Sposób na brak pewności siebie: nie spodziewaj się czegoś nadzwyczajnego

Martin Buber w swoich Opowieściach Chasydów zamieścił wspaniałą historię o cadyku Zeew Wolfie ze Zbaraża.

Pewnego razu do Wolfa przyszedł biedny chasyd i poprosił o pomoc pieniężną. Rabbi dostrzegł jego zakłopotanie. Mało jest osób, które czują się pewnie prosząc innych o pieniądze. Prośba o pomoc to zawsze oznaka, tego, że sobie nie radzę, że nie do końca coś ze mną jest w porządku. Człowiek wstydzi się swojej zależności od innych, swojej nieporadności, swojej słabości. Proszenie o cokolwiek zawsze wiąże się z wystawieniem na odrzucenie. Nic dziwnego, że wielu z nas woli nigdy o nic nie prosić i zamyka się w swoim nieszczęściu (czy przynajmniej niewygodzie).

Łatwiej prosić, gdy zwracamy się do człowieka znanego z dobroci. Można spodziewać się czegoś więcej. Taki był rabbi Wolf. Był to człowiek, który kładąc się do snu mawiał „Oddaję wszystko, co posiadam” – po to by oddalić winę od złodziei, gdyby kiedyś zechcieli go okraść. Nie były to tylko słowa. Gdy którejś nocy przyszli złodzieje, rabbi patrzył na nich spokojnie z drugiej izby i nie starał się w żaden sposób przepłoszyć. Dopiero, gdy zauważył, że wzięli naczynie, z którego wieczorem dano pić choremu, zawołał:

– Dobrzy ludzie! To, co znaleźliście, traktujcie jak podarunek, ale uważajcie z tym naczyniem, bo został może na nim ślad oddechu chorego, który może was zarazić.

Biedny chasyd, który przyszedł prosić Wolfa o pomoc miał podstawy by oczekiwać, że nie zostanie odprawiony z kwitkiem.

I rzeczywiście. Wolf wyjął sakiewkę, włożył do niej rękę i wyciągnął dużą monetę. Przyjrzał się jej, ale zamiast ją podać z brzękiem z powrotem wrzucił do sakwy. Włożył rękę jeszcze raz, przez chwilę słychać było jak przebiera między monetami, wyciągnął drobny pieniążek i podał go proszącemu mówiąc:

– Młodzieniec nie powinien się wstydzić i nie powinien się spodziewać czegoś nadzwyczajnego.

Młody człowiek zarumienił się, wziął pieniążek, spuścił głowę i odszedł.

– Hej, wróć tu – zawołał za nim Wolf – co sobie teraz pomyślałeś?

Chasyd odwrócił się i odpowiedział:

– Poznałem nową drogę. Nie trzeba się wstydzić i nie trzeba spodziewać się czegoś nadzwyczajnego.

Cadyk uśmiechnął się szeroko:

– To właśnie miałem na myśli – rzekł i sięgnął jeszcze raz do sakwy, tym razem po duże monety.

Nie trzeba się wstydzić i nie trzeba spodziewać się czegoś nadzwyczajnego. Powtarzam sobie te słowa, gdy umieszczam teksty na blogu, gdy wysyłam propozycje książek do księgarni, gdy wysyłam oferty szkoleń, gdy rozmawiam z ludźmi o propozycjach przedsięwzięć.

W każdej twórczości jest element proszenia. Nigdy nie wiesz czy ludzie zechcą przyjąć to, co im proponujesz. Mogą powiedzieć: – To nic ciekawego, nie potrzebuję tego, co robisz, to grafomania, to nudy, to wciskanie kitu…

I nie jest istotne, czy chcesz za to pieniądze (np. sprzedając książki) czy nie (umieszczając teksty na blogu) – zawsze coś prosisz: o uwagę, poświęcenie ci czasu, życzliwe nastawienie.

Znam wiele osób, które mają naprawdę wiele cennych rzeczy do dania innym. Ale za bardzo się wstydzą. Boją się, że to, co mogą dać spotka się z odrzuceniem. Że gdy poproszą innych o uwagę, ci popatrzą na nich tak, jak bogacz patrzy na natrętnego żebraka.

Wstyd blokuje twórczość.

Wstyd blokuje przedsiębiorczość (To głupi pomysł z założeniem tej firmy, ludzie będą się ze mnie śmiali).

Wstyd blokuje życie prywatne. ( Jak do niej podejdę i zacznę rozmowę, to mnie wyśmieje! Jak zaproponuję randkę, to zrobi ze mnie pośmiewisko.)

„Nie trzeba się wstydzić” nie znaczy jednak udawać przed sobą, że ma się pełną kontrolę nad sytuacją i żadne upokorzenie nie może się zdarzyć. To nie znaczy wmawiać sobie, że ludzie o niczym innym nie marzą jak tylko o tym, by dać nam to, o co ich prosimy. To nie znaczy, mówić sobie, że to my jesteśmy ci ważniejsi, że jak im się nie podoba, to niech spadają na bambus.

„Nie wstydzić się” to po pierwsze zaakceptować ryzyko. Zaakceptować to, że możemy zostać poniżeni. Że możemy okryć się rumieńcem. Że możemy zostać odrzuceni.

Zgódź się na ryzyko. Tak, możesz dostać kosza. Ludziom może się to nie spodobać. To możliwe, tak samo możliwe jak to, że twoja propozycja randki zostanie przyjęta, że książka się spodoba, że firma znajdzie wielu oddanych klientów.

