Rzeźbiarz wewnątrz mnie

Kiedyś po szkoleniu, prowadzonym przez jedną z najlepszych (przynajmniej w Krakowie) psychoterapeutek, wzięła mnie chęć by poddać się terapii.

Podszedłem do niej na przerwie i mówię:

– Słuchaj, dużo pracuję z ludźmi i myślę, że moja skuteczność jest wypadkową tego, co sam przepracowałem. Wzięłabyś mnie na terapię?

Popatrzyła na mnie i zapytała:

– Jesteś żonaty?

– Tak.

– Masz dzieci?

– Tak.

– Jesteś szczęśliwy?

– Tak – wyrwało mi się, ale ponieważ głupio to brzmi w ustach kogoś, kto szuka terapii, dodałem – Zależy, co przez to rozumieć. Nie jestem szczęśliwy z pracy, nie jestem szczęśliwy we wszystkich relacjach. Z wielu rzeczy nie jestem zadowolony…

Popatrzyła na mnie nieco kpiącym wzrokiem i powiedziała.

– Nie potrzebujesz terapii.

Kończyła się przerwa i nie było czasu na dalszą rozmowę, ale chciałem jest odpowiedzieć:

– Potrzebuję! Mogę przecież tyle rzeczy ulepszyć, tak daleko mi do pełnego życia. Nie skończyłem jeszcze procesu swojego rozwoju!

Czułem się jak rzeźbiarz, który stoi nad bryłą zaledwie z grubsza wyciosanego marmuru. Widzi zarysy wspaniałego posągu: sylwetkę kogoś, kto jest zawsze skupiony na tym, co ważne, kogoś, kto nie czuje stresu, nie czuje braków energetycznych, zawsze jest spokojny, dogłębny, mądry… Wystarczy tylko zdjąć to, co powierzchowne i mało ważne i zostawić to, co najgłębsze i ponadczasowe. W żargonie, mówi się przepracować. Gdy przepracujesz jakiś kompleks czy problem, jesteś o krok bliżej tej klasycznej rzeźby z wypolerowanego marmuru.

Czułem się rozczarowany. Ja mam takie wizje, czuję się niemal Michałem Aniołem, a ona mnie pyta o to, czy mam żonę, dzieci i czy jestem zadowolony?! Tak, jakby człowiek żonaty, mający dzieci i nie zastanawiający się co drugi dzień czy aby dziś nie skoczy z mostu nie miał już nic ze sobą do zrobienia?! Rozczarowała mnie! Człowiek ma się rzeźbić, kształtować i doskonalić przez całe życie!

Rzeźba czy dłuto?

Pracujemy nad sobą, kształtujemy, budujemy swoje wnętrze. Wydobywamy siebie z głębin, przepracowujemy i modelujemy. Jesteśmy jak rzeźbiarze, skupieni nad swoim tworzywem. Ale czym tak naprawdę jest nasza psychika? Blokiem marmuru? Bryłą gliny? Klocem drewna? Workiem gipsu? Modeliną?

Jakim rodzajem tworzywa jesteśmy?

Żadnym. Myślenie o psychice, jak o tworzywie, z którego ma powstać rzeźba jest jednym z powodów, dla których nasze wysiłki by sobie pomóc (indywidualnie lub przez terapeutę) kończy się porażką.

Metafora rzeźbiarza jest dobra, problem jest jednak taki, że w tej metaforze psychika jest czymś zupełnie innym.

Nasza psychika jest dłutem, a tworzywem, z którego powstaje rzeźba jest świat na zewnątrz nas. Nasza prawdziwa praca nie polega na tym by wydobywać piękno z siebie samego, nie polega na tym by przepracowywać siebie i uwalniać się ze wszystkich napięć, nierówności czy niespójności. Nasza prawdziwa praca polega na tym by wydobywać piękno ze świata i innych ludzi.

