1.

Sąsiad wystawił za drzwi starą choinkę. Smutny widok: opadające, pożółkłe igły, resztki anielskich włosów. Nie wiem, jakim cudem udało mu się ją tak długo trzymać w domu. Pewnie dopiero co wrócił ze świątecznego urlopu.

Święta Bożego Narodzenie i Nowy Rok to bardzo ciekawe okres z punktu widzenia psychologii. Jeżeli dobrze idzie, po Wigilii mamy głębsze, cieplejsze relacje z rodziną i bliskimi. Po Nowym Roku czujemy się pełniejsi energii i wiary w nową przyszłość. Nowa cyferka (albo i dwie, jak w tym roku) otwiera przed nami nowe możliwości.

Jeżeli dobrze idzie.

Jeżeli nie, po przejściu walca zwanego Bożym Narodzeniem nasze relacje z bliskimi przypominają tą biedną, w połowie bez igieł, zżółkłą choinkę. Zamiast miłości, pokoju i bliskości, czujemy złość, rozgoryczenie i rozczarowanie.

Z kolei po Nowym Roku nasza psychika przypomina krakowski Rynek o piątej rano, tuż po imprezie sylwestrowej. Porozbijane butelki, korki od szampana, konfetti zmieszane ze śniegiem i błotem, jacyś włóczący się, pijani ludzie.

Wiele badań pokazuje, że noworoczne postanowienia wytrzymują przeciętnie nie więcej niż 30 dni. Po tym okresie 80% z nich jest zarzucana. Zapominamy o fajerwerkach i o tym, że wszystko, po raz kolejny mieliśmy zacząć od nowa.

Wszystko okazało się takie samo jak do tej pory. Nic magicznego się nie wydarzyło. Nie stałem się w ciągu nocy innym człowiekiem, nie przestałem się bać, ociągać ani wierzyć w siebie. Nie wygrałem w totolotka, nie znalazłem pomysłu na doskonały biznes, nie zacząłem mieszkać nad brzegiem oceanu.

Ucichły zachęty: Wszystko możesz! Uda się! Zobaczysz będzie ekstra!

Świat spowszedniał.

Witamy w szarości.

Takie same poranki, takie same wieczory. Nic specjalnego.

Czasem tylko żal, że znowu się nie udało. I myśl, gdzieś tam głęboko, że chyba coś ze mną jest nie tak. Że znowu (który to już raz?) zawaliłem.

2.

Trzydziestego czwartego dnia po nowym roku jest szaro. Zgasły światełka choinek. Gdzieniegdzie leży szary śnieg. Niebo ma problemy z decyzją czy ma być zachmurzone czy nie. Skulony gołąb siedzi ma krawędzi dachu. Wiatr trzęsie bezlistnymi kikutami drzew.

Na biurku lista zadań z poprzedniego dnia. Większości nie udało się zrealizować. Obok sterta książek, których ciągle nie udało się przeczytać.

Jest dopiero ósma rano, ale wiem, że nic specjalnego się dziś nie wydarzy. Nikt nie zadzwoni z przełomową informacją. Nie poczuję się pępkiem świata ani wybrańcem losu.

Nigdzie się dziś nie ruszę. Nie znajdę się nad brzegiem Pacyfiku. Nie oprę się plecami o palmę i nie będę się wpatrywał w lazur fal. Nie przejdę się boso po ciepłym piasku. Zamiast tego ubiorę ciężkie buty, ciepłą kurtkę i szarą wełnianą czapkę i będę szedł nierównym chodnikiem, szumiącym przejeżdżającymi obok samochodami.

Może to brzmi jak wyznanie człowieka załamanego i przytłoczonego światem.

Zanim zaczniesz mi współczuć, muszę jeszcze coś dodać: jestem szczęśliwy.

Dzisiejszy dzień jest dokładnie taki, jaki być powinien. Nie tęsknię za niczym innym. Jestem w tym miejscu, w jakim powinienem być i w jakim chcę dziś być.

3.

Morfeusz trzyma w ręce dwie tabletki: czerwoną i niebieską.

