Ciekawe co się stanie, gdy mimo braku sukcesów, wciąż będę to robić (kilka myśli na temat wytrwałości)?

Jeżeli będziesz wystarczająco długo siedział nad rzeką, zobaczysz ciało swojego wroga niesione jej prądem — trudno powiedzieć skąd, tak naprawdę, pochodzą te słowa. Umberto Ecco utrzymuje, że to indiańskie przysłowie, inni twierdzą, że tak powiedział Konfucjusz, jeszcze inni, że Sun Tzu. Tak czy inaczej, coś w tym jest. Bez przesady z tym ciałem wroga, ale jeżeli przez odpowiednio długi czas będziesz w odpowiednim miejscu — zdarzy się coś, czego nie doświadczysz, biegając z miejsca na miejsce.

Osiemdziesiąt procent sukcesu to bycie w tym samym miejscu przez wystarczająco długi czas

Myślę, że osiemdziesiąt procent sukcesu to kwestia wytrwałego zajmowania się tym samym, bez skakania z kwiatka na kwiatek. Owszem, talent, zapał, pasja, pomysły itp. — to wszystko bywa ważne. Ale szansę by je wykorzystać, mają ci, którzy potrafią trzymać się jednego. Weź kogokolwiek, kto coś osiągnął i sprawdź, jak długo się tym zajmował. Nie daj się zwieść przez młody wiek. Mozart, w wieku sześciu lat miał za sobą ponad dziesięć tysięcy godzin intensywnej praktyki pod okiem najlepszego w Europie nauczyciela muzyki (swojego ojca, Leopolda). Był bardzo młody, ale spędził nad swoją rzeką dość czasu, by coś przypłynęło z jej prądem. To nie była jego zasługa, z takim ojcem, nie miał wyboru, ale to potwierdza zasadę.

Większość z nas nie dysponuje rodzicami, nauczycielami czy wsparciem, które by nas utrzymywały nad brzegiem jednej i tej samej rzeki. Nawet przeciwnie. Wszystkie zewnętrzne siły odpychają nas od niej.

— To nie ma sensu — słyszymy — nigdy ci się nie uda, jesteś na to za słaby; masz za mało talentu; za mało pieniędzy; jest za duża konkurencja! Daj sobie spokój! Zajmij się czymś innym!

Niektórym wystarczy jeden krytyczny komentarz czy skrzywienie, by poszli szukać innego miejsca.

Ale jest wielu takich, którzy przez jakiś czas próbują. Idą za swoją pasją, marzeniami czy pomysłami. Próbują raz. Nie wychodzi. Próbują drugi. To samo. Próbują trzeci. Próbują przez tydzień, dwa, trzy tygodnie. Nic się nie dzieje. Rzeką nie spływa ani ciało wroga, ani nic, dla czego warto byłoby nad nią siedzieć.

Czy to naprawdę ten moment, w którym pora odpuścić?

– Czy warto ćwiczyć, uczyć się, pisać, prowadzić bloga, promować, szukać klientów…? A może ci Indianie, Japończycy czy Chińczycy zupełnie nie mieli racji? Może są rzeki, którymi nic, nigdy nie spływa?

Owszem, jest taki moment, w którym trzeba sobie powiedzieć, że nie ma sensu tkwić w tym samym miejscu, bo tu nic się nie pojawi. Jest taki moment, w którym można sobie powiedzieć:

— Nie o to mi chodziło.

Jest, zapewne, taki moment, w którym trzeba wstać i poszukać innej rzeki. Pewnie jest taki moment, w którym konsekwencja staje się ograniczeniem.

Ale czy tak jest w moim przypadku? Czy tak jest w twoim?

Czy dość długo i intensywnie próbowałem, by mieć prawo odpuścić?

