Julia chodzi do piątej klasy. Jutro ma sprawdzian z polskiego. Chodzi z miejsca na miejsce i obgryza paznokcie.

– Dlaczego się tak denerwujesz, kochanie? – pyta ją matka.
– Muszę jutro dostać szóstkę!
– Na pewno dostaniesz.
– Ale się boję czy mi się uda.
– Przecież jesteś najlepsze kochanie. Wiesz o tym. Jestem pewna, że jesteś najbardziej inteligentnym dzieckiem w całej klasie.
– Mamo, mam pustkę w głowie. Uczyłam się, ale czuję, że nic nie umiem.
– Córeczko, wierzę w ciebie. Jesteś naprawdę najmądrzejsza. Uwierz w siebie i przestań się martwić!

To wcale nie uspokaja. Przed klasówką Julia powtarza sobie „jestem najmądrzejsza, wierzę w siebie”. Ale wbrew radom mamy, nic to nie pomaga. Gdy widzi zadania czuje pustkę w głowie. Nie radzi sobie z nimi. Dostaje słabą ocenę i czuje się załamania.

– To nieprawda, co mi mówiłaś – żali się mamie – nie jestem mądra, jestem głupia!
– Nie mów tak o sobie – z uporem radzi jej matka – jesteś najmądrzejsza. Dla mnie zawsze taka jesteś. To nie twoja wina, że klasówka ci nie wyszła. To wina nauczycielki, bo dała złe zadanie. Następnym razem będzie dobrze.

Natalia bierze udział w konkursie gimnastycznym. Bardzo jej zależy na wygranej. Rodzice powtarzają, że ma wielki talent. Natalia im wierzy i jest pewna głównej nagrody. Niestety, w konkursie są lepsze dziewczyny i Natalia nie zdobywa ani głównej ani żadnej innej nagrody. Wracając do domu płacze.

– Nie martw się – pociesza ją tata – byłaś naprawdę najlepsza, to oni nie poznali się na tobie.
– Naprawdę byłam najlepsza? – pyta pochlipując.
– Oczywiście – zza kierownicy zapewnia ją ojciec – nie mam żadnych wątpliwości, jest wyjątkowym talentem.

Marcin, w wieku sześciu lat zadał swój pierwszy egzamin. W każdym razie, tak mu wszyscy mówią. Mama, ciesz się, powtarzając wszystkim, że będzie uczniem elitarnej szkoły. Marcin z jednej strony się cieszy bo szkoła bardzo mu się podoba, z drugiej smuci, bo jego przyjaciel Bartek nie będzie do niej chodził.

– Mamo, dlaczego Bartek nie może chodzić do tej samej szkoły?
– Twoja szkoła jest dla wybitnie zdolnych dzieci.
– Czy ja jestem wybitnie zdolny?
– Tak kochanie, jesteś najmądrzejszym dzieckiem. Jesteś wybitnie utalentowany i nie można tego zmarnować.
– A Bartek?
– Bartek jest przeciętny. Dla takich jak on są inne szkoły.

Co się stanie z tymi dziećmi? Jeżeli nic specjalnego się nie wydarzy niewiele osiągną. Julia zacznie się źle uczyć. Pojawią się problemy wychowawcze. Prawdopodobnie zaliczy kilka wizyt u psychologa. Natalia, zrezygnuje z gimnastyki. Jej ojciec co pewien czas będzie tylko powtarzał „A tak dobrze się zapowiadała! To wszystko przez to, że nie miałem znajomości”. Bartek skończy swoją dobrą szkołę, ale jakoś dziwnie nie będzie mógł się zdecydować co w życiu robić. Będzie coraz bardziej agresywny. Za kilkanaście lat, każdy z tych małych „geniuszy” będzie przeciętnym człowiekiem z ponadprzeciętną ilością problemów psychicznych.

Dlaczego? Przecież wydaje się, że ich rodzice robią co trzeba. Budują w swoich dzieciach wiarę w siebie. Dostarczają im poczucie własnej wartości. Widać, że im zależy. Nie jak tym, którzy tylko narzekają na swoje dzieci, krytykują je i nie dają im żadnego wsparcia.

