Na czym mi tak naprawdę zależy?

Wiem, czego naprawdę chcę! Moim marzeniem jest dom z ogrodem! Świetnie. Pracujesz, wypruwasz żyły, poświęcasz czas, rezygnujesz z innych możliwości, byle tylko zbliżyć się do marzenia. W końcu, po kilku latach, się wprowadzasz. Jak cudownie! Jestem królem świata! Czujesz podniecenie, ożywienie, radość. Przez jakiś czas. Po miesiącu, dwóch, trzech, wszystko blaknie. Radość mija, pojawia się znużenie. W końcu — hello, tęskniłeś? — zjawia się poczucie pustki. I to jest ten raj, do którego z takim oddaniem biegłem? Tylko o to mi chodziło?

To, że entuzjazm blaknie, nie jest aż takim problemem. W końcu największy smakołyk jedzony zbyt często powszednieje. Gorsze jest poczucie, że mimo tych wszystkich wysiłków i osiągnięć życie jest wciąż puste, że wciąż jesteś w jakiś sposób stłamszony.

Nie zbudowałem domu z ogrodem (choć przez jakiś czas myślałem, że naprawdę mi na tym zależy). Ale zdarzyło mi się zrealizować kilka marzeń i bardzo się tym rozczarować. Na przykład wydanie książki. To było wielkie marzenie. Pamiętam, jak wszedłem do empiku, podszedłem do półki z książkami psychologicznymi i pomyślałem, że gdybym mógł ściągnąć z niej książkę ze swoim nazwiskiem, byłbym najbardziej pewnym siebie człowiekiem na świecie; już nic by mnie nie zatrzymało, nie mówiąc o tym, jak bardzo by się z tego cieszył.

Minęło jakieś pół roku i ściągnąłem dokładnie w tym samym empiku z półki, pod którą stałem książkę ze swoim nazwiskiem (na dodatek wielkim zdjęciem na tylnej okładce).

I co z tego? Ani nie poczułem głębokiej satysfakcji, ani spełnienia. A na pewno nie poczułem, że moje życie zdobyło teraz potwierdzenie i że jestem pewnym siebie człowiekiem, który wreszcie znalazł swoje przeznaczenie i właściwe miejsce na świecie.

Co z tym zrobić? Odpowiedź, która się narzuca: bardziej się starać. Nie czujesz satysfakcji i pewności siebie, bo za mało sprzedałeś (Co to jest te dwa tysiące egzemplarzy?)! Bo jesteś zbyt mało popularny (Co to są trzy wizyty w telewizji?!). Bo to tylko jedna książka.

Najprostszym rozwiązaniem wydaje się postawić przed sobą nowy cel. Na przykład mówisz sobie: Mój dom nie jest dość wypasiony. Potrzebuję czegoś lepszego. Przynajmniej muszę zrobić remont! Raz, dwa, trzy i możesz zapomnieć o rozczarowaniu, rzucając się na nowy cel. Jestem pewien, że markety i firmy budowlane działają w branży usług psychologicznych. Ich największe zyski pochodzą z zapełniania poczucia pustki i bezsensu życia (podobnie zresztą jak firmy motoryzacyjne i wiele innych).

Problem jednak nie polega na tym, że twój dom jest za mały, nie dość reprezentacyjny, że potrzebuje nowych okiem. Problem nie polega na tym, że za mało sprzedajesz, że napisałeś za mało książek, że zbyt niewiele osób cię zna. Nie polega na tym, że masz za mało na koncie. Nie polega na tym, że twój samochód wymaga wymiany. Nie polega na tym, że brakuje ci kolejnego awansu, podwyżki, podróży, znajomości czy jakiegokolwiek gadżetu. Polega na tym, że osiągnąłeś coś, co nie miało dla ciebie większego znaczenia. A stało się tak dlatego, że nie wiedziałeś, czego naprawdę chcesz.

Jak mogłem nie wiedzieć? Przecież wiedziałem! Wydawało ci się.

