Jak bez szarpania osiągnąć swój cel: lekcja jaką wyniosłem zadając pewien egzamin

Pisałem poprzednio, że nasze sukcesy mogą być źródłem cennej wiedzy. Dzięki nim łatwo odkryć sposoby, które pozwolą nam żyć z większą energią. Warto szukać sukcesów i uważnie im się przyglądać. Szczególnie cenne są zwycięstwa, które odnosimy po wielu próbach. Nie wychodzi, nie wychodzi, nie wychodzi… aż tu wreszcie …udało się! Świętować trzeba, ale szkoda nie nauczyć się czegoś nowego.

W każdym sukcesie zawarta jest darmowa i łatwa do zrozumienia lekcja.

Cenne głupoty

Nie jest ważne, jakiej dziedziny dotyczy sukces. Często właśnie te małe, pomijane, na co dzień obszary zawierają najwięcej zasobów.

Gdy coś jest ważne, staramy się robić wszystko tak, jak powinno być. Tak bardzo nam zależy, że napinamy się i uruchamiamy cały szereg „poprawnych” schematów.

Gdy robimy rzeczy mniej ważne, jesteśmy bardziej rozluźnieni, Naszej wewnętrznej mądrości łatwiej jest wtedy znaleźć drogę na powierzchnię.

Mój przykład

Jednym z takich sukcesów było dla mnie zrobienie prawa jazdy. To nic szczególnie ważnego, jednak zawsze miałem poczucie, że zrobiłem to w specyficzny (jak dla siebie) sposób.

Bardzo długo mi się to nie udawało. W którymś momencie miałem nawet dwa samochody i żadnym z nich nie umiałem jeździć. Próbowałem zdać kilka razy. Jedynym efektem był stres, zażenowanie, rezygnacja i brak przekonania, że kiedykolwiek mi się uda.

A potem, jakieś pięć lat po pierwszej próbie, wszystko poszło jak z płatka – bez stresu, napięcia, z pewnością siebie. Gdy pewnego październikowego dnia włożyłem do portfela zalaminowany, połyskujący kartonik z moim zdjęciem, sam byłem zdziwiony sposobem, w jaki mi się udało. Wiedziałem tylko tyle, że zrobiłem to inaczej niż normalnie. Nie miałem jednak pojęcia, na czym to polegało i jak to powtórzyć.

Opowieść o prawie jazdy

To było już prawie pewne. Miałem zostać ojcem. Swobodne życie bez obowiązków, miało odejść w przeszłość. Czułem trochę żalu i obaw, ale dominowała ekscytacja. Być ojcem, być odpowiedzialnym za dziecko – to dosyć fascynujący projekt. Może ROI (zwrot z inwestycji) nie jest wielki, ale co mi tam… Będę woził dziecko do kina, do teatru, do restauracji, może na wycieczki za miasto.… Hm.. woził?

Przecież nie mam prawa jazdy.

Co z przedszkolem, szkołą, wizytami u lekarza czy dentysty? Mam wozić je tramwajem, autobusem albo taksówką?

Sprawdziłem w ośrodku egzaminacyjnym, czy mają jeszcze moje papiery. Wysłali je do miasta, w którym byłem wcześniej zameldowany, ale udało się je odzyskać. Mogłem zapisać się na egzamin. Bez problemów zdałem teoretyczny. Dostałem termin praktycznego. Wiedziałem jednak, że póki co nie mam szans. Manewry były czarną magią, a jazda po mieście – jeszcze czarniejszą magią ze sporymi kawałkami paniki.

Usiadłem przed googlem, spisałem kilka namiarów, zadzwoniłem do kilku instruktorów. Do jazdy po mieście wybrałem kobietę. Nie pamiętam ile godzin wyjeździłem. Chyba z pięćdziesiąt. Może więcej. Manewry ćwiczyłem z kimś innym. Przychodziłem na plac, dostawałem kluczyki, instruktor szedł na harbatkę a ja maltretowałem samochód. Spokojnie, przez jakieś dwie godziny dziennie, trzy razy w tygodniu potrącałem słupki, najeżdżałem na puste opony i wyjeżdżałem za linie.

