Jak zaplanować swój sukces?

1.

Sąsiad wystawił za drzwi starą choinkę. Smutny widok: opadające, pożółkłe igły, resztki anielskich włosów. Nie wiem, jakim cudem udało mu się ją tak długo trzymać w domu. Pewnie dopiero co wrócił ze świątecznego urlopu.

Święta Bożego Narodzenie i Nowy Rok to bardzo ciekawe okres z punktu widzenia psychologii. Jeżeli dobrze idzie, po Wigilii mamy głębsze, cieplejsze relacje z rodziną i bliskimi. Po Nowym Roku czujemy się pełniejsi energii i wiary w nową przyszłość. Nowa cyferka (albo i dwie, jak w tym roku) otwiera przed nami nowe możliwości.

Jeżeli dobrze idzie.

Jeżeli nie, po przejściu walca zwanego Bożym Narodzeniem nasze relacje z bliskimi przypominają tą biedną, w połowie bez igieł, zżółkłą choinkę. Zamiast miłości, pokoju i bliskości, czujemy złość, rozgoryczenie i rozczarowanie.

Z kolei po Nowym Roku nasza psychika przypomina krakowski Rynek o piątej rano, tuż po imprezie sylwestrowej. Porozbijane butelki, korki od szampana, konfetti zmieszane ze śniegiem i błotem, jacyś włóczący się, pijani ludzie.

Wiele badań pokazuje, że noworoczne postanowienia wytrzymują przeciętnie nie więcej niż 30 dni. Po tym okresie 80% z nich jest zarzucana. Zapominamy o fajerwerkach i o tym, że wszystko, po raz kolejny mieliśmy zacząć od nowa.

Wszystko okazało się takie samo jak do tej pory. Nic magicznego się nie wydarzyło. Nie stałem się w ciągu nocy innym człowiekiem, nie przestałem się bać, ociągać ani wierzyć w siebie. Nie wygrałem w totolotka, nie znalazłem pomysłu na doskonały biznes, nie zacząłem mieszkać nad brzegiem oceanu.

Ucichły zachęty: Wszystko możesz! Uda się! Zobaczysz będzie ekstra!

Świat spowszedniał.

Witamy w szarości.

Takie same poranki, takie same wieczory. Nic specjalnego.

Czasem tylko żal, że znowu się nie udało. I myśl, gdzieś tam głęboko, że chyba coś ze mną jest nie tak. Że znowu (który to już raz?) zawaliłem.

2.

Trzydziestego czwartego dnia po nowym roku jest szaro. Zgasły światełka choinek. Gdzieniegdzie leży szary śnieg. Niebo ma problemy z decyzją czy ma być zachmurzone czy nie. Skulony gołąb siedzi ma krawędzi dachu. Wiatr trzęsie bezlistnymi kikutami drzew.

Na biurku lista zadań z poprzedniego dnia. Większości nie udało się zrealizować. Obok sterta książek, których ciągle nie udało się przeczytać.

Jest dopiero ósma rano, ale wiem, że nic specjalnego się dziś nie wydarzy. Nikt nie zadzwoni z przełomową informacją. Nie poczuję się pępkiem świata ani wybrańcem losu.

Nigdzie się dziś nie ruszę. Nie znajdę się nad brzegiem Pacyfiku. Nie oprę się plecami o palmę i nie będę się wpatrywał w lazur fal. Nie przejdę się boso po ciepłym piasku. Zamiast tego ubiorę ciężkie buty, ciepłą kurtkę i szarą wełnianą czapkę i będę szedł nierównym chodnikiem, szumiącym przejeżdżającymi obok samochodami.

Może to brzmi jak wyznanie człowieka załamanego i przytłoczonego światem.

Zanim zaczniesz mi współczuć, muszę jeszcze coś dodać: jestem szczęśliwy.

Dzisiejszy dzień jest dokładnie taki, jaki być powinien. Nie tęsknię za niczym innym. Jestem w tym miejscu, w jakim powinienem być i w jakim chcę dziś być.

3.

Morfeusz trzyma w ręce dwie tabletki: czerwoną i niebieską.

Gdy weźmiesz czerwoną, zniknie cały ten wielki wspaniały świat. Znikną ulice wielkiego miasta i ludzie śpieszący do wielkich spraw, znikną wysokie szklane wieżowce, księgarnie pełne mądrych książek, internet pełny rad tych, którym się udało i którzy znają-najlepszy-sposób, znikną piękne modelki (tak piękne, że czasem przez nadgorliwych grafików komputerowych pozbawione nawet pępków), znikną obrazki palm i seledynowego morza, zniknie twój wspaniały ubiór, w którym czujesz się jak gwiazda firmowa, zniknie twój czarujący, podobny do „widzianego w tv” uśmiech, zniknie wystudiowana fryzura… Obudzisz się nagi, obolały, nieatrakcyjny, będzie ci zimno, szaro i do niczego. Pokład Nabuchodonozora nie jest przyjemnym miejscem.

Gdy weźmiesz niebieską pigułkę, zapomnisz o wszystkim. Poczujesz kolejny przypływ energii. Świat znowu rozjarzy się kolorowymi światłami. Niebo znów zajaśnieje fajerwerkami. Znów staniesz się gwiazdą, ulubieńcem świata, urodzonym do czegoś innego, materiałem na ideał…

Znów będziesz mógł zacząć żyć w cudownym świecie, w którym nic nie stoi na przeszkodzie, byś (podobnie jak Timothy Ferriss) został mistrzem świta w kickboxingu, pobił rekord Guinessa w tangu czy został prezenterem tajskiej TV.

Problem z niebieską tabletką jest taki, że działa krótko. Wziąłeś ją trzydzieści parę dni temu. Właśnie przestaje działać. To z tego powodu masz wątpliwości. To z tego powodu, czujesz się gorszy, przegrany, udawany.

Co robisz?

Rozglądasz się szukając dilera niebieskich tabletek. Chciałbyś znaleźć naprawdę mocny towar. Taki, który będzie trzymał długo, przynajmniej do następnego Nowego Roku. Taki, który sprawi, że nigdy nie będziesz musiał już doświadczać szarości, znudzenia, lęku, obaw, wątpliwości czy zmęczenia.

Dilerów jest wielu. Reklamują się głośno i domagają się byś pozwolił wrzucić do twojego gardła kolejną porcję błękitu. Czasem nawet nie są świadomi tego, co robią. Są częścią systemu, wytworem chcących nad tobą zapanować komputerów rządzących światem.

Zatrzymaj się na chwilę zanim sięgniesz po niebieską tabletkę.

Obok niej leży czerwona.

Nie będzie fajerwerków. Będzie cicho. Nie będzie błogości. Będzie bolało. Nie będzie kolorowo. Będzie szaro. Nie będzie wygodnego ubioru, będzie dziurawy sweter.

Tim Ferriss mówi: rzeczywistość jest negocjowalna. Negocjowalna rzeczywistość jest tylko w Matrixie. Prawdziwa rzeczywistość jest taka, jaka jest.

4.

Czym jest ta czerwona tabletka?

Zgodą na byle, jakość, szarość, negatywne emocje i brak poczucia sensu?

Nie i nie. Bylejakość, szarość i bezsens masz bez żadnych tabletek.

Wziąć czerwoną tabletkę znaczy zacząć działać w prawdziwym świecie. Zacząć coś robić naprawdę. Ale zanim zaczniesz coś robić naprawdę musisz dopuścić do świadomości całą swoją marną kondycję. Musisz dać sobie pozwolenie na odczuwanie swoich słabości, porażek, zmęczenia i niedoskonałości.