„Jedno z najtrudniejszych zadań stojących przed każdą istotą ludzką”

Żyjemy w świecie, w którym ludzie nie mają pojęcia, czego chcą. Erich Fromm, w napisanej 80 lat temu, ale wciąż niezwykle aktualnej książce (szczególnie w dzisiejszej Polsce) Ucieczka od wolności pisał:

Ludzie nie zastanawiają się, czy cele, ku którym zmierzają, są tym, czego sami pragną. Człowiek współczesny żyje w złudzeniu, iż wie, czego chce, gdy w istocie chce jednie tego, czego się od niego wymaga. Aby zaakceptować tę prawdę, trzeba sobie uprzytomnić, że wiedzieć czego się istotnie chce, nie jest – jak myśli większość ludzi – rzeczą łatwą, lecz jednym z najtrudniejszych zadań, stojących przed każdą istotą ludzką.

Ludzie mają dziś więcej możliwości niż kiedykolwiek w historii, wolą się jednak podporządkowywać. W szkole chcemy dobrych stopni (jak tu sprzeciwić się rodzicom i nauczycielom), potem chcemy mieć odpowiednią pracę (Mamusia jest lekarzem, ty też musisz iść na medycynę; musisz zostać informatykiem, bo oni zarabiają dobre pieniądze), potem chcemy awansować, zrobić specjalizację, kupić dobry samochód, wyjechać na modne wakacje, zbudować domek z ogrodem, posłać dzieci do dobrej szkoły… i tak jakoś nie ma czasu, by się zastanowić: czy ja naprawdę tego chcę? Czy o to mi do cholery chodzi?

Nawet turbulencje niewiele zmieniają

Wydaje się, że dobrym momentem na to, by zastanowić się, na czym naprawdę mi zależy, są wstrząsy i turbulencje. Tracisz pracę, wpadasz w długi, dzieje się coś trudnego – wydaje się, że to doskonała okazja, by zatrzymać się i przemyśleć, czy czasem, nie jestem jak chomik w swoim kieracie.

Wydaje się, ale często tak nie jest. Gdy kilka razy coś takiego mi się zdarzyło, muszę się przyznać, poczułem ulgę: Uff, teraz muszę zająć się naprawianiem problemów. Gdy okręt tonie, nie mogę rozmyślać, w którą stronę mam płynąć, wszystkie ręce do pomp. Ból podejmowania decyzji, wybierania i zmagania się z sobą, został odsunięty na dalszy plan.

To jest plus trudnej sytuacji. Gdy straciłeś pracę, nie masz jak spłacić kredytu, gdy coś złego się dzieje – możesz skupić się na prostych zadaniach i nie myśleć o tym, że być może to wszystko nie ma żadnego sensu.

Rozpacz automatu

Czasem napieram i osiągam, czasem wypompowuję wodę, ale nigdy nie badam, czego naprawdę chcę. Działam, jestem aktywny, ale pod zewnętrzną powłoką jest coś innego. Fromm pisze:

Przyglądając się ludziom powierzchownie, odnosimy wrażenie, że tak w życiu ekonomicznym, jak i społecznym, funkcjonują nie najgorzej; byłoby jednak rzeczą niebezpieczną przeoczyć, kryjące się za tą błyszczącą powłoką głębokie poczucie braku szczęścia. Kiedy życie przestaje coś znaczyć, bo jest niespełnione, człowiek popada w rozpacz.

To, co widać wokół – powolne staczanie się naszej młodziutkiej demokracji w kloakę autorytaryzmu to efekt, jak to ujmuje Fromm rozpaczy ludzkiego automatu. Ludzie nie wiedzą, czego naprawdę chcą i szukają kogoś, kto im to powie oraz zagłuszy ich poczucie rozpaczy. Nie chcę się jednak wyzłośliwiać politycznie. Zjawisko niemocy, odcięcia od życia, bezsensownego kręcenia się w kieracie — to coś, co znam z własnego doświadczenia. Także ja, jak każdy dotknięty niemocą ludzkiego automatu, chcę ożyć i uwolnić się z tego stanu. Pierwszym krokiem jest znaleźć to, na czym mi tak naprawdę zależy. Jak się za to zabrać?

Odwaga stawiania pytań

Trzeba zacząć od zdobycia się na odwagę stawiania sobie pytań, a potem na odwagę usłyszenia własnej odpowiedzi.

— Wiesz, takie pytania to można sobie stawiać, gdy ma się dwadzieścia lat, ale w tym wieku?

Nie, takie pytania można sobie stawiać, nawet gdy ma się dziewięćdziesiąt lat. Problem tylko w tym, że w miarę lat mamy w sobie coraz mniej odwagi.