To nie znaczy, że praca nad sobą nie jest człowiekowi potrzebna. Rzeźbiarz potrzebuje ostrych, dobrze utrzymanych dłut.

Jednak większość z klientów terapeutów, mówców i motywatorów, to ludzie, którzy, mimo, że ich dłuta nadają się do działania, siedzi i rozmyśla jakby tu jeszcze bardziej je udoskonalić. Są jak rzeźbiarz, który ma wszystko: tworzywo, siły i narzędzia, ale zamiast zabrać się do pracy, przez cały dzień biadoli, jakich to wspaniałych rzeczy by dokonał, gdyby miał lepsze narzędzia.

Owszem, są tacy, którzy mają lepsze. Bardziej stabilną psychikę z mniejszą ilością negatywnych emocji. Są tacy, którzy są bardziej uparci, bardziej inteligentni, mają mniejszą ilość traumatycznych wspomnień z dzieciństwa, lepsze doświadczenia z obecnymi partnerami itd. … ale czy to znaczy, że nie jesteś w stanie nic zrobić za pomocą tego, co masz teraz? Czy to znaczy, że to, czym dysponujesz jest bezużyteczne?

Troska o narzędzia czy ich kult?

Warto dbać o narzędzia. Gdy twoje dłuto jest zniszczone i połamane, przyda ci się pomoc. Gdy co dwa dni myślisz o tym, że świat nie ma sensu, gdy masz problemy z pełnieniem podstawowych ról – być może powinieneś poszukać pomocy.

Być może powinieneś coś dla siebie zrobić, gdy dzień po dniu czujesz się wypalony, jałowy i zgaszony. Nawet dobre dłuto trzeba od czasu do czasu ostrzyć.

Dobry rzemieślnik troskliwie obchodzi się z narzędziami. W dobrym warsztacie nie znajdziesz porozrzucanych, tępych pił czy dłut.

Ale mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach bardziej powszechny jest inny problem. Problem, na który cierpiał pewien znany mi kiedyś prezes wielkiej firmy. Jego konikiem było stolarstwo. Tak w każdym razie twierdził. Bliższe prawdy byłoby nazwanie tego „kolekcjonowaniem narzędzi stolarskich”. Miał cały zestaw narzędzi. Od zupełnie zwyczajnych do zaawansowanych – takich, które budziły zazdrość nawet profesjonalistów. Gdy jednak zabierał się za robienie czegoś (co mu się zdarzało bardzo rzadko) nie wyciągał tych najlepszych, ale te najgorsze.

Jak twierdził, robił to z troski o nie. W rzeczywistości to nie była żadna troska. Istnieje subtelna, ale wyraźna granica pomiędzy troską o narzędzia a ich kultem. On tą granicę przekroczył. Był kolekcjonerem, a nie rzemieślnikiem.

Kto nie zna takich kolekcjonerów? Czyściutki idealnie zadbany samochód, który oczywiście został kupiony po to by wozić dzieci, ale niech tylko wredny bachor wyleje soczek na siedzenie a nagle boleśnie się przekona, po co naprawdę ojciec kupił brykę. Albo piękny, zadbany rower, którym można powoli się przejechać dopiero wtedy, gdy na zewnątrz panują idealne warunki. Broń boże deszcz czy błoto. Albo wspaniała kolekcja gitar, z których właściciel pracowicie ściera kurze, stroi je, konserwuje i nigdy na nich nie gra.

Ochraniacze

Kilka lat temu, gdy zaczynałem jeździć na rolkach kupiłem sobie ochraniacze. Czarno – bordowe, pachnące świeżością prezentowały się wspaniale. Ich zadaniem – przynajmniej teoretycznie – była ochrona kolan, nadgarstków i łokci. Szybko zorientowałem się, że to raczej ja służę chronieniu ich przed rysami i zabrudzeniami. Starałem się tak jeździć by nie musieć ich używać.