Zgódź się na ryzyko, ale nie tragizuj. Gdy się wstydzisz zapytaj samego siebie:

– Co najgorszego może się stać?

Czy to naprawdę koniec świata, gdy usłyszysz:

– Nie, nie pomogę ci….

Czy to takie straszne, gdy ktoś cię wydrwi czy wyśmieje, gdy potraktuje jak natręta? Naprawdę tego nie przeżyjesz?

Wyobraź sobie, że to, czego najbardziej się obawiasz się stało. Zobacz tą sytuację w szczegółach. A potem zadaj sobie pytanie: Czy będę to w stanie znieść? Czy naprawdę od tego umrę? We większości przypadków (jeżeli nie wszystkich) usłyszysz: To nieprzyjemne, ale od tego się przecież nie umiera).

Jest jeszcze druga część rady: nie trzeba spodziewać się czegoś nadzwyczajnego.  Nasz wstyd we większości przypadków bierze się  z tego, że spodziewamy się czegoś nadzwyczajnego. Podejrzewam, że Wolf, mógłby podpisać się pod słowami:

Nie trzeba wywoływać w sobie wstydu spodziewając się czegoś nadzwyczajnego.

Całe przestawienie, jakie odegrał było lekarstwem zaaplikowanym na brak pewności siebie trawiący młodego chasyda. Wolf dobrze wiedział, że wstyd zawsze ogranicza nasze życie blokując relacje ze światem, innymi ludźmi i sobą. I dobrze wiedział, że w dużej części sami ten brak pewności siebie wywołujemy, nakręcając w sobie niezwykłe oczekiwania.

Czego się spodziewasz podchodząc do dziewczyny, która ci się podoba? Że padnie u twoich stóp po twoim pierwszym słowie?

Czego się spodziewasz, prosząc szefa o podwyżkę? Że wykrzyknie: Pani Justynko, tylko na to czekałem, aż mnie pani o to poprosi, proszę oto trzysta procent podwyżki!

Czego się spodziewasz, nagrywając swoją pierwszą płytę? Że wszystkie radiostacje zaczną grać od jutra twoje piosenki a płyta osiągnie status pięciu platyn?

Czego się spodziewasz, wysyłają książkę do wydawnictwa? Że twój debiut sprzeda się we większym nakładzie niż ostatnia książka Marka Krajewskiego?

Czego się spodziewasz zakładając firmę? Że pobijesz w ciągu miesiąca Facebooka?

Im bardziej nadzwyczajnych rzeczy się spodziewamy, tym większe ryzyko porażki i tym większy wstyd. Jeżeli nie okażę się geniuszem, kimś niezwykłym, jeżeli nie osiągnę sukcesu wielkiego jak Kilimandżaro – to będzie tragedia!

Obniż swoje oczekiwania. Świat od razu nie musi paść u twych stóp. Kiedyś zapewne ci się uda. Teraz bądź zadowolony także z małego pieniążka.

Im większych rzeczy oczekujesz, tym łatwiej cię upokorzyć. Małe, codzienne rezultaty na których inni budują solidną przyszłość będą dla ciebie oznaką tragicznej porażki. Zamiast cieszyć się z osiągnięć, będziesz przeżywać katusze niepewności, wstydu i poczucia klęski. Zamiast iść do przodu od jednego małego pieniążka do drugiego, będziesz się wycofywać, poddawać, unikać życia, wstydzić swojej nieporadności.

Nie oczekuj rzeczy nadzwyczajnych.

Zadaj sobie pytanie:

Jaki minimalny wynik będzie dla mnie sukcesem?  Co mi wystarczy by uznać, że warto spróbować?

Zapisz sobie to na kartce i zadaj kolejne pytanie:

A gdybym tak dostał mniej, czy to by znaczyło, że nie mogę być zadowolony z siebie?

Dojdź do najniższego, akceptowalnego poziomu.

Jak myślisz, czy to prawdopodobny wynik? Odpowiedziałeś już sobie na pytanie o to, co najgorszego może się stać. Teraz odpowiedz: Co najbardziej prawdopodobnego może się stać?

Czy to prawdopodobne byś osiągnął swój najniższy akceptowalny poziom?

Jakie jest prawdopodobieństwo?   80%? 70%? 30%?

Nawet jeżeli jest to 30% – twoje szanse są całkiem spore. Ruszaj, już chyba się tak bardzo nie wstydzisz.

Jeżeli dostaniesz więcej – będziesz się cieszył z czegoś niespodziewanego. Ale nie mów sobie, że musisz osiągnąć coś nadzwyczajnego, bo w ten sposób tylko blokujesz swoje możliwości.

* * *

Mam nadzieję, że ta prosta rada Wolfa ze Zbaraża pomoże ci stać się choć trochę bardziej pewnym siebie. Nasze nadmiernie wyśrubowane oczekiwania i standardy są jednym z istotnych elementów braku pewności siebie. Dużym odkryciem było dla mnie stwierdzenie, że ludzie, którym brakuje pewności siebie zawsze oczekują rzeczy nadzwyczajnych: muszę zrobić niezwykłe wrażenie, nikt nie może mnie na niczym zagiąć, muszę być zawsze zabawny, ciekawy i poskładany, nikt nie może się domyśleć, że czuję lęk, zawsze muszę być niezwykle wygadanym itp. Te sierotki, które siedzą w kącie i wstydzą się odezwać to perfekcjoniści, których nie zadawala mały sukces.

Do tego oczywiście nie sprowadza się brak pewności siebie. Jedna prosta rada nie wystarczy. Jeżeli ktoś sprzedaje ci „60-sekundowy skuteczny sposób na brak pewności siebie” to znak, że masz do czynienia z hochsztaplerem.