Dlaczego? Z jednej strony dlatego, że bycie automatem uzależnia. To nie jest wygodne ani piękne, ale jak się człowiek przyzwyczai, jest akceptowalne. Po pewnym czasie wolisz znane więzienie niż nieznaną i niepewną wolność.

Po drugie dlatego, że wierzymy w młodzieńczy mit, że gdy odkryję swój prawdziwy cel, to trzeba będzie wszystko w życiu zmienić. Zdarzają się takie rzeczy. Człowiek idzie ulicą, nagle trafia go jakaś błyskawica i już nie wraca do domu: wstępuje do klasztoru, zaciąga się do Legii Cudzoziemskiej, albo wyjeżdża do Afryki. Słyszysz takie opowieści i myślisz: może lepiej nie grzebać w sobie za bardzo, bo jeszcze się okaże, że będę musiał wszystko wywrócić do góry nogami?

Bez przesady. Wcale nie musisz rezygnować z budowy domu, gdy odkryjesz, że to nie jest twój najważniejszy życiowy cel. Wcale nie musisz całkowicie zrezygnować z wydawania książek, gdy dotrze do ciebie, że to cel trzeciorzędny.

Nie chodzi o to, by wszystko postawić na głowie. Zazwyczaj chodzi o korekty albo przestawienie czegoś miejscami, czy uporządkowanie. Postawić wszystko na głowie trzeba tylko wtedy, gdy twój nowy, bardziej prawdziwy cel jest sprzeczny z dotychczasowymi dążeniami. Jeżeli jesteś katem, a dotrze do ciebie, że chcesz być siostrą miłosierdzia, tak, wtedy trzeba wszystko wywrócić. Ale w 90% przypadków nie ma potrzeby zwrotu o 180 stopni. W zupełności wystarcza 10 —20 stopni.

Zawsze wierzyłem w siłę małych rzeczy: małych nawyków, małych kroków, małych postanowień i małych „nawróceń” (nazwijmy w ten sposób moment, w którym odkrywamy, na czym nam naprawdę zależy). Te małe nawrócenia, są cenniejsze niż te ogromne (po których zazwyczaj niewiele zostaje).

Ponawiaj pytanie i odświeżaj odpowiedź

— Ale ja już sobie kiedyś odpowiedziałem na pytanie o to, co chcę naprawdę robić.

Rozumiem, ja również. Jako młody człowiek trafiłem nawet do klasztoru. Uff… to była jazda. Byłem tam chyba tydzień, ale z pół roku zmagałem się, czy tam nie wrócić na całe życie. Czy to nie było chore? Nastolatek, który nie zna ani świata, ani siebie ma podjąć decyzję, co będzie robił za dwadzieścia, trzydzieści lat? Mówią mu: odkryj, co w sobie masz, wsłuchaj się w siebie, a on ma w sobie garść banałów, uproszczonych i tandetnych fantazji, burzę sprzecznych uczuć i niezrozumiałych przeczuć. Ale ponoć gdzieś tam, wśród tej plątaniny ma być ta jedna decyzja na całe życie.

Ale tak, udało mi się ją znaleźć, odkryłem jedno, prawdziwe powołanie na całe życie. Tylko jedno, a co lepsze takie same dla każdego. Brzmi ono mniej więcej tak: Być w pełni człowiekiem. Żyć najlepiej jak można.

Wszystkie inne rzeczy przychodzą, odchodzą, zmieniają się. W wieku dwudziestu lat najważniejsze może być coś innego niż w trzydziestu czy pięćdziesięciu. Dlatego warto ponawiać co jakiś czas pytanie: O co mi właściwie chodzi? Co jest moim właściwym kierunkiem? Nie za często, bez przesady, nie chodzi o to, by się paraliżować. Ale raz na kilka lat — warto. Być może tylko odświeżysz to, co było do tej pory, gdy jednak całkowicie przestaniesz siebie o to pytać, może się okazać, że sprzeniewierzysz się jednemu, prawdziwemu powołaniu — temu do bycia człowiekiem.

Ale jak szukać odpowiedzi?

Czy jest przepis na to, by znaleźć swoje powołanie?

