Boże, naucz mnie być przeciętnym jak biało – czarna krowa

Fioletowa krowa przy drodze speca od marketingu

Seth Godin, guru marketingu, rozpoczyna swoją książkę opowieścią o tym jak podróżował z rodziną przez Francję.

Gdy wyjechali z miasta byli oczarowani malowniczymi pastwiskami i pasącymi się na nich krowami. Widok, od którego przeciętny mieszczuch nie może oderwać oczu. Piękny jak książeczka z obrazkami, którą czytało się w dzieciństwie.

Dokładnie to samo robią moje dzieci, gdy na horyzoncie zobaczą choćby niewielką łaciatą figurkę krowy. Dla moich dzieci (i zapewne dzieci Godina), krowa jest znacznie bardziej egzotycznym zwierzęciem niż tygrys, gibon czy słoń. Te ostatnie widujemy od czasu do czasu w zoo. Krowy mamy wyłącznie na ilustracjach.

Po kilkunastu minutach w samochodzie Godinów coś zaczęło się jednak zmieniać. Na początek krowy stały się nieco mniej interesujące. Wystarczyło rzucić na nie okiem od czasu do czasu. Potem stawały się coraz bardziej zwyczajne. W końcu stały się nudne. Po niecałych dwudziestu minutach czar prysł i nikt już nie zwracał na nie uwagi..

Jak pisze Godin: każda krowa jest taka sama i gdy widziałeś jedną, widziałeś wszystkie. By ożywić uwagę, musielibyśmy zobaczyć coś zupełnie nowego. Na przykład fioletową krowę.

Godin wyciąga prosty wniosek: jeżeli chcesz przeżyć w dzisiejszym świecie, musisz stać się fioletową krową. Nie tylko musisz się różnić. Musisz być niezwykły i ponadprzeciętny. Inaczej ludzie cię nie dostrzegą i będzie tak, jakbyś nie istniał. Będziesz jednym z wielu nic nie wartych nudziarzy. Być przeciętnym to znacznie bardziej niebezpieczne niż się wyróżniać:

Chcę jasno powiedzieć, że bezpieczniej jest podejmować ryzyko – wzmocnić w sobie pragnienie dokonania naprawdę zadziwiających rzeczy.

Fioletowe krowy przy drogach specjalistów od rozwoju

Godin zajmuje się głównie marketingiem. Jednak te same rady można znaleźć w książkach z zakresu rozwoju osobistego: wyróżniaj się, bądź niezwykły i ponadprzeciętny. Nie bądź dobry – bądź niesamowity. Nie gódź się na przeciętność. Rozwijaj w sobie wyjątkową osobowość. Oczekuj od siebie niezwykłości. Dąż ustawicznie do wielkości.

Jak byś się czuł, gdyby ktoś ci powiedział, że jesteś przeciętny? Zgodnie ze słownikiem, przeciętny znaczy nie odbiegający od normy, taki, jakiego się najczęściej spotyka, zwykły. Przeciętna szybkość samochodu. Przeciętny zarobek. Przeciętny wygląd (ani ładny, ani brzydki). Przeciętny dzień (ani zły ani dobry, po prostu typowy).

Tymczasem przeciętny człowiek, to ktoś zły, słaby i do niczego. Gdyby ktoś ci powiedział, że jesteś przeciętny, potraktowałbyś to jako obelgę.

Gdy zajmowałem się projektowaniem systemów ocen pracy, zawsze mieliśmy problem z nazwaniem oceny opisującej większość pracowników. Oczywiście nie wchodziło w grę nazwanie jej przeciętną czy dostateczną. Rzadko pomagały inne nazwy, takie jak spełnia wymagania czy zgodnie z oczekiwaniami. Ludzie obruszali się, gdy nie dostawali najwyższej oceny. W wielu firmach, w których dział personalny nie dość dobrze sobie radził z systemem ocen, pod koniec roku, 98% pracowników otrzymywało najwyższe oceny. Wszyscy pracownicy nagle byli znacznie powyżej wymagań. Tylko dlaczego firma nie radziła sobie na rynku a pracownicy mieli poczucie, że nie są traktowani sprawiedliwie?

Jeden z amerykanów, którego cytuje John C. Maxwell, pisze:

Przeciętność wystawia na niebezpieczeństwo cały kraj. Ale zawsze pamiętaj: przeciętność zaczyna się od ciebie.

Pamiętaj, wróg czuwa! Bezpieczeństwo kraju wymaga by wszyscy byli w górnych pięciu procentach!