Jeżeli chcesz poznać więcej mechanizmów, zaglądaj na bloga, a przede wszystkim przygotuj się na szkolenie, jakie będę prowadzić od 12 lipca. Jeszcze nad nim pracuję, ale już jestem nim podekscytowany (przynajmniej tak samo jak byłem kilkanaście lat temu, gdy zaczynałem karierę w szkoleniach  🙂

 



photo credit: xJason.Rogersx via photopin cc

43 komentarze

  1. Kolejny tekst, który jest po prostu ważny. Dla mnie chociażby dlatego, że do niedawna myślałam, ze tylko ja zmagam się z podobnymi rozterkami dotyczącymi pisania. No i przede wszystkim dlatego, że dodaje olbrzymiej pewności siebie, a jak zauważyłam od dłuższego już czasu rozprawiasz się z tym demonem na blogu. Skutecznie, jak widać. Dzięki.

  2. Uczciwość wobec siebie, ale bez okrucieństwa, stawianie małych kroczków, ale jednak posuwanie się do przodu …. w końcu – partyzantka , podchody – zadawanie stałych, nawet niewielkich – ale jednak strat wrogowi jakim jest nasz wewnętrzny strach. Przekaz jest jeden – podobnie jak w odchudzaniu – dieta cud nie istnieje! ( chyba ,że przekonują nas jaja tasiemca, co ostatnio niestety chwyciło). I nie trzeba aż tak trząść portkami w sumie 🙂

  3. Dwa nowe teksty znowu nasycone teoretyczną mądrością, która nijak nie ma i prawdopodobnie mieć nie może przełożenia na praktykę u niektórych ludzi – u tych dogłębnie przekonanych o byciu częścią tej wysoce niedoskonałej (czy raczej: totalnie spieprzonej, coby nie przywoływać wątku perfekcjonizmu) przyrody. Tak, tych z innej gliny ulepionych. Nie, nie wymówka. Albo niech będzie, wymówka. Gdyby Autor miał także takim istotom coś do zaproponowania (minimalizacja nieszczęścia, a nie budowanie utopijnego szczęścia) byłoby super. Prośba szczera, bez sarkazmu.

    • Bartku, dziękuję za komentarz. Jak człowiek jest przekonany, że jest częścią spieprzonej przyrody, wiele rzeczy wydaje się bezowocnych. Strasznie trudno się dyskutuje z pewnikami, szczególnie wtedy, gdy ten pewnik brzmi „Jestem do niczego i nic mi nie pomoże”. Może jednak najbardziej praktyczne jest przyjrzenie się teoriom – swoim teoriom na swój temat. Może to bzdura, że jesteś z innej gliny. Może w takiej samej niedoli jest mnóstwo ludzi wokół?
      Z chęcią bym ci pomógł, ale za mało wiem. Poza tym, nie ma pomysłów na wszystko.
      Być może masz problem z depresją (nie wiem, zgaduję) jeżeli tak, to rzeczywiście, ani ten tekst, ani poprzedni ma stosunkowo małe zastosowanie. To raczej teksty dla ludzi, którzy nie czują się pewni siebie – to dość inny stan niż depresyjny niezmienny brak poczucia własnej wartości.
      Pozdrawiam serdecznie 🙂

  4. Tak, to jest to o czym mówiła Carol Burnett, ze nieśmiałość to swego rodzaju egoizm, bo z jednej strony jest się onieśmielonym, a z drugiej oczekuje się uznania przez otoczenie…

    • Dokładnie. Boimy się tego, że nie uda nam się być takimi, jakimi chcemy, a to z kolei jest dla nas ważne, bo wierzymy, że bez tego będziemy nikim. W centrum lęków społecznych zawsze jest oczekiwanie na wielkie uznanie. Nie dla zabawy – po to by przeżyć. Dziękuję Aniu za ten komentarz.

  5. Ten tekst do mnie przyszedł. Właśnie takich słów dziś potrzebowałam. Negocjuję kontrakt i druga strona wylała dziś na mnie wiadro (well, wiadereczko tak naprawdę) pomyj, zapewne w ramach wywierania na mnie presji. Wpędziło mnie to w wielki smutek i poczucie winy pt. „nie umiem negocjować i ktoś inny zrobiłby to lepiej, w ogóle nie powinnam się tym zajmować”.
    Teraz mi lepiej. Troszkę. Ale w końcu nie należy się spodziewać, że jeden tekst uleczy mnie z kompleksów! Biorę ten pieniążek i dziękuję, Zbyszku 🙂

  6. Witaj Zbyszku.
    Nie będę oryginalny.. świetny tekst!

    Najbardziej magiczne w Twoim blogu jest to, że każdy wpis uderza bezpośrednio w moje/nasze najczulsze punkty.
    Za nim zacząłem swoją transformacje życiową borykałem się prawie z każdym z tych problemów, które opisywałeś i wydawało mi się, że nikt dookoła nie miewa takich problemów jak ja… Dziękuje, że otworzyłeś oczy!
    Jeszcze dużo pracy przede mną, ale dzięki tym kilku wpisom i rozmowom z przyjaciółmi mam szanse stać się niezależnym zawodowo ! 🙂 Powodzenia dla wszystkich !