Gdy to spostrzegłem, poszedłem w odległy zakątek parku, po którym jeździłem i w pełnym szyku wykonałem kilka rzutów na ziemię. Do dziś jestem dumny z efektów. Ochraniacze są po to, by były ubrudzone, porysowane i podrapane. Są właśnie po to, by znosić napięcia i radzić sobie z tarciem. Przecież ochraniacz bez rysy, to znak, że jesteś absolutnym nowicjuszem i pozerem. Zamiast jeździć ostrożnie (byle tylko nie upaść i nie porysować ochraniaczy) mogłem zacząć próbować wykonywać trudniejsze manewry i czerpać satysfakcję z upadków.

Nasza psychika jest trochę jak ochraniacz. Właśnie o to chodzi by znosić napięcia i obciążenia. O to chodzi by było na niej mnóstwo rys.

Jeżeli jesteś w pełnej harmonii, pokoju i wyciszeniu to są tylko dwie możliwości: albo osiągnąłeś już nieśmiertelność albo nie robisz tego, co powinieneś robić. Nie używasz swojej psychiki do tego, do czego powinieneś używać.

Psychika doskonali się od używania

Jeszcze bardziej niż ochraniacze, nasza psychika przypomina drewnianą harmonijkę ustną. Najlepsza harmonijka, to taka, która jest rozegrana. W miarę grania drewno nabiera odpowiedniej wilgotności i pęcznieje. Harmonika osiąga wtedy właściwą barwę. Dbałość o instrument polega na regularnym graniu na nim. Instrument nieużywany jest w kiepskim stanie.

Tak samo jest z psychiką. Rozwija się, gdy traktujemy ją, jako narzędzie a nie cel.

Psujesz ją, gdy:

– zamiast zbierać rysy, wycofujesz się;

– gdy nie angażujesz się w trudne przedsięwzięcia, bo boisz się urazów,

– gdy przestajesz robić coś ważnego, bo jest to dla ciebie zbyt bolesne czy wyczerpujące,

– gdy czekasz aż będziesz gotowy.

Nigdy nie będziesz całkiem gotowy. Nigdy nie będziesz całkowicie nadawać się do tego, co chcesz zrobić. A nawet więcej. Jeżeli zabierasz się za jakieś przedsięwzięcie, do którego doskonale się nadajesz i jesteś doskonale przygotowany, to znak, że nie zabierasz się za to, za co powinieneś. Poszukaj sobie raczej czegoś, do czego ledwo się nadajesz.

Silikon

Oglądałem kiedyś program, w którym nastolatkom pokazywano kilka fotografii kobiecych biustów. Wśród typowych, zwyczajnych biustów było zdjęcie nienaturalnego, wypchanego silikonem. Zadaniem nastolatków była ocena, który jest najbardziej naturalny i najczęściej spotykany. Oczywiście chłopcy wybrali taki, którego nigdy u swoich rówieśniczek nie spotkają. Byli głęboko przekonani, że to, co było czystym efektem chirurgii plastycznej jest czymś najbardziej powszechnym. Całe szczęście powoli zaczynamy uświadamiać sobie, jak bardzo media wypaczyły obraz ciała ludzkiego.

Podobnie jest jednak z obrazem psychiki. To, co wydaje nam się „zdrowe” i „normalne” często jest sztucznym tworem.

Postacie takie jak James Bond, Pippi Langstrumpf, Jack Sparrow czy Lara Croft to fikcja. Ludzie, których oglądamy w filmach i o których czytamy w książkach, to nie są prawdziwi ludzie. My jednak staramy się być jak oni: zawsze pełni optymizmu, humoru, dystansu, ciepła, wytrwałości itp. Martwimy się i szukamy pomocy, gdy tylko okazuje się, że nie jesteśmy jak James Bond, że kłopoty nas przytłaczają, że upadki bolą a dobry humor nie zawsze na się trzyma.