Nie tylko w Ameryce ludzie czują przymus bycia kimś wyjątkowym. Japoński autor Mishima Yukio w powieści Na uwięzi opisuje jedną z postaci, marynarza Ryuji:

Wiedział tylko, że gdzieś daleko w mrokach świata jest światełko jemu jednemu przeznaczone, które pewnego dnia zbliży się na tyle, by objąć swym blaskiem jego, nikogo więcej…wierzył, że: z całą pewnością czeka mnie niezwykły los, coś zupełnie ekstra, co nie jest dla byle kogo.

Tylko ludzie nieprzeciętni są w stanie coś osiągnąć. Nic dziwnego, że tak chętnie uczymy się tzw. kreatywności. Nikogo nie dziwi grupa menedżerów czy pracowników, którzy biegają po sali szkoleniowej w kolorowych czapeczkach, udają szalejące stado zwierząt, z zapamiętaniem rzucają papierowe samolociki czy licytują się tysiącami absurdalnych pomysłów. Kreatywność to firmowe życie lub śmierć.

Nigdy nie dziwiło mnie organizowanie takich zajęć na uczelniach czy w szkołach. Zdziwiłem się dopiero, gdy zobaczyłem ofertę dla przedszkolaków. Do tej pory naiwnie uważałem, że dzieci są wzorcem kreatywności. Teraz dowiedziałem się, że kreatywności trzeba się uczyć od dzieciństwa. Już czteroletnie maluchy dowiadują się, że bycie typowym to nieszczęście. Że tkwienie w jakimkolwiek schemacie to zbrodnia. Że oczywiste rozwiązania są najgorsze, bo coś sensownego może być dopiero efektem burzy mózgów.

Postęp rozlewa się dalej. Nawet kościół stara się iść do przodu. Jakiś czas temu widziałem plakat reklamujący rekolekcje. Pod zdjęciem grupy młodych ludzi w dziwnych pozach i z dziwnymi minami był wielki napis: Aby zerwać z przeciętnością. Do tej pory, naiwnie myślałem, że Bóg kocha prostaczków i szaraczków.

Ale to nawet lepiej. Kto by chciał być przeciętny? Przecież o to w życiu chodzi by błyszczeć i stać na środku sceny. Broń boże być takim samym jak inni!

Moja szczęśliwe przegrana walka

Ja też zawsze szukałem czegoś niezwykłego. Nie chciałem być przeciętny i zwyczajny. Czasem mi się to udawało. Nosiłem długie włoscy, ubierałem się dosyć niezwykle jak na standardy małego miasta, w którym zastało mnie dojrzewanie, czytałem poezję (czego nie robił nikt z moich towarzyszy niedoli zwanej technikum elektronicznym). Pisałem wiersze (dwa zostały wydrukowane w lokalnej gazecie).

W końcu, gdy byłem starszy, zabrałem się za pisanie książki. Ktoś wyjątkowy w którymś momencie swojego życia powinien napisać książkę. Lepiej wcześniej niż później, bo osoba niekonwencjonalna jakoś dziwnie potrzebuje ciągłego potwierdzania swojej niezwykłości.

Na początku szło doskonale. Pisanie przynosiło mi dużo przyjemności. Szybko skończyłem pierwszy, drugi i trzeci rozdział. W którymś jednak momencie poczułem, że to, co piszę nie jest dość twórcze, niezwykłe czy kreatywne. Krytycznie przejrzałem efekty swojej pracy.

Nie, to mógłby napisać każdy. Gdy jesteś kimś wyjątkowym musisz bardzie się postarać, więcej od siebie wymagać…. Musiałem wszystko poprawić. To nie mogła być prosta książka. To musiało być epokowe dzieło. Coś niezwykłego i dopracowanego do nieskończoności.

Poczucie zabawy i radości z pisania prysło. Zacząłem męczyć się z każdym kolejnym słowem. Byłem twardy i nie poddawałem się. Zaczynałem od nowa i motywowałem się. Ale miesiące mijały. A ja miałem tylko kolejne, nie nadające się do niczego wersje. Po pół roku codziennego, minimum trzy godzinnego pisania byłem na krawędzi depresji.

Któregoś dnia, wybrałem się do księgarni. Wziąłem z półki jakąś książkę. Dobry tytuł, piękna okładka, ale w środku kiepsko. Niespójne rozdziały, koszmarny język, banały. Zacząłem przeglądać inne książki.

Dotarło do mnie, że większość tego, co stoi na półkach to wcale nie są wielkie, wspaniałe i dobrze napisane dzieła. Po większości z nich, nawet tych najlepiej się sprzedających, za dziesięć lat nie będzie śladu. Większość z książek to przeciętne, nudne, biało – czarne krowy.