Mówienie dzieciom, że są genialne i niezwykle utalentowane działa podobnie jak częstowanie dziecka lizakiem. Dzieci kochają lizaki i są za nie bardzo wdzięczne. Gdy dasz lizaka, przez chwilę możesz mieć przyjemne uczuciu, że zrobiłeś coś dobrego. Tylko, że po kilkunastu lizakach psują się zęby. Zupełnie inaczej widzisz perspektywę lizaka, gdy idziesz z dzieckiem do dentysty, bo od słodyczy popsuły mu się zęby. Mówienie dzieciom, że są niesamowicie zdolne jest przyjemne, ale psuje zęby. Na krótką metę podnosi samoocenę dziecka. Jednak w dłuższej perspektywie uruchamia cały szereg zachowań obronnych. Dzieciaki, które uważają się za genialne unikają trudnych zadań. Boją się, że mogłoby się okazać, że nie są dość zdolne. Stają się zbyt zależne od oceny innych. Czują się zagrożone utratą dobrej etykietki. (To wyniki kilku badań i jeżeli ktoś będzie nimi zainteresowany, to je przytoczę je później).

Nie o dzieci mi jednak chodzi. Wiele osób dorosłych powiela tą samą strategię. Mówimy do siebie to, co mówili do nas rodzice. Gdy nam coś wychodzi chwalimy siebie „jestem świetny, jestem zdolny jestem utalentowany”. Powtarzamy to sobie i afirmujmy się. Kochamy, gdy ludzie mówią nam jacy doskonali jesteśmy.

Ale w którymś momencie przychodzi kryzys lub porażka. Jeżeli jesteś genialny, bo udało ci się coś napisać, zrobić lub powiedzieć, to gdy następnym, razem coś ci nie wyjdzie poczujesz, że jesteś głupi. W głowie znowu uruchomi się taśma. Tym razem inna „ale ze mnie kretyn, ale głupiec”. Energia opada. Właśnie wtedy, gdy jest ci najbardziej potrzebna.

Wszystko ma dwie strony. Gdy na awersie masz „jestem dobry” to na awersie widać napis„jestem do niczego”. Przez nasze życie ta moneta obraza się miliony razy z jednej strony na drugą. A gdy ją zatrzymamy wysiłkiem woli, zaczynany cierpieć na coś, co czasem się nazywa „imposter syndrome”. Syndrom udawacza. Cierpią na niego ludzie, którzy osiągnęli zewnętrzny sukces, ale zamiast cieszyć się nim, boją się, że za chwilę ich ktoś zdemaskuje jak szpiega. Pozna się na nich. Powie „przejrzałem cię”, cały czas udawałeś.

Rozwiązanie jest proste. Wyjść poza grę „jestem dobry” i „jestem do niczego”. Odrzucić monetę, albo przynajmniej przestać się zajmować tym co na niej jest. Jestem dobry? Super. Jestem osłem. Super. To w końcu tylko oceny i etykiety.

By to dobrze zrozumieć (choć zrozumienie tego zajmuje czasem lata) cofnijmy się na chwilę do dzieci. Jak chwalić dzieci, skoro mówienie im że są genialne je ogłupia? Chwalić jest za włożony wysiłek i zaangażowanie. Zamiast mówić „doskonały wynik, jesteś inteligentny” lepiej powiedzieć „doskonały wynik, widać, że bardzo się starałeś”. Taki nacisk na wysiłek pozwala budować poczucie własnych możliwości. Gdy sukces jest efektem wysiłku, tego, że się starałeś, porażka jest tylko efektem, tego że starałeś się zbyt słabo. Z czasem rodzi się poczucie, że jeżeli tylko się do czegoś przyłożysz, prędzej czy później uda ci się to osiągnąć.

Na małe dzieci taka pochwała działa. Na starsze i na dorosłych często nie. Nie działa gdy ktoś ma sztywną koncepcję własnych możliwości (tzw. fixed mindset). Tacy ludzie wierzą, że umysł się nie rozwija, że zawiera w sobie wrodzony zestaw zdolności na które nie ma wpływu. Albo z czymś się urodziłeś, albo nie. Nic z tym nie możesz zrobić. Gdy to masz nie musisz się wysilać bo wszystko przychodzi ci samo. Wysiłek jest objawem tego, że czegoś ci brakuje, że jestem mało uzdolnimy. Często aby odczarować dziecko czy dorosłego, najpierw trzeba wybudować w nim tzw. growth orientation. Tzn. przekonanie, że jego umysł jest plastyczny. Że jest działa jak mięsień. Nie używany zanika, a używany staje się coraz sprawniejszy. Tak zresztą jest w rzeczywistości. Wiele badań pokazuje, że wszystkie zdolności dadzą się sprowadzić do ilości połączeń pomiędzy neuronami. A nikt nie rodzi się z gotowymi połączeniami. Rozwijają się dzięki dostarczanej im stymulacji. Być może u jednych szybciej u innych wolniej. Ale to nie zmienia faktu, że mózg jest elstyczny.