Z piersiami sytuacja jest stosunkowo łatwa. Masz pieniądze, pakujesz silikon i wszystko gra. Z psychiką problem jest nieco większy. Silikonu jest dużo. Możesz przebierać wśród ofert tych, którzy za parę złotych zmienią cię w boga. Problem jednak jest taki, że ten silikon długo się nie trzyma. Po tygodniu odpada i nie dość, że twoja psychika wraca do normy, to jeszcze masz kaca, że skopałeś sprawę. Nie skopałeś. Po prostu ktoś ci wmówił, że można być ideałem.

Owszem, wielu z nas wymaga pomocy psychologicznej. Ale najczęściej pomocy polegającej na tym, by jak najszybciej przekierować uwagę z siebie na świat.

Jeżeli radzisz sobie z podstawowymi, zadaniami, jeżeli możesz rano wstać i iść do pracy, jeżeli możesz rozmawiać ze swoimi bliskimi i przyjaciółmi, jeżeli możesz wsiąść do samochodu i pojechać na zakupy, nie mów mi, że rzeczą, której najbardziej potrzebujesz jest przepracowywanie siebie. Prawdopodobne bardziej potrzebujesz dokonania zwrotu na zewnątrz.

Dokonać zwrotu

Najbardziej istotnym elementem prawdziwej pracy nad sobą jest dokonanie zwrotu we właściwym kierunku. Zwrotu, w którym przestajemy traktować siebie, jako najważniejszy cel, a zaczynamy traktować jak narzędzie zmieniające świat.

Martin Buber w króciutkiej książeczce „Droga człowieka według nauczania chasydów” pisze:

Człowiek, który nieustannie trapi się pokutą i zamęcza myślami, że jego uczynki pokutne są niewystarczające, pozbawia dzieło zwrotu najlepszej cząstki energii…

Trzeba zapomnieć o sobie i mieć w myślach cały świat…

Każdy w swoim związku ze światem powinien baczyć, by nie stać się celem samym dla siebie.

W przełożeniu na bardziej psychologiczny język znaczy to mniej więcej tyle, że człowiek, który nieustannie zajmuje się swoją dojrzałością, opanowaniem, wyciszeniem, pozytywnym nastawieniem (wstaw jakiekolwiek problemy psychologiczne) pozbawia siebie samego najlepszej cząstki energii. By ją dostać, musisz dokonać dzieła zwrotu.

Tak naprawdę tego najbardziej potrzebujemy. To nie za wewnętrzną harmonią czy spokojem tęsknimy. Nie dlatego szukamy terapeutów by zlikwidowali napięcia, stresy i dali receptę na wieczną błogość. Viktor E. Frankl relacjonuje wyniki badań, jakie przeprowadzono na sporej grupie Francuzów i które z takim samym efektem przeprowadził w swoim szpitalu. 89% badanych stwierdziło, że ich zdaniem „człowiek potrzebuje czegoś, dla czego mógłby żyć”. 61% powiedziało, że w ich życiu jest ktoś lub coś, za co gotowi byliby gotowi umrzeć.

Gdy czujesz, że wiele jeszcze musisz nad sobą pracować, że potrzebujesz doskonalenia siebie, gdy czujesz się nieziemsko spragniony harmonii i spokoju, rozejrzyj się wokół:

Czy masz, dla kogo / czego żyć?

Czy jest coś, czemu warto służyć?

Czy poświęcasz temu tyle uwagi ile powinieneś?

Być może rzeczywiście musisz pewne rzeczy przepracować, ale może byś tak zaczął od drugiej strony? Może to nie stres, napięcie czy brak doskonałości jest twoim problemem, ale brak innego celu niż swoja doskonałość?

Może stres, napięcie, poczucie bycia nieszczęśliwym jest efektem gorączkowego trzymania się siebie i własnego samopoczucia? Jak by wyglądało twoje życie, gdybyś zupełnie przestał się martwić o własne samopoczucie, wygodę, pozytywne emocje czy myśli? Gdybyś zostawił je sobie samym i przestał je obskakiwać i obsługiwać. Czy coś by w tym życiu zostało?