Świat jest szary? Tak, jest szary. Odniosłem porażkę? Tak, odniosłem porażkę. Nie umiem się skupić? Tak, nie umiem się skupić. Nie osiągnąłem swoich celów? Tak, nie osiągnąłem. Nie wytrwałem przy postanowieniach i planach? Tak, nie wytrwałem. Moje życie jest kruche i krótkie? Tak, jest kruche i krótkie.

To jest zen codziennego dnia. Moje zwykłe biurko, moje wielkie zimowe buty, moja szara droga z domu do biura i z powrotem.

Shunryu Suzuki, mistrz zen, do którego książki, co pewien czas z ulgą zaglądam pisze:

Dopóki myślisz „muszę osiągnąć coś wyjątkowego”, nie robisz właściwie nic. Kiedy się poddasz, kiedy przestaniesz chcieć czegokolwiek, kiedy już nie próbujesz zrobić niczego specjalnego, wówczas robisz coś.

Zaczynasz coś robić, gdy przestajesz odgrywać podniebne dramaty. Prawdziwe działanie jest wtedy, gdy robisz „nic specjalnego”.

5.

Karmisz się niebeskimi pigułkami, tak długo, póki myślisz że musisz ciągle robić coś specjalnego, wyjątkowego, dramatycznego. Wydaje ci się, że im bardziej coś jest podniosłe, niezwykłe, nieprzeciętne i niesamowite, tym większe są szanse, że nie zmarnujesz życia.

Wczoraj, przed snem, przeglądałem książkę Ferrisa „4-godzinny tydzień pracy”. Tak się zaczyna:

Ta książka nauczy cię precyzyjnych reguł, które wykorzystałem, by zostać:

  • adeptem wschodnich sztuk walki, zwycięzcą czterech mistrzów świata;
  • pierwszym Amerykaninem w historii, który ustanowił światowy rekord Guinnessa w tangu;
  • gościnnym wykładowcą przedsiębiorczości na Uniwersytecie Princeton;
  • specjalistą lingwistyki stosowanej w zakresie języków japońskiego, chińskiego, niemieckiego i hiszpańskiego;
  • badaczem zajmującym się indeksem glikemicznym;
  • mistrzem Chin w kickboxingu;

Wystarczy. Lista ciągnie się długo, długo, długo…

W dalszej części książki Ferriss zwierza się, w jaki sposób osiągnął niektóre z tych rzeczy. Pisze np. że został mistrzem Chin w kickboxingu po czterech miesiącach treningów, dzięki manipulacji swoją wagą (odwodnił się przed ważeniem i szybko wrócił do swojej wagi po ważeniu, dzięki czemu miał przeciwników z niższej kategorii wagowej, wykorzystał także kruczek w regulaminie, którego przeciwnicy nie byli świadomi).

Tim, świetnie, jesteś kreatywny, żyjesz aktywnie. Ale wiesz co? Szukałem w całej twojej książce odpowiedzi na pytanie po jaką cholerę ci to wszystko i nie znalazłem. Po jaką cholerę tak bardzo ci zależało na tym by zostać mistrzem Chin w kickboxingu? Gdybym się dowiedział, może łatwiej byłoby mi wczuć się w to, co piszesz. Bo wiesz co? Ani jeden rekord z twojej listy do mnie nie przemawia. Nie poświęciłbym dziesięciu minut na to by móc wpisać na swoją listę (gdybym ją kiedykolwiek prowadził) choćby jednej z twoich pozycji.

A jeżeli już coś nawet porusza moją wyobraźnie, to zrobiłbym to z odwrotnej niż ty strony. Nie chciałbym na przykład zwyciężyć żadnego z mistrzów sztuk walki. Chciałbym raczej czegoś się nauczyć, na przykład od mistrza aikido. Po jaką cholerę miałbym go zwyciężać?

6.

Niebieska pigułka. Twoje życie musi być dramatyczne. Musisz ciągle robić coś wyjątkowego, specjalnego, niesamowitego. Jesteś ciotą, ofiarą losu, sierotą, nieudacznikiem, niewolnikiem, jeżeli nie masz na swoje liście choćby jednej czwartej tego, co twój guru.

Powiedz, co czujesz, gdy czytasz takie listy osiągnięć? Co czujesz, gdy słuchasz, jak ktoś godzinami chwali się swoimi zdobyczami, sukcesami i podbojami?

Poczucie własnej wartości? A może przerażenie: boże, jak ja marnuję swoje życie?! Muszę coś zrobić! Czym prędzej człowieku ustal swoje cele i zacznij je realizować! Do końca roku milion złotych na koncie, podróż w pięć miejsc świata, pięć tysięcy czytelników bloga, nurkowanie z rekinami, wejście na ośmiotysięcznik…

A może wolisz inną listę. W pierwszej, lepszej gazecie znajdziesz kilka wersji takich list – dla idealnej matki, przebojowej bizneswomen, genialnego naukowca, podziwianego muzyka itd.

Ustal swoje roczne cele i do boju! Przecież nie chcesz być ofiarą losu. Przecież wiesz, że tylko niebieska tabletka niesie ze sobą samą przyjemność.

Czyżbyś chciał wystąpić przeciw systemowi?!

7.

To, że nie masz na swojej liście choćby jednej wielkiej pozycji, nie znaczy, że marnujesz swoje życie.

Owszem życie można zmarnować. Ale proszę cię, nie daj sobie wmówić, że to kwestia tego gdzie byłeś, ile zarobiłeś, gdzie pracujesz, co widziałeś, jaki masz tytuł czy jakim sprzętem się posługujesz…

Nie daj sobie wmówić, że aby być godnym miłości i szacunku musisz czuć coś innego niż czujesz, musisz stać się zupełnie innym człowiekiem, musisz przenegocjować własną wersję rzeczywistości, musisz mieć solidną listę osiągniętych przez siebie celów.

Jesteś godny szacunku i miłości. Zawsze byłeś. Choćby nie wiem co.

8.

A może… tak nieśmiało się zastanawiam, bo gdzie mi tam do mistrzów lifedesignu, a może… tak czasem tylko dywaguję…, może życie Tima jest bez sensu, i tyle fajerwerków potrzeba mu po to by zagłuszyć to, co go w środku boli? Nie wiem.

Wiem, że cele, jakie ludzie stawiają sobie na początku roku dużo mówią o ich stosunku do samych siebie.

Ktoś, kto nienawidzi siebie samego będzie miał inne cele, niż ktoś, kto potrafi siebie zaakceptować.

Gdybyś zobaczył moje roczne cele sprzed kilku lat. To było coś w stylu:

Nauczyć się w stopniu komunikatywnym japońskiego i chińskiego.

Opanować do biegłości hiszpański, tak by bez słownika przeczytać książkę Perez-Reverto.

Opanować angielski na poziomie fluent.

Pięćset tysięcy czystego zysku.

Dziesięć nowych szkoleń po dziesięć edycji każde.

Minimum miesięczna podróż przez Oceanię.

Nauczyć się jazdy konnej.

Opanować dziesięć ewolucji na rolkach.

Napisać i wydać dziesięć książek.

Wziąć udział w pięciu konferencjach naukowych.

Napisać i opublikować artykuł naukowy

Rozpocząć studia doktoranckie.

Pomyśl, co by było, gdyby takie cele postawić przed kimś innym i zagrozić mu, że jeżeli nie zrealizuje ich wszystkich będzie absolutną szmatą i ofiarą losu. To by było draństwo, agresja i znęcanie się nad drugim człowiekiem!