Najdziwniejsze było poczucie pewności, że zdam. Nie miałem pojęcia skąd się wzięło. Wiedziałem, że to zrobię. Prędzej czy później. Za pierwszym, dwudziestym, pięćdziesiątym piątym razem. Taka leniwa pewność, że już się udało.

Przyszedł termin egzaminu. Manewry zrobiłem bez problemu (mimo, że byłem spięty). Potem wyjechaliśmy na miasto. Cieszyłem się, że mogę pojechać z egzaminatorem. To doskonałe przygotowanie do kolejnego podejścia. Miałem już zaplanowany termin następnego egzaminu i terminy kolejnych jazd. Plany okazały się nieaktualne. Zdałem.

Gdy jakiś czas później pokazałem żonie prawo jazdy była solidnie zdziwiona. Ani ona, ani nikt inny nie wiedział o moich przygotowaniach. Nawet, gdy zdałem nikomu nie powiedziałem. Ujawniłem się, dopiero, gdy trzymałem dokument w ręce.

W poszukiwaniu wyjaśnienia

To była jedna z dziwniejszych przygód z samym sobą. Długo starałem się zrozumieć, w jaki sposób to osiągnąłem.

Jakiś czas później przeżywałem burzliwy romans z pozytywnym myśleniem i prawem przyciągania. Doszedłem wtedy do wniosku, że kluczem było poczucie przyzwolenia (allowing).

Gdy masz swój cel, wizualizujesz go i starasz się pozbyć uczucia gorączkowego przywiązania do efektów. Pozbywasz się napięcia. Pozwalasz by wszechświat sam ci dał to, czego chcesz. Wyobrażasz sobie jakbyś już miał to, na czym ci najbardziej zależy Np. gdy chcesz być bogaty, wyobrażasz sobie, że w twoim portfelu są już pieniądze. Wyluzowujesz i czekasz. Ja miałem poczucie, że prawo jazdy już mam.

Długo trzymałem się tego tłumaczenia. Autorzy mówiący o prawie przyciągania radzą by wywołać w sobie takie uczucie. Masz „nastroić swoje emocje, na odpowiednią częstotliwość”. Próbowałem to zrobić zabierając się do innych projektów.

Znam techniki kotwiczenia, potrafię wprowadzić w stan hipnozy innych i samego siebie. Ale jedyne, co mogłem osiągnąć, to chwilowe emocje. A i to dosyć udawane, z grubsza przypominające tamten stan.

Po wielu eksperymentach doszedłem do wniosku, że nie da się wywołać w sobie autentycznego i trwałego poczucia przyzwolenia. Można je tylko udawać. A to nie to samo.

Strategie działania

Gdy dotarł do mnie absurd manipulowania emocjami zabrałem się za szukanie innych rozwiązań. Zrobiłem listę tego, czym, to podejście do egzaminu różniło się od poprzednich. Doszedłem do czterech prostych punktów:

  • Miałem inny niż zazwyczaj motyw: nie robiłem tego dla siebie, ale dla dziecka, które miało się urodzić, nie chciałem go zawieść.
  • Z góry byłem przygotowany na kolejne próby. Zupełnie nie przerażała mnie perspektywa porażki i kolejnego podejścia.
  • Nikomu nie powiedziałem o moich zamiarach, z nikim nie rozmawiałem o trudnościach czy kłopotach.
  • Ćwiczyłem tyle ile się tylko dało, bez zastanawiania się, czy już wystarczy czy nie.

Warto zrozumieć, dlaczego każdy z tych punktów jest ważny. Z jaką zmianą perspektywy się wiąże? W jaki sposób przekierunkowuje uwagę?

Gdy udało mi się to zrozumieć opracowałem dla siebie cztery pytania:

