być może wróci uczucie, że to, czym się zajmujesz „robi się samo”. Być może poczujesz się całością z tym co robisz.

Dopiero takie działanie jest blisko palenia się. Ogień rozprzestrzenia się sam, bez naszego starania. Jedyne, co może mu przeszkodzić, to woda jaką ciągle się zalewamy. Tą wodą jest nasze skupienie na własnym obrazie. Analizowanie siebie, próby dorastania do własnych, ciągle śrubowanych oczekiwań pod swoim adresem.