Dlaczego tak łatwo godzimy się na agresję wobec siebie samego? Dlaczego jesteśmy wobec siebie tak bardzo okrutni? Dlaczego tak łatwo nam się znęcać nad samym sobą?

9.

Przyjrzyj się swoim celom z Nowego Roku. Na jakiej byłeś wtedy pigułce?

A może pora wziąć czerwoną?

Może pora przestać panicznie bać się swojej rzeczywistości? Przestać uciekać od bólu, przestać zagłuszać siebie kolejnymi fajerwerkami, imprezami, wyzwaniami i szalonymi celami?

Może pora dać sobie pozwolenie na czucie tego wszystkiego, co czujesz.

Może pora dać sobie pozwolenie na bycie człowiekiem. Istotą, która się boi, jest krucha, która odnosi porażki i popełnia błędy. Istotą, która się myli, która nie zawsze daje radę, która jest słaba. Istotą, która czasem ma ochotę się rozpłakać. Która czasem jest nieporadna i niepozbierana.

10.

To wcale nie znaczy, że masz przestać czegokolwiek chcieć.

Szczerze mówiąc, nawet i dziś mam wielkie marzenia. Nie chcę jeszcze zdradzać szczegółów, ale przyjmijmy, że chciałbym pojechać gdzieś bardzo, bardzo daleko.

Ale to nie jest mój „roczny cel”,

Gdy mi się uda, będę się cieszył. Ale gdy mi się nie uda, nie będę miał kaca, nie będę sobie mówił: stary, dałeś ciała, skrewiłeś, jesteś do kitu.

Nie będę wyczekiwał na tą podróż tak, jakby dopiero od niej miało się zacząć życie.

Nie widzę powodu aby zwykły dzień w Krakowie miał być gorszy od dnia, który być może spędzę, powiedzmy, bycząc się nad brzegiem seledynowego Pacyfiku.

Ktoś, kto nie jest w stanie w pełni przeżyć dzisiejszego dnia, nie będzie w stanie w pełni przeżyć jutrzejszego, choćby nawet jutro miał znaleźć się na najpiękniejszej wyspie świata.

Kiedyś siedziałem za dużym stołem w jakimś hostelu, gdzieś w środku Indii. Wokół mnie sami młodzi ludzie, którzy wybrali się w swoją podróż marzeń. Niektórzy tylko po Indiach, inni wokół świata. Wiesz co ludzie najczęściej czują po miesiącu czy dwóch bycia w podróży? Rozczarowanie. Tam za morzem w obcych krajach, gdy już przywykniesz do zapachów, temperatury i dźwięków, jest cholera tak samo. Albo, jeśli wolisz, jesteś tą samą osobą, którą byłeś.

11.

Wziąć czerwoną pigułkę nie znaczy całkiem zrezygnować z rocznych celów. Na początku roku ja również postawiłem sobie cele.

Oto one:

  • Co 27 minut pracy robię przerwę na 3 minuty, w trakcie której biegam i wykonuję ćwiczenia fizyczne aż do lekkiego zasapania. Co cztery takie odcinki (czyli co dwie godziny) 15 minut przerwy.
  • Codziennie przeprowadzam min. 10 minutową sesję Naikan (co polega na zadawaniu sobie w odniesieniu do kolejnych ludzi pytań: co dziś od tej osoby dostałem, co jej dałem i źródłem jakich kłopotów względem niej byłem).
  • Każdego dnia (oprócz niedziel, świąt i wyjątkowych sytuacji) zaczynam pracę od pisania przez 2 godziny.
  • Dla każdego pisanego tekstu określam na piśmie główną myśl (tzw. core message).
  • Codziennie czytam przez min. 27 minut.

Ktoś może powiedzieć, że to nie są cele. Tak, to nie są cele dotyczące efektu końcowego. To cele dotyczące procesu, czy sposobu działania. To rutyny. Nowy Rok to dobry moment na ustalanie i korygowanie swoich rutyn (tak samo zresztą jak początek czy nawet środek lutego).

W odróżnieniu od celów dotyczących stanu końcowego (np. zarobię pięć milionów, napiszę dziesięć książek czy zdobędę tysiąc nowych czytelników) to nie są cele ustalone dlatego, że ktoś mnie „zainspirował” czy poczułem przypływ fantazji…

To cele, które wynikają z moich własnych słabości, zmagań i potrzeb. Na przykład potrzebuję takiego dziwnego rytmu pracy ze względu na potrzeby fizyczne (gdy zbyt długo siedzę bolą mnie kolana) i rozmywanie koncentracji (dzięki tej metodzie, mogę pracować na tym samym poziomie skupienia prawie przez cały dzień).

Oczywiście mam także cele dotyczące efektów (np. wiem, że w marcu planuję zrobić szkolenie). Ale staram się by tego rodzaju cele nie wybiegały dalej niż dwa, trzy miesiące do przodu.

Mój wysiłek skupia się na dzisiejszym dniu. Jeżeli uda mi się go dobrze przeżyć, jeżeli krok po kroku będę doskonalił codzienne, zwykłe czynności (dla mnie jest to pisanie czy czytanie) ten proces zaprowadzi mnie tam, gdzie powinien zaprowadzić. Czasem znacznie dalej niż jestem w stanie sobie wyobrazić, a czasem bliżej. Nie widzę powodów by zgadywać gdzie. To jednak inna historia.

Dziś chciałem napisać głównie o tym, że gdy czujesz się źle, bo znowu nie udało ci się zrealizować twoich wielkich wspaniałych celów, być może powinieneś przestać się za to okładać po głowie i po raz kolejny stawiać się pod ścianą, wymagając od siebie nowych niesamowitych, zamykających usta osiągnięć.

Być może powinieneś z miłością, lub przynajmniej akceptacją, przyjąć swoje dziś. Być może powinieneś zgodzić się na swój zwyczajny, powszedni umysł.

Być może powinieneś przestać wreszcie myśleć o tym, co wpiszesz na tą listę wyjątkowych osiągnięć i zamiast tego skupić się na tym, co teraz robisz. Na tym, co dziś możesz poprawić.

Możesz się zdziwić, jak wiele niespodziewanych, nigdy nie zaplanowanych rzeczy przydarza się codziennie na świecie.


Zdjęcia: H.Koppdelaney; Kirainet

51 komentarzy

  1. Tak tylko dla porządku – gdyby ktoś miał poczucie, że za bardzo uwziąłem się na Tim Ferrissa (bo to ostatnio nawet modne mu nieco dowalić). Nie do końca (choć, ci co go znają twierdzą, że człowiek jest, delikatnie mówiąc trudny . Co prawda minął mi zachwyt jego książką, ale ciągle uważam, że jest tam kilka ciekawych rzeczy, mimo, że ogólnie strategia życiowa (praca to zawsze zło) mnie odrzuca. Wierzę, że większość z nas może znaleźć działanie, które będzie i pasjonujące i zyskowne. Gdyby Jonathan Mead tego nie zrobił wcześniej to sam bym myślał o tytule tego nad czym pracuję po przeczytaniu ankiet: „Zero- godzinny tydzień pracy”. A tak będę musiał wymyślac nowy tytuł. Pozdrawiam 🙂

  2. Dajesz do myślenia 😉

    Nie ma nic złego w tym, że chcemy czegoś więcej (o ile nie spędza to nam snu z powiek i nie powoduje, że czujemy się gorsi dlatego, że czegoś nie osiągnęliśmy). Tak jak piszesz, w życiu chodzi o coś więcej, niż tylko pogoń za czymś. To, co nam się wydarza to zawsze jest teraz i dlatego na tym powinniśmy się skupić. Gwiazda (nasz cel) niech jest zawsze na widoku, ale dreptać musimy sami (działanie). Jeśli skupię się na krokach, które mam podjąć jutro, to dzisiaj będę stał w miejscu albo poplączą mi się nogi i się przewrócę. A jeśli skupię się na drodze, pokonam ją z radością nawet jeśli nie zawsze będzie prosta.