  7. Witaj Zbyszku.
    Właśnie jestem kilka dni po doświadczeniu odmowy,dalszej współpracy.To prywatna relacja która się zakończyła.Zanim jednak to się stało,odważyłam się i ze wszystkich sił próbowałam utrzymać te relację.Podałam wszystkie argumenty,nie mając żadnej pewności co do intencji drugiej strony.Walcząc, wiedziałam że być może narażam się na upokorzenie,ale czymże ono jest w istocie?Czy nie jest to czasem jakiś twór ,który właściwie nie ma mocy?Wszak sami tę moc możemy zminimalizować.Dzieje się to przecież w naszych umysłach.
    Kilka dni minęło,prawda została ujawniona,a tu wcale nie ma poczucia krzywdy,a jest szacunek dla siebie,świadomość siły i odwagi że umiałam zawalczyć o coś ważnego dla mnie.
    Nie udało się ,bo tak po prostu bywa.Życzę sobie, być otwartą na porażki ,na całą resztę życia.I radości z drobiazgów.Co nie znaczy że nie przyjmę wielkiej wygranej,nich się zdarzy,dam radę.Pozdrawiam i dziękuję za ten tekst.

    • Witaj Anulko,
      Gratuluję że umiałaś się odsłonić. Taka prostolinijność wymaga naprawdę dużej siły. Ale też daje dużo radości i spokoju. Dziękuję za komentarz i pozdrawiam serdecznie 🙂

  8. Moje doświadczenie życiowe mówi, że im mniej się oczekuje, tym mniej się dostaje – i w efekcie zostaje się z niczym, patrząc jak innym powodzi się lepiej. Tak więc nie mogę zgodzić się z tezą tego artykułu. A odrzucenie jest czymś, co niektórych naprawdę boli, naprawdę jest to dramat i nie podchodziłabym do tego na zasadzie „no przecież to nie koniec świata”. Dla niektórych jest.

    • Dziękuję za ten komentarz. Jedna rzecz: od kogo oczekujemy? Od siebie czy od innych? Moje doświadczenie jest takie, że im więcej oczekuję od innych (uznania, uwagi, miłości, dopasowywania się, itp.) tym rzadziej to dostaję. Nawet jeżeli idę do teatru czy na imprezę — im więcej oczekuję tym rzadziej jestem zadowolony.
      Gdy oczekujesz dużo, zamiast obserwować świat, być tu i teraz, jesteś w trybie porównywania. Coś co by cię cieszyło, nie cieszy cię bo „spodziewałem się”. W efekcie zazwyczaj to, co dostajesz jest „nie dość dobre”.
      Dodatkowo, gdy oczekuje się bardzo, bardzo dużo, ludzie uciekają z krzykiem (ci wszyscy desperaci, którzy liczą, że druga osoba nie będzie widzieć świata poza nimi…, jak to śpiewał Grechuta „przecież nie jest z ciebie taki cud, nie od razu, miła nie od razu… )

      „Zostanie z niczym i patrzenie jak się innym powodzi” — to nie jest kwestia oczekiwań, ale odwagi działania i odwagi ryzyka. Najbardziej istotne jest to, ile razy wystawisz stopę za drzwi swojej przytulnej norki. „Zostaje się z niczym” nie na skutek zbyt małych oczekiwań, ale zbyt rzadkich działań.

      „Odrzucenie jest czymś co naprawdę boli” – tak, boli jak cholera. Czasem jak cholera jasna. I właśnie to, że boli nie jest końcem świata. To nie jest koniec świata, że boli. A że dla niektórych jest. To się nazywa brak dystansu, zlewanie się z bólem. I na tym polega spora część pracy nad sobą, by nauczyć się dostrzegać, że jestem czymś więcej, czy jak to się nazywają: zyskać metaświadomość. Zmienić swoją postawę do własnych, bolesnych doznań. Ich nie ma powodów zmieniać. Musimy tylko zmienić swoją relację do nich.

      Bardzo dziękuję za ten komentarz i pozdrawiam serdecznie 🙂

      • Zbyszku, jest pewną przesadą mówić, że ludzie bierni tkwią w „przytulnej norce”. My się męczymy, siedząc tam. Z obrzydzeniem patrzymy na to cholernie ciasne miejsce, a także na same sygnały, które od czasu do czasu wysyłamy na zewnątrz, choćby w postaci defetystycznych komentarzy na twoim blogu. Nic ciekawego, nic miłego czy przytulnego, zapewniam. Zresztą, jako psycholog na pewno masz tego świadomość.

      • Masz rację Bartku. To cholerne, wcale nie przytulne miejsce. Każdy by z niego chciał wyjść, tylko ten strach przez zombie grasującym na zewnątrz….

      • Zbyszku, wyczuwam coś na kształt ironii. W sumie rozumiem cię. Wobec ludzi zupełnie biernych, a przy tym zdrowych psychicznie, można mieć zarówno współczucie jak i odrazę. Takie prawo natury, prawo silniejszego.
        Zombie nie byłoby jeszcze takie najgorsze – ot, wychodzi się na zewnątrz, zaraz jest się zjedzonym i koniec. Zombie jednak nie ma (przynajmniej ja nie widziałem, rzadko wychodzący), a świat daje tyle możliwości i sposobów dotarcia do czegoś satysfakcjonującego, że aż boli głowa od nadmiaru. I wszystkie są zarazem wspaniale praktyczne, jak i kompletnie bezużyteczne.