Wyciągnąłem szybko z półki trzy książki. W sumie ponad 1000 stron, które mają ponoć pomóc w tym, by „Odkryć swoje powołanie”, „Odkryć swoje autentyczne życie”, czy „Znaleźć to, czym twoje życie powinno być”, Nie chce mi się dalej szukać, ale znalazłbym jeszcze kilka podobnych. Niektóre fajnie się nawet czyta. Niektóre mają szczegółowe rady i plany działania. Są takie z arkuszami i ćwiczeniami.

Jest tylko jeden problem. Tego rodzaju książki, niezależnie od tego, jak fajnie się je czyta czy z nimi pracuje, w niewielkim stopniu pomagają. Książka z przepisami bywa pomocna, gdy w twojej lodówce jest mniej więcej to samo, co w lodówce autora. Jeżeli chodzi o znalezienie tego, co najważniejsze, każdy z nas ma zupełnie inny zestaw produktów w swojej lodówce. Każdy z nas jest unikalny, niepowtarzalny i wyjątkowy. Kogoś takiego jak ty, nigdy nie było i nie będzie. Twoje potrzeby, wrażliwość, preferencje, wspomnienia – to rzeczy w jednym, jedynym egzemplarzu. Prędzej znajdziesz sobowtóra, niż osobę, która myśli, czuje i pragnie tak samo, jak ty. A jeżeli jesteś wyjątkową osobą, to i droga do tego, by odkryć swoje sedno, także jest wyjątkowa.

Szukanie sprawdzonych, uniwersalnych technik jest najczęściej unikaniem realnej pracy nad sobą. Nie ma uniwersalnych sposobów. Nie ma prostych ćwiczonek, w rodzaju: wypełnij ankietkę, odpowiedz na serię pytanek, czy narysuj obrazek, a ja ci powiem, co masz z sobą w życiu zrobić. Jeżeli chcesz odkryć, na czym ci naprawdę zależy, musisz to zrobić samodzielnie.

Nie podam sposobu, ale podzielę się trzema uwagami: liczy się proces, twórcze działanie i związek ze światem.

Proces, a nie rezultat

Szukając jakiejś książki, znalazłem starą sfatygowaną legitymację Górskiej Odznaki Turystycznej (pewnie już nawet nie ma czegoś takiego, tak dawno to było). W kolejnych rubrykach wpisane są moje górskie wycieczki z ilością przyznawanych za nie punktów. Na przykład za wejście z Ustrzyk Górnych na Tarnicę (a potem zejście) — 25 punktów. Przez jakiś czas wpisywałem trasy, ale w legitymacji nie ma nawet jednej górskich tych, które pokonywałem. Miło było dostać oznakę, ale to był tylko dodatek. Leźć po nierównym terenie przez 7 godzin dla jakichś punktów? Nie chodziło też o osiągnięcia. Komu się pochwalić, że się zdobyło Tarnicę? Może wdrapanie się na jakąś himalajską górkę,  byłoby osiągnięciem, ale na Tarnicę można wejść nawet w sandałkach (choć nie polecam).

W góry się chodzi, żeby być na szlaku. Jak powiedział mój kolega, towarzysz wielu wędrówek, gdy po długiej przerwie wreszcie gdzieś się ruszaliśmy:

— Stary, najważniejsze, że znów w drodze!

Zdarzali się jednak ludzie z innym podejściem. Pewnego razu wyruszyłem w Słowackie Tatry z człowiekiem, dla którego liczyły się tylko kolejne punkty i osiągnięcia. To był koszmar. To tak, jakby z hotdoga wywalić parówkę, albo z pierogów jagody — tracisz najlepszą część.

W codziennym życiu takich szaleńców jest mnóstwo. Gdy rozejrzysz się wokół, zobaczysz ludzi, którzy ze skwaszonymi minami zdobywają kolejne punkty, zaliczają kolejne szczyty i gromadzą kolejne odznaki. Wydaje im się, że gdy w końcu przypną coś do klapy, powieszą na ścianie, postawią na półce, umieszczą na profilu — będą szczęśliwi. Jeszcze tylko jedno trofeum, jeszcze tylko jeden poziom, jeszcze tylko jeden sukces, a poczuję pełnię. Będę mógł rozejrzeć się wokół i uśmiechać do wszystkich.

Nie dociera do nich, że jedynym miejscem, w którym można poczuć się szczęśliwym, jest chwila obecna. Jak to ujmuje Fromm:

Tym samym człowiek traci jedyne źródło prawdziwego szczęścia — aktywne przeżywanie chwili bieżącej — i goni za marą, która rozwiewa jego złudzenia w momencie, kiedy myśli, że ją osiągnął — za zwodniczym szczęściem zwanym powodzeniem.