    „Zwodniczy jest urok tego, co trudne i dalekie. Niepowtarzalne okazje znajdują się tuż obok ciebie.” John Burroighs

  3. Dużo prawdy i racji. Co chwila próbuje nam się sprzedawać różne „niebieskie tabletki”. Kosztują sporo a na dłuższą metę powodują tylko szkody.

  4. Panie Zbyszku, ten blog jest doprawdy jak świerzy powiew nad (powtórzę, za przeproszeniem, Jerzego Pilcha) rzeką gów…;)

  5. Ten tekst zaliczyłbym do „The best of Zbyszek” 😉

    • Już się powoli uczę, że gdy mam zamiar coś schować (a ten tekst chciałem schować, tylko nie udało mi się napisać na szybko nic nowego) to Adamowi się podoba 🙂 Dziękuję i pozdrawiam 🙂

  6. Szczerze mówiąc ten tekst ma w sobie jakąś ukrytą moc, otworzył mi oczy. Chyba faktycznie 1 stycznia 2011 zażyłam nie tą tabletkę, co trzeba. Czy jest w tym coś złego? Myślę, że nie. Trzeba tylko po tych chwilach uniesień, opaść bezpiecznie na ziemię. I zacząć „stąpać twardo”, nie tracąc przy tym marzeń.

    „Ktoś, kto nie jest w stanie w pełni przeżyć dzisiejszego dnia, nie będzie w stanie w pełni przeżyć jutrzejszego, choćby nawet jutro miał znaleźć się na najpiękniejszej wyspie świata.” – potęga tu i teraz. Gdzie jesteś? Tutaj. Jaki jest czas? Teraz. Myślę, że zaczynam żyć dopiero wtedy, gdy zaczynam dostrzegać to, co dzieje się w danym momencie (w teraźniejszości). Często żyjemy przeszłością lub przyszłością. Boimy się wziąć odpowiedzialność za swoje życie i zacząć żyć, zacząć żyć tu i teraz. Cieszyć się chwilą obecną i przestać martwić się tym, co było lub tym, co ma być. „Wczoraj nie istnieje, jest tylko wspomnieniem. Jutro nie istnieje, jest tylko przypuszczeniem. Jedyne co masz to Teraz”.

    Pozdrawiam,
    Mały Wojownik Uśmiechu,
    Wasp

  7. Bardzo rzadko piszę komentarze, jednak tym razem – Panie Zbyszku – w skrócie- gratuluję tekstu.
    Poniekąd metaforycznie ale zrozumiale opisuje i dodatkowo trafnie uzupełnia moje przemyślenia po kilku latach ciągłego „zażywania niebieskich tabletek”. Jeśli się nie mylę to właśnie one powodują tzw chorobę ludzi sukcesu w 20-21 wieku.

  8. Co do postanowien noworocznych to ja zapisalam swoje w tamtym roku. Udalo mi sie zrealizowac 7 z 21, czyli 33.3% – i jestem zadowolona. Przeczytalam pozostale i czesc okazala sie niewazna, czesc malo konkretna (a wiec do zmodyfikowania), a czesc juz nieaktualna.

    W tym roku mam tez 21 postanowien – zapisane, na razie zrealizowalam tylko pol, ale i tak jestem zadowolona, bo codziennie czytam ta liste i staram sie dzialac, aby je zrealizowac. Ja w przeciwienstwie do Ciebie Zbyszku, skupiam sie na efekcie koncowym, a to dlatego, ze ciezko jest mi codziennie pracowac w ten sam sposob i nad tymi samymi rzeczami. Ale majac liste, ktora codziennie przegladam – wybieram rozne cele i pracuje nad nimi. Moze nie jest to najbardziej optymalna metoda dzialania, ale dziala. Dodatkowo czuje sie zadowolona jak pracuje nad swoimi celami, i szczesliwa kiedy sa one zrealizowane.

    A wiec 20,5 celu do wykonania w tym roku 😀

    • Najważniejsze jest to, co się sprawdza w twoim przypadku i z czegoś jesteś zadowolona. Dla wielu osób (także dla mnie) 21 celów to coś zbyt ciężkiego do uniesienia. Ciekaw jestem jednej rzeczy. Gdyby ten rok miał być twoim ostatnim (hipotetycznie) czy zrezygnowałabyś z któregoś z tych 21 celów?

    • Gdyby ten rok byl ostatnim, to lista zostala zredukowanaby do 5 celow. A jak by bylo z Toba Zbyszku?

    • Szczerze mówiąc nie wiem czy bym nie dorzucił sobie parę celów 🙂

  9. Pozdrawiam Zbyszku! Wpadłam na to samo, jakiś czas temu. I wiesz co: tak bardzo przybyło mi energii, że nagle moje cele zaczęły się realizować same, jakby mimochodem. Już nie bojkotuję siebie (jak kiedyś) porównaniami, nie miażdżę krytyką,ani rozważaniami jak bardzo chcę być Wielka, a moje życie niezwykłe. Takie nastawienie zużywało 99% energii. Dzisiaj jestem tu i teraz. Ale muszę też obiektywnie powiedzieć, że nie obyło się bez bólu, bowiem godzenie się z życiem kosztowało mnie coś na kształt kilkuletniej deprechy…

    • O to własnie chodzi!
      To, co napisałaś, jest bardzo, bardzo zachęcające by próbować:
      „moje cele zaczęły się realizować same, jakby mimochodem. Już nie bojkotuję siebie (jak kiedyś) porównaniami, nie miażdżę krytyką,ani rozważaniami jak bardzo chcę być Wielka, a moje życie niezwykłe”

  10. Jeśli Autor pozwoli, to wkleję listę Profesora Leszka Kołakowskiego, który rozmówcy wyjaśniał swoje pojmowanie szczęścia. Opis punktów jest dostępny w internecie i zrobił na mnie wrażenie. Myślę, że pasuje (częściowo) do powyższego artykułu, który nota bene bardzo, bardzo mi się podoba (ukłony dla Autora!!!).

    Przykazania Leszka Kołakowskiego

    Po pierwsze przyjaciele.

    A poza tym:

    Chcieć niezbyt wiele.
    Wyzwolić się z kultu młodości.
    Cieszyć się pięknem.
    Nie dbać o sławę.
    Wyzbyć się pożądliwości.
    Nie mieć pretensji do świata.
    Mierzyć siebie swoją własną miarą.
    Zrozumieć swój świat.
    Nie pouczać.
    Iść na kompromisy ze sobą i światem.
    Godzić się na miernotę życia.
    Nie szukać szczęścia.
    Nie wierzyć w sprawiedliwość świata.
    Z zasady ufać ludziom.
    Nie skarżyć się na życie.
    Unikać rygoryzmu i fundamentalizmu.

  11. Sukces dzisiaj to nic innego jak synonim słowa nerwica.

    Pozdrawiam serdecznie!