  • Czy wiem, w jaki sposób moje działanie (jego zaniechanie) wpłynie na innych ludzi? Jaką cenę ludzie, który kocham będą musieli zapłacić, gdy czegoś nie zrobię? Co dam ludziom, na których mi zależy, gdy coś zrobię?
  • Czy jestem w stanie opuścić swój wygodny kokon i wystawić się na wszystkie nieprzyjemne doznania, jakie trzeba będzie znieść? Czy jestem gotowy znosić zażenowanie / wstyd / zmęczenie itp. bez użalania się nad sobą i szukania szybkiej ulgi?
  • W jaki sposób mogę zredukować ból i lęk przed porażką tak by nie wpłynęło to na skuteczność mojego działania? Jeżeli np. boję się, że inni powiedzą „znowu ci nie wyszło” mogę po prostu im nie mówić, że zabieram się za coś. Innym sposobem redukcji lęku było zatrudnienie do jazdy po mieście kobiety. Mężczyzna wprowadza więcej stresu (przynajmniej dla mnie). Jeżeli można – bez straty energii – uniknąć jakiegoś bólu, to trzeba to zrobić. I to jest właśnie pytanie o to, czego można uniknąć, dążąc do celu.
  • Od strony działania, to banalnie prosty punkt: czy zaplanowałem maksymalną, możliwą bez wywrócenia życia do góry nogami, dawkę ćwiczeń? Jednak wiąże się z nim także zmiana myślenia. Istotą było tutaj pozbycie się fantazji na temat swoich talentów i uzdolnień. Przy poprzednich próbach zawsze miałem wyobrażenie: tyle a tyle godzin powinno wystarczyć. Tu nie było żadnych kalkulacji. Założyłem, że będę ćwiczyć tyle, ile tylko trzeba. Im więcej masz wyobrażeń na temat twoich talentów i uzdolnień tym trudniej ci się rozwijać. Nie chodzi o to, by traktować się jak idiotę, ale by przestać liczyć na to, że masz jakąś szybszą ścieżkę zapisaną w DNA.
    W związku z tym, pytanie dodatkowe:

    Czy mam w sobie oczekiwania mówiące o tym, jak pojętny jestem i jak wiele czasu mi wystarczy by opanować to, co mam opanować? Czy umiem pozbyć się tych oczekiwań? Czy umiem pozbyć się fantazji na temat tego na ile jestem zdolny?

Poczucie spokoju, pewności czy przyzwolenia było efektem ubocznym tych decyzji. Gdy:

  • potrafię zobaczyć cel poza sobą,
  • gdy jestem gotowy opuścić kokon,
  • gdy nie liczę na moje zdolności a jedynie mój wysiłek,
  • gdy umiem odpuścić sobie to, co można odpuścić

… szansa, że pojawi się tego rodzaju poczucie jest duża. Ale to nie jest ważne czy się pojawi, czy nie. Nie musi. Wystarczy, że taki sposób patrzenia na świat i siebie się sprawdzi. Wystarczy go zastosować i ocenić.

Twoja kolej

To moja strategia, ale być może w twoim życiu znajdziesz podobne doświadczenia i pewne punkty również będą cenną radą.

Być może jednak żaden z tych punktów, w tym momencie twojego życia nie będzie tym, czego potrzebujesz.

Weź swój sukces i spróbuj go zrozumieć. Zobacz, czego jesteś w stanie się z niego nauczyć.

19 komentarzy

  1. Widzę, że największe wzięcie mają tematy o negatywnych emocjach 😉
    To w takim razie sam napisze tu jakiś komentarz.
    To uzupełnienie tego tekstu. Jak powyższe zasady wykorzystuję podczas pisania?

