Dwa dni temu jakiś chochlik wysłał za pomocą serwisu obsługującego subskrypcje (feedburner) mój stary tekst. Niektóre osoby dostały informację, że jest nowy, mimo, że napisałem go w maju. Nie mam pojęcia dlaczego chochlik to zrobił. Nie mam też pojęcia, dlaczego wybrał akurat ten tekst. Jak już musiał, mógł inny. Ten był akurat jednym z tych, z którymi niekoniecznie się dziś zgadzam. Ale skoro już się tak stało, skorzystam z okazji i powiem gdzie jestem.

Nie wiem czy ktoś pamięta, jakiś czas temu narobiłem szumu. Publicznie deklarowałem, że albo coś zmienię (czytaj osiągnę sukces), albo przestanę całkiem prowadzić tego bloga. Nie ma do czego wracać, ale gdy ktoś jest ciekawy, może przeczytać o tym tutaj.

Najgorsze, że przynajmniej dwie osoby, pod wpływem mojego tekstu, zastosowały podobną technikę.  Pocieszam się tym, że i tak by to zrobiły, bo jest przecież powszechnie znana. Każdy zna sposób motywowania się na palenia mostów czy, jak to było w przypadku słynnego konkwistadora Hernána Cortésa, topienia okrętów. To historia, którą często powtarza się w różnych książkach czy na szkoleniach: Cortés, po dopłynięciu z garstką ludzi do wybrzeży ledwie co odkrytego kontynentu, zatopił swoje okręty i dzięki temu podbił imperium Montezumy. Wystarczy odciąć sobie możliwość odwrotu, albo przynajmniej znacznie go utrudnić. Jednym ze sposobów jest publiczna deklaracja połączona z jakimiś nieodwołalnymi konsekwencjami. Np. Zrobię to, bo jak nie… to np. odejdę ze wstydem… Trochę poczucia zagrożenia, trochę napięcia i proszę bardzo, transformacja, pokraczny miś zmienia się w diabelnie skuteczną maszynę. Kto by nie chciał?

Jeżeli jednak mogę komuś coś doradzić:

– Nigdy nie wpuszczaj się w takie maliny. Nie stawiaj sobie głupich warunków, nie przykładaj sobie pistoletu do skroni mówiąc: albo będę w takim a nie innym miejscu (np. będę milionerem), albo rzucam wszystko w diabły (i np. pójdę na etat). Świadomość, że twoje okręty są na wpół zatopione a mosty na wpół spalone wcale nie pomaga. W ten sposób tylko utrudniasz swoją zmianę.

Najszybsze są te zmiany, które…

Można unikać fast foodów, ale nie da się uniknąć życia w fast culture. Jedną z kluczowych cech naszej kultury jest ciągłe przyśpieszanie. Prędkość kochają nie tylko mężczyźni (szybkie kobiety, szybkie samochody, szybkie pieniądze czy szybkie kariery).

Szybkość bywa czymś cennym. Często zmusza nas do tego by być w pełni skupionym i dać z siebie wszystko. Przypomnij sobie np. jak bardzo jesteś skoncentrowany, gdy na rowerze szybko zjeżdżasz z górki. To zupełnie coś innego niż powolne toczenie się, pod górę. Szybkość jednak bywa zabójcza. Gdy próbujemy przeprowadzić zmiany zbyt pośpiesznie, gubimy się, tracimy kontakt z sobą i z rzeczywistością.

Najszybsze są te zmiany, które są przeprowadzane we właściwym tempie. Jeżeli, tak jak ja, jesteś osobą niecierpliwą, możesz z góry się przygotować na to, że właściwe dla ciebie tempo jest co najmniej dwa razy wolniejsze niż tego oczekujesz. Większość z nas, stawiając przed sobą cele, przecenia to, co może osiągnąć w ciągu dnia, tygodnia, miesiąca czy nawet kwartału.  Szczególnie wtedy, gdy nam na czymś bardzo zależy.

 

Bardzo, bardzo, bardzo…

Wydaje nam się, że sukces jest efektem motywacji: im bardziej będzie mi na czymś zależało, tym szybciej to osiągnę.

Jest stara opowieść o pewnym uczniu, który przychodzi do nauczyciela szermierki i prosi go by nauczył go walczyć. Gdy nauczyciel wyraża zgodę, uczeń pyta:

– A ile czasu mi to zajmie?

– Jakieś pięć lat.

– A gdy będę naprawdę bardzo się starał i gdy będzie mi bardzo zależało?

– Wtedy jakieś dziesięć lat.

– Dziesięć lat?! Ale gdy będę naprawdę, bardzo, bardzo, bardzo tego chciał?

– O, to w takim przypadku jakieś 20 lat, jeżeli w ogóle czegokolwiek się nauczysz.