  12. Jeszcze tylko jedna uwaga, gdyby kogoś interesowało, od strony naukowej to zagadnienie nazywa się problemem „process-versus outcome-based goals”. Ogólnie obydwa typy celów sa potrzebne, ale w zdecydowanej większości badań okazuje się, że bardziej skuteczne jest skupianie się na procesie. Tutaj można np. rzucić okiem na streszczenie jednych z badań: http://psp.sagepub.com/content/25/2/250.short

  13. Retoryka i manipulacja.

    Piszesz- „Tim, świetnie, jesteś kreatywny, żyjesz aktywnie. Ale wiesz co? Szukałem w całej twojej książce odpowiedzi na pytanie po jaką cholerę ci to wszystko i nie znalazłem. Po jaką cholerę tak bardzo ci zależało na tym by zostać mistrzem Chin w kickboxingu? Gdybym się dowiedział, może łatwiej byłoby mi wczuć się w to, co piszesz. Bo wiesz co? Ani jeden rekord z twojej listy do mnie nie przemawia. Nie poświęciłbym dziesięciu minut na to by móc wpisać na swoją listę (gdybym ją kiedykolwiek prowadził) choćby jednej z twoich pozycji.”

    No cóż, cała sztuczka polega na tym, że pytanie „po jaką cholerę” można zadać zawsze. mogę cię zapytać po jaka cholerę uczyć się czegoś od mistrzów zamiast ich pokonywać. po jaką cholerę zadowalać się szarością. po jaka cholerę czerpać z dnia dzisiejszego. nic prostszego.

    Po jaka cholerę? Dla zabawy. Bo chcesz. Bo to lubisz. Bo możesz. Sam sobie wybierz.

    Tim dobrze się bawi. i to już wystarczy. Gra. wyznacza sobie cele i osiąga je. doświadcza rzeczy które dla wielu są nieosiągalne. Nie zadowala się szarością ty się zadowalasz. pytanie tylko czy z wyboru, czy nie potrafisz po prostu inaczej.
    Ja tam wole kolory.

    • @Arek

      Retoryka i manipulacja? Widzę tutaj pierwszy poważny zespół odstawienny po panu Ferris’ie.

    • Arku, pytanie „po jaką cholerę” to pytanie o wartości i o sens. Wierzę że każdy z nas przyszedł na ten świat z jakiegoś powodu. Ten powód jest ukryty w naszych wartościach, pasjach i poczuciu sensu. By go odkryć, trzeba zadawać sobie samemu pytania. Jest wiele przyjemnych rzeczy, które mogę w każdej chwili robić, ale nie wszystkie są sensowne. Zabawa dla zabawy, przyjemność dla przyjemności to pułapka.

      Po drugie wierzę w to, że jedyny sposób na to, żeby przeżyć sensowne życie to znaleźć swój cel na zewnątrz nas. Człowiek, którego głównym celem jest własne zadowolenie i zabawa przypomina kogoś, kto ściga swój cień – nigdy go nie osiągnie. Im bardziej zależy ci na sobie samym i swoim zadowoleniu, tym gorzej się czujesz. W tym życiu nie chodzi o ciebie. Jesteś tu po to, by dać najcenniejszy, jaki tylko możesz dar dla świata. Gdy go dasz będziesz czuł prawdziwe szczęście. Gdy będziesz chciał tylko brać i się bawić – czeka cię depresja, nerwica, agresja, stres…

      Twoja decyzja jaką wybierzesz drogę. Ja wierzę w to, co napisałem.

      Dlaczego Ferris robi to, co robi?. Nie wierzę, że dla zabawy, ani dlatego, że lubi. Robi to dlatego, że czuje się wewnątrz pusty, opuszczony i biedny. Jest jak człowiek, który całą kasę wydaje na garnitur i samochód, bo boi, się i inaczej nikt go nie będziesz szanował. Ferrisowi wydaje się, że jeżeli zostanie mistrzem Chin w kickboxingu to inni będą go kochać i podziwiać. A jak nikt go nie będzie kochać i podziwiać – to nie będzie nic warty.

      Wiesz jaka jest różnica między nim a mną? Ja taki kiedyś byłem. Przejmowałem się, gdy ktoś mnie nie podziwiał i nie kochał całym sercem. Robiłem co tylko mogłem, by wszystkim się podobać i by wszyscy reagowali na mnie: „o nie, on jest genialny”. Gdybyś napisał mi taki komentarz parę lat temu, to bym się wściekł. Mógłbym ci ubliżyć, mógłbym go wykasować, mógłbym (co najbardziej prawdopodobne) cię wyśmiać (umiem to robić, bo z urodzenia jestem złośliwy, zacząłbym od psychologicznego znaczenie twojego avatara i przejechałbym się po kilku innych sprawach). Robiłbym to jednak dlatego, że nie mógłbym znieść tego, że ktoś mnie nie podziwia i nie ceni.

      Dziś to jest dla mnie bez znaczenia. Albo – by być bliżej prawdy – nie ma aż takiego znaczenia

      Gdy piszesz:
      „Nie zadowala się szarością ty się zadowalasz. pytanie tylko czy z wyboru, czy nie potrafisz po prostu inaczej.Ja tam wole kolory.”

      To reaguję dokładnie jak Big Lebowskim: http://www.youtube.com/watch?v=QsogswrH6ck&NR=1

      To w zasadzie powinno wystarczyć, ale pytanie dodatkwe:

      Skąd wiesz czym się zadawalam? Skąd taka pewność, że twoje kolory są bardziej kolorowe?
      Skąd takie założenie, że wzorem kolorów dla ludzi jest zostanie (cytuję za Ferrisem)
      „badaczem zajmującym się indeksem glikemicznym” albo „aktorem w najpupularnieszych serialach telewizyjnych w chinach”

      Parę dni temu, pewna osoba, gdy przeczytała ten tekst zapytała mnie: czy ty sobie tego Ferrisa wymyśliłeś? Czy naprawdę jest taki biedny człowiek? Może nie dla każdego synonimem kolorowego życia jest „zabawa dla zabawy”, nie dla każdego największym uzasadnieniem by coś robić jest „bo chesz. bo lubisz. bo możesz”.

      Dla mnie to „że coś chcę. coś lubię. coś mogę” to zdecydowanie za mało. W moim odczuciu byłbym biednym i nieszczęśliwym człowiekiem, gdybym tylko tym się kierował w życiu. Pytanie „po jaką cholerę” zadaję sobie dlatego, że umiem znajdować na nie głębszą odpowiedź niż tylko „dla zabawy, bo mogę, bo chcę, bo lubię”.
      Jeżeli w swoim życiu nie umiesz znaleźć innych odpowiedzi to ci współczuję. Nie współczuję dlatego, że wybrałeś inne drogą, ale dlatego, że brak innych odpowiedzi na pytanie „dlaczego?” wiąże się z cierpieniem.

      Pytanie „po jaką cholerę?” i nie zadawalanie się odpowiedziami w stylu „bo to przyjemne, bo mogę to zrobić, bo mam ochotę, a bo tak zdecydowałem” to nie jest retoryka ani manipulacja. To narzędzie pozwalające przejść przez życie w sensowny i rozumny sposób. Czy skorzystasz z tego narzędzia czy nie – wybór należy tylko do ciebie. Gdyby to była manipulacja, miałbyś poczucie, że nie masz wyboru.

      W każdym razie. Arku życzę ci znalezienia tego, czego szukasz. Życzę ci byś szedł do przodu, byś znajdował radość w tym, co robisz i żeby ta radość długo trwała.