Jeżeli nie chcesz się rozczarować, wyjdź poza produkt czy rezultat. Pomyśl o tym, jak będą wyglądać bieżące chwile, gdy już osiągniesz to, co jest twoim celem. Weźmy ten dom z ogrodem, o którym wspomniałem. Jeżeli widzisz siebie siedzącego na fotelu w ogrodzie, przez tydzień, miesiąc, rok, jeżeli czujesz, że nigdy ci się to nie znudzi – to siedzenie w ogrodzie jest być może twoim celem. Nie dom, nie ogród, ale właśnie siedzenie w ogrodzie. Jak nie siedzenie to może pielęgnowanie drzew, trawnika czy jakakolwiek inny proces.

Jeżeli o mnie chodzi, muszę być szczery wobec siebie. Po tygodniu, czy dwóch, strasznie bym się nudził w takim domu z ogrodem. No, chyba że miałbym mnóstwo dobrych książek i dobrej kawy. Tylko że czytaniem książek z filiżanką kawy, mogę się rozkoszować już teraz. Nie potrzebuję do tego ogrodu, wystarczy fotel, albo balkon. Świadomość, że robię to we własnym ogrodzie, który zbudowałem kosztem wielu lat wyrzeczeń, niekoniecznie by mi podniosła poziom przyjemności. Ale nawet gdyby i tak, po dwóch miesiącach czegoś by mi brakowało. Zacząłbym patrzeć z tęsknotą na horyzont.

Chciałbym mieć dom z ogrodem, ale to nie jest to, czego naprawdę chcę.

Pytanie „Na czym mi tak naprawdę zależy?” to nie jest pytanie o to „Co chcę mieć?”, „Co chcę osiągnąć?” czy „Gdzie chcę dotrzeć?”, w rzeczywistości to jest pytani o to „Jak chcę żyć?”, „W jakiej trasie chcę być?

Za często wpuszczamy się w pułapkę, myśląc o domach, samochodach, tytułach, książkach i tysiącach innych błyskotek.

Aktywność twórcza, a nie pasywność

Siedziałbym sobie w tym ogrodzie i czytał książki. Wyciągnąłbym się pod gruszą i spał. Leżałbym sobie na kanapie i oglądał Netflixa. Otworzyłbym piwko i kibocował bez końca. Nie musiałbym już nigdy pracować.

To wizje szczęścia ludzkich automatów: wyłączyć się, nie być eksploatowanym, nic nie musieć. Problem w tym, że człowiek tak naprawdę nie jest automatem i pasywne leżenie pod gruszą, albo oglądanie bez końca seriali, w rzeczywistości jest bardzo mało satysfakcjonujące. Człowiek automat nie wie o tym, bo stłumił swoje autentyczne pragnienia, emocje i myśli. Szuka pasywnej przyjemności, bo pragnienia, które ma, są mu narzucone. Nic dziwnego, że nie ma ochoty iść do pracy, spotykać się, rozmawiać, włączać komputera itp. przecież to nie są jego własne pragnienia. Oddać się nicnierobieniu, to jego rodzaj buntu.

Gdy jednak uda mu się ten stan osiągnąć (na przykład wyjeżdżając na urlop), okazuje się, że to nie czuje żadnego szczęścia. Nie daje mi szczęścia moja praca (bo narzucona), ale nie daje też szczęścia bierność (bo w głębi wciąż jestem żywy).

Poczucie samorealizacji wiąże się z aktywnym, twórczym działaniem. Sonja Lyubomirsky w książce The how of happiness, cytuje słowa australijskiego psychiatry:

Jeżeli znajdziesz naprawdę szczęśliwego człowieka, znajdziesz go budującego łódź, piszącego symfonię, uczącego syna, hodującego dalie w ogrodzie, lub szukającego jaja dinozaura na pustyni Gobi.