A jednak nie czułem się lepszy. Przeciwnie. Czułem się przegrany. Czułem, że przegrałem swoją walkę o wielkość i ponadprzeciętność. I czułem, że będę ją przegrywał tak długo, póki ją będę prowadził.

Zrozumiałem, że ludzie po prostu piszą książki (niektóre okazują się doskonałe, ale większość wychodzi średnio). Ja natomiast żyję w świecie fantazji i nierealnych oczekiwań.

Bardzo zatęskniłem za powrotem do rzeczywistości. Chciałem stać się jednym z tych wielu przeciętnych autorów książek. Napisać tylko tyle, by ktokolwiek zechciał to wydać, by ktokolwiek zechciał to wziąć do ręki i by ktokolwiek zechciał to przeczytać. Niech to będzie największy chłam, ale niech to się znajdzie na tej półce! Nie chcę być niezwykły. Chcę cokolwiek zrobić.

Im mocniej oczekiwałem od siebie czegoś niezwykłego, tym bardziej czułem się sparaliżowany. Im bardziej pragnąłem być fioletową krową, tym bardziej nie mogłem być żadną.

Wysoko zawieszona kładka

Nie mamy potrzeby bycia kimś niezwykłym, gdy piszemy list do przyjaciela. Pisanie przychodzi nam naturalnie i nie traktujemy go jak ciężkiej pracy. Wystarczy jednak powiedzieć komuś by napisał to samo, ale jako artykuł do książki, a sprawa staje się naprawdę męczącą.

Gdy piszę do przyjaciela, mogę być zwyczajny i normalny. Gdy piszę artykuł, muszę być genialny.

Gdy poddasz się nakazom niezwykłości, kreatywności i genialności, twoja praca staje się ciężka i męcząca.

Pisanie połączone z oczekiwaniem stworzenia czegoś genialnego jest jak chodzenie po kładce na wysokości stu metrów. Albo jak zdawanie ważnego egzaminu przed surowym profesorem.

Im więcej fioletowej krowy masz w głowie, tym większy stres i napięcie. Fioletowa krowa w głowie sprawia, że nigdy nie jesteś zadowolony i prawnie nigdy nie czujesz satysfakcji. Ciągle musisz się kontrolować i sprawdzać. Ciągle musisz się jeszcze bardziej i bardziej starać. Niewiele zostaje energii na pracę.

Fioletowa krowa, jest jak cenzor, który siedzi gdzieś w środku i ciągle mówi: to nie dość nowe, to nie dość odkrywcze, to nie dość kreatywne, to nie dość wielkie.

To my sami zapraszamy fioletową krowę. My sami wieszamy kładkę tak wysoko, mimo, że równie dobrze mogłaby wisieć metr nad ziemią. My sami wmawiamy sobie, że nasi bliźni są surowymi recenzentami, podczas gdy w rzeczywistości większość z nich to bardzo życzliwi słuchacze.

Pół roku po tym, gdy szczęśliwie udało mi się przegrać walkę o własną niezwykłość, wszedłem do tej samej księgarni i zdjąłem z półki książkę z moim nazwiskiem na okładce.

Przynajmniej na jakiś czas przestałem walczyć o swoją wielkość i niezwykłość. Zamiast pisać genialną książkę napisałem coś, co mogło zainteresować kilku znajomych. Przestałem troszczyć się o doskonałość i zacząłem po prostu pisać.

Gdy oglądałem swoją książkę, wiedziałem, że jest daleko od doskonałości. Wiedziałem, że przydałoby się jej wiele poprawek. Ale trzymałem ją w ręku. I to się liczyło. A gdy zacząłem jeszcze dostawać maile z podziękowaniami od czytelników, poczułem się jak krowa, która daje mleko. Fioletowe krowy nigdy nie dają mleka.

Paradoks

Czy dzisiejsze ulice pełne są wyjątkowych, niezwykłych i kreatywnych ludzi? Czy w dzisiejszych mediach jest wiele osób wyjątkowych i niezwykłych?

Udziwnionych, zmanierowanych, sztucznych – owszem. Ale wyjątkowych i niepowtarzalnych?

To smutne. W czasach, w których tak mocno pragniemy się wyróżniać, jesteśmy tacy jednakowi. Tygiel rodem z dramatu antycznego. Nasze pragnienie niezwykłości sprawia, że stajemy się tacy sami.

Seth Godin, którego cytowałem na początku zachęcał do tego by wzmacniać w sobie pragnienie dokonania naprawdę zadziwiających rzeczy.