      Bardzo ci dziękuję za krytyczny komentarz! Jak widzisz, zmusiłeś mnie do szerokiej odpowiedzi i sprecyzowania kilku rzeczy – i jestem Ci za to bardzo wdzięczny. Stałeś się cennym współautorem tego bloga 🙂
      Dziękuję i pozdrawiam 🙂

  14. Ojej, Michale. Może coś bardziej merytorycznego?

  15. Dziwi mnie że życie nie jest dla Ciebie wystarczająco merytoryczne. Tam za horyzontem nic tak naprawdę innego nie ma, mam tylko nadzieję że fantazjując o dalekich krajach nie przegapisz samej podróży. Pozdrawiam!

    • „Im bardziej zależy ci na sobie samym i swoim zadowoleniu, tym gorzej się czujesz”

      Przypomniał mi się Hesse 🙂 – „Nie ma nic bardziej morderczego dla duszy niż zajmowanie się własnym samopoczuciem” – nie wiem czy dokładnie kropka w kropkę, ale mniej więcej taki był sens jego wypowiedzi. Dla mnie osoby która skupiała swoją uwagę przede wszystkim na samym siebie było to jak uderzenie piorunem :).

  16. Zbyszku.
    Bardzo chętnie wysłucham o psychologicznym pochodzeniu mojego awatara.

    W jednym wpisie pytasz- Skąd wiesz czym się zadawalam? „Skąd taka pewność, że twoje kolory są bardziej kolorowe?
    Skąd takie założenie, że wzorem kolorów dla ludzi jest zostanie (cytuję za Ferrisem)
    „badaczem zajmującym się indeksem glikemicznym” albo „aktorem w najpupularnieszych serialach telewizyjnych w chinach””

    a w tym samym piszesz- „Dlaczego Ferris robi to, co robi?. Nie wierzę, że dla zabawy, ani dlatego, że lubi. Robi to dlatego, że czuje się wewnątrz pusty, opuszczony i biedny. Jest jak człowiek, który całą kasę wydaje na garnitur i samochód, bo boi, się i inaczej nikt go nie będziesz szanował. Ferrisowi wydaje się, że jeżeli zostanie mistrzem Chin w kickboxingu to inni będą go kochać i podziwiać. A jak nikt go nie będzie kochać i podziwiać – to nie będzie nic warty. ”
    też zapytam- z kąd wiesz? ja nie moge wiedzieć o tobie, ty możesz o Ferisie?To tylko twoje domysły. nic więcej, bez względu na to jak autorytatywnego tonu uzyjesz. I tak, wymyśliłeś sobie takiego Ferrisa. Bo wlaśnie Ferris miedzy innymi radzi żeby nie zostać grubasem w czerwonym ferrari, i to on krytykuje posiadanie dla posiadania itp. I ja wierze że się świetnie bawi. i owszem, udowadnia coś sobie , jak każdy. Tak jak ty np udowadniasz że jesteś ponad to, ze ciebie dowartościowywanie się nie dotyczy, co więcej, z jakichś niewyjaśnionych dla mnie przyczyn deprecjonujesz czyjeś wybory i osiągnięcia.
    Co z tego że ciebie nie interesuje mistrzostwo świata w kick boxingu? należy przestać uprawiać sport zawodowy bo to forma dowartościowania się?

  17. Dla mnie to „że coś chcę. coś lubię. coś mogę” to zdecydowanie za mało. W moim odczuciu byłbym biednym i nieszczęśliwym człowiekiem, gdybym tylko tym się kierował w życiu. Pytanie „po jaką cholerę” zadaję sobie dlatego, że umiem znajdować na nie głębszą odpowiedź niż tylko „dla zabawy, bo mogę, bo chcę, bo lubię”.
    Jeżeli w swoim życiu nie umiesz znaleźć innych odpowiedzi to ci współczuję. Nie współczuję dlatego, że wybrałeś inne drogą, ale dlatego, że brak innych odpowiedzi na pytanie „dlaczego?” wiąże się z cierpieniem.

    To najzabawniejszy fragment tekstu.
    Otóż lubię nie wiąże się z cierpieniem. nie lubię wiąże. mogę nie wiąże się z cierpieniem. nie mogę wiąże.

    Lubie spędzać czas ze swoja rodzina. lubię swoja pracę. lubię spędzać czas ze swoimi przyjaciółmi. lubię pomagać innym -same płytkie banalne motywacje. ciekaw jestem jakie są te głębokie, bo nie spotkałem się jeszcze nigdy z żadną. odpuszczam sobie, i mam proste i banalne cele, to głęboka motywacja? nie rozwijam się to głęboka motywacja? obniżam sobie poprzeczkę, to głęboka motywacja? godzę się na tandetę i bylejakość to głęboka motywacja? Wiesz ze specjalnie użyłem deprecjonujących sformułowań, mówiąc czymś co ty opisujesz górnolotnymi. Dlaczego? Bo uważam że dokładnie to samo robisz pisząc o Ferrisie? a potem się cieszysz że udało ci się kogoś zdyskredytować w oczach jakiejś twojej czytelniczki? czy to cie przypadkiem nie dowartościowuje?

  18. Michale, teraz powinieneś moja wypowiedź ubarwić jakimś interesującym, nie do końca jasnym i poddającym się wielorakiej interpretacji cytatem.

    A tobie Zbyszku, dziękuję że rozmawiasz na poziomie merytorycznym, i nie zbywasz mnie cytatem z Lebowskiego, który to cytat ma taka moc, ze można by nim podsumować nawet cały twój artykuł pod którym tak się produkujemy.

  19. Nie ma takiej potrzeby Arku, wszystko jak widzę już doskonale „po/ustawiałeś”. No, to nic tu po nas 🙂

  20. Arek, wiesz co? Naprawdę nie warto tracić czasu na rzeczy bez wartości. Jeżeli Ferris pomaga ci żyć – czytaj jego a nie moje wypociny. Ja osobiście czytam to, co mi pomaga żyć.

    Ponieważ jednak to mój blog a twoje komentarze czytają także inne osoby muszę odpowiedzieć.

    Pytasz „jakie są te głębokie powody”. Specjalnie dużymi literami: M I Ł O Ś Ć.

    Lubię spędzać czas ze swoją rodzinę” – chłopie, facet, który zdradza żonę co tydzień z koleżanką w pracy, gada tak samo. Lubię, miło, fajnie….. Facet, który opuszcza swoją rodzinę, bo opieka nad dziećmi go nuży, mówi to samo: lubię dzieci, ale wiesz…... Naprawdę ci to wystarcza?

    „Lubię swoją pracę?” Byłem parę dni temu w fabryce zatrudniającej dwa tysiące osób. Większość z pracowników „lubi swoją pracę”. Myślisz, że jesteś w lepszej sytuacji bo masz lepsze stanowisko pracy i bardziej elastyczne godziny pracy? Czasem fabryka z zewnątrz nie przypomina fabryki, a mimo to nią jest.

    Może kiedyś spotkasz kogoś, kto kocha to, co robi i zobaczysz różnicę. Zapewniam cię – jest. Naprawdę wystarcza ci praca, którą „lubisz”? Czy to wszystko, do czego chcesz wykorzystać w życiu swój talent? Naprawdę tylko tyle? A gdzie Sztuka, Wolność, Prawda, Rozwój, Przyjaźń …(i tu można by było podać sto innych słów… ).

    Myślisz naprawdę, że kochać swoją pracę to jest to samo co ją „lubić?” To tak samo jakby ktoś utrzymywał, że kolorowa reklama piwa to dzieło sztuki. Well….you know…. Miłe to jest, kolorowe. Ale to nie to samo.
    Nie oceniam twoich wyborów. Ale kibicuję ludziom, którzy chcą więcej, znacznie więcej niż „miła pracą w zgodzie z zainteresowaniami”.