  9. Sama już nie wiem czy po prostu, jak to zostało ujęte we wcześniejszym komentarzu, każdy wpis uderza w nasze najczulsze punkty, czy działa magia synchroniczności, ale zawsze trafiam tu w momencie, kiedy właśnie opublikowany tekst układa mi wiele rzeczy, które się od jakiegoś czasu kotłowały, przekształcały i zapętlały. Dziękuję Zbyszku za teksty zmuszające do refleksji i za „układacze”. I za głos rozsądku (tak to widzę) w świecie tak zwanego rozwoju osobistego 🙂

    • Tak, to prawda, każda, krótsza czy dłuższa, wypowiedź Zbyszka coś obnaża. Robi to efektownie (czy efektywnie, to zależy od odbiorcy ;-), ponieważ skupia się na konkretach z zachowaniem dużej dozy zdroworozsądkowości, której często brakuje innym radzącym. A że demaskuje i obnaża, to klasyczny defetyk się buntuje…

    • To ja dziękuję Marto 🙂 Czasem się aż boję tej „synchroniczności”. A co będzie, jak mi przestanie wychodzić, myślę? Ale już się oswoiłem. Jak się pojawia to się niezmiernie cieszę 🙂

  10. Dziękuję Zbyszku za kolejne wpisy. Jak zwykle wszystko pisane na miarę. Odkrywanie pewności siebie i definiowanie jej na nowo to coś wspaniałego. Człowiek dochodzi do wniosku, że zawsze miał pewność siebie, tylko inaczej ją definiował, inaczej siebie odbierał. Nieśmiałość powodowała, że zawsze bał się zapytać”co o mnie sądzisz”, „co sądzisz o moim zachowaniu”, bo bał się krytyki, odrzucenia i wszystkich tych rzeczy związanych z nieśmiałością. Może to uproszczone, zapewne bardzo uproszczone ujęcie tematu, ale pewność siebie to po prostu działanie. Jak dla mnie genialnie proste. Działaj – tylko tyle i aż tyle. Wydaje się to proste, ale ile razy odczuwam strach przed wykonaniem nieprzyjemnego telefonu. Ile razy odczuwam strach przed zapytaniem się o coś kłopotliwego. Im dłużej się zastanawiam, im dłużej buduję strategię postępowania w takiej sytuacji, tym bardziej oddalam od siebie działanie. Myślę, za chwilkę, za moment już się zdecyduję. Dzięki Tobie i Twoim tekstom pewność siebie zaczyna wyglądać nieco inaczej. Droga długa zapewne i nie raz jeszcze będą punkty zwrotne, lecz na tą chwilę działanie to moje ulubione zajęcie. Oczywiście dodałbym jeszcze do tego pokorę, bo mam tendencję czasami do próżności. Jak już poczuje wiatr w żagle i że mam „cały świat u stóp” to już mogę wszystko :-). Działanie tak wchodzi w krew, że staje się czymś naturalnym, normalnym. Otrzeźwienie przychodzi kiedy widzi się brak działania i jest tak widoczny, że aż zaczyna irytować. Jak sobie z tym radzić Zbyszku,kiedy widać, że można daną rzecz zrobić w „5 minut”, bo wystarczy zrobić tak i tak, a drugiej stronie zajmuje to całą wieczność i jeszcze nie można tego przetłumaczyć. Dobra rada nie skutkuje, bo jak wiadomo każdy wie najlepiej i mało kto jest otwarty na inne spojrzenie.

    • Dziękuję za doskonały komentarz!
      Bardzo mi się podoba to, co napisałeś: pewność siebie to po prostu działanie.

      Nie wiem czy dobrze rozumiem pytanie- chodzi o to, że umiem zrobić czegoś szybko, ale rozwlekam jakieś działanie na długi czas? Jeżeli to, to coś co dobrze znam. To takie działanie ochronne, środek zabezpieczający – próbuję poprzez dłubaninę uchronić się przed krytyką i tym, że komuś może się nie spodobać, to co robię.

      Problem polega na tym, że działanie nie zawsze jest receptą. Czasem „działanie” bywa formą uniku. Niby coś robię, ale tak naprawdę chowam się przed niebezpieczeństwem. Sztuka polega na tym, by działać bez uników, bez asekuracji. Jak to zrobić? Małymi kroczkami. Najpierw warto zdefiniować co jest dla mnie taką formą chowania się (np. zbyt długie przygotowywanie, unikanie jakichś czynności) a potem na próbę wyeliminować ten aspekt – żeby przekonać się jakie będą efekty – np. zrobić coś bez przygotowania. Może się okazać, że pójdzie mi lepie, a może pójść gorzej. Taka postawa „a może zrobię to inaczej i sprawdzę jakie będą efekty” pozwala uczyć się skutecznego działania.
      Pozdrawiam serdecznie 🙂

      • Tak Zbyszku, dokładnie. Jedna sprawa to pozorne działanie, by odwlec to co powinno być zrobione, ale z różnych względów odkłada się to w czasie robiąc coś innego. Jak na przykład zabranie się za ćwiczenia fizyczne. Rach ciach i jak się zacznie to już leci. Najtrudniej to się zmobilizować i zacząć. Ile wtedy różnych rzeczy można wymyślić. Prawdziwe mistrzostwo świata. Przeczytałem gdzieś, że to poniekąd wynika z opuszczenia właśnie strefy komfortu. Niektóre ćwiczenia są przyjemne, ale niektóre trzeba już się namęczyć nieco i to gdzieś w podświadomości, może gdzieś indziej jest zakodowane i łączy się z tym, że będzie nieprzyjemnie. Druga sprawa, to jak już mam „świadomość działania” i działam, ale widzę, jak na dłoni, że inni, zwłaszcza bliscy, są w miejscu w którym jeszcze jakiś czas temu ja byłem. Ja podjąłem trud sprawdzenia innych rzeczy, dopuściłem myśl, że ktoś inny może ma rację. Próbuję przekazać to co wiem, to co się nauczyłem, to co poznałem, lecz bliskie osoby są bardzo oporne na taką wiedzę. Wiem, że najlepiej uczyć się przez doświadczenie i skoro nie chcą rady niech są gdzie są. Chciałby się jednak czasami tego oszczędzić, bo potem mimowolnie ciśnie się na usta….a nie mówiłem. Gdyby można przejść obok tego obojętnie, czyli rób jak chcesz, Twoja sprawa, ale jednak włączają się emocje i już robi się trudniej.