Gdy stawiamy sobie ultimatum, palimy mosty czy przystawiamy w jakiś sposób pistolet do skroni, nakręcamy swoje emocje i motywację.

– Jeżeli nie uda mi się w ciągu tygodnia doprowadzić tego do końca, będę idiotą!

– Jeżeli nie uda mi się w ciągu dwóch miesięcy rozkręcić biznesu, kończę z tym i idę na etat!

– Jeżeli nie uda mi się w zostać milionerem w ciągu najbliższego roku, spalę się ze wstydu (bo już wszystkim powiedziałem co jest moim celem).

Zależy nam na naszych celach bardzo, bardzo, bardzo, bardzo… I w ten sposób blokujemy naszą zdolność przyswajania informacji i rozwoju. Pod wpływem stresu nasz mózg kurczy się do rozmiarów mózgu gołębia i zaczynamy coraz gorzej przyswajać abstrakcyjną wiedzę wymagającą kory mózgowej (której gołąb nie ma).

Prawdziwa zmiana to nie jest tylko kwestia motywacji. Przynajmniej w takim samym stopniu (o ile nie większym) jest to kwestia nabycia skomplikowanego zestawu nowych umiejętności.

Zdarzyło mi się niedawno pracować jako coach z osobą, która chciała się zmienić. Zmusiłem ją jednak by zacząć powoli. Na początku pięć minut pracy nad odkładanym od lat projektem, potem piętnaście. Po dwóch tygodniach doszliśmy do pół godziny. Na początku wszystko było atrakcyjne. Przełamywanie oporu, mimo całej męki, to dobra zabawa. Człowiek jednak szybko przyzwyczaja się do tego, co osiągnął. Zaczyna tęsknić za czymś błyszczącym, wybuchowym, oszałamiającym. Powolne toczenie się pod górę jest nudne. Może by znaleźć jakiś szybki, dramatyczny skrót? Moja podopieczna stwierdziła, że woli przeprowadzić zmasowany atak z okrzykiem na ustach libertad o muerte! (wolność lub śmierć). Efekt był łatwy do przewidzenia: po chwilowym zrywie, wszystko wróciło na sam początek. Ani libertad ani muerte.

Nie twierdzę, że najlepiej poruszać się w tempie żółwia. Zbyt powolne, rozwlekłe zabieranie się do czegoś, dawania sobie zbyt wiele czasu, rodzenie w bólach każdej dupereli – to może być jeszcze gorsze niż szalony bieg. Jednak każda zmiana ma właściwą dla niej szybkość. Na mecie pierwszy jest ten, kto umie znaleźć optymalne tempo. A ponieważ żyjemy w kulturze fast optymalne tempo w ocenie większości z nas jest bardzo slow.

Po tym coachingu, postanowiłem unikać pracy z desperatami. Nawet, gdy na chwilę zwalniają, to ciągle przebierają nogami. Nawet, gdy ich nauczysz iść ścieżką, nie obejrzysz się a oni wynajdą sobie jakiś skrót i stoczą się na dół. Sam też nauczyłem się raczej osłabiać swoją motywację niż ją nakręcać. Zbyt szybki bieg rzadko jest dobry do tego by nauczyć się czegoś naprawdę cennego.

Wspomniałem, że większość z nas, stawiając przed sobą cele, przecenia to, co może osiągnąć w ciągu dnia, tygodnia czy miesiąca. Równocześnie jednak nie doceniamy tego, co jesteśmy w stanie osiągnąć w ciągu roku czy pięciu lat, gdy nauczymy się poruszać powoli i konsekwentnie. W którymś momencie małe, niedostrzegalne początkowo zmiany, zaczynają przynosić wielkie efekty.  Ale możemy ich nie doczekać, gdy co rusz będą nas porywać nowe, wielkie, rewolucyjne, wybuchowe okazje.

Nie zaczynaj ciągle od zera

Pamiętam, gdy byłem dzieckiem lubiłem sklejać modele samolotów. Choć sklejać to nie jest właściwe słowo. Miałem jakieś 30 modeli, ale ani jeden nie był ukończony! W zasadzie lubiłem wyobrażać sobie jak model będzie wyglądał na moje szafie, wybierać, kupować, otwierać pudełko, przygotowywać wszystko do pracy i sklejać dwie pierwsze części. I tutaj zaczynały się schody. Sprawa stawała się nieco nudna. Odkładałem samolot na półkę. Ale zamiast do niego wrócić, zabierałem się do nowego.

Później wiele razy powtarzałem ten mechanizm: wspaniała, porywająca wizja, przygotowanie, pierwsze kroki… a potem znudzenie, zniechęcenie albo przerażenie, że nie dam rady. I wtedy pojawia się wyzwolenie: zupełnie nowy, twórczy pomysł.