Służba jest lekarstwem

Doktor Albert Schweitzer był jednym z najbardziej zdumiewających ludzi na ziemi. Doskonały filozof, teolog, muzykolog (jego dzieło na temat J.S. Bacha do dziś jest jedną z najważniejszych pozycji na ten temat), znawca budowy organów, doskonały organista, wykładowca i nauczyciel. Mimo tych wszystkich zainteresowań i zdolności, któregoś dnia postanowił poświęcić się całkowicie bezinteresownej służbie innym. Ukończył medycynę i wyjechał do Gabonu. Tam spędził kilkadziesiąt lat służąc najlepiej jak umiał tysiącom chorych. Pod koniec życia budził powszechny podziw. Został m.in. doceniony nagrodą Nobla. Ale powtarzał, że jest normalnym człowiekiem, który tylko odkrył znacznie służby innym.

Pisał:

…musicie służyć innym. Będziecie ubogimi w życiu, jeżeli wszystkim, o czym myślicie będzie to, jak osiągnąć sukces dla siebie. Prawdziwym celem w życiu jest istnieć dla innych, pomóc w spełnieniu tego, co winno być zrobione.

Służyć ludziom? To źle się kojarzy. W pewnym sensie nikt nie powinien być niczyim sługą. Jeżeli bycie sługą znaczyłoby rezygnację ze swoich osądów, indywidualności, ocena moralnych czy przekonania, co jest słuszne a co nie – nie można być niczyim sługą (choćby była to żona, rodzona matka czy największy autorytet wszech czasów). Ale nie o coś takiego chodzi. Służyć komuś może też znaczyć pomagać drugiej osobie, dbać o jej potrzeby, troszczyć się o nią, interesować się tym, czego potrzebuje czy dzielić się z nią swoim czasem czy wysiłkiem. Jeżeli tak rozumieć służenie, zasada jest prosta:

Nie można przeżyć sensownego życia, jeżeli nikomu ani niczemu nie służymy. Tak jesteśmy skonstruowani, że zaczynamy kwitnąć, gdy zaczynamy autentycznie służyć.

Jeżeli czujesz depresję, brak energii, smutek, apatię, nieśmiałość, brak inspiracji… cokolwiek, zafunduj sobie lekarstwo: znajdź kogoś i zacznij mu służyć.

Zafiksowanie na swoim bólu i problemach zawsze pogarsza sprawę. Starasz się wyrwać i plątasz się coraz bardziej. Zostaw na chwilę swój głód i swój ból. Pomóż najpierw drugiej osobie.

Postępuj zupełnie odwrotne niż w samolocie. Najpierw włóż maskę współpasażerowi. Pomóż złapać jej oddech. Zobaczysz, że stanie się coś dziwnego. Dając komuś autentyczną troskę i zainteresowanie nie odbierasz sobie niczego. Im więcej autentycznej troski dasz drugiej osobie, tym więcej dasz sobie samemu.

To nie oznacza, że masz odrzucić siebie

Zwrócenie się na zewnątrz, nie oznacza odrzucenia własnych odczuć. Wręcz przeciwnie. Jeżeli jesteś zwrócony na zewnątrz to, co dzieje się wewnątrz ciebie bardzo się liczy.

Twoje przyjemności, refleksje, przeżycia, wątpliwości, marzenia czy nawet sny, stają się ważnym narzędziem, poprzez które świat komunikuje się z tobą. Dzięki temu, co czujesz w środku wiesz, co jest cenne i ważne dla świata. Poczucie przyjemności z pracy jest wtedy sygnałem, że jesteś na właściwej drodze.

Nie chodzi o to by przestać pracować nad sobą czy przestać zajmować się sobą. Chodzi o to, by mieć właściwy zwrot.


Zdjęcia: Akbar Simonse (zdjęcie z rzeźbiarzem); Claire Sutton (z dłutami)