    • Tak, nawet urodzony defetysta jest w stanie sobie wyobrazić, że działanie wchodzi w krew.
      I co z tego, gdy nie ma się choćby mglistego poczucia kierunku działań, a ewentualną satysfakcję z osiągania sukcesów się marginalizuje jako mało znaczące wobec ogromu trudności i swego rodzaju cierpienia, jakie muszą towarzyszyć na każdej trudnej drodze. J. G. Bennett powiedział kiedyś: „It is impossible to achieve the aim without suffering”. Warto? Dla tych krótkich chwil „enjoyingu” tak się codziennie „sufferingować”?

      Kolejna rzecz. Przywołujecie tutaj przykłady swoich przemian, metamorfoz itp. Sprowadzacie, w tym ty, Zbyszku, wszystkich biernych do jednego worka. A tymczasem ludzie są naprawdę różni i fakt, że Eustachia kiedyś była bierna, a teraz bierze pełnymi garściami, nie znaczy, że Bartka stać na powtórzenie jej sukcesu. Może Bartkowi brakuje jakiegoś pierdolonego związku chemicznego; może ma go za mało, a próba działania tylko pogorszy jego rzekomo stabilną sytuację psychiczną. Kończąc, dlaczego tak marginalizujecie psychiatrię?

      • Pozwolę sobie odnieść się do tego co napisałeś. Wszystko co potrzeba jest w Tobie. Chcesz sukcesu, celu – bez pracy – zawsze można grać w totolotka. Warunek – grać, bo jak tylko pomyślisz, że dobrze byłoby wygrać, a kuponu nie skreślisz to szanse raczej niewielkie. Jak skreślisz to już działasz, czyli krok mały, ale krok by coś zmienić. Jak idziesz w góry i widzisz szczyt gdzieś daleko, a czasami nawet go nie widać, to masz dwie możliwości. Zawrócić i szkoda czasu i wysiłku by tam wchodzić, po co mi to. Druga opcja – iść. Krok za krokiem, wolno, mozolnie i pozornie wydaje się, że cały czas jesteś daleko, a jednak krok za krokiem zbliżasz się do szczytu, aż w końcu go osiągniesz. Okazuje, że kluczem było ruszyć w stronę szczytu, a potem jakoś poszło. To właśnie jest działanie. Co do zmian – człowiek natury swojej nie zmieni. Wiele jednak rzeczy potrafi wyuczyć w sobie. Nie mówię tutaj, że byłem bierny i naraz po przeczytaniu paru tekstów, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, zmieniłem się w mega aktywnego człowieka. Z malkontenta, smutnego człowieka, zmieniłem się w zawsze uśmiechniętego, tryskającego humorem człowieka. Takie rzeczy to w filmach i tych ze szczęśliwym zakończeniem. Chodzi o to, że teksty Zbyszka inspirują i każą się zastanowić, spojrzeć na siebie z innej strony. Skoro oczekujesz, że będzie źle, to co to za problem zacząć robić coś co zawsze chciałeś. Jak się nie uda i tak będziesz w tym miejscu w którym byłeś i wcale nie będzie gorzej. Jak się uda, może poczujesz się lepiej. To co ważne jeszcze, ta chęć zmienienia siebie, czy życia, musi wyjść od Ciebie. Nikt za Ciebie nie podejmie decyzji, nikt za Ciebie tego nie zrobi, nikt za Ciebie nie przeżyje Twojego życia. Wybór jest Twój i tylko Twój.

  11. Witam,

    No sam nie moge uwierzec, ze istnieje gosc co pisze to wszystko tak szczerze.
    Pomyslalby ktos „where is a catch” Po tych wszystkich blogowcach co mozna wyczuc od pierwszego akapitu, zaszyfrowane sprytne intencje zarobku a tutaj taka niespodzianka.

    Naprawde jestem pelen podziwu dla Twojej pracy tutaj i Twoich filmikow na youtube (szkoda, ze nie ma ich wiecej 🙁 ).
    Ciesze sie takze, ze czytajac Twoje posty nie znalazlem jeszcze wzmianki o Thomasie Edisonie! (mam nadzieje, ze wiesz o co mi chodzi )
    Jestem pod ogromnym wrazeniem i mam nadzieje, ze takich perelech jak TY, bedzie coraz wiecej w necie i pewnego dnia wiekszosc z nas sciagnie maski z twarzy i odetchnie w koncu z ulga.

    Pozdrowienia z calego serca i all the best.

    • Dokładnie Lucas. Też jestem pod podobnym wrażeniem. Trafiłem tutaj już dawno i przekazałem również paru innym osobom, że jest ktoś taki jak Zbyszek i wiem, że również zaglądają tu regularnie, bo po przeczytaniu wymieniamy się refleksjami. Ta prawdziwość, szczerość budzi zaufanie i jest rozbrajająca. Nie ma złotych rybek, amuletów pod poduszką, kręgu trzymania się za ręce i wszystkiego tego podobnego. Zwykły człowiek, który wspaniale pokazuje drogę dotarcia do siebie i stawanie się ciągle, ciągle lepszym. Dziękuję również bardzo. Polecam również książki Zbyszka. Wracam do nich co jakiś czas.