Aby zabrać się do niego trzeba odstawić stary i zacząć od początku. Coś mi nie wyszło, było cięższe niż myślałem – kasuję, rezygnuję, wyrzucam… Nowa usługa, nowa strona internetowa, nowa książka, nowy rynek… Nowy błyszczący przedmiot!

To, że ten blog tak długo trwa, świadczy o pewnym postępie.

Owszem, czasem trzeba zacząć coś zupełnie od nowa. Zburzyć wszystko i zacząć stawiać nowe fundamenty. Jednak znacznie częściej, kluczem do sukcesu jest budowanie na tym, co się ma. Nawet, gdy wydaje ci się, że masz na swoim koncie same porażki, że to co zostało z kolejnych prób to tylko skorupy i kamienie. Kamienie? To wspaniale! Masz tyle dobrego budulca. Może to nie jest błyszczący zamek z bajki, jaki sobie wyobrażałeś. Ale szkoda zaczynać coś zupełnie od początku.

Czasem może ci się wydawać, że nic nie osiągasz, że tylko przegrywasz, że jesteś wciąż w tym samym miejscu. To nieprawda. Uczysz się, rozwijasz, gromadzisz budulec. Bywa, że  najcenniejszą rzeczą w naszym życiu, znacznie cenniejszą niż kolejne błyszczące plany i wizje, są gruzy jakie zostały po kolejnych niepowodzeniach.

Twórczość to nie tylko nowe pomysły

Pokusa „zaczęcia wszystkiego od nowa” rozpoczęcia od zera, bywa wielka. Jednym ruchem pozbywasz się żmudnej, nudnej, powolnej dłubaniny i proszę bardzo…ta dam…znowu wielkość na horyzoncie.

Wystarczy nowy pomysł. Jak pisze Scott Belsky (twórca Bēhance, jednego moich ulubionych miejsc w sieci):

Mimo, że częścią istoty kreatywności jest ciągłe generowanie nowych pomysłów, uzależnienie się od nowych koncepcji jest czymś, co udaremnia nasze dążenia.

Generowanie nowych pomysłów jest tylko częścią – według mnie wcale nie najważniejszą –kreatywności. Znacznie istotniejsza jest umiejętność dostrzegania starych rzeczy w nowym świetle. Nie chodzi w końcu o to by tkwić w tym samym miejscu i przesiadywać w ruinach. Chodzi o to by umieć twórczo wykorzystać to, co nam nie wyszło.

Tego mniej więcej nauczyłem się po moim epizodzie palenia mostów, stawiania się do pionu i publicznych deklaracji, że jak mi się nie uda, to koniec. Nauczyłem si zwalniać tempo. Nauczyłem się grzebać w gruzach i wykorzystywać to, co mam.

A co do Hernana Cortesa, który z garstką ludzi podbił imperiom Montezumy. Owszem zatopił swoje okręty. Mało kto jednak wie, że zanim to zrobił polecił usunąć i przenieść na ląd wszystkie ich metalowe części.  To nie było głupie odcinanie ludziom odwrotu.

Bez chochlików

Tak oto wykorzystałem działanie chochlika. Miło, ale nie zamierzam mu dawać kolejnych okazji.

Kluczem do jakiegokolwiek przedsięwzięcia, szczególnie prowadzonego w internecie są relacje z ludźmi. Nic nie można zrobić bez możliwości mówienia, zadawania pytań i słuchania. Blogi, wbrew temu, co mówią niektórzy są bardzo nieudolną formą komunikacji. Szczególnie te wszystkie rss, subsbkrypcje, feeburnery itp.

Wczoraj, zamiast zamieszczać tekst na blogu wysłałem maila do ponad 600 osób. Wciąż będę prowadził bloga, jednak zasadniczym sposobem komunikowania się i utrzymywania relacji będzie dla mnie poczta. Nie robię tego ze względu na chochlika. Ta decyzja została podjęta bardzo powoli. Żałuję tylko, że nie zrobiłem tego kilka lat temu, gdy pytałem o to jednego ze znanych przedsiębiorców internetowych (Yaro Staraka). Nie miał racji. Blogi nie służą budowaniu relacji. Na blogu można tylko relację nawiązywać.

Być może jesteś już na mojej liście i dostałeś ode mnie maila. Jeżeli tak – cieszę się i dziękuję.

Jeżeli nie mam jeszcze twojego adresu – możesz  się dopisać. Dziś dają za to mini – ebook będący wprowadzeniem do kursu poświęconego uwadze a zatytułowanego „Jak przestać się martwić”.  Gdy się dopiszesz, dostaniesz także parę kolejnych lekcji i propozycji ćwiczeń (wszystko bezpłatnie).

Pozdrawiam serdecznie,

Zbyszek

[hr]

Zdjęcie: Fortimbras