Ten cytat można zrozumieć jako pochwałę celów (i zdaje się tak, rozumie go autorka książki, z której to przepisałem). To nie jest pochwała celów. Ten człowiek nie jest szczęśliwy, dlatego, że do czegoś dąży. Źródłem jego szczęścia nie jest łódź, symfonia, wyedukowany syn, dalia czy jajo dinozaura. Źródłem jego szczęścia jest aktywność, której się oddaje. Ten człowiek jest szczęśliwy, bo kocha budować łodzie (nawet gdy nimi nigdzie nie wypłynie), kocha pisać symfonie (nawet gdy nie zostaną wykonane w żadnej filharmonii), kocha uczyć syna (nawet gdy nie zostanie wielkim naukowcem), kocha sadzić i pielęgnować dalie (nawet gdy nie zdobędą nagrody w konkursie florystycznym), kocha szukać dinozaurów na pustyni (nawet gdy ich nie znajdzie).

Każde z tych zajęć to jakiś rodzaj aktywności twórczej, to znaczy takiej, która nie jest tylko mechaniczną reakcją, odpowiedzią na zewnętrzny nacisk czy przyzwyczajeniem i która zmienia w jakiś sposób (mały lub większy) świat. Taką aktywnością nie jest oglądanie seriali czy leżenie pod gruszą, jest nią kręcenie seriali (choćby amatorskich) i pielęgnowanie gruszy.

Skąd mam wiedzieć, jak aktywność jest tą właściwą? Z uważnych prób. Uważnych. Wielu rzeczy próbujemy, nie zwracając uwagi na to, co czujemy. Nie wchodząc w głąb. Nie nasłuchując. Próbuję na przykład prowadzić szkolenia i stwierdzam: Nie to nie dla mnie, płożyłem sprawę. Nic nie było takie, jak powinno. Nie poradziłem sobie. Nie uważasz, skupiasz się tylko na ocenach i efekcie, a nie samym procesie. Nie chodzi o to, jak coś ci wyszło. Chodzi o to, jak się czułeś, coś robiąc. Nie szkodzi, że teraz nie umiesz. Michael Jordan, na początku nie umiał grać w koszykówkę. Wystarczyło, że kochał tę grę.

Spotkanie ze światem, a nie narcyzm

Miałem kiedyś koleżankę, studentkę anglistyki. Podróżowaliśmy razem stopem przez Europę. Mój angielski był na marnym poziomie, ledwo się dogadywałem. Na jakim poziomie był jej? Trudno określić, bo choć studiowała anglistykę, zazwyczaj to ja musiałem mówić. Gośka przeżywała, że nie jest perfekcyjna. To, jak dobrze się dogadamy, było dla niej mniej ważne od tego, jak ona sama wypadnie. Przez jakiś czas wydawało mi się, że jest po prostu zblokowana czy zakompleksiona. To jednak nie było to. Któregoś razu, gdy wyjątkowo zaczęła rozmawiać z Anglikami spotkanymi gdzieś w Alpach, dla żartu powiedziałem potem, że jej akcent był trochę słaby. Myślałem, że mnie zabije. Niby „nie chcę kaleczyć”, ale niech ktoś nie doceni mojej wielkości! Gośka była narcyzem, bo obraz siebie samej był dla niej ważniejszy niż świat wokół niej.

Mitologiczny Narcyz, za wzgardzenie miłością leśnej nimfy został skazany przez bogów na mękę miłości, która nie daje zaspokojenia. Gdy spragniony pochylił się nad srebrzystym źródłem, zakochał się w swoim odbiciu. Nie mogąc się zbliżyć do przedmiotu westchnień, wbił w swoje serce sztylet, a z jego krwi wyrosły białe narcyzy z czerwoną koroną.

Żyjemy w narcystycznym świecie. Nie robimy już zdjęć przyrodzie, zabytkom czy innym ludziom. To wszystko stało się jedynie tłem do selfie. Dawniej nikomu nie przyszło nawet do głowy, że obiektyw aparatu można skierować w stronę osoby robiącej zdjęcie. Dziś wiele osób nawet by nie zauważyło braku obiektywu zewnętrznego. Najważniejszy jest ten, który mogę skierować na siebie.

Narcyz łączy w sobie dwa odczucia: zadufanie i zalęknienie. Gdy zadufanego narcyza zapytasz, co chce robić, od razu ci odpowie: śpiewać, tańczyć, grać, pisać (w zależności od tego, jakie programy czy profile śledzi). W rzeczywistości żadna z tych aktywności nie liczy się dla niego. Gdy śpiewa to nie dlatego, że to lubi, ale dlatego, że kocha brawa i podziw. Gdy pisze, to nie dlatego, że ma coś do przekazania, że lubi spędzać czas zmagając się ze słowami, ale dlatego by olśnić elokwencją. Zakłada firmę, nie dlatego, że kocha organizować, działać i realizować projekty, ale dlatego by być prezesem. Narcyzowi wydaje się, że kocha robić różne rzeczy, ale tak naprawdę kocha tylko jedno: błyszczeć.