Gdy weźmiesz czerwoną, zniknie cały ten wielki wspaniały świat. Znikną ulice wielkiego miasta i ludzie śpieszący do wielkich spraw, znikną wysokie szklane wieżowce, księgarnie pełne mądrych książek, internet pełny rad tych, którym się udało i którzy znają-najlepszy-sposób, znikną piękne modelki (tak piękne, że czasem przez nadgorliwych grafików komputerowych pozbawione nawet pępków), znikną obrazki palm i seledynowego morza, zniknie twój wspaniały ubiór, w którym czujesz się jak gwiazda firmowa, zniknie twój czarujący, podobny do „widzianego w tv” uśmiech, zniknie wystudiowana fryzura… Obudzisz się nagi, obolały, nieatrakcyjny, będzie ci zimno, szaro i do niczego. Pokład Nabuchodonozora nie jest przyjemnym miejscem.

Gdy weźmiesz niebieską pigułkę, zapomnisz o wszystkim. Poczujesz kolejny przypływ energii. Świat znowu rozjarzy się kolorowymi światłami. Niebo znów zajaśnieje fajerwerkami. Znów staniesz się gwiazdą, ulubieńcem świata, urodzonym do czegoś innego, materiałem na ideał…

Znów będziesz mógł zacząć żyć w cudownym świecie, w którym nic nie stoi na przeszkodzie, byś (podobnie jak Timothy Ferriss) został mistrzem świta w kickboxingu, pobił rekord Guinessa w tangu czy został prezenterem tajskiej TV.

Problem z niebieską tabletką jest taki, że działa krótko. Wziąłeś ją trzydzieści parę dni temu. Właśnie przestaje działać. To z tego powodu masz wątpliwości. To z tego powodu, czujesz się gorszy, przegrany, udawany.

Co robisz?

Rozglądasz się szukając dilera niebieskich tabletek. Chciałbyś znaleźć naprawdę mocny towar. Taki, który będzie trzymał długo, przynajmniej do następnego Nowego Roku. Taki, który sprawi, że nigdy nie będziesz musiał już doświadczać szarości, znudzenia, lęku, obaw, wątpliwości czy zmęczenia.

Dilerów jest wielu. Reklamują się głośno i domagają się byś pozwolił wrzucić do twojego gardła kolejną porcję błękitu. Czasem nawet nie są świadomi tego, co robią. Są częścią systemu, wytworem chcących nad tobą zapanować komputerów rządzących światem.

Zatrzymaj się na chwilę zanim sięgniesz po niebieską tabletkę.

Obok niej leży czerwona.

Nie będzie fajerwerków. Będzie cicho. Nie będzie błogości. Będzie bolało. Nie będzie kolorowo. Będzie szaro. Nie będzie wygodnego ubioru, będzie dziurawy sweter.

Tim Ferriss mówi: rzeczywistość jest negocjowalna. Negocjowalna rzeczywistość jest tylko w Matrixie. Prawdziwa rzeczywistość jest taka, jaka jest.

4.

Czym jest ta czerwona tabletka?

Zgodą na byle, jakość, szarość, negatywne emocje i brak poczucia sensu?

Nie i nie. Bylejakość, szarość i bezsens masz bez żadnych tabletek.

Wziąć czerwoną tabletkę znaczy zacząć działać w prawdziwym świecie. Zacząć coś robić naprawdę. Ale zanim zaczniesz coś robić naprawdę musisz dopuścić do świadomości całą swoją marną kondycję. Musisz dać sobie pozwolenie na odczuwanie swoich słabości, porażek, zmęczenia i niedoskonałości.

Świat jest szary? Tak, jest szary. Odniosłem porażkę? Tak, odniosłem porażkę. Nie umiem się skupić? Tak, nie umiem się skupić. Nie osiągnąłem swoich celów? Tak, nie osiągnąłem. Nie wytrwałem przy postanowieniach i planach? Tak, nie wytrwałem. Moje życie jest kruche i krótkie? Tak, jest kruche i krótkie.

To jest zen codziennego dnia. Moje zwykłe biurko, moje wielkie zimowe buty, moja szara droga z domu do biura i z powrotem.

Shunryu Suzuki, mistrz zen, do którego książki, co pewien czas z ulgą zaglądam pisze:

Dopóki myślisz „muszę osiągnąć coś wyjątkowego”, nie robisz właściwie nic. Kiedy się poddasz, kiedy przestaniesz chcieć czegokolwiek, kiedy już nie próbujesz zrobić niczego specjalnego, wówczas robisz coś.