    • Dziękuję Lucas 🙂 Bardzo się cieszę, że tu trafiłeś 🙂

  12. Zapraszam na mojego bloga: http://www.intuicja.bloog.pl mam kilka wpisów, które może kogoś będą wspierać w trudnych chwilach. Zapraszam do czytania i komentowania 😉

  13. Najlepszy wpis na jaki trafiłam w ostatnim czasie w internecie 🙂 akurat jestem 20 dni przed swoim debiutem w zawodach – nie jakiś super poważnych a hobbistycznych, ale bardzo się tym przejmuję. Hasło nie wstydź się a co najważniejsze NIE SPODZIEWAJ SIĘ CZEGOŚ NADZWYCZAJNEGO trafiło do mnie w 100%. Nie raz już łapałam się na fantazjach na temat tego debiutu jak to zachwycam wszystkich i siebie czymś niezwykłym a to potęgowało lęk przed porażką. Prawda jest taka, że w najlepszym wypadku wszystko pójdzie po prostu tak dobrze jak na treningach a w najgorszym gdzieś mi się noga podwinie. Nic nadzwyczajnego się raczej nie wydarzy 😉 pozdrawiam i dziękuje za ten wpis 🙂

    • Dziękuję za ten komentarz Kingo i cieszę się, że tekst Ci się spodobał. Perspektywa zawodów przypomniała mi pewien cytat z Chuang Tzu, taoistycznego mędrca sprzed dwóch i pół tysiąca lat (tu w tłumaczeniu Thomasa Mertona):

      Kiedy łucznik strzela za darmo, wszystko mu się udaje.
      Jeśli strzela dla zapinki z brązu, robi się niespokojny.
      Gdy zaś strzela o sztukę złota, ślepnie albo dwoi mu się w oczach.
      Całkiem traci głowę!
      Nie żeby mniej umiał. Ale nagroda sprawia, że się rozprasza. Dokłada starań.
      Myśli bardziej o wygranej niż o strzelaniu. I ten głód zwycięstwa pozbawia go zręczności.

      Dobrze nie oczekiwać niczego specjalnego, ale kłopot może się pojawić, jak zaczniemy walczyć ze swoim oczekiwaniem (nie chcesz wiele oczekiwać, ale do głowy wciąż przychodzą obrazy wielkiego sukcesu). Warto wtedy nie tyle z tym walczyć ile się uśmiechnąć do tego. Np. powiedzieć: O tak, dostaną nagrodę nobla i będę mnie nosić na rękach! Trochę humoru wobec siebie pozwala nam się skupić na działaniu, zamiast na zadziwianiu. Pozdrawiam serdecznie i trzymam kciuku by wizja nagrody nie odebrała Ci sprawności 🙂

      • I kolejna świetna i bardzo pomocna uwaga. Na pewno łatwiej mi będzie się nastawić odpowiednio i z humorem do mojego debiutu – dziękuje 🙂 I przy okazji Zbyszku przyznam Ci się do czegoś – czytam Twojego bloga już dłuższy czas (powoli pewnie liczony w latach) i miałam kiedyś kryzys. Wpisy wydawały mi się mądre i ważne, ale po prostu za długie – jestem z tego pokolenia nie umiejącego się skupić dłużej na niczym ;). Jestem czuła na tym punkcie zapewne też dlatego, że sama mam tendencje do zbyt rozwlekłego wyrażania swoich opinii i poglądów ;). Jednak wciąż wracam na Twój blog, bo przemawia do mnie Twoje podejście do samorozwoju i właśnie często takie „potraktuj to z humorem, nie oczekuj gwiazdki z nieba, ale i się nie wstydź” bardziej do mnie przemawia niż okrzyki – „do boju, jesteś mistrzem”, bo nie dla wszystkich jest to dobra droga. Pozdrawiam

      • Kingo, bardzo się cieszę i dziękuję. Masz rację, ja też mam poczucie, że piszę za długo.
        Zaczynam to zmieniać. Może nie będą to zupełnie króciutkie teksty , ale docelowo średni tekst mam mieć jakie 750 słów (to jakieś 3 strony maszynopisu – czyli raczej niewiele). Zobaczymy jak mi to wyjdzie 🙂

  14. „Nie żeby mniej umiał. Ale nagroda sprawia, że się rozprasza. Dokłada starań.
    Myśli bardziej o wygranej niż o strzelaniu. I ten głód zwycięstwa pozbawia go zręczności.”

    Bo w sumie to droga jest ważniejsza niż samo osiągnięcie celu.
    Pomagam Ludziom, zapominam o sobie, a na koniec ja również jestem wygrana.
    Dobrze powiedziane Zbyszek, trochę humoru wobec siebie, dystansu do samego siebie i wszystko staje się o wiele prostsze.
    Rozkminianie siebie i swoich problemów, rozkładanie ich na na części pierwsze, nie ułatwia, wręcz przeciwnie, zabija, bo dochodzi Człowiek do wniosku, że wszystko jest właściwie do dupy, nic mi nie wychodzi, nie udaje, jestem do niczego, więc po co się w ogóle starać ?