    • Zewnętrzny cel: Myślę o tym, w czym chcę pomóc pisząc ten tekst, jaki problem pomogę rozwiązać, jaką możliwość pomogę wykorzystać (ciągle zbyt często piszę o czymś, bo akurat wiem, bo coś mi zadzwoniło, bo coś przeczytałem, itp… ciągle za mało jestem skupiony na świecie zewnątrz)
    • Znoszenie nieprzyjemnych odczuć i wyjście z kokonu: Pierwsza wersje są kiepskie. Skoro Hemingwey poprawiał teksty po 37 razy, dlaczego moje pierwsze wersje miałby by być dobre? Zazwyczaj to bardzo nieprzyjemne uczucie czytać kiepskie teksty, jakie się samemu napisało. W porównaniu z tym, co masz w głowie, tekst zawsze jest marny. Często po prostu marny. Susan Sontag, napisała kiedyś, że pisarz to „profesjonalista niezadowolenia”. Ludzie, którzy słabo piszą po prostu nie mają odwagi stawić czoła temu, co napisali w pierwszej, drugiej czy nawet dziesiątej wersji.
    • Najłatwiej, jak się da. Staram się pisać wtedy, gdy mi to najłatwiej przychodzi – wcześnie rano. Mój wewnętrzny krytyk zazwyczaj smacznie śpi. Staram się nie mieć terminów by mnie nie zmuszały do napięcia (ale rzadko wychodzi).
    • Ciągła nauka i ćwiczenie: Uczę się ciągle, robię różne ćwiczenia, czytam poradniki. Podglądam mistrzów i zastanawiam się, jak oni to zrobili.
  2. Opowiadasz o przeżytym zdarzeniu. Historię Twojego prawa jazdy wspominasz jako przygodę. Była nią dlatego, że tak bardzo różniła się od innych podobnych przeżyć. Jej przebieg był nie tylko zaskakujący ale w porównaniu z innymi o wiele bardziej zadawalający. Cieszyłbyś się, gdybyś również inne przeżycia mógł tak gładko i przygodowo majstrować.
    Tak więc Twój analityczny umysł zaraz wziął sie do roboty aby poszukać systemu, który pozwoliłby Ci zawsze, lub przynajmniej częściej, w taki przyjemny sposób mierzyć się z napotkanymi wyzwaniami.

    Wydawało Ci się, że klucz znalazłeś w przyzwoleniu. Pozytywne myślenie i prawo przyciągania miały pomóc w rozwiązywaniu życiowych problemów. Najwyraźniej nie pomogły. Lub w niedostatecznym stopniu bo Twój – jak go nazywasz – romans minął.

    Co dalej? Dalej czytam: „…zabrałem się za szukanie innych rozwiązań. (…) Doszedłem do czterech prostych punktów:“. Po czym opracowałeś „strategię działania“. Tak więc wygląda na to, że znalazłeś następny klucz.

    Jako, że Twoją misją jest pomaganie innym, nie chowasz klucza do kieszeni lecz życzliwie pozwalasz innym na używanie go. To dobrze o Tobie świadczy. Klucz się nie zużywa więc nie ma powodu, by inni też nie mogli z niego skorzystać.

    A ja już dzisiaj cieszę się na moment, w którym nam opiszesz następny klucz, który z pewnością niebawem znajdziesz.
    Twój umysł jest zbyt bystry, by pozwolił Ci na bezczynność. On dalej będzie szukać.

    Teraz moja kolej – piszesz na zakończenie. „Weź swój sukces i spróbuj go zrozumieć“ – zachęcasz.. „Zobacz, czego jesteś w stanie się z niego nauczyć.“ – mobilizujesz.
    Twój doping jest miły i z pewnością będzie pomocny dla wielu czytających, którzy również nie lubią bezczynnie czekać na niewiadomo co.
    Jeżeli mogę, pozwolę sobie na mały tip: Nie zapomnij dać im od czasu do czasu troche odpoczynku. Choć podpowiadam zapewne niepotrzebnie. Jesteś dobrym trenerem i o takich ważnych sprawach nie zapomnisz.

  3. „Być ojcem, być odpowiedzialnym za dziecko – to dosyć fascynujący projekt. Może ROI (zwrot z inwestycji) nie jest wielki, ale co mi tam…”

    dziecko pojmowac jako projekt, inwestycje ?

    P R Z E R A Ż A J Ą C E

    mam szczescie, ze dla rodzicow nie bylam i nie jestem projektem
    moje dziecko tez jest szczesciarzem, ze nie jest projektem ..

    spadam z tego blogu, bo jesli trenerzy motywacji czy czegos tam maja takie podejscie do wlasnych dzieci
    to pewnym jest, ze niczego dobrego nie mozna sie od nich spodziewac

    NIECH MOC BEDZIE Z WAMI i DA WAM LUDZKIE UCZUCIA

  4. @Iwono, jednym z ludzkich uczuć jest dystans i ironia względem siebie samego. Zdaje się, że je mam. To był zamierzony – być może nie dla wszystkich czytelny – żart. O moim podejściu do dzieci pisałem gdzie indziej: http://www.energiawewnetrzna.pl/2008/proba-kontroli-z-pozycji-dwuposladkowej/.