Zaczynasz coś robić, gdy przestajesz odgrywać podniebne dramaty. Prawdziwe działanie jest wtedy, gdy robisz „nic specjalnego”.

5.

Karmisz się niebeskimi pigułkami, tak długo, póki myślisz że musisz ciągle robić coś specjalnego, wyjątkowego, dramatycznego. Wydaje ci się, że im bardziej coś jest podniosłe, niezwykłe, nieprzeciętne i niesamowite, tym większe są szanse, że nie zmarnujesz życia.

Wczoraj, przed snem, przeglądałem książkę Ferrisa „4-godzinny tydzień pracy”. Tak się zaczyna:

Ta książka nauczy cię precyzyjnych reguł, które wykorzystałem, by zostać:

  • adeptem wschodnich sztuk walki, zwycięzcą czterech mistrzów świata;
  • pierwszym Amerykaninem w historii, który ustanowił światowy rekord Guinnessa w tangu;
  • gościnnym wykładowcą przedsiębiorczości na Uniwersytecie Princeton;
  • specjalistą lingwistyki stosowanej w zakresie języków japońskiego, chińskiego, niemieckiego i hiszpańskiego;
  • badaczem zajmującym się indeksem glikemicznym;
  • mistrzem Chin w kickboxingu;

Wystarczy. Lista ciągnie się długo, długo, długo…

W dalszej części książki Ferriss zwierza się, w jaki sposób osiągnął niektóre z tych rzeczy. Pisze np. że został mistrzem Chin w kickboxingu po czterech miesiącach treningów, dzięki manipulacji swoją wagą (odwodnił się przed ważeniem i szybko wrócił do swojej wagi po ważeniu, dzięki czemu miał przeciwników z niższej kategorii wagowej, wykorzystał także kruczek w regulaminie, którego przeciwnicy nie byli świadomi).

Tim, świetnie, jesteś kreatywny, żyjesz aktywnie. Ale wiesz co? Szukałem w całej twojej książce odpowiedzi na pytanie po jaką cholerę ci to wszystko i nie znalazłem. Po jaką cholerę tak bardzo ci zależało na tym by zostać mistrzem Chin w kickboxingu? Gdybym się dowiedział, może łatwiej byłoby mi wczuć się w to, co piszesz. Bo wiesz co? Ani jeden rekord z twojej listy do mnie nie przemawia. Nie poświęciłbym dziesięciu minut na to by móc wpisać na swoją listę (gdybym ją kiedykolwiek prowadził) choćby jednej z twoich pozycji.

A jeżeli już coś nawet porusza moją wyobraźnie, to zrobiłbym to z odwrotnej niż ty strony. Nie chciałbym na przykład zwyciężyć żadnego z mistrzów sztuk walki. Chciałbym raczej czegoś się nauczyć, na przykład od mistrza aikido. Po jaką cholerę miałbym go zwyciężać?

6.

Niebieska pigułka. Twoje życie musi być dramatyczne. Musisz ciągle robić coś wyjątkowego, specjalnego, niesamowitego. Jesteś ciotą, ofiarą losu, sierotą, nieudacznikiem, niewolnikiem, jeżeli nie masz na swoje liście choćby jednej czwartej tego, co twój guru.

Powiedz, co czujesz, gdy czytasz takie listy osiągnięć? Co czujesz, gdy słuchasz, jak ktoś godzinami chwali się swoimi zdobyczami, sukcesami i podbojami?

Poczucie własnej wartości? A może przerażenie: boże, jak ja marnuję swoje życie?! Muszę coś zrobić! Czym prędzej człowieku ustal swoje cele i zacznij je realizować! Do końca roku milion złotych na koncie, podróż w pięć miejsc świata, pięć tysięcy czytelników bloga, nurkowanie z rekinami, wejście na ośmiotysięcznik…

A może wolisz inną listę. W pierwszej, lepszej gazecie znajdziesz kilka wersji takich list – dla idealnej matki, przebojowej bizneswomen, genialnego naukowca, podziwianego muzyka itd.

Ustal swoje roczne cele i do boju! Przecież nie chcesz być ofiarą losu. Przecież wiesz, że tylko niebieska tabletka niesie ze sobą samą przyjemność.

Czyżbyś chciał wystąpić przeciw systemowi?!

7.

To, że nie masz na swojej liście choćby jednej wielkiej pozycji, nie znaczy, że marnujesz swoje życie.