W naszych czasach mało osób dochodzi do tego momentu. Cierpliwe ponawianie prób, bez szybkiego, widocznego efektu to ostatnia rzecz, na którą mamy ochotę. Żyjemy w czasach natychmiastowych rezultatów. Jeżeli coś nie działa od razu, to znaczy, że jest popsute. Przecież, jeżeli przekręcasz kluczyk, a silnik milczy, to coś jest nie tak. Tylko głupiec będzie próbował uruchomić silnik, przekręcając klucz pięćdziesiąt razy z rzędu. Tylko głupiec, będzie siedział i czekał, aż wszystko się samo naprawi.

Tyle tylko, że jeżeli chodzi o nasze próby, nie mamy do czynienia z awarią.

Jeżeli nie wychodzi od razu, to…

Kilka miesięcy temu przez przypadek kupiłem trzy niepotrzebne mi do niczego piłeczki. Trochę dlatego by nie musieć się z tego tłumaczyć, wymyśliłem dla nich zastosowanie: będę się uczył żonglować. Jest to przecież doskonałe ćwiczenie dla mózgu. Dzięki żonglerce nie tylko rozwijamy obszary mózgu odpowiedzialne za śledzeniu ruchu, ale także usprawniamy koordynację półkul mózgowych i ogólnie podnosimy sprawność tego „mięśnia”. Badania z wykorzystaniem rezonansu magnetycznego, pokazują, że po kilku tygodniach żonglowania zaledwie przez minutę dziennie, można dostrzec w mózgu fizyczne zmiany. Znalazłem podstawowe zasady żonglerki i zacząłem ćwiczyć. Na początku zadania są banalne. Podrzucanie piłki w dłoni, potem przerzucanie je z jednej ręki do drugiej. Dwie, trzy minuty dziennie — całkiem przyjemna sprawa. W moim poradniku jak żonglować poszczególne kroki były logicznie rozpisane. Jedyny problem polegał na tym, że w jednym miejscu było zapewnienie:

— Dzięki tym ćwiczeniom, po tygodniu będziesz sprawnie żonglować trzema piłkami.

Po tygodniu „sprawne żonglowanie” było daleko, daleko ode mnie. Pomyślałem:

— Albo ta instrukcja jest do niczego, albo ja się do tego nie nadaję.

Zdiagnozowałem usterkę. Coś nie działa! Bubel!

Ponieważ to był jednak tylko tydzień, a ćwiczenia nie były trudne, stwierdziłem, że spróbuję jeszcze przez kilka dni. W ciągu następnego tygodnia zrobiłem jakiś postęp, ale to, co potrafiłem, wciąż nie było żonglowaniem. Przy dość dużym skupieniu byłem w stanie wykonać trzy przerzuty.

Coś nie działa! Coraz bardziej narzucało mi się poczucie, że tym czymś jestem ja sam:

— Nie nadaję się do tego, za późno zacząłem, mój mózg jest za mało elastyczny. Nie dam rady się tego nauczyć.

Każda nieudana próba utwierdzała mnie w tym przekonaniu.

— Co mogę więcej zrobić? Próbowałem, nie zadziałało. Szkoda czasu. Powinienem dać sobie spokój i znaleźć inne zajęcie.

A gdy mowa o czymś ważniejszym?

Czy to nie jest mądry wniosek: Jeżeli coś ci uporczywie nie wychodzi, lepiej dać sobie z tym spokój i skierować energię na inną rzeczy? Zarzucamy pomysł albo poświęcamy mu coraz mniej czasu i energii. Coś, co chwilę temu wydawało się fajnym zajęciem, teraz nie jest warte, by poświęcić kilka minut. Coś, co wiązało się z pozytywnymi oczekiwaniami (ale będzie fajnie, jak pokażę to znajomym) staje się rozczarowaniem i niezadowoleniem z siebie.

Sprawa była banalna. Żonglowanie w żaden sposób nie było dla mnie czymś istotnym. To był tylko luźny pomysł, który przez przypadek postanowiłem zrealizować. Czy byłoby inaczej, gdyby sprawa dotyczyła czegoś ważniejszego? Czegoś, co wiąże się z korzyściami bardziej istotnymi niż poczucie, że „mózg mi się rozwija” albo „wowze strony dzieci i znajomych?