  5. […] poprzednio moje nieskuteczne próby wzbudzania w sobie uczucia przyzwolenia. Próbowałem w ten sposób […]

  6. A ja tam wolę inaczej.

    Po prostu robisz. Aż wyjdzie. Kazda nieudana próba cię przybliża do tego dnia. Wyrzucasz strach, emocje na zewnątrz – jak ramki prez które na to patrzysz.
    Nie analizujesz.

  7. Egon, naprawdę „wyrzucasz strach i emocje na zewnątrz”? Nigdy nie czujesz strachu i emocji? Skoro mówisz, że wyrzucasz, to znaczy, że od czasu do czasu czujesz.

    Emocji nie da się „wyrzucić”. Można je tylko:
    1. Stłumić (udawać przed sobą, że ich nie masz) – to generuje pomieszanie i odcięcie od rzeczywistości; ludzie, którzy stosują tą strategię, mają gorszy kontakt z i innymi i światem
    2. Poddać się im – pozwolić się im kotrolować – gdy np. czujesz strach uciekasz, gdy smutek siedzisz i nic nie robisz – to równiesz nie jest dobre
    3. Zaakceptować je i robić swoje. Czuję strach, ale nie kieruję się nim. Myślę, że tą trzecią możliwość stosujesz. Tak naprawdę to nie jest wyrzucenie emocji, ale stawanie się większym niż one.

    W każdym razie, rób z emocjami co chcesz byle nie:[1] tłumić ich (zgrywać się przed sobą, że ich nie masz) ; [2] poddawać się im.

  8. Waldku, dzięki za tip.
    Rzeczywiście muszę trochę zwolnić. Chyba popracuję też nad tym, by teksty były krótsze. Czasem trochę za dużo w nich wątków.

  9. […] że dokładnie ten sam proces był podstawą mojego małego sukcesu związanego z prawem jazdy (pisałem o nim tutaj). Poprzednio ile razy chciałem zdać egzamin, bałem się związanego z tym bólu. Bałem […]

  10. „Jakiś czas później przeżywałem burzliwy romans z pozytywnym myśleniem i prawem przyciągania.” Zakładając że film „sekret” i pokrewe ksiąxki o prawie przyciągania pojawiły się ponad rok temu, czy uważasz Zbyszku, że 40 lat kodowania można i da się zmienić lub odwrócić w rok…? Pytanie jakie jawi mi się od razu, czy „romans” nie jest zbyt krótkim okresem czasu dla wyczyszczenia się ze starych naawyków, czy jak to gdzieś przeczytałem , przejście z jednego stanu emocji na piętro wyżej nie może trwać nawet miesiącami? Zresztą u mnie to tak czasem trwa, tak na dobrą sprawę całe życie się doskonalimy… Czy w takim razie nie pojawiło się w twoim przypadku to przed czym przestrzegaleś czyli poszukiwanie czegoś nowego? Nowy początek, nowy produkt…?
    takie luźne dygresje, zastanawia mnie zderzenie wielu w tym także moich doświadczeń w temacie przyciągania, z chłodnym pragmatyczny podejściem psychologa. Pamiętajmy też że doświadczenia tej profesji z reguły bazują na jednostkach którym „podwija ” się noga w meandrach życia… Korzystają w tym przypadku z doświadczenia psychologa, nie są wstanie przerobić pewnych rzeczy sami. pozdrwiam serdecznie

  11. Rafale, jezeli podchodzisz do prawa przyciagania jak do dlugotrwalego projektu przewidzianego na lata i nie ludzisz sie co do jego natychmiastowych wynikow, to gratuluje. Jak rowniez zycze wytrwalosci i daru rozeznania uczuc i pragnien.

    Zbyszek slusznie broni sie przed manipulowaniem uczuciami oraz wmawianiem sobie roznych emocji.
    Jezeli ktos pozytywne myslenie oraz prawo przyciagania w ten sposob wdraza w zycie, to mysle, ze dobrze robi predko zarzucajac te praktyki. Bo moze sie skonczyc schizofrenia i odejsciem od rzeczywistosci. I po co to komu?

    Zycie jest dlugotrwalym projektem i kazdy sam go prowadzi. Projektu tego nie mozna za kogos przeprowadzic. Zbyszek – jezeli rozumiem jego intencje – nie chce tego projektu komukolwiek ukladac za niego samego. Wskazuje rozne mozliwosci i metody jego ulozenia. Uzywa, jak sam nazywa, kluczy. I klucze te udostepnia innym. To godne pochwaly.