Długo można o tym pisać (ostatnie posty to w rzeczywistości fragmenty rozdziałów nad którymi obecnie pracuję). Ale przejdźmy do małej porcji praktyki. Zwykle jestem przeciwnikiem afirmacji oprócz jednego rodzaju – takiej która dotyczy plastycznych możliwości naszego mózgu. Powtórz ją sobie kilka razy (a wcześniej przepisz ją i zmień tak, by brzmiała dla ciebie jak najlepiej, sam jeszcze nie mam ostatecznej wersji):,

Wierzę w swój wewnętrzny, wspaniały mechanizm rozwojowy, który pozwala mi adaptować się i przystosowywać do nowych warunków i sytuacji.
Mój umysł ma wspaniałe, plastyczne możliwości rozwoju.
Każde trudne zadanie i trudna sytuacja, przed jaką staję, jest dla mnie darem i sprawia, że możliwości mojego mózgu ciągle się powiększają.
Każda trudność przed jaką staje daje mi szansę rozwoju, którą z chęcią wykorzystują.
Wszystko co się wydarza niesie w sobie korzyść. Wszystko jest potrzebne. Nie ma rzeczy, który by mnie cofały w rozwoju.
Każde doświadczenie zwiększa ilość połączeń w moim umyśle i sprawia że coraz lepiej radzę sobie z zadaniami
Pozwalam działać temu mechanizmowi.

Jest takie japońskie powiedzenie: „im wyżej woda, tym wyżej łódka”. Gdy wierzysz w plastyczne możliwości swojego umysłu jesteś łódką. Im większa trudność, tym wyżej płyniesz. Gdy nie wierzysz w rozwój, jesteś jak kamień. W którymś momencie trudności cię zaleją.

Naprawdę masz w sobie wielki nieświadomy umysł, który działa dla twojego dobra. Freud wyobrażał sobie, że podświadomość dąży zagłady. Dziwny pogląd. Nasz nieświadomy umysł dąży do naszego dobra. Pomaga nam, rozwiązuje problemy, podpowiada.

Jedno tylko może go zblokować. Fiksacja na świadomej części umysłu. Przywiązanie do wyobrażeń na swój temat. Utożsamienie się z obrazami siebie często przejętymi od innych.
Nie tyle zatem uwierz w siebie, a raczej uwierz w swój umysł (jeżeli wolisz w swoją lub swoje, w końcu kto powiedział, że nasz nieświadomy umysł musi być samotny mężczyzną).

Syn jest przejęty i zdenerwowany przed klasówką. Żali się mamie:

– Boję się, że dostanę dwóję!
– Przecież się uczyłeś. Dlaczego miałbyś dostać dwóję?
– Bo nic nie umiem, mam pustkę w głowie!
– Jeżeli się uczyłeś, to bardzo dobry znak. Ja też, gdy byłam dobrze przygotowana miałam pustkę w głowie. A potem samo wszystko przychodziło.

Być może tego rodzaju rozmowy wyglądały trochę inaczej, ale ich sens był właśnie taki. Tak mi mówiła mama. Nie musisz się napinać i stresować. To, że czujesz pustkę w głowie, to dobrze. To znak, że umysł to przyswaja. I rzeczywiście tak było. Gdy zaakceptowałem, że to jest normalne, a nawet pożądane okazywało się, że wszystko samo się „odtykało”. Odpowiedzi przychodziły same, a ja rozkoszowałem się tym uczuciem, korzystania z czegoś co było poza mną. Czegoś co było większe ode mnie. Zamiast szukać poczucia pełnej kontroli, pewności, że wszystko wiem, że jestem doskonale przygotowany, zacząłem szukać sytuacji, w którym mogłem poddać się, czemuś co wypływało ze środka.
[ratings]