W tych ważnych sprawach jest niestety jeszcze gorzej. Jeżeli ci na czymś zależy, ale notorycznie ci to nie wychodzi, pojawia się w tobie jeszcze większe rozczarowanie. Ono z kolei wzbudza jeszcze większą chęć ucieczki i zapomnienia o sprawie albo zajęcia się czymś innym.

A może zajmę się czymś innym?

W takich chwilach ludzie mają różne podejścia. Niektórzy załamują się i wpadają w jakiś rodzaj depresji połączony z apatią. Inni szukają czegoś nowego, czegoś, co pozwoli im nie myśleć o tym, co się nie udało. Jeżeli nie wyszło mi  żonglowanie, to może zajmę się sztuczkami z monetami, grą na harmonice, staniem na głowie albo czymkolwiek innym. Zawsze coś ciekawego się znajdzie.

Jeżeli coś piszesz, ale trafiłeś na trudny moment, wpadasz na pomysł zaczęcia nowej książki.

Jeżeli, po opanowaniu podstaw języka, trafiasz na gramatykę, która za nic nie wchodzi ci do głowy, zakochujesz się  w innym języku. Przez miesiąc czy dwa możesz pouczyć się słówek i nie musisz walczyć z pozbawionymi sensu odmianami, czasami i rodzajnikami.

Gdy założyłeś stronę internetową, ale pies z kulawą nogą na nią nie zagląda, stwierdzasz, że to jednak nie to, to jednak nie twoja dziedzina i musisz znaleźć coś innego.

Mówisz:

— Próbowałem i nie zadziałało. Coś jest do niczego, albo ja, albo ten pomysł.

A może poszukać prawdziwej pasji / powołania / czegokolwiek, co mi łatwo przyjdzie?

Gdy brak efektów dotyczy czegoś istotnego, wiele osób zaczyna szukać „swojej prawdziwej pasji” czy nawet „prawdziwego powołania”.

— Nie wychodzi mi, to znaczy, że to nie jest to. Gdyby to była moja prawdziwa pasja, gdyby to było moje prawdziwe powołanie, byłoby inaczej.

Tacy ludzie łudzą się, że któregoś pięknego dnia znajdą wreszcie to, do czego zostali stworzeni. Po czym to poznają? Po tym, że wszytko będzie się im udawać. Że robienie tego czegoś, będzie jak spacer po słonecznej łące z kwiatami we włosach. I tak spędzają życie, przeskakując od jednej rzeczy do drugiej. Próbują wykopać studnię w jednym, drugim, trzecim miejscu. Gdy mają trzydzieści, czterdzieści lat, cały teren ich życia jest już upstrzony płytkimi dołkami, w których nie ma wody. Każdy dołek zaczynali kopać z wielką energią, ale gdy tylko docierali do bardziej twardego podłoża, mówili:

— To na pewno nie tu! Tu na pewno nie ma wody!

A woda była. Prawdopodobnie w każdym z tych dołków (albo we większości z nich). Tyle tylko, że trzeba się było przebić przez twardą skorupę. Czasem nawet nie było potrzeby się przebijać, wystarczyło kopać tak samo intensywnie, tylko przez dłuższy czas. Wystarczyło dać sobie czas.

Pasja (powołanie; to, czym powinniśmy się zajmować w życiu) nie jest tym, co łatwo przychodzi. Pasja to coś, dla czego jestem w stanie przebić się przez opór, jaki napotykam po drodze. Nie przez przypadek passio po łacinie oznacza cierpienie.

Za wysokie oczekiwania

Podstawowym wrogiem konsekwencji i cierpliwości są nasze oczekiwania. Oczekujemy zbyt szybkiego i zbyt łatwego sukcesu.