    Piszesz Bartek, że może nie posiadasz jakiegoś związku chemicznego i być może Tobie nie jest dana taka zmiana jak u Eustachy , a może Ty się po prostu zbyt mocno skupiasz na tych swoich brakach, doszukujesz się tego czego nie posiadasz, zamiast wykorzystać to co masz ?
    Te zmiany innych, które opisujesz z taką lekką ironią, wcale nie przyszły lekko, były okupione ciężką pracą, determinacją, zagryzaniem zębów i nie raz zwątpieniem, ale DZIAŁANIE spowodowało, że powoli z gąszczu „nie mogę, nie umiem, nie nadaję się” zaczęły wyłaniać się inne przekazy…..”a może jednak coś tam potrafię, może jednak wcale nie jestem taki do niczego, może właśnie ta moja wrażliwość to jest klucz, a nie przeszkoda” ….

    • W pełni się zgadzam Katarzyno! „Rozkminianie” to uciążliwy nawyk. Amelia Erhard na swoim samolocie miała plakietkę „Always think with your stick forward” (Myśl zawsze z drążkiem sterowym do przodu), mówiąc inaczej: Myślenie jest dobre, ale wtedy, gdy pracują twoje silniki i się wznosisz. Niektórzy ludzie siedzą za kierownicą swojego życia i dzień po dniu pompują gaz do dechy. Robią wiele hałasu, zamieszania i spalin. Niestety, ponieważ nie mają odwagi włączyć sprzęgła, cały czas stoją w miejscu 🙂

  15. Dziękuję za kolejny tekst trafiający w sedno! Osobiscie często się z tym zmagam, być może to częste wsród osób z sektora bardzo szeroko pojętych usług – wytwarzamy coś dla innych i sens w tym, aby odbiorcom się to podobało. Jednak, jak w przytoczonym cytacie „nagroda pozbawia zręczności”, super powiedziane Wstawiam ten cytat na moją tapetę na pulpit 🙂

  16. Panie Zbyszku,

    Strasznie dziękuję za ten tekst.
    Właśnie uświadomiłem sobie, jak wiele rzeczy w swoim życiu nie doprowadziłem do końca, jak wiele rzeczy i przedsięwzięć odpuściłem tylko dlatego, że oczekiwałem tak wiele, że trudno mi było zaakceptować „jedynie” małe kroki do przodu lub nawet czasowy ich brak.
    Uważałem, że tylko jeśli będę w czymś perfekcyjny warte jest to mojej uwagi i ludzie tylko wtedy będą mnie szanować jak we wszystkim co robię będę idealny.
    Teraz już wiem, że nie trzeba się wstydzić, robić swoje i nie oczekiwać czegoś nadzwyczajnego.
    Dziękuję raz jeszcze.
    Pozdrawiam, Michał

  17. Panie Zbyszku, świetne te pana artykuły, takie proste, nie jakieś wydumane ale z głębi duszy, przez to nadzwyczajne. Bardzo dziękuję. Mam 38 lat i całe życie niską samoocenę, ciągłe poczucie przegranej, brak sukcesów, często marne oceny w szkole mimo ogromnych starań. Matura- oceny mierne, tylko angielski czwórka. Doświadczyłam pewnego paradoksu, po wielu perturbacjach, zmianach szkół, wyjeździe za granicę, wpadła mi w rękę ulotka, kulturoznawstwo, olśnienie, brak analizowania, jakby człowiek wszedł w jakąś jasną szczelinę, którą dobrze zna. Rozpoczęłam studia, szło mi bardzo dobrze, chociaż już nie widziałam tego światła. Oceny miałam dobre i bardzo dobre, co dziwne jakoś szczególnie się nie starałam, robiłam swoje i tyle, ale poczucie wartości nadal bardzo niskie. Pisze pan aby nie stawiać sobie jakiś wygórowanych oczekiwań, przy mojej niskiej samoocenie nie groziło mi to, co mogłoby być takim oczekiwaniem, może np ukończenie studiów z wyróżnieniem? Nigdy nie zaprzątałam sobie głowy aby liczyć jakieś średnie, niby po co? Nigdy bym o tym nie pomyślała, aż do dnia kiedy wyczytano moje nazwisko na absolutorium, ukończyłam studia z wyróżnieniem. Dosłownie myślałam, że się przesłyszałam, siedziałam na końcu wielkiej auli, był mały gwar, pytam sąsiadów, nie słyszeli. Pomyślałam, Boże, to nie może być prawda, włącza się analizowanie, a co jeśli ktoś na roku ma to samo imię i nazwisko, przecież tego nie można wykluczyć. To były najdłuższe minuty mojego życia, siedzę i nie wiem co robić, w końcu jakaś siła kazała mi wstać i iść. Tak, to chodziło o mnie….. i wiem pan co, największy tragizm polega na tym, że gdyby na początku studiów, wymyśliłabym sobie ten wygórowany cel, nigdy bym go nie osiągnęła świadomie. Spaliłabym się w nerwach i działaniu. Odniosłam sukces, bo nie wiedziałam że do niego idę, nie było spinki. Ale ostatecznie jest jakaś gorycz, sama nie wiem, czy to można nazwać sukcesem, takim prawdziwym? Chciałabym w końcu realizować moje plany świadomie. Hmmm a czym jest prawdziwy sukces, może ten mój miał być właśnie taki nieidealny? Pozdrawiam!

  18. No cóż ,dobrze napisane , dla mnie wciąż nierealne . może szare komórki już się wyprostowały ? .Poczytam jeszcze raz i jeszcze raz może dotrze.

  19. Wspaniale przedstawiony problem świetnie sie czyta, nie banalnie. Tego własnie szukałam. Wspaniale myśli pomagajace w walce ze wstydem i slaboscia

Zostaw komentarz