Pytanie do narcyza: Czy wciąż byś chciał to robić, gdyby nikt cię za to nie podziwiał? Gdybyś był w tym przeciętny? Gdybyś był jednym z wielu?

Narcyz ma także drugą stronę — tak samo często, jak zadufany bywa zalękniony. To jest to cierpienie mitologicznego Narcyza — wyciąga ramiona, by objąć swoją miłość i czuje tylko chłód wody. Chciały coś robić, ale boi się, czy będą go podziwiać. Chciałby czegoś spróbować, ale przecież może mu nie wyjść i to by była tragedia.

Aby znaleźć, to, co dla ciebie ważne trzeba, przynajmniej w pewnym stopniu, poradzić sobie z własnym narcyzmem. Trzeba przesunąć uwagę z tafli odbijającej ciebie na to, co się pod nią znajduje: dostrzec ryby, kamienie, rośliny i co tam jeszcze jest. Na początku jest ciężko, ale to kwestia uwagi. To kwestia wytrenowania się w tym, by patrzeć choćby nieco głębiej.

Masz poprowadzić szkolenie, za chwilę wyjdziesz na środek. Czujesz się przerażony. Myślisz: Czy dam radę? Czy mi się uda? Czy się nadaję? Czy im się spodobam? Czy jestem do tego przygotowany?

Ja, ja, ja. Popatrz głębiej:

— Dobra, boisz się, czujesz napięcie. Pomyśl jednak, czego oni się obawiają, jakie oni mają problemy, jakie oni mają potrzeby. Może zastanawiają się nad tym, czy wypadną na dość pojętnych, czy wszystko zrozumieją, czy prowadzący doceni ich wypowiedzi, czy nie zmarnują okazji do nauczenia się czegoś?

Własne odbicie zawsze gdzieś tam będzie majaczyć, nie sądzę, by możliwe było całkowite pozbycie się narcyzmu. Ważne jest jednak, by przynajmniej doprowadzić do równowagi. Pomaga to zarówno w poradzeniu sobie z napięciem, jak i w znalezienie swojego sedna.

Nie myśl tylko: Co ja chcę robić? Co mi daje poczucie spełnienia? Co sprawia, że żyję? Myśl także: Na kim mi zależy? Co — w tym świecie, który widać w tym zewnętrznym obiektywie — jest dla mnie ważne? Co chcę dać światu? Jakie zmiany chcę w nim wprowadzić?

Twórcza aktywność, która daje poczucie spełnienia, zawsze łączy się z jakimś spotkaniem. Inspiracja nigdy nie bierze się sama z siebie, zawsze jest efektem tego, że coś zobaczysz, spotkasz, usłyszysz, że czymś się przejmiesz. Czasem trzeba tego długo szukać, a czasem to jest tuż pod ręką. Zawsze jednak po drugiej stronie zwierciadlanej tafli.

Prośba o wypełnienie ankiety

Przy okazji: chciałbym zaplanować tematy najbliższych tekstów. Czy zechciałbyś / zechciałabyś podzielić się swoimi potrzebami? Ankieta jest zupełnie anonimowa i szybka do wypełnienia. Można ją znaleźć pod tym linkiem. Z góry dziękuję.

3 komentarze

  1. Dziękuję za ten tekst. Dużo z siebie w nim zobaczyłam.

  2. „Człowiek automat nie wie o tym, bo stłumił swoje autentyczne pragnienia, emocje i myśli. Szuka pasywnej przyjemności, bo pragnienia, które ma, są mu narzucone. Nic dziwnego, że nie ma ochoty iść do pracy, spotykać się, rozmawiać, włączać komputera itp. przecież to nie są jego własne pragnienia. Oddać się nicnierobieniu, to jego rodzaj buntu.”

    To uczucie kiedy Zbyszek Ryżak podsumowuje kilka lat mojej terapii w jednym akapicie. Niesamowite.

Zostaw komentarz