W jednych z badań, które były poświęcone odchudzaniu, grupę ludzi biorących udział w specjalnym programie zapytano o to, z jakiego spadku wagi będą zadowoleni, a z jakiego nie. Większość uznała, że „akceptowalne” będzie zrzucenie 25 kilogramów. Mniej niż 20 kilogramów zostało uznane za „rozczarowujące”.

Tymczasem średnim, dobrym wynikiem udziału w programie było zrzucenie 16 kg. Gdy komuś udawało się osiągnąć ten rezultat, odczuwał to jako porażkę. Jak to, przecież to za mało! Przecież inni potrafią zrzucić trzydzieści kilo w ciągu paru miesięcy!

Ponoć, jak pokazują badania, typowa osoba odchudzająca się, zmienia swoją dietę pięć razy w ciągu roku. Niektóre diety rzeczywiście nie działają. Wiele z nich jednak działa, tyle tylko, że gdy po początkowych sukcesach pojawiają się przeszkody i waga przestaje spadać, człowiek dochodzi do wniosku, że coś nie działa. — Albo ta dieta jest do niczego, albo ja!

Nie, ani ty, ani dieta, tylko oczekiwania. Traktujemy siebie samych jak wyścigowe samochody. Trzy sekundy do setki albo do mechanika. A może pozwolić sobie jechać wolniej, bez takich przyśpieszeń? Może dać sobie prawo do niewielkich postępów (albo nawet ich braku, przez jakiś czas)?.

Daj sobie czas. Usiądź nad swoją rzeką i cierpliwie czekaj. Sukces, w osiemdziesięciu procentach jest efektem robienia tego samego przez wystarczająco długi okres.

Nie, prawdopodobnie nie straciłeś motywacji

Niektórzy mówią: — Tak, ale ja straciłem motywację. Gdy zaczynałem, miałem jej dużo,  teraz wyparowała.

Mówisz, że straciłeś motywację? Jeżeli rzeczywiście tak się stało, daj sobie spokój. Poszukaj innej rzeki. Ale zanim sobie odpuścisz, sprawdź czy naprawdę ją straciłeś.

Nie myl motywacji z egzaltacją.

Nie myl motywacji z egzaltacją. Tak, napisałem to dwa razy, ale dlatego, że w świecie rozwoju osobistego tak często popełnia się ten błąd.

To, co czujesz, gdy zaczynasz to egzaltacja – coś, co ma niewielki związek z motywacją. Egzaltacja opada, gdy mija czas, gdy się z czymś oswajamy albo gdy napotykamy przeszkody. Normalna, zdrowa kolej rzeczy.

Ktoś, kto nie ma w sobie już grama egzaltacji, może mieć olbrzymie pokłady motywacji. Być może nie straciłeś motywacji, bo od początku jej nie miałeś. Być może nie straciłeś motywacji, bo wciąż ją masz.

A co z postępami?

Czy to znaczy, że powinniśmy się pogodzić z brakiem jakichkolwiek postępów?

Nie do końca. Plateau albo nawet pogorszenie może się przydarzyć, częściej jednak nasze umiejętności czy wyniki rosną. Tyle tylko, że dzieje się to zdecydowanie wolniej niż oczekujemy.

Powoli, powoli, ale idziesz do przodu. Nie biegniesz, jakbyś chciał, ale się poruszasz.

Gdy podczas żonglowania uświadomiłem sobie swoją niecierpliwość, powiedziałem:

— Być może nigdy tego nie załapię. Trudno. Ale przez najbliższe kilka miesięcy, codziennie poświęcę dwie, trzy minuty na podrzucanie piłeczek i nie będę denerwować się, gdy nic z tego nie będzie.

Czasem było trudno. Jestem niecierpliwy. Starałem się jednak stawać obok swojego rozczarowania i zniecierpliwienia. Starałem się pamiętać, że to eksperyment. Zadawałem sobie pytanie:

— Ciekaw jestem, co będzie, gdy mimo wszystko będę to robić? Co się stanie, gdy mimo braku efektów codziennie poświęcę dwie, trzy minuty na żonglowanie?