Przeciwnie. Im mocniejsze w jest w tobie pragnienie dokonania niezwykłych i zadziwiających rzeczy, im bardziej pragniesz być kimś niezwykłym, tym większa przeciętność ci grozi.

Jakie jest rozwiązanie?

Przestań szukać nieprzeciętności i zacznij szukać autentyczności.

Przestań szukać niezwykłych, kreatywnych rozwiązań. Zamiast tego szukaj rozwiązań oczywistych i najprostszych.

Patricia Ryan Mason, w swojej książce Improv Wisdom cytuje wypowiedź projektanta oprogramowania, który zmienił swój sposób rozwiązywania problemów:

Wcześniej cenzurowałem wiele z moich pomysłów zanim dochodziłem do czegoś użytecznego. Teraz projektując interfejs użytkownika szukam rzeczy oczywistych. Gdy idę na spotkanie z Działem Rozwoju i mówię im o rzeczach łatwo dla mnie dostrzegalnych, kierownicy klaszczą w dłonie i mówią „Dlaczego myśmy o tym nie pomyśleli?” Wtedy wiem, że mój pomysł jest dobry. Wcześniej często szukałem czegoś sprytnego czy innowacyjnego, tracąc to co było na wprost mnie.

Nie pomijaj tego co ci pierwsze przychodzi na myśl. Nie bój się zaakceptować najbardziej oczywistych rozwiązań. Gdy patrzysz uważnie na to, co przed tobą i nie starasz się być drugim Enstinem czy Picassem, zazwyczaj żadna burza mózgów nie jest ci potrzebna.

Gdy piszesz, nie twórz ale napisz najprościej jak potrafisz to, co masz do napisania. Pisz jakbyś pisał do przyjaciela.

Gdy robisz zdjęcia, nie kreuj obrazu ale po prostu fotografuj to co widzisz. Nie szukaj rzeczy niezwykłych. Dostrzegaj to, co masz przed sobą.

To samo można odnieść do każdej dziedziny twórczości: muzyki, architektury, prawa, księgowości, informatyki, itd.

Pozwól sobie na przeciętność

Od środka każdy z nas jest kimś przeciętnym. Jak się na co dzień zaskakiwać, gdy człowiek zna się od dwudziestu, trzydziestu czy więcej lat?

Gdy staramy się być ponadprzeciętni, przestajemy być autentyczni. Być autentycznym to być zwyczajnym. Czasem nudnym, czasem powielającym. Takim jakiem jesteś w środku.

Twoja autentyczność być może okaże się dla innych czymś niezwykłym. Być może to, jak na co dzień widzisz świat będzie absolutnym olśnieniem dla kogoś innego. Być może to, co dla ciebie normalne, dla innych okaże się niesamowite. Może tak, może nie. Przestań się tym zajmować.

Bądź taki, jaki jesteś. Bądź biało – czarną (czy brązową) krową.

Nie szukaj egzaltacji i wyjątkowości. Nie goń za wybitnością. Nie próbuj zrobić coś specjalnego. Nie sil się na myślenie poza ramami i wymuszoną kreatywność.

Mistrz zen Shunryu Suzuki mówi:

Kiedy już nie próbujesz zrobić niczego specjalnego, wówczas robisz coś.

To naprawdę duża ulga nie musieć robić rzeczy niezwykłych.

Jeden z moich ulubionych psalmów (131) opisuje ten stan:

Panie, moje serce nie jest wyniosłe

i oczy moje nie patrzą z góry.

Nie gonię za tym, co wielkie

albo co przerasta moje siły.

Przeciwnie zaprowadziłem ład i pokój w mojej duszy.

Jak niemowlę u swej matki,

Jak niemowlę – tak we mnie jest moja dusza.

Piękny obraz, ale trudny do osiągnięcia. Wiedzieć o tym wszystkim to zbyt mało.

Wiem, jak bardzo pragnienie niezwykłości utrudnia mi życie. Jak bardzo komplikuję sobie pracę, starając się „robić coś specjalnego” i „goniąc za tym co wielkie i co przerasta moje siły”.

Ale co z tego, że wiem? Co z tego, że już kilka razy się przekonałem, że najlepsze efekty przynosi prostota? Co pewien czas na nowo łapię się na dopieszczaniu, uniezwyklaniu i ukreatywnianiu. Jeszcze wielu rzeczy musze się oduczyć by stać się autentyczny jak niemowlę. By pozbyć się traktowania siebie samego jakbym był fioletową krową.