    Jezeli prawo przyciagania uzyjesz w tym kontekscie – jako klucza otwierajacego wrota naszego codziennego zycia – mozna szybko ulec zludzeniu, ze na mysleniu mozna poprzestac a czyny juz sie nie licza. Nie wazna zatem motywacja, struktura i dyscyplina w codziennych obowiazkach; nie wazna nauka ich zdobywania; nie wazne wreszcie dazenie do jakiegokolwiek celu. A tu juz zaczyna sie sliska sciezka.
    Najbardziej wzniosly cel nic nie pomoze, jezeli nie bede wiedzial jak postawic nastepny krok. A w oczekiwaniu na zycie, mozna je przegapic.

    Romanse przychodza i odchodza. I niech pozostawia przyjemne wspomnienia. Ostac moze sie tylko milosc.

  12. Waldku, oczywiście złudzeniu ulega się w skarajnym przypadku pozbawiajac przyciągania najcenniejszego elementu czyli dzialania.. Pamiętam jak ktoś to kiedyś narysował naszą optymalną postawę na ziemi, było to drzewo o pięknej koronie z korzeniami w postaci czterech nóg… Myślę że idealnie odzwierciedla istotę naszego bytu, czymkolwiek się zajmujemy Rozwój duchowy to jedno, ale solidne ukorzenienie jest zdrowe dla równowagi. Zadna skrajność nie jest pozytywna, ani w jedną ani w drugą stronę.
    A co do wytrwałości, gdyby Edison zraził się na początku… Gdyby Brian Show czekałby na edycję swoich książek… Co do motywacji, to oczywiście zgadzam się ze Zbyszkiem że lista naszych priorytetów jest pomocna, ale jest to dobre na początek, najskuteczniejszą motywacją jest bez wątpienia sukces, nawet mały i nieistotne w jakiej dziedzinie… powtórzę działanie jest podstawą , przyciąganie jest dopiero drugim elementem który wspomaga podejmowane przedsięwzięcia. Nie można oddzielić tych dwóch spraw…
    nieprawdaż…?

  13. To, co piszesz, Rafale, brzmi na tyle solidnie, ze nie odczuwam potrzeby dorzucenia czegokolwiek. Zycze powodzenia.

  14. Bardzo się cieszę i dziękuję za tą dyskusję. Waldku trafnie zinterpretowałeś moje intencje. Dodam jeszcze jedno:
    „Prawo przyciągania” to olbrzymi temat. W okresie – jak to nazwałem romansu, przeczytałem kilkanaście książek i z lat dwudziestych i chyba z cztery współczesne. I jak we wszystkim bywa były tam rzeczy cenne i koszmarne naciągactwa. Rhondy Byrne i jej dzieł trudno by było bronić, ale dałoby się spreparować coś w miarę poważnego i przekonywującego. Można by było np. sięgnąć do „synchoniczności” Jung, albo pism alchemicznych.
    Ale to by była teoretyczna dyskusja. Dałem sobie spokój nie ze względu na arugumenty, ale stopniowo dojrzewające we mnie poczucie, że najważniejszą rzeczą jest kontakt z rzeczywistością. Gdybymi miał potraktować „prawo przyciągania” najbardziej życzliwie jak mogę, to bym powiedział: prawo mówi, że wiele zalaży od tego na czym skupiasz swoją uwagę. Możesz skupić się na złych rzeczach, ale możesz na dobrych. Gdy nawykowo skupiasz się na złych– na tym, czego nie dostajesz, czego nie lubisz, co ci przeszkadza – sam tworzysz własne cierpienie. Prawo przyciągania mówi: skupiaj swoją uwagę na tym, na czym warto. Gdy tak to ziterpretujemy (odrzucają całą gadanine o dżinie, który przynosi to, co mu napiszesz na kartce i tym samym zniechęca cię do dzialania).
    Ale idźmy dalej: na czym warto skupiać swoją uwagę: Na tym co jest – czy na tym, czego jeszcze nie ma? Na tym, co jest rzeczywiste – czy na tym, co jest wymyślone?