Przez jakiś czas efekty były żadne. Piłki natychmiast spadały na ziemię. W którymś jednak momencie czas, przez jaki utrzymywały się w powietrzu, zaczął się wydłużać.

Przed chwilą żonglowałem, bez upuszczenia piłek, przez dwie minuty. Nauczenie się tego zajęło mi trzy minuty. Dokładniej mówiąc, trzy minuty przez kilka miesięcy. Nie wiem, czy to dużo, czy mało. Prawdopodobnie wiele osób jest w stanie nauczyć się żonglować w ciągu tygodnia. Ale to zupełnie bez znaczenia. Żonglujesz i tyle, a czy zajęło ci to trzy tygodnie, czy trzy miesiące? Co za różnica? Te połączenia mózgowe, które miały powstać, powstały. A poza tym, nikt nie musi o tym wiedzieć, zawsze można powiedzieć, że dopiero zacząłeś się uczyć;-)

14 komentarzy

  1. Zależało mi, żeby teksty pojawiały się co tydzień, ale niestety nie wyszło 🙁 Po drodze przeziębienie i tysiące spraw nie cierpiących zwłoki. Mam nadzieję, że kolejny tekst nie każe czekać na siebie tak długo. Aż jestem ciekaw, czy mi się uda opublikować coś w kolejnym tygodniu 🙂

  2. Dobry wieczór. Dziękuję bardzo za ten artykuł i podzielenie się doświadczeniem. Logiczne jest że jeśli robi się coś wystarczająco długo to efekty przyjdą, ale w taki sposób jak Pan to napisał staje się to bardziej prawdziwe. Dziękuję. Pozdrawiam.

  3. Mimo wszystko jest to trochę kontrowersyjny dla mnie tekst ale z pewnością daje do myślenia. Z jednej strony na pewno jest prawdziwy. Z drugiej strony, trochę niepokoi mnie ten fragment o Mozarcie. Czy to oznacza, że powinniśmy wybrać dla naszych dzieci jedną aktywność i całkowicie na niej się skupić, by dziecko osiągnęło w tym w przyszłości mistrzostwo (np. jakiś sport czy nauka na instrumencie) nie bacząc na to, czy ta aktywność sprawia małej/małemu frajdę i czy ma odpowiedni temperament do tego? To czy dziecko się nauczy czegoś dobrze czy nie, w dużej mierze zależy też od tego, czy umiemy jako dorośli zamienić jakąś rzecz w formę zabawy dla dziecka. Ale z drugiej strony może lepiej jednak zachęcać dziecko do ogólnej aktywności ruchowej i intelektualnej na różnych polach, by mogło sobie same znaleźć to, co najbardziej mu odpowiada? . Czy tak samo nie powinniśmy jako dorośli próbować różnych rzeczy, żeby odnaleźć to co sprawia nam najwięcej frajdy i jest dla nas jest najlepsze?

    • Myślę, że skupił się Pan za bardzo na tym fragmencie.
      Kontrowersyjne mogły być metody nauczania ojca Mozarta. Ciekawe, czy Mozart lubił tyle ćwiczyć?
      Z drugiej strony, gdybyśmy umieli wzbudzić w dziecku tą pasję i gdybyśmy umieli je dobrze motywować, inspirować, wspierać tak, by one same chciały to by było dobre rodzicielstwo – tak myślę.

    • Maćku, dziękują za komentarz. Trochę pod jego wpływem napisałem kolejny tekst, dotyczący wyboru właściwego zajęcia. W zupełności się zgadzam, że dziecko powinni próbować różnych rzeczy i sprawdzić co mu pasuje. Nie tylko dziecko, ale osoba dorosła także. Bez próbowania, bez eksperymentowanie nie można znaleźć tego, czemu warto się poświęcić.