Mam nadzieję, że może komuś mniej zawikłanemu w takie myślenie, ten tekst pomoże. Że zamiast kombinować, po prostu będzie robił rzeczy oczywiste i najbardziej potrzebne.

Naturalna wyjątkowość

Jeżeli dla kogoś biało czarne krowy są nudne i takie same, powinien zatrzymać samochód i spróbować wydoić jedną z nich. Albo przynajmniej uważnie jej się przyjrzeć. Okazałoby się, że nie ma dwóch takich samych. Że gdy widziałeś jedną, widziałeś tylko jedną.

Gdy pragniesz fioletowych krów jesteś tylko amerykańskim turystą. To nie krowa ma problem. To amerykański turysta ma problem z tym, jak widzi świat.

Gdy przestajesz szukać swojej wyjątkowości i zamiast tego przechodzisz zwyczajnie i uważnie przez kolejne chwile, sam z siebie stajesz się wyjątkowy. Bez żadnego świadomego wysiłku. Często sam nawet o tym nie wiesz.

22 komentarze

  1. Tak, jeśli z np. pisania nie ma radości, to chyba i Nobel nie pomoże (chociaż co ja tam wiem o radości z „mania” Nobla!…)
    Radość, a może po prostu zadowolenie z tego, co jest, co się ma, co się robi – i wielka sztuka niegorzknienia, kiedy inni mają więcej (?), lepiej (?)…
    Dzięki, Zbyszku! Pozdrawiam!

  2. Czytam Twoje teksty Zbyszku od dosyć dawna i uważam, że wykonujesz świetną robotę dzieląc się swoimi przemyśleniami z innymi.
    Pozdrawiam.

  3. Czytam ostatnio sporo poradników – bestsellerów. Często widzę, że autorzy są aż za bardzo szczerzy. Ochoczo przyznają się do swoich błędów, wad, drobnych kłamstw, problemów zdrowotnych itp.
    Może właśnie sekretem ich sukcesu jest to, że czytelnicy mają podobne doświadczenia i czują więź z autorem?

    • Trafna obserwacjo Lucyno. Bez nawiązywania do wspólnych problemów to wszystko zmieniłoby się w ambonę. A poza tym, wiadomo, że najciekawsze jest to, z czym samemu ma się problemy. Jeszcze np. nie spotkałem kogoś, kto uczy o organizacji czasu i sam nie ma z tym problemów.
      Jest wiele rzeczy, które mi doskonale wychodzą, ale w życiu by mi się nie chciało o tym pisać. Nie ze skromności, ale z nudy.

  4. Bardzo podoba mi się ten tekst, Zbyszku, i jak dla mnie osobiście, trafia w sedno. Można się zniechęcić do pracy stawiając sobie wymagania nie do spełnienia – bo tak naprawdę poczucie, że to jeszcze „nie ten” poziom wyjątkowości może być nieustające i nie do zaspokojenia. Mimo to…nie jest łatwo odpuścić chęci bycia wyjątkowym, szczególnie przy takim społecznym ciśnieniu.
    I jak w to wpleść, niezbędny mimo wszystko moim zdaniem, rozwój i doskonalenie umiejętności? Tutaj też można wpaść w pułapkę bycia niewystarczająco jakimś, a jednak dobrze jest się rozwijać i uczyć…

    • Dziękuję Asiu. Masz rację, oj nie jest łatwo po prostu odpuścić sobie.
      A czy nasza zwykłość jest zagrożeniem dla rozowoju?

      Dwa dni temu musiałem jak najszybciej pojechać do marketu by kopić coś dla dziecka. Pach chciał, że spaliła mi się żarówka w jednej przedniej lampie samochodu. Zacząłem wymieniać. Zajęło mi to 20 minut. Efekt był taki, że szarpiąc się rozwaliłem jakąś część (tzw. kostkę), którą teraz muszę kupić za kilka złotych. W końcu wsiadłem i pojechałem z jedną działającą lampą. Cała wyprawa (dojechanie, zakupu i powrót) zajęła mi dokładnie tyle samo (20 minut). Mogłem od razu tak zrobić. Ja jednak nie mogłem być byle jakim i jechać z jednym reflektorem.

      Nasze dążenie do perfekcji, bycia w porządku i wyjątkowości to taka gorączkowa wymiana przepalonej żarówki. Po jakimś czasie udaje nam się ją osiągnąć. Żarówka wymieniona. Tylko, co z tego? Zakupy ciągle nie są zrobione. A czasem już za późno na nie.