Owszem życie można zmarnować. Ale proszę cię, nie daj sobie wmówić, że to kwestia tego gdzie byłeś, ile zarobiłeś, gdzie pracujesz, co widziałeś, jaki masz tytuł czy jakim sprzętem się posługujesz…

Nie daj sobie wmówić, że aby być godnym miłości i szacunku musisz czuć coś innego niż czujesz, musisz stać się zupełnie innym człowiekiem, musisz przenegocjować własną wersję rzeczywistości, musisz mieć solidną listę osiągniętych przez siebie celów.

Jesteś godny szacunku i miłości. Zawsze byłeś. Choćby nie wiem co.

8.

A może… tak nieśmiało się zastanawiam, bo gdzie mi tam do mistrzów lifedesignu, a może… tak czasem tylko dywaguję…, może życie Tima jest bez sensu, i tyle fajerwerków potrzeba mu po to by zagłuszyć to, co go w środku boli? Nie wiem.

Wiem, że cele, jakie ludzie stawiają sobie na początku roku dużo mówią o ich stosunku do samych siebie.

Ktoś, kto nienawidzi siebie samego będzie miał inne cele, niż ktoś, kto potrafi siebie zaakceptować.

Gdybyś zobaczył moje roczne cele sprzed kilku lat. To było coś w stylu:

Nauczyć się w stopniu komunikatywnym japońskiego i chińskiego.

Opanować do biegłości hiszpański, tak by bez słownika przeczytać książkę Perez-Reverto.

Opanować angielski na poziomie fluent.

Pięćset tysięcy czystego zysku.

Dziesięć nowych szkoleń po dziesięć edycji każde.

Minimum miesięczna podróż przez Oceanię.

Nauczyć się jazdy konnej.

Opanować dziesięć ewolucji na rolkach.

Napisać i wydać dziesięć książek.

Wziąć udział w pięciu konferencjach naukowych.

Napisać i opublikować artykuł naukowy

Rozpocząć studia doktoranckie.

Pomyśl, co by było, gdyby takie cele postawić przed kimś innym i zagrozić mu, że jeżeli nie zrealizuje ich wszystkich będzie absolutną szmatą i ofiarą losu. To by było draństwo, agresja i znęcanie się nad drugim człowiekiem!

Dlaczego tak łatwo godzimy się na agresję wobec siebie samego? Dlaczego jesteśmy wobec siebie tak bardzo okrutni? Dlaczego tak łatwo nam się znęcać nad samym sobą?

9.

Przyjrzyj się swoim celom z Nowego Roku. Na jakiej byłeś wtedy pigułce?

A może pora wziąć czerwoną?

Może pora przestać panicznie bać się swojej rzeczywistości? Przestać uciekać od bólu, przestać zagłuszać siebie kolejnymi fajerwerkami, imprezami, wyzwaniami i szalonymi celami?

Może pora dać sobie pozwolenie na czucie tego wszystkiego, co czujesz.

Może pora dać sobie pozwolenie na bycie człowiekiem. Istotą, która się boi, jest krucha, która odnosi porażki i popełnia błędy. Istotą, która się myli, która nie zawsze daje radę, która jest słaba. Istotą, która czasem ma ochotę się rozpłakać. Która czasem jest nieporadna i niepozbierana.

10.

To wcale nie znaczy, że masz przestać czegokolwiek chcieć.

Szczerze mówiąc, nawet i dziś mam wielkie marzenia. Nie chcę jeszcze zdradzać szczegółów, ale przyjmijmy, że chciałbym pojechać gdzieś bardzo, bardzo daleko.

Ale to nie jest mój „roczny cel”,

Gdy mi się uda, będę się cieszył. Ale gdy mi się nie uda, nie będę miał kaca, nie będę sobie mówił: stary, dałeś ciała, skrewiłeś, jesteś do kitu.

Nie będę wyczekiwał na tą podróż tak, jakby dopiero od niej miało się zacząć życie.

Nie widzę powodu aby zwykły dzień w Krakowie miał być gorszy od dnia, który być może spędzę, powiedzmy, bycząc się nad brzegiem seledynowego Pacyfiku.

Ktoś, kto nie jest w stanie w pełni przeżyć dzisiejszego dnia, nie będzie w stanie w pełni przeżyć jutrzejszego, choćby nawet jutro miał znaleźć się na najpiękniejszej wyspie świata.