    Piszesz „Ciekaw jestem jakie są te głębokie [motywacje], bo nie spotkałem się jeszcze nigdy z żadną.” Chłopie, to wstań od tego komputera, przestań na chwilę ustawiać te zapierające dech w piersiach kolory, przestań czytać blogi (także ten) i idź poszukać czegoś za co mógłbyś umrzeć. I wiesz co się wtedy może okazać? Że nie jest już cholera tak miło. Że musisz rezygnować, znosić wątpliwości, wahania i pokonywać trudności. I właśnie tego dotyczy parę tych rad, którymi czasem na tym blogu się dzielę. Odpuszczać, rezygnować – owszem, ale najpierw znaleźć „to co najważniejsze” i mieć odwagę zastąpić „lubię” przez „Kocham”.
    Radzę by sobie odpuszczać, gdy się jest na właściwej drodze.

    Wiem, nabijam z Ferrisa. Ale gdyby mnie ktoś poprosił bym mu poradził co przeczytać by wyrwać się z „fabryki” to jego książkę (4-godzinny tydzień…) bym polecił jako coś na początek. Ferris podpowiada jak się wyrwać, ale nie mówi co dalej z tą wolnością zrobić. Warto go czytać, ale z dystansem – na przykład takim jaki ty masz wobec mnie. Podoba mi się, że jesteś krytyczny wobec mojej osoby. Nie podoba mi się, że nie jesteś krytyczny wobec kogoś, kto aż się prosi od dystans, bo spod jego autoreklamy przebija zbyt wiele naciągania. Gdy Ferris mówi o taktyce – super, ludzie korzystajcie. Ale gdy mówi o sensie życia, mnie to przypomina reklamę proszku do prania albo banku.

    Arku, nie chcę udowadniać, że nie jestem wielbłądem. Ja naprawdę znam parę sposobów na miłe życie i robienie kasy. Może nie takiej jak Tim Ferris, ale na tyle dobre by nie musieć pracować dla nikogo przez ostanie 20 lat.

    Ale gdyby mi tylko zależało na tym by „było miło” mógłbym mieszkać w jakimiś miłym zakątku pod palmami, popijać coś przez słomkę i cieszyć się chłodnym wiatrem. Przez jakiś czas próbowałem już życia w stylu Ferrisa. W kilku miejscach na świecie byłem, trochę kasy wydałem. Tylko, że czegoś mi brakowało. Kilku rzeczy cenniejszych niż „miło, lubię, mogę, fajnie”. Znasz takie poczucie, że się sprzedajesz? Że się rozmieniasz na drobne? Że zamiast żyć w pełni żyjesz miło? Niech ci będzie – jestem frajerem, masochistą i w ogóle, nie znam się na życiu. Zamiast robić pewne biznesy (prawdopodobnie Ferris już dawano by wystąpił o polskie obywatelstwo i założył firmę szkoleniową, gdyby tylko dowiedział się jak łatwo robi się kasę na dotacjach UE do szkoleń) ja tracę czas na jakieś samoponiżanie się i pogoń za wartościami, których z definicji nigdy nie da się osiągnąć.

    Jak można komuś wytłumaczyć, że realne jest to, przed czym on całe życie ucieka? Jak opisywać, coś czego on za żadne skarby nie chce dostrzec, bo boi się, że jego miły spokój na zawsze zniknie? Chyba się nie da.

    Może któregoś dnia będę musiał wrócić do podejścia Ferrisa – zacząć sprzedawać francuskie koszule, wciskać ludziom głupie e-booki, pisać teksty reklamujące bzdety czy gadać całymi dniami o rzeczach, które mnie średnio interesują. Nie zarzekam się. Nie czuję się niesamowicie odważny i silny. Ale póki co mam odwagę by Żyć a nie tylko przeżyć. (tak, ja w odróżnieniu od Ciebie używam wielkich liter, bo to one czasem stanowią różnicę).

  21. Ooo, nareszcie jakaś ciekawa dyskusja się wywiązała… podoba mi się.
    Jedno jest pewne – trzeba cholernie uważać jaki się wstawia avatar, najlepiej nie mieć go wcale.

  22. Nie szukam czegoś za co mógł bym umrzeć, bo już znalazłem coś dlaczego mam po co żyć.
    I to nie jest praca, bo uważam ze ten kto mówi ze kocha swoja pracę , dewaluuje słowo kocham.

    „gdzie- Sztuka, Wolność, Prawda, Rozwój, Przyjaźń ”

    To to samo co lubię, chcę, i mogę, tylko ubrane w górnolotne sformułowania. Lubię spędzać czas z przyjaciółmi, lubię pomagać przyjaciołom, mogę- to wolność, chcę to prawda. muszę powinienem, i należy, oraz trzeba, to brak wolności i kłamstwo.

    Czy to nie jest tak, że masz potrzebę pompy i nadęcia, idealizowania swoich zupełnie zwyczajnych wartości? gardzisz sprzedawaniem się a robisz to ciągle, jak każdy bez wyjątku?
    pracujesz za darmo? czy tez w swojej pracy nie dajesz za pieniądze części siebie?

    widzę w tych wpisach dużo pogardy- kolejny przykład- jestem świeżo po warsztatach z komunikacji zorganizowanych przez inicjatywę firm rodzinnych, finansowanych przez unię. i widziałem na własne oczy jak dużo ludzie z tego wynieśli, ucząc się jak poprawić relacje ze swoimi najbliższymi , którzy są jednocześnie ich współpracownikami. ale nie, to zło. Bo finansowane z unii, i łatwo zdobyć kasę. i gdybyś ty pomagał ludziom, ale za pieniądze z unii, pewnie czułbyś się zeszmacony i poniżony, czul byś że sprzedajesz, zamiast się skupić do cholery na wartości jaka możesz przekazać.

    Bardzo łatwo i szybko oceniasz. Szczególnie mimo, albo może ze względu na to ze jesteś psychologiem?

  23. Jeszcze co do Ferrisa.
    jego książka uzmyslowila mi wiele żeczy, ale co najsmieszniejsze, wlaśnie takich o jakich i ty piszesz. i nie rozumiem dlaczego tak spłaszczasz jej przekaz.

    Np- sugerujesz ze jest o tym jak żyć łatwo , milo i przyjemnie. A to książka w dużej mierze o tym jak wyjść z własnej strefy komfortu, jak pokonywać własne ograniczenia. Jak zrezygnować z pozornej pewności pracy na etacie. jak stawiać sobie wyzwania które na początku wydaja się ponad twoje siły.

    Z twoich wpisów wynika że to książka o tym jak łatwo robić kasę, książka o konsumpcjonizmie.-
    A to książka o tym, że pieniądze nie są najważniejsze, ze są miejsca na świecie w których można przeżyć coś ciekawego, i nauczyć się czegoś bez wielkiej kasy. I że nie warto zostawać grubasem w czerwonym ferrari , i zarabiać pieniądze na wille w których i tak większość czasu mieszka tylko twoja służba.

    ty się czepiasz indeksu glikemicznego i mistrzostwa chin w kick boxingu. a ja tam widziałem naukę tanga w Argentynie, brazylijskie jujitsu w Brazylii, picie wina w miejscu w którym dojrzewało, rozkoszując się atmosfera miejsca. Przykład chińskiego kick boxingu ilustruje tylko jak można obejść system. i to wszystko, nie jest wielkim powodem do chwały, i ani przez chwile tego tak nie odebrałem „jestem skonstruowany do zucania przedmiotami, i mam wielka głowę w którą łatwo trafić” nie brzmi mi jak- „jestem finezyjnym mistrzem wschodnich sztuk walki”

    Naprawdę, biedny człowiek z tego Ferrisa.