      Gwarancją by ani nie wpaść w bylejakość, ani nie wpaść w udoskonalanie siebie jest wiedzieć co chcesz osiągnąć i mieć jasny cel. Czy to, co chcę udoskonalić jest teraz niezbędne do te go by zrobić, to co chcę? Jeżeli nie – zostaw to i pozwól sobie być byle jakim. Do takich wniosków doszedłem. Pozdrawiam serdecznie.

  5. Dzięki. Potrzebowałam tego artykułu. Ja też się skupiam na sobie, jak wypadnę, boję się zabrać głos aby nie powiedzieć czegoś banalnego, blokuję się w działaniu bo wydaje mi się, że moje pomysły są niewystarczająco dobre i ciekawe. I przez to tracę tak wiele cennej energii, analizując swoje gesty, słowa, reakcje.

    • Cieszę się Marzeno i dziękuję za ten komentarz.
      Na początku jest trudno, co człowiek gdzieś tam w środku ciągle liczy, że jednak coś odkrywczego powie. Nie pisałem o tym w tekście, ale mnie pomaga czasem podśmiewanie się z siebie (a teraz przemówi laureat nagrody Nobla Zbigniew Ryżak).
      W każdym razem z czasem człowiek zaczyna uczyć się zwykłości.

  6. I ten psalm wszysko mówi.
    Czego ciągle piszez o sukcesie itp.itd.
    Gdzieś słyszałem w radiu, wypowiedź kogoś, że najwazniejszym stanowiskiem i rolą w życiu jaką możemy zagrać to my sami. Nie jako prezesi, dyrektorzy itp.

    A ja jesten przeciętny i jest o.k.
    To media kreują nieprzeciętność aby napędzać spiralę żądzy zakupów, zazdrości itp. itd.: Doda, Górniak itp. one wszyskie są nieprzeciętne.
    Czy kamień musi udowadniać sobie że jest nie przeciętny?
    On jest przeciętny taki jak setki obok niego, ale w nim jest tylko on. Tylko on jest niepowtarzalnym kształetem, liczbą atomów jego jestestwem itp.
    To szukanie nieprzeciętności to „choroba cywilizacyjna” no może nie choroba ale mechanizm psychologniczny.
    Tak jak ograniczenie przestrzeni życiowej skutkuje zanikiem więzi międzyludzkiej – np. w bloku (dużo ludzi na małej powierzchni, którzy nie chcą się znać) tak rozszeżenie naszego postrzegania z lokalnego (np. kiedy nie byłko jescze medów) do społecznego powoduje, że chcemy się wyróżniać.
    To tak jak akcja i reakcja. Jak sie udeży młotkiem w rurę to nacisk bedzie wywarty i na młotek.

    Wszysko opiera się na przeciętnści. Począwszy od dochodu narodowego, który w większości wypracowują właśnie te miliony przecietnych a nie te wielkie gwiazdeczko-koncerny, a skończywszy na polityce, kościele itp. Koncerny kumulują wielkie fundusze w porównaniu z jednostką mniejszą ,ale już nie po przeliczeniu ich masy: liczba X wartość. Wtedy okazuje się, że te rzesze, miliony przeciętnych pomonożone przez niwielkie sumy pzytłaczają gwiazdeczki.
    I nikt nie szanuje tych przeciiętnych: jakie znaczenie ma opinia pojedynczego wiernego w kościele, polityce?
    Żadne, tu ważni są ci na górze. Ale jężeli wielka liczba tych przeciętnych zaczyna myśleć tak samo to już nabierają znaczenia. I tu docieramy do cechy charakteryzującej nasze czasy: jednoska nie ma znaczeni ważny jest tłum.
    Ten kto go przekona ten ma władzę, pieniądze. I oto walczą media, koncerny, firmy, politycy.

    A ja mówię nie mam nic przeciw przeciętności.

    I jak Zbychu?

  7. Egon, chłopie, czy ty nie mylisz zwyczajności z bylejakością? Czy socjalizm nie myli ci się z rozwojem duchowym? Dlaczego ja piszę o sukcesie?

    Sukces można różnie rozumieć, także jako: żyć z sensem, nie ważne czy ktoś to widzi czy nie, dzielić się z ludźmi, dawać siebie, być autentycznym, iść za swoim powołaniem, kochać ludzi.

    Przestań zazdrościć sukcesu tym, którzy mają władzę, sławę i pieniądze i znajdź swoją definicję sukcesu i go osiągnij.

    Egon, to nie jest twoje imię? Może zaczniesz od zdobycia się na odwagę własnego imienia?
    To duży sukces, głosić swoje poglądy z otwartą przyłbicą.