Kiedyś siedziałem za dużym stołem w jakimś hostelu, gdzieś w środku Indii. Wokół mnie sami młodzi ludzie, którzy wybrali się w swoją podróż marzeń. Niektórzy tylko po Indiach, inni wokół świata. Wiesz co ludzie najczęściej czują po miesiącu czy dwóch bycia w podróży? Rozczarowanie. Tam za morzem w obcych krajach, gdy już przywykniesz do zapachów, temperatury i dźwięków, jest cholera tak samo. Albo, jeśli wolisz, jesteś tą samą osobą, którą byłeś.

11.

Wziąć czerwoną pigułkę nie znaczy całkiem zrezygnować z rocznych celów. Na początku roku ja również postawiłem sobie cele.

Oto one:

  • Co 27 minut pracy robię przerwę na 3 minuty, w trakcie której biegam i wykonuję ćwiczenia fizyczne aż do lekkiego zasapania. Co cztery takie odcinki (czyli co dwie godziny) 15 minut przerwy.
  • Codziennie przeprowadzam min. 10 minutową sesję Naikan (co polega na zadawaniu sobie w odniesieniu do kolejnych ludzi pytań: co dziś od tej osoby dostałem, co jej dałem i źródłem jakich kłopotów względem niej byłem).
  • Każdego dnia (oprócz niedziel, świąt i wyjątkowych sytuacji) zaczynam pracę od pisania przez 2 godziny.
  • Dla każdego pisanego tekstu określam na piśmie główną myśl (tzw. core message).
  • Codziennie czytam przez min. 27 minut.

Ktoś może powiedzieć, że to nie są cele. Tak, to nie są cele dotyczące efektu końcowego. To cele dotyczące procesu, czy sposobu działania. To rutyny. Nowy Rok to dobry moment na ustalanie i korygowanie swoich rutyn (tak samo zresztą jak początek czy nawet środek lutego).

W odróżnieniu od celów dotyczących stanu końcowego (np. zarobię pięć milionów, napiszę dziesięć książek czy zdobędę tysiąc nowych czytelników) to nie są cele ustalone dlatego, że ktoś mnie „zainspirował” czy poczułem przypływ fantazji…

To cele, które wynikają z moich własnych słabości, zmagań i potrzeb. Na przykład potrzebuję takiego dziwnego rytmu pracy ze względu na potrzeby fizyczne (gdy zbyt długo siedzę bolą mnie kolana) i rozmywanie koncentracji (dzięki tej metodzie, mogę pracować na tym samym poziomie skupienia prawie przez cały dzień).

Oczywiście mam także cele dotyczące efektów (np. wiem, że w marcu planuję zrobić szkolenie). Ale staram się by tego rodzaju cele nie wybiegały dalej niż dwa, trzy miesiące do przodu.

Mój wysiłek skupia się na dzisiejszym dniu. Jeżeli uda mi się go dobrze przeżyć, jeżeli krok po kroku będę doskonalił codzienne, zwykłe czynności (dla mnie jest to pisanie czy czytanie) ten proces zaprowadzi mnie tam, gdzie powinien zaprowadzić. Czasem znacznie dalej niż jestem w stanie sobie wyobrazić, a czasem bliżej. Nie widzę powodów by zgadywać gdzie. To jednak inna historia.

Dziś chciałem napisać głównie o tym, że gdy czujesz się źle, bo znowu nie udało ci się zrealizować twoich wielkich wspaniałych celów, być może powinieneś przestać się za to okładać po głowie i po raz kolejny stawiać się pod ścianą, wymagając od siebie nowych niesamowitych, zamykających usta osiągnięć.

Być może powinieneś z miłością, lub przynajmniej akceptacją, przyjąć swoje dziś. Być może powinieneś zgodzić się na swój zwyczajny, powszedni umysł.

Być może powinieneś przestać wreszcie myśleć o tym, co wpiszesz na tą listę wyjątkowych osiągnięć i zamiast tego skupić się na tym, co teraz robisz. Na tym, co dziś możesz poprawić.

Możesz się zdziwić, jak wiele niespodziewanych, nigdy nie zaplanowanych rzeczy przydarza się codziennie na świecie.


Zdjęcia: H.Koppdelaney; Kirainet