    Ostatnio prowadziłem szkolenie w pięknym dworku. Przed zajęciemi miałem wolne pół godziny. Wziąłem materiały szkoleniowe i wszedłem na wielką łąkę, wokół której rosły topole. Szumiał wiatr, grały owady, czuć było zapach trawy. Mogłem te pół godziny wykorzystać na to by przygotowywać się do zajęć, obmyślać, co zrobię i powiem, zastanawiać się jak to będzie, gdy szkolenie się skończy, itp. Straciłbym wtedy wszystko, co mnie otaczało. Odłożyłem materiały szkoleniowe i zacząłem się uważnie wsłuchiwać i przyglądać temu, co wokół. Co pewien czas powracały myśli o tym, co będzie, ale miałem poczucie, że najcenniejsze jest to co teraz. Nie chcę mówić, że w życiu nie ma, co planowac i trzeba żyć tylko chwilą obecną. Ale jeżeli sprawo przyciągania polega w praktyce na kierowaniu uwagi na to, co najcenniejsze, to dla mnie bardziej cenne jest to, co jest niż to, czego nie ma. To, co czuję niż to, czego nie czuję. To co rzeczywiste, niż to co fikcyjne

  15. No wlaśnie, temat jest tak rozległy jak słusznie zauważyłeś Zbyszku, że nie chcę już objaśniać wielu kwestii, bo nie o to tu chodzi, zresztą to jest Twój blog…:) i z olbrzymim skupieniem czytam wszystkie wpisy, są bowiem doskonałe i bardzo trafne. Dodam tylko w dwóch słowach, że w stu procentach zgadzam się że życie przyszlością uwłacza chwili obecnej, i żyć jak najbardziej należy tu i teraz, przeszlość byla a przyszłośc będzie teraźniejszością jak przyjdzie na to jej czas…
    a każdą chwilę powinniśmy rozbierac na czynniki pierwsze – i to dokładnie tak jak to się wydarzylo na „ławeczce” … i przyżywać ją w pełni… wszystkiego dobrego!

  16. Dziękuje Rafale, za te i inne komenarze. Pozadrawiam serdecznie.

  17. Witam 🙂

    Oj, i mi przydałoby się prawko!!!
    Ale z tych czterech punktów:

    -potrafię zobaczyć cel poza sobą,
    – gdy jestem gotowy opuścić kokon,
    – gdy nie liczę na moje zdolności a jedynie mój wysiłek,
    – gdy umiem odpuścić sobie to, co można odpuścić

    największy problem mam chyba z drugim.
    Zresztą muszę przemyśleć chyba wszystkie…

    • Witam

      A niech to !!! Jutro minie rok jak napisałam
      – TUTAJ- że powinnam zrobić prawo jazdy…

      Porażka, żenada…. nie mam prawka…
      Wciąż tylko analizuję i rozmyślam…

      Ostatnio nieświadomie znalzałam ,,cel po za sobą”,
      bo mając prawko mogłabym np. wozić mamę do lekarza,
      albo częściej ja odwiedzać…

      Nieco wczesniej na ulicy ,,wyfilowałam” instruktorkę – babkę,
      bo taki chciałam mieć ,,komfort” podczas jazdy…

      Niestety, nie potrafię ,,wyjść z kokonu”.
      Myślę, że zdołam to zrobić ale będę wtedy żałować że
      zrobiłam to tak późno, że odebrałam sobie wiele fajnych okazji…
      Albo całkiem sobie odpuszczę….
      Potrafię przekraczać ,,sferę komfortu” czyli wychodzę z kokonu,
      jak z dentystą- boje się ale juz mam parę wizyt za sobą i wciąż się zapisuję-
      ale wciąż przychodzi mi to z takim trudem!
      Co to jest? Brak wiary w siebie? Niedowartościowanie?

    • (od razu ta burza mózgów, jak zacząć aby było dobrze, ba! – perfekcyjnie!).
      Ok, od ponad pięciu lat nie mogę się zabrać za doktorat. Pięciu dłuuugich lat.
      Dobrze, nikomu z rodziny nie powiem.
      Za rok 16.01.2013 tu wrócę i napiszę, czy już zaprosiłem bliskich na obronę 🙂
      K.

Zostaw komentarz