  8. Parę dni temu trafiłam na bloga, zdążyłam przeczytać kilka artykułów i muszę przyznać, że z wszystkich blogów o rozwoju osobistym, na które miałam okazję trafić Pana teksty trafiają do mnie najbardziej. Cieszę się, że zdecydował się Pan na jego prowadzenie :). Pozdrawiam.

  9. Nie wiem czemu zawsze usilnie broniłem się przed przeciętnością uważałem ją za stan poniżający i nieciekawy, na zasadzie: „jestem przeciętny to jestem przegrany”, nie wiem może to właśnie pycha, jest tak że w pełni dostrzegam swoje słabości, no pychę dostrzegłem niedawno, ale staram się za wszelką cenę ukryć swoje słabości przed innymi żeby tylko się nie dowiedzieli, ostatnio też przeżywam wielką zazdrość i frustracje z powodu tego, że niektórzy mają wybityne talenty już od dzieciństwa i żyją jakby mieli ciągle z górki, mają swobodną przyszłość, pewność kariery (w swoim wymarzonym zawodzie) i pieniędzy nie muszą się martwić tak jak przeciętny człowiek o swój byt, a inni talenty odkrywają bardzo późno w dorosłym życiu i nie mogą już przekuć swojej pasji w zawód na którym by godnie zarabiali. Wspomne jeszcze, że niektórzy ludzie mają do tego stopnia źle, że rodzą się z poważną chorobą, niepełnosprawnością i im najbardziej współczuje. NIE MA SPRAWIEDLIWOŚCI NA TYM ŚWIECIE!!!!!!, jedem ma bardzo dużo a drugi jest poszkodowany i to od dzieciństwa. Mam 26 lat a nie mam dużych talentów, a wręcz małe, w zasadzie to tylko jeden mały talent. Mój krytyk wewnętrzny ciągle wrzeszczy,”JAKI JESTEŚ A JAKI MIAŁEŚ BYĆ” Jak pokonać swoje frustracje i cieszyć się z tego kim się jest????? Proszę Pana o pomoc Panie Zbyszku.

  10. Adamie, talent nie jest wrodzony. Pisałem o tym np. tu: http://www.energiawewnetrzna.pl/2008/talent/. Nie szukaj w sobie talentów i uzdolnień. Po prostu rób, to co jest dla Ciebie ważne.
    Nie musisz od razu pokonywać frustracji i cieszyć się z siebie. Weź frustrację na spacer ze sobą. Działaj, z tym, co czujesz. Z czasem przejdzie. Pozdrawiam.

  11. Witam

    Jestem DDA(dorosłym dzieckiem alkoholika).Bardzo mi się spodobał Pana artykuł.Jedno z praw DDA mówi że każdy ma prawo do popełniania pomyłek i do niespełniania własnych oczekiwań.
    Ludzi którzy są z siebie nie zadowoleni można porównać do małych dzieci które ciągle chcą zostać dostrzeżone przez swoich rodziców.Jestem z siebie nie zadowolony bo inni są ze mnie nie zadowoleni.Dopiero gdy inni będą ze mnie zadowoleni dopiero wtedy ja mam prawo być zadowolony z siebie.Dlaczego tak się dzieje.Uważam że wielu ludzi nieuznaje tego że ma prawo do życia (takiego jakie jest w tej chwili).Prawo do bycia takim jakim się jest w tej chwili.Wielu ludzi kieruje się rozumem(muszę to zrobić, bo….,powinienem….),a nie dopuszczają do głosu serca(chciałbym….,pragnę).

    Wielu ludzi boji się że przegra swoje życie,dlatego szukają gotowej recepty(opinie innych ludzi)
    .A odpowiedzi nie zna nikt, bo odpowiedz każdy nosi w sobie.
    Szczęśliwe życie składa się z szczęśliwych chwil.Każdy powinien zadać sobie pytanie
    Czy to co robię w tej chwili robię dla innych czy dla siebie ?
    Co czuję ?
    Jeśli czuję ból więc po co to robić.To jest moje życie i nikt nie ma prawa mi mówić jak mam żyć
    (co w moim życiu jest dobre a co złe) .ŻYCIE MAM TYLKO JEDNO.
    Po to mam życie by czuć się szczęśliwym.Robić coś co daje mi radość ,nie myśląć ciąglę czy to co robię ma sens.Bo tym różnię się od krzesła że CZUJĘ.

    „Zgadzamy się na rzeczywistość tak, jak ptak akceptuje swoje skrzydła: po to, by latać. Rzecz w tym, by nie narzekać na rodzaj tych skrzydeł i nie porównywać ich ze skrzydłami innych ptaków. Akceptacja to nie bezruch, ale raczej radosne przyjęcie wszystkiego, co jest, po to, by uczynić najlepszy użytek z rzeczami takimi, jakie są i z życia takiego, jakie jest. To pociąga za sobą inicjatywę i twórcze działanie.”