      Piotrku, masz rację, że kontrowersyjne było podejście ojca Mozarta. Dziś również można znaleźć kilka tego rodzaju „hodowli geniuszy” -np. siostry Polgar (szachy) czy siostry Williams (tenis). Dzieciom nie daje się wyboru i czasem się to udaje, czasem połowicznie, a czasem wcale.

      Ale to wszystko nie zmienia faktu, że potrzebna jest wytrwałość. Wytrwałość jest potrzebne choćby po to, by doprowadzić do końca eksperyment. Nie chodzi o to, by dziecku dać do powąchania wszystkiego co możliwe, to nie ma być przeskakiwanie z kwiatka na kwiatek – przez tydzień pouczę się grać na pianinie, przez tydzień poćwiczę gimnastykę, prze kilka tygodni pochodzę na kółko teatralne. W ten sposób uczymy tylko wycofywania się, gdy sprawy robię się nieco trudniejsze. To nie jest próbowania, a jedynie rzucania okiem. By coś spróbować, dziecko powinno dojść do jakiegoś momentu, zamknąć jakąś całość. Na początku tego semestru szkolnego odprowadzałem moją młodszą córkę na zajęcia z tańca nowoczesnego. To były dopiero drugie zajęcia, a mała zalewała się łzami, że nie chce, że jej się to nie podoba i w ogóle chce zrezygnować. Poprzednie zajęcia jej się podobały, a tu nagle, taka reakcja. Powiedziałem jej: „Dobra, możesz się wycofać, nie ma problemu, ale umówmy się, że zrobisz to po tych zajęciach”. Pójdziemy tam, weźmiesz w nich udział, a potem, jeżeli mi powiesz, że to nie to, wypiszę cię. Po zajęciach powiedziała, że było cudownie i że chce chodzić. Do dziś chodzi z radością. To był jedynie chwilowy kryzys.
      Podobną metodę stosuję wobec siebie: staram się uzgadniać się z sobą momenty, w których można się wycofać. Nie chodzi o to, by być do czegoś zmuszonym, ale by nie wycofywać się tylko dlatego, że jest trudno.

  4. […] Czasem nawet ludzie, którzy odnoszą wielkie sukcesy, mają talentu ledwo, ledwo. W poprzednim tekście wspominałem o Mozarcie. Gość cholernie ciężko pracował, a do tego miał wielki […]

  5. […] Czasem nawet ludzie, którzy odnoszą wielkie sukcesy, mają talentu ledwo, ledwo. W poprzednim tekście wspominałem o Mozarcie. Gość cholernie ciężko pracował, a do tego miał wielki […]

  6. Wytrwałość to oczywiście fundament, ale jest jeszcze jeden „drobiazg” – zdarza się, że przyczyną stagnacji jest zwyczajny brak umiejętności w danym obszarze. Często jedynym remedium jakie znamy w tej sytuacji to przeczytanie kolejnej książki i mimo, że nie daje to rezultatów, a tylko chwilowy hype, to uparcie czytamy kolejne pozycje. Znam człowieka, który utknął tak na 2 lata i wreszcie odpowiedział sobie na jedno proste pytanie: Kto może (a nie która książka) nauczyć mnie czegoś w danym obszarze? Dopiero zakasanie rękawów i faktyczna zmiana sposobu wykonywania danej czynności przyniosła rezultaty. Czyli remedium na utknięcie to wytrwałość + realne podnoszenie kompetencji, a nie tylko wiedzy.

    • Całkowicie się zgadzam. Ważny by się uczyć i często ważne, by uczyć się od żywego człowieka. Ludzie nie tylko dają kompetencje, ale też „kopa” motywacyjnego, często samo bycie obok zmienia nasze postawy na bardziej skuteczne.

  7. Najważniejsze to wg mnie podejść do sprawy na luzie i już samo podejmowanie prób uznać za sukces (pomimo braku rezultatów) i tego się trzymać 👍☺

Zostaw komentarz