  24. Tekst bardzo mi sie spodobał. Pozwala nabrac dystansu do siebie i świata…W obliczu naszego znikania na koniec naszej ziemskiej drogi tylko teraz jest ważne. Zbyt często o tym zapominamy, a w zasadzie w ogóle o tym nie pamiętamy. Żyjemy tak jakbyśmy mieli żyć wiecznie, a to kiedy „przejdziemy na drugą stronę” jest dla nas niespodzianką. I gdy zetkniemy się blisko z odchodzeniem wówczas przychodzi refleksja nad życiem. Choć niestety zazwyczaj na zbyt krótko.
    Dlatego Twój tekst uważam za szczególnie cenny bowiem jest pochwałą dziś, teraz, tym że jeszcze jesteśmy…

  25. Dzis po raz pierwszy trafilam na Twoj blog. Pierwsze, co zrobilam po przeczytaniu najnowszego tekstu, wypelnilam formularz w ktorym odpowiedzialam, co mnie hamuje w osiagnieciu celu. a teraz, po przeczytaniu wczesniejszych Twoich publikacji, smieje sie sama z tego, co napisalam w formularzu.
    Bo tak naprawde od dawna wiem, ze jest mi dobrze z sama soba i z tym co robie,
    Jedyny dyskomfort zwiazany jest z oczekiwaniami innych w stosunku do mnie, albo precyzyjnie mowiac z tym, co ja mysle, ze ktos ode mnie oczekuje. I to jest jedyne zrodlo mojego bolu. Sposob myslenia, dzieki ktoremu cierpialam dlugie lata i ktoremu w pewnym momencie sie przeciwstawilam, aby zmienic radykalnie moje zycie… Minelo juz troche czasu od tego momentu i chyba zapomnialam, jak wiele mnie kosztowal brak akceptacji ,brak milosci w stosunku do siebie oraz brak zdrowego egoizmu.
    Nie mozna byc szczesliwym spelniajac wciaz marzenia innych, ale zapominajac o realizacji swoich wlasnych, spelniac oczekiwania innych, ale unikac pytania, czy to jest naprawde to, czego JA chce .

  26. Zbyszek,

    Ja pierdolę! Nie przestawaj pisać 🙂 .

    Przepraszam za wulgaryzm. Tekst jest po prostu świetny, Dzięki!

  27. Witam,

    Przeczytałam kilka tekstów. Początkowo byłam zafascynowana- TAK – ja tez tak mam! Opisujesz problemy z innej strony niż większość poradników typu jak żyć. Pokazujesz drugie dno, czytasz między wierszami, pokazujesz nasze słabości, do których nie chcemy się przyznać, ale których mamy świadomość gdzieś tam. ALE z tym tekstem nie do końca się zgadzam. Pytasz po jaką cholerę mamy wyznaczać sobie cele, czy nie lepiej pomyśleć o tym co się ma i tym się cieszyć? Wyznaczanie sobie celów wiąże się ze strachem przed bylejakością, przed rutyn, zmarnowaniem czasu. Ty piszesz i co z tego. Ja uważam, że nie ma nic złego w wyznaczaniu sobie celów, nawet jeśli są one dla nas trudne i ich osiągnięcie nie daje pewności szczęścia. Np moim celem jest nauczenie się języka rosyjskiego. Po co? Mam nadzieję dostać dzięki temu dobrą pracę, stać się bardziej interesująca osobą na rynku pracy, w towarzystwie. Nie mam pewności czy tak rzeczywiście się stanie , ale ta nauka rosyjskiego staje się dla mnie rutyną, tym co robię codziennie, aby osiągnąć cel. Może i jest to męczące – brak czasu, zmęczenie, frustracja nie przerobieniem materiału. Ale daje mi to satysfakcję robienia czegoś. Tak, boję się nudy, niewypału. Stawiam sobie cele, coraz odważniejsze, zamiast cieszyć się komfortowym życiem i znaleźć pracę na etat, ja szukam wciąż. Piszesz o bezsensie pracy, która nie daje satysfakcji, ale pochwalasz też rutynę, jako nic złego. Ale sam nie żyjesz w rutynie, rozwijasz się. Efektem tego jest ten blog.

  28. Witaj Zbyszku.Od jakegoś czasu czytam Twój blog.Jestem wdzięczna za skoncentrowaną wiedzę,zdobywaną przez analizę cudzych tekstów.Na ten czas ,to dla mnie wielki podarunek.Od lat sporo czytam.Ostatnio pokruszyło mi się życie zawodowe,i zanim znajde jakiś sposob by je rekonstruować,pracuję na tzw.życie w zakladzie produkcyjnym.Prosta praca fizyczna z obcokrajowcami a nawet więżniami.Dlatego po 12 godzinach ciężkiej pracy chętnie przyjmuję pigułkę skomponowaną przez Ciebie.Różnie mi ona,, robi”.Przeważnie poprawia nastrój,przypomina o sprawach o których wiem.Powiem co to znaczy być,żyć, dla mnie.To znaczy w każdej chwili czujnie z milością i współczuciem pozwalać na przenikanie się światów jakimi jesteśmy,my ludzie.Dawać siebie,swoją wiedze w sposób delikatny,z szacunkiem dla drugiego.Najlepiej dając przykład swoim zachowaniem.Ty masz dar analizowania,wyszukiwania cennych tematów,pisania.Ja jestem otwarta na ludzi w bezpośrednich kontaktach.Wspólna prosta praca,moze być przygodą,radością.Słuchanie o codziennych problemach,z uwagą.Zapamiętywanie dziesiątek imion,i historii z życia.Drobna pomoc,i duża pomoc.Uśmiech i spokój nawet w konfliktowych sytuacjach.Poczucie humoru.Nie podejrzewałam że będę czuła się tak spełniona ,będąc po prostu wśród ludzi.Niech ta przygoda trwa tyle ile ma trwać,poczuję ,po prostu poczuję ze czas na zmianę na coś bardziej sensownego.Jestem szczęśliwa i czuję że daje mi to dużo ,dużo więcej niż to co robiłam wcześniej.Z boku to wygląda na porażkę ,a to pulsujące życie pokazujące że jesteśmy jednym wspanialym organizmem.Potrzebni sobie wzajemnie.Pozdrawiam i dziękuję.

  29. Jeden z najlepszych tekstów z psychologii jakie czytałem. Znalazłem w nim to czego ostatnio szukałem. Cytat Shunryu Suzuki’ego zawiśnie w widocznym miejscu 🙂

  30. Bardzo pokrzepiajacy artykuł panie Zbyszku….od 8 lat siedze w domu,nie wliczając 2 etataów z których w jednej zostałam wyrzucona dwa razy,szybkim zarobku i bankructwie w tym emocjonalnym,psychicznym -przytyciu 20 kilo w ciagu tych 8 lat-a to tez za sprawa spodziewania sie szybkich efektów………..czytania mnóstwa kasiazek motywacyjnych i ebooków-łapałam sie za głowe ze wszytsko robię źle,jeszcze The secret-źle myśle ………wogóle jak patsze sie na wszystkich dookoła to wydaje sie oststnią ofiara losu………

  31. Genialny tekst, czytam już któryś artykuł z kolei i mam wrażenie jakby to były spisane moje myśli 🙂 Proszę o więcej 🙂 Pozdrawiam!

Zostaw komentarz