    Przepraszam za błędy i takie chaotyczne sformułowania

    Pozdrawiam

    Adam

    • Dziękuję Adamie za piękny komentarze. Zgadzam się z Tobą. Warto także akceptować to, że nie zawsze potrafimy być szczęśliwi. Czasem niepotrzebnie się martwimy – ale kto powiedziała, że zawsze musimy być szczęśliwi 🙂 Wyrozumiałość dla własnej kondycji i niedoskonałości 🙂

  12. To chyba pierwszy tekst, który rzeczywiście był dla mnie czymś nowym. Może o dziwne, ale od początku prawie wszystkie poruszane zagadnienia zdążyłam jakoś sama zauważyć. Do tego nie dotarłam, albo bardzo szybko zapomniałam. A tak się złożyło, że akurat tego szukałam – dzisiaj, od tygodnia, od miesiąca – nie wiem. Ale czegoś takiego mi brakowało. Takich słów i zdań.
    Dzięki.

  13. Och! Bardzo dziękuję za tak cudowny, uzdrawiający i uwalniający tekst. Przeczytam go jeszcze kilka razy, pomoże mi przegnac fioletową krowę, kiedy tylko będzie chciała mi znów stanąc na drodze.
    A propos krów, bardzo lubię krowy! Pachną mlekiem i słońcem, są ciepłe jak przytulic sie do ich brzucha. Są jak fabryki. Cała ta cudowna przemiana trawy w mleko odbywa się niewidzialnie, wewnątrz krowy. I niby takie przeciętne! Nigdy nie piję „sklepowego” mleka, żadnego już nie piję odkąd przeminął świat moich dziadków, dojących krowy „na południe” w sadzie. Nasze blaszane kubki na mleko były tak wielkie a ich pachnąca biała zawartośc z trudem mieściła się w naszych dziecięcych brzuchach. Jaki to był cudowny czas!
    Fioletowa krowa zaglądała mi w oczy od długiego czasu, szukając odpowiedzi jakby ją zrobic bardziej fioletową znalazłam dokładnie to, czego było mi potrzeba. Jeśli można dziękowac sto razy to właśnie to robię.

  14. Bardzo dobry tekst. Bardzo przydałby się wszystkim, którzy mają problem z poczuciem własnej wartości.
    Świetny blog!

  15. Świetny tekst. Ukazał się już dość dawno temu, a dopiero dziś się na niego natknęłam. Podejrzewam, że w czasie gdy się ukazał, miałabym problem z odebraniem jego przesłania, jako że sama przez długie lata dawałam się zapędzić w pułapkę tej wyjątkowości. Jak się ubierałam, stroiłam, to musiałam wyglądać wyjątkowo. Jak się odzywałam, to musiałam zwalić innych z nóg czystością i klarownością formy wypowiedzi. Jak poszukiwałam pracy, to oczywiście musiała być… i tak dalej, zresztą ostatnie lata, okresy pozostawania bez pracy przeplatane okresami pracy w różnych miejscach z których żadne nie było na miarę moich ówczesnych aspiracji, początkowo zniszczyły we mnie to, co składa się na poczucie własnej wartości, a potem spowodowały, że zaczęłam przewartościowywać różne rzeczy.
    Kiedy zaczęłam baczniej obserwować ludzi, kiedy zdałam sobie sprawę, że tylko w kilku dziedzinach jestem odrobinę bardziej niż przeciętna, a w wielu jestem bardzo ułomna, że nie różnię się tak bardzo od innych jak mi się to kiedyś w pysze swej wydawało, to mnie to uwolniło z tej pułapki. Wtedy to przestałam tak bardzo czuć się odpowiedzialna za to, że coś mi się nie udaje. Paradoksalnie właśnie wtedy wreszcie zaakceptowałam i nawet polubiłam te różne moje ułomności, zamiast za wszelką cenę usiłować stać się coraz lepszą wersją siebie. W końcu polubiłam, może nawet pokochałam samą siebie.
    W życiu nie przypuszczałam, że w ogóle to jest możliwe, bo w całym tym pędzie dążenia do wyjątkowości człowiek ciągle uskutecznia walkę ze swoimi niedoskonałościami i wiecznie jest z siebie niezadowolony.
    Czuję się wręcz teraz tak, jakbym doznała przebudzenia duchowego.

Zostaw komentarz